Dziady (poema)

Dziady część II

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Zamknijcie drzwi od kaplicyI stańcie dokoła truny;Żadnej lampy, żadnej świécy,W oknach zawieście całuny:Niech księżyca jasność bladaSzczelinami tu nie wpada.Tylko żwawo, tylko śmiało!

Jak kazałeś, tak się stało.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Czyscowe duszeczki!W jakiejkolwiek świata stronie:Czyli która w smole płonie,Czyli marznie na dnie rzeczki,

Czyli, dla dotkliwszej kary,W surowem wszczepiona drewnie,Gdy ją w piecu gryzą żary,I piszczy i płacze rzewnie:Każda spieszcie do gromady!Gromada niech się tu zbierze!Oto obchodzimy Dziady!Zstępujcie w święty przybytek;Jest jałmużna, są pacierzeI jedzenie i napitek.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Podajcie mi garść kądzieli!Zapalam ją; wy z pospiechem,Skoro płomyk w górę strzeli,Pędźcie go lekkim oddechem.O tak, o tak, dalej, daléj!Niech się na powietrzu spali.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Naprzód wy z lekkiemi duchy,Coście śród tego padołuCiemnoty i zawieruchy,Nędzy, płaczu i mozołu,Zabłysnęli i spłonęli,Jako ta garstka kądzieli.Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,W niebieskie nie wzleciał bramy,

Tego lekkim, jasnym znakiem,Przyzywamy, zaklinamy.

Mówcie, komu czego braknie,Kto z was pragnie, kto z was łaknie?

Patrzcie, ach, patrzcie do góry!Cóż tam pod sklepieniem świeci?Oto, złocistemi pióryTrzepioce się dwoje dzieci.

Jak listek z listkiem w powiewie,Kręcą się pod cerkwi wierzchołkiem;Jak gołąbek z gołąbkiem na drzewie,Tak aniołek igra z aniołkiem.

Jak listek z listkiem w powiewie,Kręcą się pod cerkwi wierzchołkiem;Jak gołąbek z gołąbkiem na drzewie,Tak aniołek igra z aniołkiem.

Do mamy lecim, do mamy,Cóż to, mamo, nie znasz Józia?Ja to Józio, ja ten samy,A to siostra moja Rózia!My teraz w raju latamy,Tam nam lepiej, niż u mamy.Patrz, jakie główki w promieniu,Ubiór z jutrzeńki światełka,Na obojem ramieniu,Jak u motylków, skrzydełka.W raju wszystkiego dostatek,Co dzień, to inna zabawka:Gdzie stąpim, wypływa trawka,Gdzie dotkniem, rozkwita kwiatek;Lecz choć wszystkiego dostatek,Dręczy nas nuda i trwoga.Ach, mamo, dla twoich dziatekZamknięta do nieba droga!

Lecz choć wszystkiego dostatek,Dręczy ich nuda i trwoga.Ach, mamo, dla twoich dziatekZamknięta do nieba droga!

Czego potrzebujesz, duszeczko,Żeby się dostać do nieba?Czy prosisz o chwałę Boga?Czyli o przysmaczek słodki?Są tu pączki, ciasta, mleczkoI owoce i jagódki.Czego potrzebujesz, duszeczko,Żeby się dostać do nieba?

Nic nam, nic nam nie potrzeba;Zbytkiem słodyczy na ziemiJesteśmy nieszczęśliwemi.Ach, ja w mojem życiu całemNic gorzkiego nie doznałem.Pieszczoty, łakotki, swawole,A co zrobię, wszystko caca,Śpiewać, skakać, wybiedz w pole,Urwać kwiatków dla Rozalki:Oto była moja praca;A jej praca stroić lalki.Przylatujemy na Dziady,Nie dla modłów i biesiady;Niepotrzebna msza ofiarna;Nie o pączki, mleczka, chrósty,Prosim gorczycy dwa ziarna:A ta usługa, tak marna,Stanie za wszystkie odpusty.Bo słuchajcie i zważcie u siebie,Że według bożego rozkazu:Kto nie doznał goryczy ni razu,Ten nie dozna słodyczy w niebie.

Bo słuchajmy i zważmy u siebie,Że według bożego rozkazu:Kto nie doznał goryczy ni razu,Ten nie dozna słodyczy w niebie.

Aniołku! duszeczko!Czego chciałeś, macie obie.To ziarneczko, to ziarneczko,Teraz z Bogiem idźcie sobie!A kto prośby nie posłucha:W imię Ojca, Syna, Ducha!Widzicie pański krzyż?Nie chcecie jadła, napoju:Zostawcież nas w pokoju!A kysz, a kysz!

A kto prośby nie posłucha:W imię Ojca, Syna, Ducha!Widzicie pański krzyż?Nie chcecie jadła, napoju:Zostawcież nas w pokoju!A kysz, a kysz! (Widmo znika).

Już straszna północ przybywa,Zamykajcie drzwi na kłódki!Weźcie smolny pęk łuczywa,Stawcie w środku kociół wódki:A gdy laską skinę zdala,Niechaj się wódka zapala.Tylko żwawo, tylko śmiało!

Jużem gotów.

Daję hasło.

Buchnęło, zawrzałoI zgasło.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Dalej wy z najcięższym duchem,Coście do tego padołuPrzykuci zbrodni łańcuchemZ ciałem i duszą pospołu!Choć zgon lepiankę rozkruszy,Coć was anioł śmierci woła,Żywot z cielesnej katuszyDotąd wydrzeć się nie zdoła;Jeżeli karę tak srogąLudzie nieco zwolnić mogąI zbawić z piekielnej jamy,Której jesteście tak blizko:Was wzywamy, zaklinamyPrzez żywioł wasz, przez ognisko!

Mówcie, komu czego braknie,Kto z was pragnie, kto z was łaknie?

Hej, kruki, sowy, orlice!O, wy przeklęte żarłoki!

Puśćcie mnie tu pod kaplicę,Puśćcie mnie choć na dwa kroki!

Wszelki duch! jakaż potwora!Widzicie w oknie upiora?Jak kość na polu, wybladły;Patrzcie, patrzcie, jakie lice!W gębie dym i błyskawice,Oczy na głowę wysiadły,Świecą jak węgle w popiele;Włos rozczochrany na czele;A jak suchy snop cierniowyPłonąc miotłę ognia ciska:Tak od potępieńca głowyZ trzaskiem sypią się iskrzyska.

A jak suchy snop cierniowyPłonąc miotłę ognia ciska:Tak od potępieńca głowyZ trzaskiem sypią się iskrzyska.

Dzieci! nie znacież mnie, dzieci?Przypatrzcie się tylko z blizka,Przypomnijcie tylko sobie:Ja nieboszczyk pan wasz, dzieci!Wszak to moja była wioska!Dziś ledwo rok mija trzeci,Jak mnie złożyliście w grobie.Ach, zbyt ciężka ręka boska!Jestem w złego ducha mocy,Okropne cierpię męczarnie:Kędy noc ziemię ogarnie,Tam idę, szukając nocy,

A uciekając od słońca.Tak pędzę żywot tułaczy,A nie znajdę błędom końca.Wiecznych głodów jestem pastwą;A któż mię nakarmić raczy?Szarpie mię żarłoczne ptastwo;A któż będzie mój obrońca?Nie masz, nie masz mękom końca!

Szarpie go żarłoczne ptastwo;A któż mu będzie obrońca?Nie masz, nie masz mękom końca!

Czegoż potrzeba dla duszy,Aby uniknąć katuszy?Czy prosisz o chwałę nieba?Czy o poświęcone gody?Jest dostatkiem mleka, chleba,Są owoce i jagody.Mów, czego trzeba dla duszy,Aby się dostać do nieba?

Do nieba?... Bluźnisz daremnie!...O nie! ja nie chcę do nieba;Ja tylko chcę, żeby ze mniePrędzej się dusza wywlekła.Stokroć wolę pójść do piekła,Wszystkie męki zniosę snadnie:Wolę jęczeć w piekle na dnie,Niż z duchami nieczystemiBłąkać się wiecznie po ziemi,Widzieć dawnych uciech ślady,Pamiątki dawnej szkarady;

Od wschodu aż do zachodu,Umierać z pragnienia, z głodu,I karmić drapieżne ptaki.Lecz niestety! wyrok taki:Że dopóty w ciele muszęPotępioną włóczyć duszę,Nim kto z was, poddani moi,Pożywi mię i napoi.Ach, jak mnie pragnienie pali!Gdyby mała wody miarka!Ach, gdybyście mnie podaliChoćby dwa pszenicy ziarka!

Ach, jak go pragnienie pali!Gdyby mała wody miarka!Ach, gdybyśmy mu podaliChoćby dwa pszenicy ziarka!

Darmo żebrze, darmo płacze:My tu czarnym korowodem,Sowy, kruki i puhacze,Niegdyś, panku, sługi twoje,Któreś ty pomorzył głodem,Zjemy pokarmy, wypijem napoje.Hej, sowy, puhacze, kruki!Szponami, krzywemi dziobySzarpajmy jadło na sztuki!Chociażbyś trzymał już w gębie,I tam ja szpony zagłębię,Dostanę aż do wątroby.Nie znałeś litości, panie!Hej, sowy, puhacze, kruki,I my nie znajmy litości!

Szarpajmy jadło na sztuki;A kiedy jadła nie stanie,Szarpajmy ciało na sztuki,Niechaj nagie świecą kości!

Nie lubisz umierać z głodu?A pomnisz, jak raz w jesieniWszedłem do twego ogrodu?Gruszka dojrzewa, jabłko się czerwieni;Trzy dni nic nie miałem w ustach,Otrząsnąłem jabłek kilka;Lecz ogrodnik, skryty w chróstach,Zaraz narobił hałasuI poszczuł psami jak wilka.Nie przeskoczyłem tarasu,Dopędziła mię obława,Przed panem toczy się sprawa,O cóż? o owoce z lasu,Które na wspólną wygodęBóg dał, jak ogień i wodę.Ale pan gniewny zawoła:„Potrzeba dać przykład grozy“.Zbiegł się lud z całego sioła,Przywiązano mię do sochy,Zbito dziesięć pęków łozy;Każdą kość, jak z kłosa żyto,Jak od suchych strąków grochy,Od skóry mojej odbito!Nie znałeś litości, panie!

Hej, sowy, puhacze, kruki,I my nie znajmy litości!Szarpajmy jadło na sztuki;A kiedy jadła nie stanie,

Szarpajmy ciało na sztuki,Niechaj nagie świecą kości!

Nie lubisz umierać z głodu?Pomnisz, jak w kucyą samą,Pośród najtęższego chłodu,Stałam z dziecięciem pod bramą?Panie! — wołałam ze łzami,Zlituj się nad sierotami!Mąż mój już na tamtym świecie,Córkę zabrałeś do dwora,Matka w chacie leży chora,Przy piersiach maleńkie dziecie:Panie, daj nam zapomogę,Bo dalej wyżyć nie mogę!Ale ty, panie, bez duszy!Hulając w pianej ochocie,Przewalając się po złocie,Hajdukowi rzekłeś z cicha:„Kto tam gościom trąbi w uszy?Wypędź żebraczkę do licha!“Posłuchał hajduk niecnota:Za włosy wywlekł za wrota,Wepchnął mię z dzieckiem do śniegu!Zbita i przeziębła srodze,Nie mogłam znaleść noclegu;Zmarzłam z dziecięciem na drodze.Nie znałeś litości, panie!

Hej, sowy, puhacze, kruki,I my nie znajmy litości!Szarpajmy jadło na sztuki;A kiedy jadła nie stanie,Szarpajmy ciało na sztuki,Niechaj nagie świecą kości!

Niema, niema dla mnie rady!Darmo podajesz talerze:Co dasz, to ptastwo zabierze.Nie dla mnie, nie dla mnie Dziady!Tak, muszę dręczyć się wiek wiekiem:Sprawiedliwe zrządzenia boże!Bo kto nie był ni razu człowiekiem,Temu człowiek nic nie pomoże.

Tak, musisz dręczyć się wiek wiekiemSprawiedliwe zrządzenia boże!Bo kto nie był ni razu człowiekiem,Temu człowiek nic nie pomoże.

Gdy nic tobie nie pomoże,Idźże sobie precz, nieboże!A kto prośby nie posłucha:W imie Ojca, Syna, Ducha!Czy widzisz pański krzyż?Nie bierzesz jadła, napoju:Zostawże nas w pokoju!A kysz! a kysz!

A kto prośby nie posłucha:W imie Ojca, Syna, Ducha!Czy widzisz pański krzyż?Nie bierzesz jadła, napoju:Zostawże nas w pokoju!A kysz, a kysz!

Podajcie mi, przyjaciele,Ten wianek na koniec laski.Zapalam święcone ziele:W górę dymy, w górę blaski!

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Teraz wy pośrednie duchy,Coście u tego padołuCiemnoty i zawieruchy,Żyłyście z ludźmi pospołu;Lecz od ludzkiej wolne skazy,Żyłyście nie nam, nie światu.Jako te cząbry i ślazy:Ni z nich owocu, ni kwiatu,Ani się ukarmi zwierze,Ani się człowiek ubierze;Lecz w wonne skręcone wiankiNa ścianie wiszą wysoko:Tak wysoko, o ziemianki,Była wasza pierś i oko!Która dotąd czystem skrzydłemNiebieskiej nie przeszła bramy:Was tem światłem i kadzidłemZapraszamy, zaklinamy.

Mówcie, komu czego braknie,Kto z was pragnie, kto z was łaknie?

A toż, czy obraz Bogarodzicy,Czyli anielska postać?Jak lekkim rzutem obręcząPo obłokach zbiega tęcza,By z jeziora wody dostać:Tak ona świeci w kaplicy.Do nóg biała spływa szata,Włos z wietrzykami swawoli,Po jagodach uśmiech lata,Ale w oczach łza niedoli.

Do nóg biała spływa szata,Włos z wietrzykami swawoli,Po jagodach uśmiech lata,Ale w oczach łza niedoli.

Na głowie ma kraśny wianek,W ręku zielony badylek,A przed nią bieży baranek,A nad nią leci motylek.Na baranka bez ustankuWoła: baś, baś, mój baranku!Baranek zawsze z daleka;Motylka rózeczką goniI już, już trzyma go w dłoni:Motylek zawsze ucieka.

Na głowie mam kraśny wianek,W ręku zielony badylek,Przedemną bieży baranek,Nademną leci motylek.

Na baranka bez ustankuWołam: baś, baś, mój baranku!Baranek zawsze z daleka;Motylka różeczką gonięI już, już chwytam go w dłonie:Motylek zawsze ucieka.Tu niegdyś, w wiosny poranki,Najpiękniejsza z tego siołaZosia, pasając baranki,Skacze i śpiewa wesoła.La la la la.Oleś za gołąbków paręChciał raz pocałować w usta;Lecz i prośbę i ofiaręWyśmiała dziewczyna pusta.La la la la.Józio dał wstążkę pasterce,Antoś oddał swoje serce;Lecz i z Józia i z AntosiaŚmieje się pierzchliwa Zosia.La la la la!

Tak, Zosią byłam, dziewczyną z tej wioski;Imie moje u was głośne:Że chociaż piękna, nie chciałam zamęścia,I dziewiętnastą przeigrawszy wiosnę,Umarłam, nie znając troskiAni prawdziwego szczęścia.Żyłam na świecie; lecz, ach! nie dla świata!Myśl moja, nazbyt skrzydlata,Nigdy na ziemskiej nie spoczęła błoni;Za lekkim zefirkiem goni,Za muszką, za kraśnym wiankiem,Za motylkiem, za barankiem;Ale nigdy za kochankiem.

Pieśni i fletów słuchałam rada;Często, kiedy sama pasę,Do tych pasterzy goniłam stada,Którzy mą wielbili krasę;Lecz żadnego nie kochałam.Za to po śmierci, nie wiem, co się ze mną dzieje:Nieznajomym ogniem pałam;Choć sobie igram do woli,Latam, gdzie wietrzyk zawieje,Nic mię nie smuci, nic mię nie boli,Jakie chcę, wyrabiam cuda,Przędę sobie z tęczy rąbki,Z przeźroczystych łez porankuTworzę motylki, gołąbki:Przecież nie wiem, skąd ta nuda!Wyglądam kogoś za każdym szelestem,Ach, i zawsze sama jestem!Przykro mi, że bez ustankuWiatr mną, jak piórkiem, pomiata.Nie wiem, czy jestem z tego, czy z tamtego świata.Gdzie się przybliżam, zaraz wiatr oddali,Pędzi w górę, w dół, z ukosa:Tak, pośród pierzchliwej fali,Wieczną przelatując drogę,Ani wzbić się pod niebiosa,Ani ziemi dotknąć nie mogę.

Tak, pośród pierzchliwej fali,Przez wieczne lecąc bezdroże,Ani wzbić się pod niebiosa,Ani dotknąć ziemi nie może.

Czego potrzebujesz, duszeczko,Żeby się dostać do nieba?

Czy prosisz o chwałę Boga,Czy o przysmaczek słodki?Są tu pączki, ciasta, mleczkoI owoce i jagódki.Czego potrzebujesz, duszeczko,Żeby się dostać do nieba?

Nic mnie, nic mnie nie potrzeba!Niechaj podbiegą młodzieńce,Niech mię pochwycą za ręce,Niechaj przyciągną do ziemi,Niech poigram chwilkę z niemi!Bo słuchajcie i zważcie u siebie,Że według bożego rozkazu:Kto nie dotknął ziemi ni razu,Ten nigdy nie może być w niebie.

Bo słuchajmy i zważmy u siebie,Że według bożego rozkazu:Kto nie dotknął ziemi ni razu,Ten nigdy nie może być w niebie.

Darmo bieżycie: to są marne cienie;Darmo rączki ściąga biedna:Wraz ją spędzi wiatru tchnienie.Lecz nie płacz, piękna dziewico!Oto przed moją źrenicąOdkryto przyszłe wyroki:Jeszcze musisz sama jednaLatać z wiatrem przez dwa roki,A potem staniesz za niebieskim progiem;Dziś modlitwa nic nie zjedna:Lećże sobie z Panem Bogiem!

A kto prośby nie posłucha:W imie Ojca, Syna, Ducha!Czy widzisz pański krzyż?Nie chciałaś jadła, napoju:Zostawże nas w pokoju!A kysz, a kysz!

A kto prośby nie posłucha;W imie Ojca, Syna, Ducha!Czy widzisz pański krzyż?Nie chciałaś jadła, napoju:Zostawże nas w pokoju!A kysz, a kysz!

Teraz wszystkie dusze razem,Wszystkie i każdą z osobnaOstatnim wołam rozkazem!Dla was ta biesiada drobna:Garście maku, soczewicyRzucam w każdy róg kaplicy.

Bierzcie, czego której braknie,Która pragnie, która łaknie.

Czas odemknąć drzwi kaplicy;Zapalcie lampy i świécy!Przeszła północ, kogut pieje,Skończona straszna ofiara,Czas przypomnieć ojców dzieje.Stójcie...

Cóż to?

Jeszcze mara!

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Pasterko, ot tam w żałobie...Wstań: bo czy mi się wydaje,Czy ty usiadłaś na grobie?Dziatki! patrzajcie, dla Boga!Wszak to zapada podłogaI blade widmo powstaje,Zwraca stopy ku pasterce,Białe lice i obsłony,Jako śnieg po nowym roku;Wzrok dziki i zasępionyUtopił całkiem w jej oku.Patrzcie, ach, patrzcie na serce!Jaka to pąsowa pręga,Tak jakby pąsowa wstęga,Albo jak sznurkiem korale,Od piersi aż do nóg sięga.Co to jest, nie zgadnę wcale!Pokazał ręką na serce,Lecz nic nie mówi pasterce.

Co to jest, nie zgadniem wcale!Pokazał ręką na serce,Lecz nic nie mówi pasterce.

Czego potrzebujesz, duchu młody?Czy prosisz o chwałę nieba?Czyli o święcone gody?Jest dostatkiem mleka, chleba,Są owoce i jagody.Czego potrzebujesz, duchu młody,Żeby się dostać nieba?

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

Odpowiadaj, maro blada!Cóż to, nic nie odpowiada?

Cóż to, nic nie odpowiada?

Gdy gardzisz mszą i pierogiem:Idźże sobie z Panem Bogiem!A kto prośby nie posłucha:W imie Ojca, Syna, Ducha!Czy widzisz pański krzyż?Nie chciałeś jadła, napoju:Zostawże nas w pokoju!A kysz, a kysz!

A kto prośby nie posłucha:W imie Ojca, Syna, Ducha!

Czy widzisz pański krzyż?Nie chciałeś jadła, napoju:Zostawże nas w pokoju!A kysz, a kysz!

Przebóg! cóż to za szkarada?Nie odchodzi i nie gada!

Nie odchodzi i nie gada!

Duszo przeklęta, czy błoga,Opuszczaj święte obrzędy!Oto roztwarta podłoga:Kędy wszedłeś, wychodź tędy,Bo cię przeklnę w imie Boga!

Precz stąd na lasy, na rzeki,I zgiń, przepadnij na wieki!

Przebóg! cóż to za szkarada?I milczy i nie przepada!

I milczy i nie przepada!

Darmo proszę, darmo gromię:On się przeklęctwa nie boi.Dajcie kropidło z ołtarza...Nie pomaga i kropidło!Bo utrapione straszydłoJak stanęło, tak i stoi:Niemo, głucho, nieruchomie,Jak kamień pośród cmentarza.

Bo utrapione straszydłoJak stanęło, tak i stoi:Niemo, głucho, nieruchomie,Jak kamień pośród cmentarza.Ciemno wszędzie, głucho wszędzie:Co to będzie, co to będzie?

To jest nad rozum człowieczy!Pasterko! znasz tę osobę?W tem są jakieś straszne rzeczy.Po kim ty nosisz żałobę?Wszak mąż i rodzina zdrowa?Cóż to! nie mówisz i słowa?Spojrzyj, odezwij się przecię!Czyś ty martwa, moje dziecię?Czego uśmiechasz się? czego?Co w nim widzisz wesołego?

Czego uśmiechasz się? czego?Co w nim widzisz wesołego?

Daj mnie stułę i gromnicę,Zapalę, jeszcze poświęcę...Próżno palę, próżno święcę:Nie znika przeklęta dusza!Weźcie pasterkę pod ręce,Wyprowadźcie za kaplicę!Czegóż oglądasz się? czego?Co w nim widzisz powabnego?

Czego oglądasz się? czego?Co w nim widzisz powabnego?

Przebóg, widmo kroku rusza!Gdzie my z nią, on za nią wszędzie...Co to będzie, co to będzie?

Gdzie my z nią, on za nią wszędzieCo to będzie, co to będzie?

Comentarios

Cargando comentarios…