Scena III

Dziady część III

W imie Ojca i Syna i Świętego Ducha.

On zapewne osłabiał, — Konradzie! — Nie słucha.

Pokój temu domowi, pokój grzesznikowi.

Dla Boga, on osłabiał, patrz, miota się, dąsa:5To jest wielka choroba, patrz, on usta kąsa.

Mój Panie, idźcie sobie, a nas tu zostawcie.

Ale dla Boga! próżnych modlitew nie prawcie;Podejmijcie go z ziemi, połóżmy do łóżka;Księże Pietrze!

Tu zostaw!

Oto jest poduszka.

10E, ja wiem, co to znaczy — Czasem nań napadaTakie szaleństwo: długo śpiéwa, potem gada,A jutro zdrów jak ryba. Lecz kto wam powiedział,Że on osłabiał?

Panie, otbyś cicho siedział.Niech brat Piotr pomodli się nad waszym kolegą;15Bo ja wiem, że tu było coś — tu niedobrego.Gdy runt odszedł, w téj celi hałas posłyszałem.Spojrzę dziurką od klucza: a co tu widziałem,To mnie wiedziéć. Pobiegłem do mojego kmotra,Bo on człowiek pobożny, do braciszka Piotra —20Patrz na tego chorego: niedobrze się dzieje —

Dalibóg nie pojmuję nic, i oszaleję.

Oszaleć? — Ej, panowie, strzeżcie się, panowie!U was usta wymowne, wiele nauk w głowie,A patrzcie, głowa mądra w prochu się taczała,25I z tych ust, tak wymownych, patrzaj — piana biała;Słyszałem, co on śpiéwał, ja słów nie pojąłem,Lecz było coś u niego w oczach i nad czołem.Wierz mi, że z tym człowiekiem niedobrze się dzieje —Byłem ja w legijonach, nim wzięto w rekruty;30Brałem szturmem fortece, klasztory, reduty;

Więcéj dusz wychodzących z ciała ja widziałem,Niźli Wać Pan przeczytał książek w życiu całem:A to jest rzecz niemała widziéć, jak człek kona.Widziałem ja na Pradze księży zarzynanych,35I w Hiszpaniji żywcem z wieży wyrzucanych;Widziałem matek szablą rozrywane łona,I dzieci konające na kozackich pikach,I Francuzów na śniegu, i Turków na palu;I wiem, co w konających widać męczennikach,40A co w złodzieju, zbójcy, Turku lub Moskalu;Widziałem rozstrzelanych, co patrzyli śmieleW rurę broni, nie chcieli na oczy zasłony:A jak padli na ziemię, widziałem w ich cieleStrach, co za życia wstydem i pychą więziony,45Wyszedł z trupa jak owad i pełzał wokoło;Gorszy strach, niż ten, który tchórza w bitwie nęka,Taki strach, że dość spojrzeć na zamarłe czoło,Aby widziéć, że dusza dąsa się i lęka,Gardzi bolem i cierpi, i wieczna jéj męka.50A więc, mój Panie, myślę, że twarz umarłegoJest jak patent wojskowy do świata przyszłego;I poznasz zaraz, jak on tam będzie przyjęty,W jakiej randze i stopniu, święty czy przeklęty.A więc tego człowieka i pieśń i choroba55I czoło i wzrok wcale mi się nie podoba.Otóż Wać Pan spokojnie idź do swojéj celiMy z bratem Piotrem będziem przy chorym siedzieli.

Przepaść — tysiąc lat — pusto — dobrze — jeszcze więcéj!Ja wytrzymam i dziesięć tysiąców tysięcy.60Modlić się? — tu modlitwa nie przyda się na nic —I byłaż taka przepaść bez dna i bez granic? —Nie wiedziałem — a była.

Słyszysz, jak on szlocha.

Synu mój, tyś na sercu, które ciebie kocha.

Wyjdź stąd i patrz, ażeby nikt tędy nie chodził,65I póki stąd nie wyjdę, nikt mi nie przeszkodził.

Nie! — oka mi nie wydarł! Mam to silne oko;Widzę stąd i stąd nawet, choć ciemno, głęboko.Widzę ciebie, Rollison! Bracie! cóż to znaczy?I tyś w więzieniu, zbity, krwią cały zbryzgany,70I ciebie Bóg nie słuchał i tyś już w rozpaczy,Szukasz noża, próbujesz głowę tłuc o ściany:»Ratunku!« — Bóg nie daje, ja ci dać nie mogę!Oko mam silne: spojrzę, może cię zabiję —Nie — ale ci pokażę okiem — śmierci drogę.

75Patrz, tam masz okno: wybij, skocz, zleć i złam szyję,I ze mną tu leć w głębie, w ciemność — lećmy na dół —Otchłań — otchłań ta lepsza niźli ziemi padół;Tu niéma braci, matek, narodów, tyranów —Pójdź tu.

Duchu nieczysty, znam cię po twym jadzie!80Znowuś tu, najchytrzejszy ze wszystkich szatanów.Znowu w dom opuszczony leziesz, brzydki gadzie.Tyś wpełznął w jego usta, na zgubęś tu wpełznął,W Imie Pańskie jam ciebie pojmał i ochełznął.Exorciso...

Stój, nie klnij — stój, odstąp od progu,85Wyjdę —

Nie wyjdziesz, aż się upodoba Bogu.Lew z pokolenia Judy, tu Pan: on zwycięża.Sieć na lwa zastawiłeś, i w twym własnym wnikuZłowiłeś się: Bóg ciebie złowił w tym grzeszniku.W jego ustach chcę tobie najsroższy cios zadać:90Kłamco, ja tobie każę, musisz prawdę gadać.

Parle-moi donc français, mon pauvre capuciu!J’ai pu dans le grand monde oublier mon latin;Mais étant saint, tu dois avoir le don des langues —Vielleicht sprechen Sie deutsch? was murmeln Sie so bang?95What is it? — Cavalleros, rispondero Io...

Ty to z ust jego wrzeszczysz, stujęzyczna żmijo!

C’est juste. Dans ce jeu, uous sommes de moitié;Il est savant, et moi, diable de mon métier.J’étais son précepteur et je m’en glorifie;En sais-tu plus que nous? parle, je te défie.

W Imie Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Ale stój, stój mój księże, stój, już dosyć tego!Tylko, księżuniu, nie męcz napróżno: Czyś szatan,Żeby tak męczyć?

Ktoś ty?

Lukrecy, Lewjatan,Voltaire, aller Fritz, Legio sum.

Coś widział?

Źwiérza.

Gdzie?

W Rzymie.

Nie słucha mię. — Wróćmy do paciérza.

Ale słucham.

Gdzieś widział więźnia?

Mówię, w Rzymie —

Kłamiesz.

Księże, na honor, na kochanki imie,Mój kochanki czarniutkiéj, co tak do mnie wzdycha —110A wiész ty, jak się zowie moja luba? — Pycha.Jakiś ty nieciekawy!

Przeciwią się duchy:Upokórzmy się Panu i zróbmy akt skruchy.

Ale co tam masz robić, ja sam stąd wyruszę.Przyznaję się, że wlazłem niezgrabnie w tę duszę.115Tu mnie kole: ta dusza jest jak skóra jeża,Włożyłem ją na wywrót, kolcami do kiszek.

Aleś bo i ty majster, choć prosty braciszek;Osły, powinni ciebie obrać za Papieża.Głupstwo stawią w kościele naprzód, jak kolumny,120A ciebie kryją w kątku: świecznik, gwiazdę blasku!

Tyranie i pochlebco, i podły i dumny,Żebyś pierś ugryzł, u nóg wleczesz się po piasku!

A ha! gniewasz się, paciérz przerwałeś — da capo —Żebyś sam widział, jak ty śmiesznie kręcisz łapą:125Istny niedźwiadek, gdy się broni od komarów. —On trzepie swoje. — No, więc — dosyć już tych swarów:Znam twoję moc i chcę się tobie wyspowiadać,Będę ci o przeszłości i przyszłości gadać.A wiész ty, co o tobie mówią w całém mieście? —

130A wiész ty, co to będzie z Polską za lat dwieście? —A wiész, dlaczego tobie przeor tak nie sprzyja? —A wiész, w Apokalipsie co znaczy bestyja? —Milczy i trzepie; — oczy, aż strach, we mnie wlepił.Powiedz, Księżuniu, czegoś do mnie się uczepił?135Co ja winien, że takie mam odbierać chłosty?Czyż ja jestem król djabłów? Wszak ja djabeł prosty!Zważ: czy to prawnie, sługę ukarać za pana;Wszakże ja tu przyszedłem z rozkazu Szatana:Trudno mu się tłumaczyć, bo z nim nie brat za brat.140Jestem jako Kreishauptman, Gubernator, Landrat:Każą duszę brać w areszt: biorę, sadzę w ciemność;Zdarza się przytém duszy jaka nieprzyjemność,

Ale czyż z mojéj winy? — Jam ślepe narzędzie:Tyran, szelma, da ukaz, pisze: »Niech tak będzie!« —145Czyż to mnie miło męczyć? Mnie samemu męka.Ach, wzdycha) jak to źle być czułym! Ach, serce mi pęka!Wierz mi: gdy pazurami grzesznika odziéram,Nieraz ogonem, ah! ah! — łzy sobie ociéram.

A wiész, że jutro będziesz bity jako Haman?

150In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, Amen.Ego te exorcisa, spiritus immunde —

Księże, stój! Słucham, gadam. Stój jedną sekundę!

Gdzie jest nieszczęsny więzień, co chce zgubić duszę? —Milczysz? Exorcisa te —

Gadam, gadam — muszę.

155Kogo widziałeś?

Więźnia.

Jakiego?

Grzesznika.

Gdzie? —

Tam, w drugim klasztorze.

W jakim?

Dominika.Ten grzesznik już przeklęty, prawem mnie należy.

Kłamiesz.

On już umarły.

Kłamiesz.

Chory leży.

Exorciso te —

Gadam, gadam, skaczę, śpiéwam:160Tylko nie klnij! Jak gadać? Dusisz, ledwie ziéwam.

Mów prawdę...

Grzesznik chory, lata bez pamięciI jutro rano szyję niezawodnie skręci.

Kłamiesz.

Poświadczy godny świadek, kmotr Belzebub:Pytaj go, męcz; niewinnéj duszy mojej nie gub.

165Jak ratować grzesznika?

Bodajeś zdechł, klecho;Nie powiem.

Exorciso —

Ratować pociechą.

Dobrze. Gadaj wyraźnie: czego mu potrzeba?

Mam chrypkę, nie wymówię.

Mów!

Mój Panie! królu!Daj odpocząć —

Mów, czego potrzeba —

Księżulu,170Ja tego nie wymówię.

Mów!

He — Wina — Chleba —

Rozumiem: chleba Twego i krwi Twojéj, Panie!Pójdę i daj mi spełnić Twoje rozkazanie.

A teraz zabierz z sobą twe złości i błędy,Skąd wszedłeś i jak wszedłeś, idź tam i tamtędy.

175Dźwigasz mię! — Ktoś ty? Strzeż się, sam spadniesz w te doły!Podaje rękę — Lećmy! — W górę jak ptak lecę —Mile oddycham wonią, — promieniami świecę.Któż mi dał rękę? Dobrzy ludzie i anioły!Skądże litość, wam do mnie schodzić do tych dołów?180Ludzie? — Ludźmi gardziłem, nie znałem aniołów!

Módl się, bo strasznie Pańska dotknęła cię ręka,Usta, któremiś wieczny Majestat obraził,Te usta zły duch słowy szkaradnemi skaził;Słowa głupstwa, najsroższa dla mądrych ust męka,

185Oby ci policzone były za pokutę,Obyś o nich zapomniał —

Już są tam — wykute.

Obyś, grzeszniku, nigdy sam ich nie wyczytał,Oby cię o znaczenie ich Bóg nie zapytał! —Módl się! Myśl twoja, w brudne obleczona słowa,190Jak grzeszna z tronu swego strącona królowa,Gdy w żebraczéj odzieży, okryta popiołem,Odstoi czas pokuty swojéj przed kościołem,Znowu na tron powróci, strój królewski wdzieje,I większym, niźli pierwéj, blaskiem zajaśnieje.195Usnął — (klęka) — Twe miłosierdzie Panie jest bez granic!

Panie, otom ja sługa dawny, grzesznik stary,Sługa już spracowany i niegodny na nic:Ten młody, zrób go za mnie sługą Twojéj wiary,A ja za jego winy przyjmę wszystkie kary;200On poprawi się jeszcze, on wsławi Twe Imie.Módlmy się! Pan nasz dobry! Pan ofiarę przyjmie!

Pokój temu domowi,Spoczynek grzesznikowi.Sługo, sługo pokorny, cichy!Wniosłeś pokój w dom pychy!205Pokój temu domowi!

Panie, on zgrzeszył, przeciwko Tobie zgrzeszył on bardzo.

Lecz płaczą nad nim, modlą się za nim, Twoi Anieli.

Tych zdepc, o Panie, tych złam, o Panie, którzy Twe święte sądy pogardzą.

210Ale tym daruj, co świętych sądów Twych nie pojęli.

Kiedym z gwiazdą nadzieiLeciał świecąc Judei,Hymn Narodzenia śpiéwali Anieli:Mędrcy nas nie widzieli,215Królowie nie słyszeli.Pastuszkowie postrzegli,I do Betlejem biegli:Pierwsi wieczną mądrość witali,Wieczną władzę uznali,220Biedni, prości i mali.

Pan, gdy ciekawość, dumę i chytrość w sercu aniołów, sług swych obaczył,duchom wieczystym, Aniołom czystym, Pan nie przebaczył:Runęły z niebios, jak deszcz gwiaździsty, Aniołów tłumy,I deszczem lecą za niemi codzień mędrców rozumy.

225Pan maluczkim objawia,Czego wielkim odmawia.Litość! Litość! nad synem ziemi!

On był między wielkiemi:Litość nad synem ziemi!

230On sądów Twoich nie chodził badać, jako ciekawy,Nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy.

On Cię nie poznał, on Cię nie uczcił, Panie nasz wielki!On Cię nie kochał, on Cię nie wezwał, nasz Zbawicielu!

Lecz on szanował imię Najświętszéj Twéj Rodzicielki!235On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu!

Krzyż w złoto oprawionyZdobi królów korony,Na piersi mędrców błyszczy jak zorze:A w duszę wniść nie może.240Oświeć, oświeć ich Boże!

My tak ludzi kochamy,Tak z nimi być żądamy!Wygnani od mędrków i króli,Prostaczek nas przytuli:245Nad nim dzień, noc, śpiéwamy.

Podnieś tę głowę, a wstanie z prochu, niebios dosięże,I dobrowolnie padnie i uczci Krzyża podnoże;

Wedle niej cały świat u stóp Krzyża niechaj polęże,I niech Cię wsławi, żeś sprawiedliwy i litościwy Pan nasz, o Boże!

250Pokój, pokój prostocie,Pokornej, cichej cnocie!Sługo, sługo pokorny, cichy!Wniosłeś pokój w dom pychy:Pokój grzesznemu sierocie!

Comentarios

Cargando comentarios…