Scena VII

Dziady część III

To i u was na Litwie toż samo się dzieje?

Ach, u nas gorzej jeszcze, u nas krew się leje!

Krew?

Nie na polu bitwy, lecz pod ręką kata,Nie od miecza, lecz tylko od pałki i bata.

To bal był taki świetny, i wojskowych wiele?

Ja słyszałem, że było pusto jak w kościele.

Owszem, pełno —

I świetny?

O tém mówić długo.

Służono najniezgrabniéj, choć z liczną usługą;Nie miałem szklanki wina, ułamku pasztetu:10Tak zawalono całe wniście do bufetu.

W sali tańców, zgoła nic nie ugrupowano,Jak na raucie angielskim po nogach deptano.

Bo to był tylko jeden z prywatnych wieczorów.

Przepraszam, bal proszony — mam dotąd bilety.

15Tém gorzej; pomieszano grupy, toalety,Nie można było zgoła ocenić ubiorów.

Odtąd, jak Nowosilcow wyjechał z Warszawy,Nikt nie umié gustownie urządzić zabawy;Nie widziałam pięknego balu ani razu:20On umiał ugrupować bal nakształt obrazu.

Śmiéjcie się Państwo, mówcie, co się wam podoba,A była to potrzebna w Warszawie osoba.

Cichowski uwolniony?

Ja znam Cichowskiego.Właśnie byłem, chciałem się dowiedzieć od niego,25Żeby między naszymi na Litwie rozgłosić.

My powinniśmy z sobą łączyć się i znosić;Inaczéj, rozdzieleni, wszyscy zginiem marnie.

A jakie on okropne wycierpiał męczarnie!

Ale przeczytaj wreszcie — dajże się uprosić.

30Ja nie umiem na pamięć.

Zwykłeś z sobą nosić.Masz przy sobie pod frakiem — a — widzę okładki;Damy chcą słyszeć.

Damy? — a! to literatki!Więcéj wierszy francuskich na pamięć umieją,Niźli ja.

Tylko niechaj Panie się nie śmieją.

35Macie robić lekturę! — przepraszam, — choć umiemPo polsku, ale polskich wierszy nie rozumiem.

Ma racyję poczęści, bo nudne potrochu.

Opiéwa tysiąc wierszy o sadzeniu grochu.

Czytajże. Jeśli ciebie nie będziem słuchali,40To patrz —

Ten nam gazeciarz swe rymy wypali.Śliczna byłaby wszystkim słuchaczom przysługa.Patrz, jak się on zaprasza, jak śmieje się, mruga.I usta już otworzył jak zdechłą ostrygę,I oko zwrócił wielkie i słodkie jak figę.

45Wychodzą —

Długie wiersze, jabym piersi strudził.

Dobrze, że nie chce czyltć, boby nas zanudził.

A to jest rzecz okropna! — Słuchajcie Panowie!

Niechaj Pan tym ichmościom o Cichowskim powie.

Cichowski wypuszczony?

Przesiedział lat tyle50W więzieniu —

Ja myśliłem, że leżał w mogile.

O takich rzeczach słuchać nie bardzo bezpiecznie,A wyjść w środku powieści byłoby niegrzecznie.

Wypuszczony? — to dziwna.

Nie znaleźli winy.

Któż tu mówi o winach? Są inne przyczyny —55Kto długo był w więzieniu, widział, słyszał wiele —A rząd ma swe widoki, ma głębokie cele,Które musi ukrywać. To jest rzecz rządowa —Tajniki polityczne — myśl gabinetowa.

To się tak wszędzie dzieje — są tajniki stanu —60Ale Pan z Litwy, — a! a! — to jesl dziwno Panu.Panowie na wsi, to tak chcecie o cesarstwieWiedzieć wszystko, jak gdyby o swem gospodarstwie.

Pan z Litwy i po polsku? Nie pojmuję wcale —Ja myśliłem, że w Litwie to wszystko Moskale.65O Litwie dalibóg! że mniej wiem niż o Chinach —Constitutionel coś raz pisał o Litwinach;Ale w innych gazetach francuskich ni słowa.

Niech Pan opowié; to rzecz ważna, narodowa.

Znałem starych Cichowskich: uczciwa rodzina;70Oni są z Galicyji. Słyszałem, że synaWzięli i zamorzyli: mój krewny daleki!Nie widziałem go dawno. — O ludzie, o wieki!Trzy pokolenia przeszły, jak nas przemoc dręczy;Męczyła ojców naszych, — dzieci, wnuków męczy!

75Znałem go, będąc dzieckiem. — Był on wtenczas młody,Żywy, dowcipny, wesół i sławny z urody;Był duszą towarzystwa; gdzie się tylko zjawił,Wszystkich opowiadaniem i żartami bawił;

Lubił dzieci i często brał mię na kolana,80U dzieci miał on tytuł wesołego pana.Pamiętam włosy jego: nieraz ręce mojePlątałem w jasnych włosów kędzierzawe zwoje;Wzrok pamiętam: musiał być wesoły, niewinny,Bo kiedy patrzył na nas, zdawał się dziecinny;85I patrząc na nas, wabił nas do swéj źrenicy,Patrząc nań, myśleliśmy, żeśmy rowiennicy.On wtenczas miał się żenić; — pomnę, że przynosiłDzieciom dary swej przyszłej i na ślub nas prosił.Potém długo nie przyszedł, i mówiono w domu,90Że niewiedziéć gdzie zniknął, umknął pokryjomu,Szuka rząd, ale śladu dotąd nie wytropił;Nakoniec powiedziano: zabił się, utopił.

Policyja dowodem stwierdziła domysły:Znaleziono płaszcz jego nad brzegami Wisły;95Przyniesiono płaszcz żonie; poznała: on zginął;Trupa nie znaleziono — i tak rok przeminął.Dlaczegóż on się zabił? Pytano, badano.Żałowano, płakano: wreszcie — zapomniano.I minęło dwa lata. — Jednego wieczora,100Więźniów do Belwederu wiedziono z klasztora.Wieczór ciemny i dżdżysty; nie wiem, czy przypadkiem,Czy umyślnie ktoś był téj procesyji świadkiem:Może jeden z odważnych Warszawskich młodzieńców,Którzy śledzą pobytu i nazwiska jeńców;105Warty stały w ulicach, głucho było w mieście —Wtém ktoś z za muru krzyknął: więźnie, kto jesteście?Sto ozwało się imion: śród nich dosłyszanoJego imię, i żonie nazajutrz znać dano.Pisała i latała, prosiła, błagała,110Lecz prócz tego imienia nic nie posłyszała.I znowu lat trzy przeszło bez śladu, bez wieści.

Lecz niewiedziéć, kto szerzył w Warszawie powieści,Że on żyje, że męczą, że przyznać się wzbrania,I że dotąd nie złożył żadnego wyznania;115Że mu przez wiele nocy spać nie dozwalano,Że karmiono śledziami i pić nie dawano;Że pojono opijum, nasyłano strachy,Larwy; że łoskotano w podeszwy, pod pachy —Lecz wkrótce, innych wzięto, o innych zaczęli120Mówić; żona płakała, wszyscy zapomnieli.

Aż niedawno przed domem żony, w nocy dzwonią —Otworzono: Oficer i żandarm pod bronią,I więzień — On! — Każą dać pióra i papieru,Podpisać, że wrócony żywy z Belwederu.125Wzięli podpis, i palcem pogroziwszy: »jeśliWydasz...« i nie skończyli; jak weszli, odeszli.To on był. — Biegę widzieć; przyjaciel ostrzega:Nie idź dzisiaj, bo spotkasz pod wrotami szpiega.Idę nazajutrz, w progu policyjskie draby;130Idę w tydzień: on sam mię nie przyjmuje, słaby.Aż niedawno za miastem w pojeździe spotkałem —Powiedziano, że to on: bo go nie poznałem.Utył, ale to była okropna otyłość:Wydęła go zła strawa i powietrza zgniłość;135Policzki mu nabrzmiały, pożółkły i zbladły,W czole zmarszczki pół wieku, włosy wszystkie spadły.Witam: on mię nie poznał, nie chciał mówić do mnie;

Mówię, kto jestem: patrzy na mnie bezprzytomnie;Gdym dawnéj znajomości szczegóły powiadał,140Wtenczas on oczy we mnie utopił i badał.Ach! wszystko, co przecierpiał w swych męczarniach dziennych,I wszystko, co przemyślił w swych nocach bezsennych:Wszystko poznałem w jednej chwili z jego oka!Bo na tém oku była straszliwa powłoka.145Źrenice miał podobne do kawałków szklanych,Które zostają w oknach więzień kratowanych,Których barwa jest szara jak tkanka pajęcza,A które, patrząc z boku, świécą się jak tęcza:I widać w nich rdzę krwawą, iskry, ciemne plamy,150Ale ich okiem na wskróś przebić nie zdołamy;Straciły przezroczystość, lecz widać po wierzchu,Że leżały w wilgoci, w pustkach, w ziemi, w zmierzchu. —W miesiąc poszedłem znowu; myśliłem, że zdołaRozpatrzyć się na świecie i pamięć przywoła.155Lecz tyle tysięcy dni był pod śledztwa próbą,Tyle tysięcy nocy rozmawiał sam z sobą,Tyle lat go badały mękami tyrany,Tyle lat otaczały słuch mające ściany,A całą jego było obroną — milczenie,160A całém jego były towarzystwem — cienie:Że już się nie udało wesołemu miastuZgładzić w miesiąc naukę tych lat kilkunastu.

Słońce zda mu się szpiegiem, dzień donosicielem,Domowi jego strażą, gość nieprzyjacielem.165Jeśli do jego domu przyjdzie kto nawiedzić,Na klamki trzask on myśli zaraz: idą śledzić;Odwraca się, i głowę na ręku opiéra:Zdaje się, że przytomność, moc umysłu zbiéra,Ścina usta, by słowa same nie wypadły,170Oczy spuszcza, by szpiegi z oczu co nie zgadły.Pytany, myśląc zawsze, że jest w swém więzieniu,Ucieka w głąb’ pokoju i tam pada w cieniu,Krzycząc zawsze dwa słowa: »nic nie wiem, nie powiem«.I te dwa słowa jego stały się przysłowiom.175I długo przed nim płacze na kolanach żonaI dziecko, nim on bojaźń i wstręt swój pokona.

Przeszłą niewolę lubią opiéwać więźniowie;Myśliłem, że on ją nam najlepiéj opowie,Wyda na jaw z pod ziemi i z pod straży zbirów,180Dzieje swe, dzieje wszystkich Polski bohatérów.Bo teraz Polska żyje, kwitnie w ziemi cieniach,Jéj dzieje na Sybirze, w twierdzach i więzieniach.I cóż on na pytanie moje odpowiedział?Że o swoich cierpieniach sam już nic nie wiedział,185Nie pomniał! — Jego pamięć zapisana cała,Jak księga herkulańska pod ziemią spróchniała!Sam autor zmartwychwstały nie umie w niéj czytać.Rzekł tylko: będę o to Pana Boga pytać,

On to wszystko zapisał, wszystko mnie opowie.

190Czemu to o tém pisać nie chcecie, Panowie?

Niech to stary Niemcewicz w Pamiętniki wsadzi:On tam, słyszałem, różne szpargały gromadzi.

To historyja!

Straszna.

Dalibóg wyśmienita

Takich dziejów słuchają, lecz kto je przeczyta?195I proszę, jak opiéwać spółczesne wypadki?Zamiast mitologiji są naoczne świadki.Potém jest to wyraźny, święty przepis sztuki:Że należy poetom czekać, aż — aż —

Póki? —

Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży,200Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?

Niéma wyraźnych reguł.

Ze sto lat

To mało!

Tysiąc, parę tysięcy —

A mnieby się zdało,Że to wcale nie szkodzi, że przedmiot jest nowy;Szkoda tylko, że nie jest polski, narodowy.205Nasz naród się prostotą, gościnnością chlubi,Nasz naród scen okropnych, gwałtownych nie lubi;Śpiéwać, naprzykład, wiejskich chłopców zalecanki,Trzody, cienie — Sławianie, my lubim sielanki.

Spodziéwam się, że Panu przez myśl nie przejedzie,210Aby napisać wierszem, że ktoś jadał śledzie.Ja mówię, że Poezji niéma bez poloru,A polor być nie może, tam gdzie niema dworu:

Dwór to sądzi o smaku, piękności i sławie;Ach ginie Polska! dworu niémamy w Warszawie.

215Niéma dworu! — A to mnie dziwi niepomału:Przecież ja jestem mistrzem ceremonijału!

Gdybyś namiestnikowi wyrzekł za mną słówko,Moja żona byłaby pierwszą pokojówką.

Ale próżno, nie dla nas wysokie urzędy!220Arystokracja tylko ma u dworu względy.

Arystokracja zawsze swobód jest podporą,Niech państwo przykład z Wielkiej Brytaniji biorą.

A łotry! o to kija!A*** G**O to stryczka, haku!Jabym im dwór pokazał, nauczyłbym smaku.

225Patrzcież, cóż my tu poczniem; patrzcie przyjaciele:Otóż to jacy stoją na narodu czele!

Powiédz raczej: na wierzchu. Nasz naród jak lawa,Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa;Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi,230Plwajmy na tę skorupę, i zstąpmy do głębi!

Comentarios

Cargando comentarios…