Scena VIII

Dziady część III

Diable! quelle corvée! przecież po obiedzie!La princesse nas zwiodła i dziś nie przyjedzie;Zresztą, en fait des dames, stare albo głupie:Gadać, imaginez-vous, o sprawach przy supie!

5Je jure, tych patryjotków nie miéć à ma bable,Avec leur franc parlér et leur ton détestable.Figurez vous, ja gadam o strojach, kassynie:A moja kompanija o ojcu, o synie:»On stary, on zbyt młody, Panie senatorze;10On kozy znieść nie może, Panie senatorze;On prosi spowiednika, on chce widzieć żonę;On... »que sais-je! Piękny dyskurs w obiady proszone.Il y a de quoi oszaléć! Muszę skończyć sprawę,I uciec z tego Wilna w kochaną Warszawę.15Monseigneur mnie napisał de revenir bientôt;On się beze mnie nudzi, a ja z tą hołotą —Je n’en puis plus...

Mówiłem właśnie, Jaśnie Panie.Że ledwie rzecz zaczęta i sprawa w tym stanie,W jakim jest chory, kiedy lekarz go nawiedzi

20I zrobi anagnosin... Mnóstwo uczniów siedzi;Tyle było śledzenia, żadnego dowodu;Jeszcześmy nie trafili w samo jądro wrzodu.Cóż odkryło? wierszyki! Ce sont des maux légers,Ce sont, można powiedzieć, accidens passagers:25Ale osnowa spisku dotąd jest tajemną,I...

Tajemną? — To widzę Panu w oczach ciemno!I nie dziw, po obiedzie. — Więc signor Dottore,Adio, bona notte dzięki za perorę!Tajemną! Sam śledziłem i ma być tajemną?30I vous osez, docteur, mówić tak przede mną?Któż kiedy widział u nas formalniejsze śledztwa?

Wyznania dobrowolne, skargi i świadectwa:Wszystko jest; i tu cały spisek świętokradzki,Stoi spisany jasno, jak ukaz senacki. —35Tajemną! — Za te nudy, owoż co mam w zysku.

Jaśnie Panie, excusez, któż wątpi o spisku!Właśnie mówię, — że...

Człowiek kupca KanissynaCzeka i jakiś Panu rejestr przypomina.

Rejestr? — jaki tam rejestr? kto?

Kupiec Kanissyn,40Co mu Pan przyjść rozkazał...

Idźże precz, sukisyn!Widzisz, że ja zajęty.

A głupie bestyje,Przychodzić! — Pan senator, widzisz, kawę pije.

On powiada, że jeśli Pan zapłatę zwleka,On zrobi proces.

Napisz grzecznie, niechaj czeka.

45A propos, — ten Kanissyn, trzeba mu wziąć synaPod śledztwo. — Oj, to ptaszek!

To mały chłopczyna

Oni to wszyscy mali: ale patrz w ich serce;Najlepiej ogień zgasić, dopóki w iskierce.

Syn Kanissyna w Moskwie.

W Moskwie? A, voyez vous,50Emissaryjusz klubów? — Czas zabieżéć temu,Wielki czas.

On podobno u kadetów służy.

U kadetów? — Voyez vous? on tam wojsko burzy.

Dzieckiem z Wilna wyjechał.

Oh! cet incendiaire,Ma tu korespondentów, (do Sekretarza)Ce n’est pas ton affaire.55Rozumiész! — Hej deżurny! — We dwadzieścia cztéryGodzin wysłać kibitkę i zabrać papiéry.Zresztą, ojciec lękać się nas niéma przyczyny,Jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.

Właśnie, jak miałem honor mówić Jaśnie Panu,60Są tam ludzie różnego i wieku i stanu:To najniebezpieczniejsze jest spisku symptoma,A wszystkiém rusza pewna sprężyna kryjoma,Którą...

Kryjoma?

Mówię, tajemnie skrywana,Odkryta dzięki przezorności Jaśnie Pana.

65To szatan niecierpliwy; z tym człowiekiem bieda!Mam tyle ważnych rzeczy; wymówić mi nie da.

Co Pan Senator każe z Rolissonem robić?

Jakim?

Co to na śledztwie musiano go obić.

Eh bien?

On zachorował.

Wieleż kijów dano?

70Byłem przy śledztwie, ale tam nie rachowano.Pan Botwinko śledził go.

Pan Botwinko! cha! cha!O, nieprędko on kończy, gdy się raz rozmacha:Ja zaręczam, że on go opatrzył nieszpetnie —Parions, że mu wyliczył najmniej ze trzy setnie.

75Trois cents coups, et vivant? Trois cents coups, le coquin:Trois cents coups, sans mourir? — quel dos de jacobin!Myśliłem, że w Rossyji la vertu cutannéeSurpasse tout: ten łotr ma une peau mieux tannée!Je n’y conçois rien! Ha, ha, ha, ha, mon ami.

80Polaki nam odbiorą nasz handel skórami!Un honnête soldat en serait mort dix fois!

Quel rebelle! (Podchodzi do stolika)Dla Pana mam un homme de bois:Chłopiec drewniany; dał mu sam Botwinko kije.Trzysta kijów dziecięciu — figurez vous? — żyje!85(Do Pelikana) Nic nie wyznał?

Prawie nic, zęby tylko zaciął;Krzyczy, że nie chce skarżyć niewinnych przyjaciół.Ale z tych kilku słówek odkrywa się wiele:Widać, że ci uczniowie jego przyjaciele.

C’est juste. Jaki upór!

Właśnie powiedziałem90Jaśnie Panu, że młodzież zarażają szałem,Ucząc ich głupstw: na przykład, starożytne dzieje!Któż nie widzi, że młodzież od tego szaleje.

Vous n’aimez pas l’histoire? Ha, ha, un satiriqueAurait dit, że boisz się devenir historique.

95I owszem, uczyć dziejów: niech się młodzież dowie,Co robili królowie, wielcy ministrowie...

C’est juste.

Właśnie mówię, widzi Pan Dobrodziéj,Że jest sposób wykładać dzieje i dla młodzi:Lecz poco zawsze prawić o republikanach,100Zawsze o Ateńczykach, Spartanach, Rzymianach?

Patrz, patrz, jak za nim łazi pochlebca przeklęty,I wścibi mu się w łaskę — Co to za wykręty!

Ale cóż o tem mówić, czy to teraz pora?Zważ-no, czy można nudzić Pana senatora?

105Czy Pan rozkaże wpuścić te panie — kobiety —Pan wié — co wysiadają tu codzień z karety.Jedna ślepa, a druga —

Ślepa? Któż to ona?

Pani Rollison.

Matka tego Rollisona.

Codzień tu są.

Odprawić było —

Z Panem Bogiem!

110Odprawiamy; lecz siada i skwiérczy pod progiem.Kazaliśmy brać w areszt: ze ślepą kobiétą

Trudno iść; lud się skupił, żołnierza wybito.Czy mam wpuścić?

E! rady sobie dać nie umiész!Wpuścić; tylko aż do pół schodów — czy rozumiész?115A potem ją sprowadzić — aż w dół: o tak (z giestem) tęgo,Żeby nas nie nudziła więcej swą włóczęgą,

No, czegóż stoisz, pódźże —

Elle porte une lettre.(Oddaje list)

Któżby to za nią pisał?

La princesse peut-être.

Księżna! Skąd jej to przyszło? Na kark mi ją wpycha.120Avec quelle chaleur! — Wpuścić ją do licha!

To stara czarownica, mère de ce fripon.

Witam, witam. Któraż z Pań jest Pani Rollison?

Ja — Mój syn! Panie Dobrodzieju...

Proszę — chwilę.Pani masz list, a pocóż przyszło tu Pań tyle?

125Nas dwie.

I pocóż Panią mam tu honor witać?

Pani Rollison trudno drogi się dopytać,Nie widzi —

Ha! nie widzi — a to wącha może?Bo codzień do mnie trafia.

Ja tu ją przywożę,Ona sama i stara i nie bardzo zdrowa.

130Na Boga...

Cicho, (do drugiéj) Pani któż jesteś?

Kmitowa

Lepiéj siedź w domu i miéj o synach staranie.Jest na nich podejrzenie.

Jakto, jakto? Panie!

Panie! litość! — Ja wdowa! Panie senatorze!Słyszałam, że zabili. — Czyż można, mój Boże!135Moje dziecko! — Ksiądz mówi, że on jeszcze żyje:Ale go biją, Panie! Któż dzieci tak bije! —Jego zbito — zlituj się — po katowsku zbito. (Płacze)

Gdzie? kogo? — Gadaj przecie po ludzku, kobiéto!

Kogo? Ach dziecko moje! Mój Panie — ja wdowa —140Ach, wieleż to lat, póki człek dziecko wychowa!Mój Jaś już drugich uczył: niech Pan wszystkich spyta,Jak on uczył się dobrze. — Ja biédna kobiéta!On mnie żywił ze swego szczupłego dochodu —Ślepa — on był mnie okiem — Panie, umrę z głodu.

145Kto poplótł, że go bili, nie wyjdzie na sucho.Kto mówił?

Kto mnie mówił?... ja mam matki ucho.Ja ślepa: teraz w uchu cała moja dusza,Dusza matki. — Wiedli go wczora do ratusza;Słyszałam —

Wpuszczono ją?

Wypchnęli mię z progu,150I z bramy, i z dziedzińca. Siadłam tam na rogu,Pod murem; — mury grube — przyłożyłam ucho —Tam siedziałam od rana. — W północ w mieście głucho,

Słucham — w północ, tam z muru — nie, nie zwodzę siebie,Słyszałam go, słyszałam, jak Pan Bóg na niebie;155Ja głos jego słyszałam uszami własnemi —Cichy, jakby z pod ziemi, jak ze środka ziemi.I mój słuch wszedł w głąb’ muru, daleko, głęboko:Ach, daléj poszedł, niźli najbystrzejsze oko.Słyszałam — męczono go! —

Jak w gorączce bredzi!160Ale tam, moja Pani, wielu innych siedzi!

Jakto? — Czyż to nie był głos mojego dziecięcia?Niema owca pozna głos swojego jagnięciaŚród najliczniejszej trzody, — Ach to był głos taki! —Ach, dobry Panie, żebyś słyszał raz głos taki,165Tybyś już nigdy w życiu spokojnie nie zasnął!

Syn Pani zdrów być musi, gdy tak głośno wrzasnął.

Jeśli masz ludzkie serce...

Monsieur le sénateur —O! je vous interromps... On va chanter le choeurDe Don Juan, et puis le concerto de Herz...

170Herz! choeur! Tu także była mowa około serc.

Vous venez à propos, vous, belle comme un coeur!Moment sentimental! Il pleut ici des coeurs.

Żeby le grand duc Michel ten kalambur wiedział,Ma foi, to jużbym dawno w Radzie państwa siedział.

175J’y suis — dans un moment.

Panie, nie rzucaj nasW rozpaczy! Ja nie puszczę...

Faites-lui donc grâce!

Diable m’emporte, jeśli wiem, czego chce ta jędza.

Chcę widzieć syna.

Cesarz nie pozwala.

Księdza!

Księdza przynajmniéj poślij: syn mój prosi księdza,180Może kona! — Gdy ciebie płacz matki nie wzruszy:Bój się Boga! dręcz ciało, ale nie gub duszy.

C’est drôle! Kto te po mieście wszystkie plotki nosi?Kto Wać Pani powiedział, że on księdza prosi?

Ten ksiądz poczciwy mówił. On tygodni tyle185Biega, błaga; lecz nie chcą wpuścić i na chwilę,Spytaj księdza, on powié...

To on wié? poczciwy —No zgoda, zgoda, — dobrze, — Cesarz sprawiedliwy:Cesarz księży nie wzbrania; owszem sam posyła,Aby do moralności młodzież powróciła.190Nikt jak ja religiji nie ceni, nie lubi — (Wzdycha).Ach! ach! Brak moralności, to, to młodzież gubi!Eh bien, żegnam więc Panie.

Ach, panienko droga!Wstaw się ty jeszcze za mną, ach na rany Boga!Mój syn mały! — rok siedzi o chlebie i wodzie,195W zimném, ciemném więzieniu, bez odzieży, w chłodzie...

Est-il possible?

Jakto, jakto? on rok siedział?Jakto? 'Imaginez-vous — jam o tém nie wiedział!

Słuchaj, trzeba tę sprawę najpierwéj rozpatrzyć:Jeśli to prawda, uszy komisarzom natrzéć.

200Soyez tranquille, przyjdź tu o siódméj godzinie.

Nie płacz tak, Pan Senator nie wié o twym synie;Jak się dowie, obaczysz, może oswobodzi.

Nie wié?... chce wiedziéć? O, niech mu Pan Bóg nagrodzi!

Ja to zawsze mówiłam ludziom: być nie może205Tak okrutny, jak mówią: on stworzenie Boże,On człowiek, jego matka mlekiem wykarmiła —Ludzie śmieli się: widzisz, jam prawdę mówiła.

Tyś nie wiedział. Te łotry wszystko tobie tają.Wierz mi, Panie, tyś łotrów otoczony zgrają!210Nie ich pytaj, nas pytaj: my wszystko powiémy,Całą prawdę —

No, dobrze, o tém pomowiémy:Dziś niémam czasu, adieu — Księżnéj powiedz Pani,Że co można, to wszystko każę zrobić dla niéj.

Adieu, Madame Kmit, adieu — co mogę, to zrobię.

215Waść, Księże, zostań; parę słów mam szepnąć tobie.

J’y suis dans un moment.

A szelmy! łajdaki!Łotry! Stoicie przy drzwiach — i porządek taki? —Skórę wam zedrę, szelmy, służby was nauczę:

Słuchaj — ty idź za babą —

(Do Pelikana) Nie, Panu poruczę:220Skoro wyjdzie od Księżnéj, daj jéj pozwolenieWidziéć syna, i prowadź aż tam — tam, w więzienie;Potem osobno zamknij, — tak na cztéry klucze.C’en est trop — a łajdaki! służby was nauczę!

Pan kazał wpuścić —

Co? co? — Ty śmiesz, ty! mnie?... gadać?225Toś wyuczył się w Polsce panu odpowiadać?...Stój, stój, ja cię oduczę! — Wieść go do kwateryPolicmejstra — sto kijów i tygodni czteryNa chleb i wodę —

Niech Pan Senator uważy,Iż mimo tajemnicy i czujności straży,230O biciu Rollisona niechętne osobyWieść roznoszą i może wynajdą sposoby,Oczernić przed cesarzem nasze czyste chęci,Jeśli się temu śledztwu prędko łeb nie skręci.

Właśnie ja rozmyślałem nad tém, Jaśnie Panie.235Rollison od dni wielu cierpi pomieszanie;

Chce sobie życie odjąć, do okien się rzuca,A okna są zamknięte...

On chory na płuca;Nie należy w zamknioném powietrzu go morzyć;Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć.240Mieszka na trzeciém piętrze — powietrza użyje...

Wpuszczać mi na kark babę, gdy ja kawę piję!Nie dadzą chwili —

Właśnie mówię, Jaśnie Panie,Że potrzeba miéć większe o zdrowiu staranie.Po obiedzie, mówiłem zawsze, niechaj Pan te245Sprawy odłoży na czas... Ça mine la santé.

Eh, mon docteur, przed wszystkiém służba i porządek!Potém, to owszem dobrze na słaby żołądek;To żółć porusza, a żółć fait la digestion.Po obiedzie, ja mógłbym voir donner la question,250Kiedy tak każe służba... En prenant son café,Wiész co, to chwila właśnie widzieć auto-da-fé.

Jakże Pan z Rollisonem każe decydować?Jeżeli on dziś jeszcze... umrze, to?...

Pochować!I pozwalam, jeżeli zechcesz, balsamować.255A propos balsam: Bajkow, tobie by się zdałoTrochę balsamu; bo masz takie trupie ciało,A żenisz się. Czy wiécie? On ma narzeczoną.

Tę panienkę, tam patrzaj, białą i czerwoną...Fi! pan młody, avec un teint si délabré!260Powinienbyś brać ślub twój jak Tyber à Capré,Nie pojmuję, jak oni mogli pannę zmusić,Pięknemi usteczkami słowo tak wyksztusić.

Zmusić? — Parions, że ja z nią za rok się rozwiodę,I potém co rok będę brał żoneczki młode,

265Bez przymusu. Dość spojrzeć na tę lub na ową:C’est beau małéj szlachciance być jenerałową.Spytaj księdza, jeżeli zapłacze przy ślubie.

A propos księdza —

Pódźno, mój czarny Cherubie!Patrzcie, quelle figure! — On ma l’air d’un poète —270Czy ty widziałeś kiedy un regard aussi bête?Potrzeba go ożywić. — Masz rómu kieliszek.

Nie piję.

No, kapłanie, pij!

Jestem braciszek.

Braciszek czy stryjaszek, skądże to WaszeciWiedzieć, co po więzieniach robią cudze dzieci?275Czy to Waszeć chodziłeś z wieściami do matki?

Ja.

Zapisz to wyznanie — a oto są świadki.

A skądżeś o tém wiedział; he? Ptaszek nielada!Spostrzegł się, że notują, i nie odpowiada...W jakim klasztorze bractwo twe?

U Bernardynów.

280A u Dominikanów pewnie masz kuzynów?Bo u Dominikanów ten Rollison siedział.No gadajże: skąd ty wiész, kto ci to powiedział?Słyszysz! Ja tobie każę. — Nie szepc mi pocichu.Ja w imieniu Cesarza każę: słyszysz, mnichu?285Mnichu! Czy ty słyszałeś o ruskim batogu?

Zapisz, że milczał.do Księdza: Wszak ty służysz Panu Bogu —Znasz ty teologiją? — Słuchaj, teologu:Wiész ty, że wszelka władza od Boga pochodzi?Gdy władza każe mówić, milczéć się nie godzi.

290A czy wiész, mnichu, że ja mógłbym cię powiesić,I obaczym, czy przeor potrafi cię wskrzesić.

Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jéj słucha:Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha.

Jeżeli cię powieszę, a cesarz się dowié,295Żem zrobił nieformalnie: a wiész, co on powié?»Ej senatorze, widzę, że się już ty bisisz«.A ty mnichu, tymczasem jak wisisz, tak wisisz!Pódźno bliżej, ostatni raz będę cię badał:Wyznaj, kto tobie o tém biciu rozpowiadał?300He? — Milczysz? Już od Boga ty się nie dowiedział —Któż mówił? — Co? — Bóg? — anioł? — djabeł?

Tyś powiedział.

Tyś! — mnie mówić tyś? — tyś — tyś... ha, mnich!

Ha, kapcanie!Mówi się Panu — Jaśnie Oświecony Panie!

Naucz go tam jak mówić. Ten mnich widzę z chléwa.305Daj mu tak — (Pokazuje ręką)

Widzisz, ośle, Senator się gniéwa!

Panie, odpuść mu, Panie, on nie wié, co zrobił!Ach bracie, tą złą radą tyś sam się już dobił.Dziś ty staniesz przed Bogiem.

Co to?

On błaznuje.Daj mu jeszcze raz w papę, niech nam prorokuje.

310Bracie! I ty poszedłeś za jego przykładem!Policzone dni twoje, pójdziesz jego śladem.

Hej, posłać po Botwinkę! Zatrzymać tu klechę!Ja sam będę przy śledztwie, będziem mieć uciechę:Obaczym, czy on będzie milczał tak upornie.315Ktoś go namówił.

Właśnie przedstawiam pokornie,To jest rzecz umówiona, i te wszystkie spiskiKieruje, jak wiem pewnie, Książę Czartoryski.

Que me dites vous là, mon cher, o Książęciu?Impossible —

Kto wié — eh! — Śledztwo lat dziesięciu,320Nim się książę wyplącze, jeśli ja go splątam.

Skądże wiész?

Dawno, czynnie, sprawą się zaprzątam.

I Pan mnie nie mówiłeś?

Jaśnie Pan nie słuchał:Ja mówiłem, że ktoś to ten pożar rozdmuchał.

Ktoś! ktoś! Ale czy Książę?

Mam ślad oczywisty,325Mam doniesienia, skargi i przejęte listy.

Listy Księcia?

Przynajmniej jest mowa o KsięciuW tych listach, i o całém jego przedsięwzięciu,I wielu profesorów — a główném ogniskiemJest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem.

330Ach, gdyby jaki dowód! choćby podejrzenie,Ślad dowodu, cień śladu, choćby cieniów cienie!Nieraz już mi o uszy obiła się mowa:To Czartoryski wyniósł tak Nowosilcowa.Obaczym teraz, kto z nas będzie mógł się chwalić:335Czy ten, co umiał wynieść, czy ten, co obalić.

Pójdź, que je vous embrasse! A! a! to rzecz inna!

Ja wraz zgadnąłem, że to sprawa nie dziecinna;Ja wraz zgadnąłem, że to jest Książęcia sztuka.

I Pan zgadnął? Zjé djabła, kto Pana oszuka.

340Choć ja wiem o tém wszystkiem, Panie Radzco stanu;Jeśli odkryć dowody udało się Panu,Écoutez, daję Panu sanatorskie słowo:Naprzód pensyję roczną powiększę połową,I tę skargę za dziesięć lat służby policzę;345Potém może starostwo, dobra kanonicze,Order — kto wie? Nasz cesarz wspaniale opłaca;Ja go sam będę prosił, już to moja praca.

Mnie też to kosztowało niemało zabiegów;Ze szczupłéj mojej płacy opłacałem szpiegów;350A wszystko z gorliwości o dobro cesarza.

Mon cher, idź zaraz, weźmij mego sekretarza.

Wziąć te wszystkie papiery i opieczętować;

Wieczorem będziem wszystko razem trutynować.

Ja pracowałem, śledztwo prowadziłem całe:355A on z tego odkrycia miałby zysk i chwałę!...

Przyaresztuj doktora razem z papierami.

To ważna sprawa, musim zatrudnić się sami,Doktor wymknął się z pewném słówkiem niemnyśnie.Zbadałem go, a śledztwo ostatek wyciśnie.

360Niedawno mię odpychał — ho, ho, Pelikanie!I ja go zepchnę, i tak, że już nie powitanie!(Do Senatora) Zaraz wracam.

O ósmej ja wyjeżdżam z miasta.

Co to? na mym zegarku godzina dwunasta?

Już piąta.

Co, już piąta? — Ledwie oczom wierzę:365Mój indeks na dwunastej, na samym numerzeStanął, i na dwunastej sam indeksu nosek;Żeby choć o sekundę ruszył, choć o włosek!

Bracie! i twój już zegar stanął i nie ruszyDo drugiego południa. — Bracie, myśl o duszy.

370Czego ty chcesz?

Proroctwo tobie jakieś burczy.Patrz, jak mu oczy błyszczą: istny wzrok jaszczurczy!

Bracie, Pan Bóg różnemi znakami ostrzega.

Ten braciszek coś bardzo wygląda na szpiega —

Czy można?

C’est indigne!

Ah! mon cher sénateur,375Czekamy, posyłamy!

Vraiment, c’est un malheur.

Wreszcie przyszłyśmy szukać...

Cóż to? Jaka gala!

I tu możemy tańczyć; dość obszerna sala.

Pardon, mille pardons, j’étais très occupé.Que vois-je, un menuet? Parfaitement groupé!380Cela m’a rappelé les jours de ma jeunesse!

Ce n’est qu’une surprise.

Est-ce vous, ma déesse!Que j’aime cette danse! Une surprise? Ah! dieux!

Vous danserez, j’espère.

Certes, et de mon mieux.

Patrz, patrz starego: jak się wije,385Jak sapié. Oby skręcił szyję!

Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan!

Il créuera dans l’instant.

Patrz, jak on łasi się i liże,Wczora mordował, tańczy dziś!390Patrz, patrz, jak on oczyma strzyże,Skacze jak w klatce ryś.

Wczora mordował i katowałI tyle krwi niewinnej wylał;Patrz, dzisiaj on pazury schował,395I będzie się przymilał.

Tańczy senator, czy widzicie?Ej, sowietniku? pódźmy w tan!

Uważaj, czy to przyzwoicie,Byś ze mną tańczył Pan.

400Ale tu znajdziem kilka dam.

Ale nie o to idzie rzecz:Ja sobie wolę tańczyć sam,Niż z tobą — pódźże precz.

Skądże to?

Jestem sowietnikiem.

405Ja jestem officerski syn.

Mój Panie, ja nie tańczę z nikim,Kto ma tak niski czyn.

Pódź Półkowniku, pódźże w taniec:Widzisz, że tańczy sam senator.

410Jaki tam gadał oszarpaniec? (pokazując Regestratora)

Kolleski regestrator!

Ta szuja istne jakóbiny!

Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan.

Jak tu pomieszały się czyny!

415Il crèvera dans l’instant.

Ah, quelle beauté! quelle grâce!

Jaka to świetność, przepych jaki!

Ach łotry, szelmy, ach łajdaki!Żeby ich piorun trzasł!

420Chcę zrobić znajomość starosty.On piękną żonę, córkę ma:Ale zazdrośny —

To człek prosty;Niech Pan to na nas zda.

A żona Pańska?

W domu siedzi.

425A córki?

Jedną tylko mam.

I córka balu nie odwiedzi!

Nie.

Pan tu sam?

Ja sam.

I żona nie zna Senatora?

Dla siebie tylko żonę mam.

430Chciałam wziąć córkę pańską wczora.

Usłużność Pani znam.

Tu w menuecie para zbywa:Senator potrzebuje dam.

Moja córka w parach nie bywa:435Jéj parę znajdę sam.

Mówiono, że tańczy i grywa;Senator chciał zaprosić sam.

Widzę, że pan senator wzywaNaraz po kilka dam.

440Jaka muzyka, jaki śpiew!Jak pięknie meblowany dom!

Te szelmy z rana piją krew,A po obiedzie róm.

Drze ich, to prawda, lecz zaprasza:445Takiemu dać się drzéć nie żal.

Po turmach siedzi młodzież nasza:Nam każą iść na bal.

Nie dziw, że nas tu przeklinają:Wszak to już mija wiek,450Jak z Moskwy w Polskę nasyłająSamych łajdaków stek.

Patrz, jak się Bajkow, Bajkow rucha:Co to za mina, co za ruch?Skacze, jak po śmieciach ropucha,455Patrz, patrz, jak nadął brzuch.Wyszczérzył zęby; nazbyt łyknął.Patrz, jak otwiera gębę on.Słuchaj, ach słuchaj: Bajkow ryknął.

Mon général, quelle chanson!

460Quel honneur, quel bonheur!Ah! monsieur le sénateur!Je suis votre humble serviteur, etc.

Général, ce sont vos paroles?

Oui.

Je vous en fais mon compliment.

465Ces couplets sont vraiment fort drôles;Quel ton satirique el plaisant!

Pour votre muse sans rivale,Je vous ferais académicien.

Senator dziś będzie rogal.

470Va, va, je te coifferai bien.

Nazbyt ohydni, nazbyt starzy.

Jeśli ci zbrzydnął, to go rzuć.

Jak mojéj córeczce do twarzy!

Jak od nich rómem czuć!

475Tylko Zosieńku, podnieś wzrok,Może Senator cię obaczy.

Jeżeli o mnie się zahaczy,Dam rękojeścią (biorąc za karabelę) — w bok.

Ach jaka świetność, przepych jaki!480Ah, quelle beauté, quelle grâce!

Ach, szelmy, łotry, ach, łajdaki!Żeby ich piorun trzasł!

Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić,Lub zamalować w pysk.

485Cóż stąd? Jednego łotra zgładzić,Lub obić: co za zysk?Oni wyszukają przyczyny,By uniwersytety znieść,Krzyknąć, że ucznie jakóbiny,490I waszą młodzież zjeść.

Lecz on zapłaci za męczarnie,Za tyle krwi i łez.

Cesarz ma u nas liczne psiarnie:Cóż, że ten zdechnie pies?

495Nóż świerzbi w ręku: pozwól ubić.

Ostrzegam jeszcze raz!

Pozwól przynajmniej go wyczubić.

A zgubić wszystkich was!

Ach szelmy, łotry, ach zbrodniarze!

500Muszę ciebie wywieść za próg.

Czyż go to za nas nikt nie skarze?Nikt się nie pomści?...

Bóg!

Co to jest — Co to?

Jaka muzyka ponura!

Jak ciemno. Patrz-no, jaka zebrała się chmura

505Cóż to? Czemu nie grają?

Zmylili się.

Pałki!

Bo to miano grać różne z opery kawałki,Oni nie zrozumieli i stąd zamieszanie.

No, no, no! — Arrangez donc! No, Panowie, Panie —

Puszczaj mię! puszczaj...

Ślepa?

Widzi: — patrz, jak sadzi510Po schodach. Zatrzymajcie!

Kto jéj co poradzi!

Ja go znajdę tu tego pijaka, tyrana!

A! patrz, jak obaliła! — A! a! opętana!

Gdzie ty? Znajdę cię, mózgi na bruku rozbiję,Jak mój syn! Ha tyranie! Syn mój! syn nie żyje!515Wyrzucili go oknem! — Czy ty masz sumienie?Syna mego, tam z góry, na bruk, na kamienie...Ha, ty pijaku stary, zbryzgany krwią tyluNiewiniątek, pódź! gdzie ty, gdzie ty, krokodylu?

Ja ciebie tu rozedrę, jak mój Jaś, na sztuki —520Syn! Wyrzucili z okna, z klasztoru, na bruki.Me dziécie, mój jedynak, mój ojciec żywiciel —A ten żyje, i Pan Bóg jest, i jest Zbawiciel?

Nie bluźń, kobieto! Syn twój zraniony, lecz żyje.

Żyje? Syn żyje? — Czyje to są słowa, czyje?525Czy to prawda, mój Księże? — Ja zaraz pobiegłam —»Spadł« krzyczą! Biegę — wzięli — i zwłok nie dostrzegłam:Zwłok mego jedynaka! — Ja biédna sierota!Zwłok syna nie widziałam! Widzisz: — ta ślepota!Lecz krew na bruku czułam. — Przez Boga żywego,530Tu czuję! krew tę samę! Tu krew syna mego.Tu jest ktoś krwią zbryzgany — tu, tu jest kat jego!

Słowo stało się ciałem! — To tu!

Tu! tu!

Nie tu.

Jak blisko: w sam róg domu uniwersytetu.

Okna doktora!

Słyszysz w domu krzyk kobiéty?

535Cha, cha, cha, djabli wzięli!

Nasz doktor?...

— ZabityOd piorunu. Fenomen ten godzien rozbiorów:Około domu stało dziesięć konduktorów,A piorun go w ostatnim pokoju wytropił.Nic nie zepsuł i tylko ruble srebrne stopił.540Srebro leżało w biurku, tuż u głów doktora,I zapewne służyło dziś za konduktora.

Ruble rossyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne.

Panie zmieszały taniec — jak Panie niegrzeczne.

Wynieście ją, wynieście — pomóc téj kobiecie.545Wynieście ją.

Do syna?

Wynieście, gdzie chcecie.

Syn jéj jeszcze nie umarł, on jeszcze oddycha:Pozwól mnie iść do niego.

Idź, gdzie chcesz do licha!

Doktor zabity — Ah! ah! ah! c’est inconcevable!Ten ksiądz mu przepowiedział — Ah! Ah! Ah! c’est diable!

550No i cóż w tém strasznego? — Wiosną idą chmury,Z chmury piorun wypada: — taki bieg natury.

Już gadajcie co chcecie, a strach zawsze strachem.Ja nie chcę dłużéj z wami być pod jednym dachem;Mówiłam: mężu, nie léź do tych spraw dziecinnych —555Pókiś knutował żydów, chociaż i niewinnych,Milczałam: ale dzieci! A widzisz doktora?

Głupia jesteś.

Do domu wracam, jestem chora.

Przeklęty doktor! Żyjąc, nudził mnie do mdłości,A jak zdechł, patrzaj, jeszcze rozpędza mi gości.

560Voyez, jak ten ksiądz patrzy — voyez quel oeil hagard;To jest dziwny przypadek, un singulier hasard.Powiedz no, mój księżuniu, czy znasz jakie czary?Skąd przewidziałeś piorun? — Może boskie kary?

Prawdę mówiąc, ten doktor troszeczkę przewinił:565Prawdę mówiąc, ten doktor nad powinność czynił.On aurait fort à dire — kto wié, są przestrogi —Mój Boże, czemu prostéj nie trzymać się drogi?

No, i cóż Księże? — Milczy! milczy i zwiesił nos.Ale go puszczę wolno: — on dirait bien des choses!...

570Cha! cha! cha! jeśli śledztwo jest niebezpieczeństwem:Toćby nas przecie pierun zaszczycił pierwszeństwem.

Opowiem wam dwie dawne, ale pełne treści —

O piorunie? — doktorze? — Mów!

— Dwie przypowieści.Onego czasu, w upał przyszli ludzie różni575Zasnąć pod cieniem muru: byli to podróżni.Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,Anioł pański zbudził go: wstań, bo mur się wali.On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:Wstał, a mur inne pobił. On, ręce złożywszy580Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie,A pański anioł stanął przed nim i tak powie:

Ty najwięcéj zgrzeszyłeś: kary nie wyminiesz;Lecz ostatni, najgłośniéj, najhaniebniéj zginiesz.

A druga powieść taka. Za czasu dawnego,585Pewny wódz rzymski pobił króla potężnego;I kazał na śmierć zabić wszystkie niewolniki,Wszystkie rotmistrze półków i wszystkie setniki:Ale króla samego przy życiu zostawił,Tudzież starosty, tudzież półkowniki zbawił. —590I mówili do siebie głupi więźnie owi:Będziem żyć, podziękujmy za życie wodzowi.Aż jeden żołnierz rzymski, co im posługował,Rzekł im: zaprawdę, wódz was przy życiu zachował,Bo was przykuje przy swym tryjumfalnym wozie,595I będzie oprowadzał po całym obozie,I do miasta powiedzie; bo wy z tych jesteście,Których wodzą po Rzymie, oném sławném mieście,Aby lud rzymski krzyknął: patrzcie, co wódz zrobił,On takie króle, takie półkowniki pobił!600Potém, gdy was w łańcuchach złotych oprowadzi,Odda was w ręce kata, a kat was osadziNa głębokie, podziemne i ciemne wygnanie,Kędy będzie płacz wieczny i zębów zgrzytanie.Tak mówił żołnierz rzymski. Do żołnierza tego605Król gromiąc, rzekł: twe słowa są słowa głupiego;

Czyś ty kiedy na ucztach z twoim wodzem siedział,Ażebyś jego rady, jego myśli wiedział?Zgromiwszy, pił i śmiał się z swymi współwięźniami,Ze swymi hetmanami i półkownikami.

610Il bal la campagne. Księże, gdzie chcesz, ruszaj sobie.Jeśli cię jeszcze złowię: tak skórę oskrobię,Że cię potém nie pozna twa matka rodzona,I będziesz mi wyglądał jak syn Rollisona.

Dziwna rzecz! Nie widziałem nigdy téj postaci:615A znam go, jak jednego z mych rodzonych braci.Czy to we śnie? Tak, we śnie; teraz przypomniałem.Taż sama twarz, te oczy, we śnie go widziałem.On to, zdało się, że mię wyrywał z otchłani.

Mój Księże, choć jesteśmy mało sobie znani,

620— Przynajmniéj Ksiądz mię nie znasz — przyjmij dziękczynienieZa łaskę, którą tylko zna moje sumnienie.Drodzy są i widziani we śnie przyjaciele,Gdy prawdziwych na jawie widzim tak niewiele.Weź, proszę, ten pierścionek, przedaj; daj połowę625Ubogim, drugą na mszę, za dusze czyscowe:Wiem co cierpią, jeżeli czyściec jest niewolą;Mnie, kto wié, czy już kiedy słuchać mszy pozwolą.

Pozwolą — Za pierścionek ja ci dam przestrogę:Ty pojedziesz w daleką, nieznajomą drogę,630Będziesz w wielkich, bogatych i rozumnych tłumie:Szukaj męża, co więcéj niźli oni umie.Poznasz, bo cię powita pierwszy w Imie Boże;Słuchaj co powie...

Cóż to? tyżeś?... czy być może?Stój na chwilę... dla Boga...

Bywaj zdrów! nie mogę.

635Jedno słowo...

Nie wolno! każdy w swoję drogę. —

Comentarios

Cargando comentarios…