Farys (Mickiewicz, 1899)

Jak łódź wesoła, gdy uciekłszy z ziemi,Znowu po modrym zwija się krysztale,I pierś morza objąwszy wiosły lubieżnemi,Szyją łabędzią buja ponad fale:Tak Arab, kiedy rumaka z opokiNa obszar pustyni strąca,Gdy kopyta utoną w piaszczyste potokiZ głuchym szumem, jak w nurtach wody stal gorąca.

Już płynie w suchem morzu koń mój, i rozcinaSypkie bałwany piersiami delfina.Coraz chyżej, coraz chyżej,Już po wierzchu żwir zamiata;Coraz wyżej, coraz wyżej,Już nad kłąb kurzu wylata.

Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura,Gwiazda na czole jego jak jutrzenka błyska,Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,A nóg białych polotem błyskawice ciska.

Pędź, latawcze białonogi,Góry z drogi, lasy z drogi!

Daremnie palma zielonaZ cieniem i owocem czeka:Ja się wydzieram z jej łona;Palma ze wstydem ucieka,Kryje się w głębi oazy,I szmerem liści z mojej dumy się uśmiecha.

Ówdzie, granic pustyni pilnujące głazyDziką na Beduina poglądają twarzą,Kopyt końskich ostatnie podrzeźniając echa,Taką za mną groźbą gwarzą:

»O szalony! gdzie on goni!Tam od ostrych słońca grotówGłowy jego nie ochroniNi palma zielonowłosa,Ni białe łono namiotów.Tam jeden namiot — niebiosa.Tylko skały tam nocują,Tylko gwiazdy tam koczują«.

Daremnie grożą, daremnie!Pędzę i podwajam razy.Spojrzałem... aż dumne głazyZostały zdala odemnie;Uciekają rzędem długim,Kryją się jeden za drugim.

Sęp usłyszał ich groźbę i ślepo uwierzył,Że Beduina weźmie na pustyni jeńcem;I w pogoń za mną skrzydłami uderzył,Trzykroć czarnym obwinął głowę moją wieńcem.

»Czuję, krakał, zapach trupi,Jeździec głupi, rumak głupi!

Jeździec w piaskach szuka drogi,Szuka paszy białonogi;Jeźdźcze, koniu, pusta praca,Kto tu zaszedł, nie powraca!Po tych drogach wiatr się błąka,Unosząc z sobą swe ślady,Nie dla koni jest ta łąka,Ona tylko pasie gady.Tylko trupy tu nocują,Tylko sępy tu koczują«.

Kracząc, lśniącymi szpony w oczy mi urągał,I spojrzeliśmy sobie trzykroć oko w oko:Któż się uląkł? — Sęp uląkł i uciekł wysoko!...Kiedym go chciał ukarać i majdan naciągał,I gdym sępa oczyma poza sobą tropił:Już on wisiał w powietrzu jako plamka szara,Wielkości wróbla... motyla... komara,Potem się całkiem w błękicie roztopił.

Pędź, latawcze białonogi,Skały z drogi, sępy z drogi!

Wtenczas obłok zachodni wyrwał się z pod słońcaGonił mię białem skrzydłem po błękitnym sklepie;On w niebie chciał uchodzić za takiego gońca,Jakim ja byłem na stepie!Nad głową moją zawisnął,Taką groźbą za mną cisnął:

»O szalony! gdzie on goni!Tam pragnienie piersi stopi;Obłok deszczem nie odkropiObsypanej kurzem skroni;Strumień na błoniu jałowemNie ozwie się srebrnem słowem;Rosa, nim na ziemię spadnie,Wiatr ją głodny w lot rozkradnie«.

Daremnie grozi! Pędzę i podwajam razy...Obłok strudzony zaczął po niebie się słaniać,Coraz niżej głowę skłaniać,Potem oparł się na głazy.A gdym oczy raz jeszcze ze wzgardą obrócił:Jużem o całe niebo w tyle go porzucił.Widziałem z twarzy, co on w sercu knował:Zaczerwienił się od złości,Oblał się żółcią zazdrości,Nakoniec jak trup zczerniał i w górach się schował!...

Pędź, latawcze białonogi,Stepy z drogi, chmury z drogi!

Teraz oczy, kręgiem słońca,Okręciłem koło siebie:I na ziemi i na niebieJuż nie było za mną gońca...Tu natura snem ujęta,Nigdy ludzkich stóp nie słyszy:Tu żywioły drzemią w ciszyJak niepłoszone zwierzęta,Których stado nie ucieka,Widząc pierwszą twarz człowieka.

Przebóg! ja tu nie pierwszy!... Śród piaszczystej kępyOszańcowane świecą się zastępy...Czy błądzą, czy z zasadzki czatują na łupy?Jeźdźce w bieli i konie straszliwej białości!...Przybiegam — stoją; wołam — milczą... To są trupy!...Starożytna karawanaWiatrem z piasku wygrzebana!...Na szkieletach wielblądów siedzą jeźdźców kości;Przez jamy, gdzie były oczy,Przez odarte z ciała szczęki,Piasek strumieniem się toczyI złowrogie szemrze jęki:

»Beduinie opętany!Gdzie lecisz? tam huragany!«

Ja pędzę, ja nie znam trwogi.Pędź, latawcze białonogi,Trupy, huragany z drogi!

Huragan, z afrykańskich pierwszy wichrzycieli,Przechadzał się samotny po żwiru topieli.Obaczył mię z daleka, wstrzymał się i zdumiał,I kręcąc się na miejscu, tak do siebie szumiał:»Co tam za jeden z wichrów, moich młodszych braci,Tak poziomego lotu, nikczemnej postaci,Śmie deptać lądy, którem w dziedzictwie osiągnął?«Ryknął i ku mnie w kształcie piramidy ciągnął.Widząc, żem był śmiertelny i nieustraszony,Ze złości ląd nogą trącił,Całą Arabią zmącił,I jak gryf ptaka, porwał mię w swe szpony,Oddechem ognistym palił,Skrzydłami kurzawy walił,Ciskał w górę, bił o ziemię,Nasypywał żwiru brzemię...Ja zrywam się, walczę śmiało,Targam jego członków kłęby,Ćwiertuję piaszczyste ciało,Gryzę go wściekłymi zęby.Huragan chciał z mych ramion w niebo uciec słupem:Nie wydarł się! Wpół ciała zerwał się i runął,Deszczem piasku z góry lunął.I legł u nóg mych długim, jak wał miejski, trupem!

Odetchnąłem! Ku gwiazdom spoglądałem dumnie;I wszystkie gwiazdy oczyma złotemi,Wszystkie poglądały ku mnie:Bo prócz mnie nie było nikogo na ziemi.

Jak tu mile oddychać piersiami całemi!Oddycham pełno! szeroko!Całe powietrze w ArabistanieLedwie mi na oddech stanie.Jak tu mile poglądać oczyma całemi!Wytężyło się me okoTak daleko, tak szeroko:Że więcej świata zasięgaNiż jest w kole widnokręga.Jak miło się wyciągnąć ramiony całemi!Wyciągnąłem ku światu ramiona uprzejme,Zda się, że go ze wschodu na zachód obejmę.Myśl moja ostrzem leci w otchłanie błękitu,Wyżej, wyżej i wyżej, aż do niebios szczytu.Jak pszczoła topiąc żądło i serce z niem grzebie,Tak ja za myślą duszę utopiłem w niebie!

Petersburg, 1828.

Comentarios

Cargando comentarios…