Konrad Wallenrod — IV

Był dzień patrona, uroczyste święto,Komtury z braćmi do stolicy jadą,Białe chorągwie na wieżach zatknięto.Konrad rycerzy ma uczcić biesiadą.

Sto białych płaszczów powiewa za stołem,Na każdym płaszczu czerni się krzyż długi:To byli bracia, a za nimi kołemMłodzi giermkowie stoją dla posługi.

Konrad na czele, po lewicy tronuWziął miejsce Witold ze swemi hetmany;Dawniej był wrogiem, dziś gościem zakonu,Przeciwko Litwie sojuszem związany.

Już mistrz, powstawszy, daje uczty hasło,„Cieszmy się w Panu!“ wnet puhary błysły.„Cieszmy się w Panu!“ tysiąc głosów wrzasło,Srebra zabrzmiały, strugi wina trysły.

Wallenrod usiadł i na łokciu wspartySłuchał z pogardą nieprzystojnych gwarów;Umilkła wrzawa, ledwie ciche żartyGdzie niegdzie przerwą lekki dźwięk puharów.

„Cieszmy się, rzecze, cóż to, bracia moi,Także rycerzom cieszyć się przystoi?Zrazu wrzask pjany, a teraz szmer cichy,Mamyż ucztować, jak zbójce lub mnichy?

„Inne zwyczaje były za mych czasów,Kiedy na pełnem trupów bojowisku,Śród gór kastylskich lub finlandzkich lasów,Przy obozowem piliśmy ognisku.

„Tam były pieśni! Między waszym gminemCzyż niema barda albo menestrela?Serce człowieka wino rozwesela,Ale piosenka jest dla myśli winem“.

Zarazem różni śpiewacy powstali:Tam Włoch otyły słowiczemi tonyKonrada męstwo i pobożność chwali;Ówdzie trubadur od brzegów GaronyOpiewa dzieje miłosnych pasterzy,Zaklętych dziewic i błędnych rycerzy.

Wallenrod drzemał, piosenki ustały;Nagle, zbudzony przerwanym łoskotem,Cisnął Włochowi trzos ładowny złotem:„Mnie, rzekł, jednemu śpiewałeś pochwały,Jeden nie może dać innej nagrody.Weź i pójdź z oczu! — Ów trubadur młody,Który piękności i miłości służy,Niechaj daruje, że w rycerskiem gronieDziewicy niemasz, coby mu na łonieWdzięczna przypięła marny kwiatek róży.

„Tu róże zwiędły; innego chcę barda,Zakonnik rycerz, innej chcę piosenki,Niechaj mi będzie tak dzika i twarda,Jak hałas rogów i oręża szczęki,I tak ponura, jak klasztorne ściany,I tak ognista, jak samotnik pjany.

„Dla nas, co święcim i mordujem ludzi,Mordercza piosnka niech świętość ogłasza,Niechaj rozczula i gniewa i nudzi,I znowu niechaj znudzonych przestrasza.Takie jest życie — taka piosnka nasza.Kto ją zaśpiewa? kto?“ — „Ja“ odpowiedziałSędziwy starzec, który u podwojówMiędzy giermkami i paziami siedział,Prusak czy Litwin, jak widać ze strojów:Brodę miał gęstą, wiekiem ubieloną,Głowę obwiewa ostatek siwizny,Czoło i oczy zakryte zasłoną,W twarzy wyryte lat i cierpień blizny.

W prawicy starą lutnię pruską nosił,A lewą rękę wyciągnął do stoła,I tem skinieniem posłuchania prosił.Ucichli wszyscy. — „Ja śpiewam, zawoła.Dawniej Prusakom i Litwie śpiewałem,Dziś jedni legli w ojczyzny obronie;Drudzy, żyć nie chcąc po ojczyzny zgonie,Dobić się wolą nad jej martwem ciałem,Jak sługi wierne w dobrym i złym losieGiną na swego dobroczyńcy stosie;Inni sromotnie po lasach się kryją;Inni, jak Witold, między wami żyją.

„Ale po śmierci, Niemcy, wy to wiecie,Sami spytajcie niecnych zdrajców kraju,Co oni poczną, gdy na tamtym świecieWskazani wiecznym ogniom na pożarcie,Zechcą swych przodków wywoływać z raju,Jakim językiem poproszą o wsparcie?Czy w ich niemieckiej barbarzyńskiej mowieGłos dzieci swoich uznają przodkowie?

„O, dzieci, jaka na Litwę sromota,Żaden mi, żaden nie przyniósł obrony,Gdy od ołtarza stary wajdelotaByłem w niemieckich kajdanach wleczony.Samotny, w obcej ziemi zestarzałem,Śpiewak, niestety! śpiewać nie mam komu;Na Litwę patrząc, oczy wypłakałem.Dzisiaj, jeżeli chcę westchnąć do domu,Nie wiem, gdzie leży mój dom ulubiony,Czy tam, czy ówdzie, czyli z tamtej strony.

„Tu tylko, w sercu, tu się ochroniło,Co w mej ojczyźnie najlepszego było,I te ubogie dawnych skarbów szczątkiWeźcie mi, Niemcy, weźcie mi pamiątki!

„Jak zwyciężony rycerz na igrzyskuZachowa życie, ale cześć utraca,I dni wzgardzone wlekąc w pośmiewisku,Znowu do swego zwycięzcy powraca,I raz ostatni wytężając ramie,Broń swą pod jego stopami rozłamie;

„Tak mię ostatnia natchnęła ochota,Jeszcze do lutni ośmieliłem rękę,

Niech wam ostatni w Litwie wajdelotaNuci ostatnią litewską piosenkę!“

Skończył i czekał Mistrza odpowiedzi,Czekają wszyscy w milczeniu głębokiem,Konrad badawczem i szyderczem okiemWitolda liców i poruszeń śledzi.

Postrzegli wszyscy, kiedy wajdelotaMówił o zdrajcach, jak się Witold mienił,Zsiniał, pobladnął, znowu się czerwienił,Dręczy go równie i gniew i sromota.Nakoniec, szablę ściskając u boku,Idzie, zdziwioną gromadę roztrąca,Spojrzał na starca, zahamował kroku,I chmura gniewu, nad czołem wisząca,Opadła nagle w bystrym łez potoku;Powrócił, usiadł, płaszczem twarz zasłania,I w tajemnicze utonął dumania.

A Niemcy zcicha — „Czyliż do biesiadyPrzypuszczać mamy żebrające dziady?Kto słucha pieśni i kto je rozumie?“Takie odgłosy w biesiadniczym tłumieCoraz żywszemi przerywano śmiechy;Paziowie krzyczą, świstając w orzechy:„Oto jest nuta litewskiego śpiewu“.

Wtem Konrad powstał: „Waleczni rycerze,Dziś zakon, wedle starego zwyczaju,Od miast i książąt podarunki bierze;Jak winne hołdy z podległego kraju,Żebrak wam piosnkę przynosi w ofierze;Złożenia hołdu nie brońmy starcowi,Weźmijmy piosnkę, będzie to grosz wdowi.

„Pośród nas widzim książęcia Litwinów,Gośćmi zakonu są jego wodzowie,Miło im będzie pamięć dawnych, czynówSłyszeć, w ojczystej odświeżoną mowie.Kto nie rozumie, niechaj się oddali;Ja czasem lubię te posępne jękiNiezrozumiałej litewskiej piosenki,Jak lubię łoskot rozhukanej fali,Albo szmer cichy wiosennego deszczu,Przy nich spać miło. — Śpiewaj, stary wieszczu!“

Kiedy zaraza Litwę ma uderzyć,Jej przyjście wieszcza odgadnie źrenica;Bo jeśli słuszna wajdelotom wierzyć,Nieraz na pustych cmentarzach i błoniachStaje widomie morowa dziewica,W bieliźnie, z wiankiem ognistym na skroniach,Czołem przenosi białowieskie drzewa,A w ręku chustką skrwawioną powiewa.

Strażnicy zamków oczy pod hełm kryją,A psy wieśniaków, zarywszy pysk w ziemi,Kopią, śmierć wietrzą i okropnie wyją.

Dziewica stąpa kroki złowieszczemiNa sioła, zamki i bogate miasta;A ile razy krwawą chustką skinie,Tyle pałaców zmienia się w pustynie,Gdzie nogą stąpi, świeży grób wyrasta.

Zgubne zjawisko! — Ale więcej zgubyWróżył Litwinom od niemieckiej strony

Szyszak błyszczący ze strusiemi czuby,I płaszcz szeroki, krzyżem naczerniony.

Gdzie przeszły stopy takiego widziadła,Niczem jest klęska wiosek albo grodów:Cala kraina w mogiłę zapadła.Ach! kto litewską duszę mógł ochronić,Pójdź do mnie, siądziem na grobie narodów,Będziemy dumać, śpiewać i łzy ronić.

O, wieści gminna, ty arko przymierzaMiędzy dawnemi i młodszemi laty:W tobie lud składa broń swego rycerza,Swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty.

Arko! tyś żadnym nie złamana ciosem,Póki cię własny twój lud nie znieważy;O, pieśni gminna, ty stoisz na strażyNarodowego pamiątek kościoła,Z archanielskiemi skrzydłami i głosem, —Ty czasem dzierżysz i broń archanioła.

Płomień rozgryzie malowane dzieje,Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,Pieśń ujdzie cało, tłum ludzi obiega;A jeśli podłe dusze nie umiejąKarmić ją żalem i poić nadzieją,Ucieka w góry, do gruzów przylega,I stamtąd dawne opowiada czasy,Tak słowik z ogniem zajętego gmachuWyleci, chwilę przysiądzie na dachu:Gdy dachy runą, on ucieka w lasy,I brzmiącą piersią nad zgliszcza i grobyNuci podróżnym piosenkę żałoby.

Słuchałem piosnek — nieraz kmieć stoletni,Trącając kości żelazem oraczem,Stanął i zagrał na wierzbowej fletniPacierz umarłych, lub rymownym płaczemWas głosił, wielcy ojcowie — bezdzietni.Echa mu wtórzą, ja słuchałem zdala,Tem mocniej widok i piosnka rozżala,Żem był jedynym widzem i słuchaczem.

Jako w dzień sądny z grobowca wywołaUmarłą przeszłość trąba archanioła,Tak na dźwięk pieśni kości z pod mej stopyW olbrzymie kształty zbiegły się i zrosły.Z gruzów powstają kolumny i stropy,Jeziora puste brzmią licznemi wiosły,I widać zamków otwarte podwoje,Korony książąt, wojowników zbroje,Śpiewają, wieszcze, tańczy dziewic grono —Marzyłem cudnie, srodze mię zbudzono!

Zniknęły lasy i ojczyste góry,Myśl, znużonemi ulatując pióry,Spada, w domową tuli się zaciszę;Lutnia umilkła w otrętwiałem ręku,Śród żałosnego spółrodaków jękuCzęsto przeszłości głosu nie dosłyszę!Lecz dotąd iskry młodego zapałuTlą w głębi piersi, nieraz ogień wzniecą,Duszę ożywią, i pamięć oświecą.Pamięć naówczas, jak lampa z kryształu,Ubrana pendzlem w malowne obrazy,Chociaż ją zaćmi pył i liczne skazy,Jeżeli świecznik postawisz w jej serce,Jeszcze świeżością barwy znęci oczy,

Jeszcze na ścianach pałacu roztoczyKraśne, acz nieco przyćmione kobierce.

Gdybym był zdolny własne ognie przelaćW piersi słuchaczów i wskrzesić postaciZmarłej przeszłości, gdybym umiał strzelaćBrzmiącemi słowy do serca spółbraci;Możeby jeszcze w tej jedynej chwili,Kiedy ich piosnka ojczysta poruszy,Uczuli w sobie dawne serca bicie,Uczuli w sobie dawną wielkość duszy,I chwilę jedną tak górnie przeżyli,Jak ich przodkowie niegdyś całe życie.

Lecz poco zbiegłe wywoływać wieki?I swoich czasów śpiewak nie obwini,Bo jest mąż wielki, żywy, niedaleki,O nim zaśpiewam, uczcie się, Litwini!

Umilknął starzec i dokoła słucha,Czy Niemcy dalej pozwolą mu śpiewać;W sali dokoła była cichość głucha,Ta zwykła wieszczów na nowo zagrzewać.Zaczął więc piosnkę, ale innej treści,Bo głos na spadki wolniejsze rozmierzał,Po strunach słabiej i rzadziej uderzał,I z hymnu zstąpił do prostej powieści.

Skąd Litwini wracali? Z nocnej wracali wycieczki,Wieźli łupy bogate, w zamkach i cerkwiach zdobyte.Tłumy brańców niemieckich z powiązanemi rękami,

Ze stryczkami na szyjach, biegą przy koniach zwycięzców:Poglądają ku Prusom — i zalewają się łzami,Poglądają na Kowno — i polecają się Bogu!W mieście Kownie pośrodku ciągnie się błonie Peruna,Tam książęta litewscy, gdy po zwycięstwie wracają,Zwykli rycerzy niemieckich palić na stosie ofiarnym.Dwaj rycerze pojmani jadą bez trwogi do Kowna,Jeden młody i piękny, drugi latami schylony;Oni sami śród bitwy, hufce niemieckie rzuciwszy,Między Litwinów uciekli, książę Kiejstut ich przyjął,Ale strażą otoczył, w zamek za sobą prowadził.Pyta, z jakiej krainy, w jakich zamiarach przybyli.„Nie wiem, rzecze młodzieniec, jaki mój ród i nazwisko,Bo dziecięciem od Niemców byłem w niewolą schwytany.Pomnę tylko, że kędyś w Litwie śród miasta wielkiegoStał dom moich rodziców; było to miasto drewnianeNa pagórkach wyniosłych, dom był z cegły czerwonej.Wkoło pagórków na błoniach puszcza szumiała jodłowa,Środkiem lasów daleko białe błyszczało jezioro.Razu jednego w nocy wrzask nas ze snu przebudził,Dzień ognisty zaświtał w okna, trzaskały się szyby,Kłęby dymu buchnęły po gmachu, wybiegliśmy w bramę,Płomień wiał po ulicach, iskry sypały się gradem,Krzyk okropny: „Do broni! Niemcy są w mieście, do broni!“Ojciec wypadł z orężem, wypadł i więcej nie wrócił.Niemcy wpadli do domu, jeden wypuścił się za mną,Zgonił, porwał mię na koń; nie wiem, co stało się dalej,Tylko krzyk mojej matki długo, długo słyszałem.Pośród szczęku oręża, domów runących łoskotu,Krzyk ten ścigał mię długo, krzyk ten pozostał w mem uchu.Teraz jeszcze, gdy widzę pożar i słyszę wołania,Krzyk ten budzi się w duszy, jako echo w jaskini

Za odgłosem piorunu; oto jest wszystko, co z Litwy,Co od rodziców wywiozłem. W sennych niekiedy marzeniachWidzę postać szanowną matki i ojca i braci,Ale coraz to dalej jakaś mgła tajemnicza,Coraz grubsza i coraz ciemniej zasłania ich rysy.Lata dzieciństwa płynęły, żyłem śród Niemców, jak Niemiec;Miałem imię Waltera, Alfa nazwisko przydano;Imię było niemieckie, dusza litewska została,Został żal po rodzinie, ku cudzoziemcom nienawiść.Winrych, mistrz krzyżacki, chował mię w swoim pałacu,On sam do chrztu mię trzymał, kochał i pieścił jak syna.Jam się nudził w pałacach, z kolan Winrycha uciekałDo wajdeloty starego. Wówczas pomiędzy NiemcamiBył wajdelota litewski, wzięty w niewolą przed laty,Służył tłumaczem wojsku. Ten, gdy się o mnie dowiedział,Żem sierota i Litwin, często mię wabił do siebie,Rozpowiadał o Litwie, duszę stęsknioną otrzeźwiałPieszczotami i dźwiękiem mowy ojczystej i pieśnią.On mię często ku brzegom Niemna sinego prowadził:Stamtąd lubiłem na miłe góry ojczyste poglądać.Gdyśmy do zamku wracali, starzec łzy ocierał,Aby nie wzbudzić podejrzeń; łzy mi ocierał, a zemstęPrzeciw Niemcom podniecał. Pomnę, jak w zamek wróciwszy,Nóż ostrzyłem tajemnie; z jaką zemsty rozkosząRznąłem kobierce Winrycha lub kaleczyłem zwierciadła,Na tarcz jego błyszczącą piasek miotałem i plwałem.Potem w latach młodzieńczych częstośmy z portu KłejpedyW łódkę ze starcem siadali brzegi litewskie odwiedzać.Rwałem kwiaty ojczyste, a czarodziejska ich woniaTchnęła w duszę jakoweś dawne i ciemne wspomnienia.Upojony tą wonią, zdało się, że dzieciniałem,Że w ogrodzie rodziców z braćmi igrałem małymi.Starzec pomagał pamięci; on piękniejszemi słowami,

Niźli zioła i kwiaty, przeszłość szczęśliwą malował:Jakby miło w ojczyźnie, pośród przyjaciół i krewnychPędzić chwile młodości; ileżto dzieci litewskichSzczęścia takiego nie znają, płacząc w kajdanach zakonu.To słyszałem na błoniach; lecz na wybrzeżach Połągi,Gdzie grzmiącemi piersiami białe roztrąca się morze,I z pienistej gardzieli piasku strumienie wylewa:„Widzisz, mawiał mi starzec, łąki nadbrzeżnej kobierce?Już je piasek obleciał; widzisz te zioła pachnące?Czołem silą się jeszcze przebić śmiertelne pokrycie,Ach! daremnie, bo nowa żwiru nasuwa się hydra,Białe płetwy roztacza, lądy żyjące podbija,I rozciąga dokoła dzikiej królestwo pustymi.Synu, plony wiosenne, żywo do grobu wtrącone,To są ludy podbite, bracia to nasi Litwini;Synu, piaski, z za morza burzą pędzone, — to zakon.“Serce bolało, słuchając; chciałem mordować krzyżaków,Albo do Litwy uciekać; starzec hamował zapędy,„Wolnym rycerzom, powiadał, wolno wybierać oręże,I na polu otwartem bić się równemi siłami;Tyś niewolnik, jedyna broń niewolników — podstępy.Zostań jeszcze i przejmij sztuki wojenne od Niemców,Staraj się zyskać ich ufność, dalej obaczym, co począć.“Byłem posłuszny starcom, szedłem z wojskami Teutonów;Ale w pierwszej potyczce ledwiem obaczył chorągwie,Ledwiem narodu mojego pieśni wojenne usłyszał,Poskoczyłem ku naszym, starca za sobą przywodzę.Jako sokół, wydarty z gniazda i w klatce żywiony,Choć srogiemi mękami łowcy odbiorą mu rozum,I puszczają, ażeby braci sokołów wojował,Skoro wzniesie się w chmury, skoro pociągnie oczymaPo niezmiernych obszarach swojej błękitnej ojczyzny,Wolnem odetchnie powietrzem, szelest swych skrzydeł usłyszy;

Pójdź, myśliwcze, do domu, z klatką nie czekaj sokoła!“Skończył młodzieniec; a Kiejstut słuchał ciekawie, słuchałaCóra Kiejstuta, Aldona, młoda i piękna jak bóstwo.Jesień płynie, z jesienią ciągną się długie wieczory;Kiejstutówna, jak zwykle, w sióstr i rówiennic orszakuZa krośnami usiada, albo się bawi przędziwem;A gdy igły migocą, toczą się chybkie wrzeciona,Walter stoi i prawi cuda o krajach niemieckich,I o swojej młodości. Wszystko, co Walter powiadał,Łowi uchem dziewica, myślą łakomą połyka;Wszystko umie napamięć, nieraz i we śnie powtarza.Walter mówił, jak wielkie zamki i miasta za Niemnem,Jakie bogate ubiory, jakie wspaniałe zabawy,Jak na gonitwach waleczni kopije kruszą rycerze,A dziewice z krużganków patrzą i wieńce przyznają.Walter mówił o wielkim Bogu, co włada za Niemnem,I o niepokalanej Syna Bożego Rodzicy,Której postać anielską w cudnym pokazał obrazku.Ten obrazek młodzieniec nosił pobożnie na piersiach:Dziś Litwince darował, gdy ją do wiary nawracał,Gdy pacierze z nią mówił, chciał wszystkiego nauczyć,Co sam umiał; niestety, on ją i tego nauczył,Czego dotąd nie umiał, on nauczył ją kochać.I sam uczył się wiele; z jakiem rozkosznem wzruszeniemSłyszał z ust jej litewskie już zapomniane wyrazy!Z każdym wskrzeszonym wyrazem budzi się nowe uczucie,Jako iskra z popiołu; były to słodkie imionaPokrewieństwa, przyjaźni, słodkiej przyjaźni, i jeszczeSłodszy wyraz nad wszystko, wyraz miłości, któremuNiemasz równego na ziemi, oprócz wyrazu — ojczyzna.„Skądże, pomyślał Kiejstut, nagła w mej córce odmiana?Gdzie jej dawna wesołość, gdzie jej dziecinne rozrywki?.W święto wszystkie dziewice idą zabawiać się tańcem,

Ona siedzi samotna, albo z Walterem rozmawia.W dzień powszedni dziewice trudnią się igłą lub krośną,Jej z rąk igła wypada, nici plątają się w krosnach,Sama nie widzi co robi, wszyscy mi to powiadają.Wczora postrzegłem, że róży kwiatek wyszyła zielono,A listeczki czerwonym umalowała jedwabiem.Jakże mogłaby widzieć, kiedy jej oczy i myśliTylko oczu Waltera, rozmów Waltera szukają.Ile razy zapytam: Gdzie ona poszła? W dolinęSkąd powraca? Z doliny. Cóż w tej dolinie? MłodzieniecOgród dla niej zasadził. Jestże ten ogród piękniejszy,Niźli me sady zamkowe (pyszne Kiejstut miał sady,Pełne jabłek i gruszek, dziewic kowieńskich ponęta).Nie ogródek to wabi; zimą widziałem jej okna,Cała szyba tych okien, co obrócone do Niemna,Czysta, jakby śród maja, lód nie zaciemnił kryształu;Walter chodzi tamtędy, pewnie siedziała u oknaI gorącem westchnieniem lody na szybach stopiła.Ja myśliłem, że on ją czytać i pisać nauczy,Słysząc, że wszyscy książęta dzieci swe uczyć zaczęli;Chłopiec dobry, waleczny, jak ksiądz w pismach ćwiczony,Mamże go z domu wypędzić? on tak potrzebny dla Litwy;Hufce najlepiej szykuje, sypie najlepiej okopy,Broń piorunową urządza, jeden mi staje za wojsko,Pójdź, Walterze, bądź zięciem moim i bij się za Litwę!“Walter pojął Aldonę. — Niemcy, wy pewnie myślicie,Że tu koniec powieści; w waszych miłosnych romansachGdy się rycerze pożenią, kończy trubadur piosenkę,Tylko dodaje, że żyli długo i byli szczęśliwi.Walter kochał swą żonę, lecz miał duszę szlachetną;Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie.Ledwie śniegi ponikły, pierwszy zanucił skowronek,Innym krajom skowronek miłość i rozkosz obwieszcza,

Biednej Litwie co roku wróży pożary i rzezie;Ciągną szeregi krzyżowe niezliczonemi tłumami,Już od gór zaniemeńskich echo do Kowna zanosiWojska mnogiego hałasy, chrzęst zbrój, rżenia rumaków.Jak mgła spuszcza się obóz, błonia szeroko zalega,Tu i ówdzie migocą straży naczelnych proporce,Jak łyskania przed burzą. Niemcy stanęli na brzegu,Mosty po Niemnie rzucili, Kowno dokoła obiegli.Dzień w dzień od taranów walą się mury i baszty,Noc w noc miny burzące kopią się w ziemi, jak krety.Pod niebiosami ognistym unosi się bomba polotem,I jak sokół na ptaki, zgóry na dachy uderza.Kowno w gruzy runęło; Litwa do Kiejdan uchodzi;W gruzach runęły Kiejdany; Litwa po górach i lasachBroni się; Niemcy dalej ciągną plondrując i paląc.Kiejstut z Walterem pierwsi w bitwach, ostatni w odwrocie,Kiejstut zawsze spokojny; od dzieciństwa przywyknąłBić się z nieprzyjacielem, wpadać, zwyciężać, uciekać.Wiedział, że jego przodkowie zawsze z Niemcami walczyli;Idąc w ślady swych przodków, bił się i nie dbał o przyszłość.Inne były Waltera myśli; chowany śród Niemców,Znał potęgę zakonu; wiedział, że mistrza wezwanieZ całej Europy wyciąga skarby, oręże i wojska.Prusy broniły się niegdyś, starły Prusaków Teutony,Litwa pierwej czy później równej ulegnie kolei;Widział niedolę Prusaków, drżał nad przyszłością Litwinów.„Synu, Kiejstut zawoła, zgubnym ty jesteś prorokiem;Z oczu mi zdarłeś zasłonę, aby otchłanie pokazać.Kiedy ciebie słuchałem, zda się, że ręce osłabły,I z nadzieją zwycięstwa z piersi uciekła odwaga.Cóż poczniemy z Niemcami?“ — „Ojcze, Walter powiadał,Wiem ja sposób jedyny, straszny, skuteczny, niestety!Może kiedyś objawię“. Tak rozmawiali po bitwie,Nim ich trąba ku nowym bitwom i klęskom wezwała.

Kiejstut coraz smutniejszy, Walter jak mocno zmieniony!Dawniej, chociaż nie bywał nigdy zbytecznie wesoły,W chwilach nawet szczęśliwych lekki mrok zamyśleniaLice jego przysłaniał, ale w objęciach AldonyDawniej miewał pogodne czoło i lice spokojne,Zawsze ją witał uśmiechem, czułem pożegnał wejrzeniem.Teraz, zda się, że jakaś skryta dręczyła go boleść.Cały ranek przed domem z założonemi rękami,Patrzy na dymy płonących zdala miasteczek i wiosek,Patrzy dzikiemi oczyma; w nocy porywa się ze snu,I przez okno krwawą łunę pożarów uważa.

„Mężu drogi, co tobie?“ pyta ze łzami Aldona.„Co mnie? będęż spokojnie drzemał, aż Niemcy napadnąI sennego związawszy, w ręce katowskie oddadzą?“„Boże uchowaj, mężu! straże pilnują okopów“.„Prawda, straże pilnują, czuwam i szablę mam w ręku.Ale kiedy wyginą straże, wyszczerbi się szabla...Słuchaj, jeśli starości, nędznej starości dożyję...“„Bóg nam zdarzy pociechę z dziatek“ — „Wtem Niemcy napadną,Żonę zabiją, dzieci wydrą, uwiozą daleko,I nauczą wypuszczać strzałę na ojca własnego.Ja sam możebym ojca, możebym braci mordował,Gdyby nie wajdelota“. — „Drogi Walterze, ujedźmyDalej w Litwę, skryjmy się w lasy i góry od Niemców“.„My odjedziem, a inne matki i dzieci zostawim.Tak uciekali Prusacy, Niemiec ich w Litwie dogonił.Jeśli nas w górach wyśledzi?“ — „Znowu dalej ujedziem“.„Dalej? dalej, nieszczęsna? dalej ujedziem, za Litwę?W ręce Tatarów lub Rusi?“ Na tę odpowiedź AldonaPomięszana milczała; jej zdawało się dotąd,Że ojczyzna jak świat jest długa, szeroka bez końca;Pierwszy raz słyszy, że w Litwie całej nie było schronienia.

Załamawszy ręce, pyta Waltera: co począć? —„Jeden sposób, Aldono, jeden pozostał Litwinom,Skruszyć potęgę zakonu; mnie ten sposób wiadomy.Lecz nie pytaj, dla Boga! stokroć przeklęta godzina,W której od wrogów zmuszony chwycę się tego sposobu“.Więcej nie chciał powiadać, próśb Aldony nie słuchał,Litwy tylko nieszczęścia słyszał i widział przed sobą,Aż nakoniec płomień zemsty, w milczeniu karmionyKlęsk i cierpień widokiem, wzdął się i serce ogarnął;Wszystkie wytrawił uczucia, nawet jedyne uczucie,Dotąd mu żywot słodzące, nawet uczucie miłości.Tak u białowieskiego dębu jeżeli myśliwi,Ogień tajemny wznieciwszy, rdzeń głęboko wypalą,Wkrótce lasów monarcha straci swe liście powiewne,Z wiatrem polecą gałęzie, nawet jedyna zieloność,Dotąd mu czoło zdobiąca, uschnie korona jemioły.

Długo Litwini po zamkach, górach i lasach błądzili,Napadając na Niemców lub napadani wzajemnie.Aż stoczyła się straszna bitwa na błoniach Rudawy,Gdzie kilkadziesiąt tysięcy młodzi litewskiej poległo,Obok tyluż tysięcy wodzów i braci krzyżowych.Niemcom wkrótce posiłki świeże ciągnęły z za morza;Kiejstut i Walter z garstką mężów przebili się w góry,Z wyszczerbionemi szablami, z porąbanemi tarczami,Kurzem, posoką okryci, weszli posępni do domu.Walter nie spojrzał na żonę, słowa do niej nie wyrzekł.Po niemiecku z Kiejstutem i wajdelotą rozmawiał.Nie rozumiała Aldona, serce tylko wróżyłoJakieś okropne wypadki; gdy zakończyli obradę,Wszyscy trzej ku Aldonie smutne zwrócili wejrzenie.Walter patrzał najdłużej z niemej wyrazem rozpaczy;Wtem gęstemi kroplami łzy mu rzuciły się z oczu.Upadł do nóg Aldony, ręce jej cisnął do serca

I przepraszał za wszystko, co ucierpiała dla niego.„Biada, mówił, niewiastom, jeśli kochają szaleńców,Których oko wybiegać lubi za wioski granice,Których myśli, jak dymy, wiecznie nad dach ulatują,Których sercu nie może szczęście domowe wystarczyć.Wielkie serca, Aldono, są jak ule zbyt wielkie,Miód ich napełnić nie może, stają się gniazdem jaszczurek.Daruj, luba Aldono! dzisiaj chcę w domu pozostać,Dzisiaj o wszystkiem zapomnę, dzisiaj będziemy dla siebie,Czem bywaliśmy dawniej, jutro...“ i nie śmiał dokończyć.Jaka radość Aldonie! zrazu myśli nieboga,Że się Walter odmieni, będzie spokojny, wesoły,Widzi go mniej zamyślonym, w oczach więcej żywości,W licach dostrzega rumieniec. Walter u nóg AldonyCały wieczór przepędził; Litwę, krzyżaków i wojnęRzucił na chwilę w niepamięć, mówił o czasach szczęśliwychSwego do Litwy przybycia, pierwszej z Aldoną rozmowy,Pierwszej w dolinę przechadzki, i o wszystkich dziecinnych,Ale sercu pamiętnych pierwszej miłości zdarzeniach.Zacóż tak lube rozmowy słowem „jutro“ przerywa?I zamyśla się znowu, długo na żonę pogląda,Łzy mu kręcą się w oczach, chciałby coś wyrzec i nie śmie.Czyliż dawne uczucia, szczęścia dawnego pamiątkiNato tylko wywołał, aby się z niemi pożegnać?Wszytkie rozmowy, wszystkie tego wieczora pieszczoty,Czyliż będą ostatnim blaskiem świecznika miłości?...Darmo się pytać, Aldona patrzy, czekzczeka niepewna,I wyszedłszy z komnaty jeszcze przez szpary pogląda.Walter wino nalewał, mnogie wychylał puhary,I wajdelotę starego na noc u siebie zatrzymał.

Słońce ledwo wschodziło, tętnią po bruku kopyta,Dwaj rycerze z tumanem rannym śpieszą się w góry.Wszystkieby straże zmylili, jednej nie mogli omylić.

Czujne są oczy kochanki, zgadła ucieczkę Aldona!Drogę w dolinie zabiegła; smutne to było spotkanie.„Wróć się, o luba, do domu, wróć się! ty będziesz szczęśliwa!Może będziesz szczęśliwa w lubej rodziny objęciach;Jesteś młoda i piękna, znajdziesz pociechę, zapomnisz!Wielu książąt dawniej o twą starało się rękę;Jesteś wolna, jesteś wdową po wielkim człowieku,Który dla dobra ojczyzny wyrzekł się — nawet i ciebie!Bywaj zdrowa, zapomnij; zapłacz niekiedy nade mną:Walter wszystko utracił, Walter sam jeden pozostał;Jako wiatr na pustyni, błąkać się musi po świecie,Zdradzać, mordować, i potem ginąć śmiercią haniebną,Ale po latach ubiegłych, imię Alfa na nowoZabrzmi w Litwie, i kiedyś z ust wajdelotów posłyszyszCzyny jego. Natenczas, luba, natenczas pomyślisz,Że ów rycerz straszliwy, chmurą tajemnic okryty,Jednej tobie znajomy, twoim był kiedyś małżonkiem,I niech dumy uczucie będzie pociechą sieroctwa“.Słucha w milczeniu Aldona, chociaż nie słyszy ni słowa.„Jedziesz, jedziesz!“ krzyknęła, i zatrwożyła się samaSłowem „jedziesz“, to jedno słowo brzmiało w jej uchu;Nic nie myśliła, o niczem pomnieć nie mogła: jej myśli,Jej pamiątki, jej przyszłość, wszystko splątało się tłumnie.Ale sercem odgadła, że niepodobna powracać,Że niepodobna zapomnieć; oczy zbłąkane toczyła,Kilka razy Waltera dzikie spotkała wejrzenie;W tem wejrzeniu już dawnej nie znajdowała pociechy,I zdawała się szukać czegoś nowego i wkołoOglądała się znowu, wkoło pustynie i lasy;W środku lasu samotna błyszczy za Niemnem wieżyca.Był to klasztor zakonnic, chrześcijan smutna budowa;Na tej wieżycy spoczęły oczy i myśli Aldony,Jak gołąbek, porwany wiatrem śród morskiej topieli,Pada na maszty samotne nieznajomego okrętu.

Walter zrozumiał Aldonę, udał się za nią w milczeniu,Opowiedział swój zamiar, taić przed światem nakazał,I u bramy — niestety! straszne to było rozstanie. —Alf z wajdelotą pojechał, dotąd nic o nich nie słychać.Biada, biada, jeżeli dotąd nie spełnił przysięgi;Jeśli, zrzekłszy się szczęścia, szczęście Aldony zatruwszy...Jeśli tyle poświęcił i dla niczego poświęcił...Przyszłość resztę pokaże. Niemcy, skończyłem piosenkę.

„Koniec, już koniec“ — wielki szmer na sali:”I cóż ów Walter? jakie jego czyny?Gdzie? nad kim zemsta?“ słuchacze wołali;Mistrz tylko jeden śród szumnej drużynySiedział milczący z pochyloną głową,Mocno wzruszony, porywa co chwilaPuhary z winem i do dna wychyla.W jego postaci zmianę widać nową,Różne uczucia w nagłych błyskawicachPo rozpalonych krzyżują się licach.Corazto groźniej czoło mu się chmurzy,Usta drżą sine, obłąkane oczyLatają, niby jaskółki śród burzy,Wreszcie płaszcz zrzuca i na środek skoczy:„Gdzie koniec pieśni? wraz mi koniec śpiewaj,Albo daj lutnię. Czego drżący stoisz?Podaj mi lutnię, puhary nalewaj,Zaśpiewam koniec, jeśli ty się boisz.

„Znam ja was, każda piosnka wajdelotyNieszczęście wróży, jak nocnych psów wycie,Mordy, pożogi wy śpiewać lubicie,Nam zostawiacie chwałę i zgryzoty.Jeszcze w kolebce wasza pieśń zdradziecka

Nakształt gadziny obwija pierś dziecka,I wlewa w duszę najsroższe trucizny:Głupią chęć sławy i miłość ojczyzny.

„Ona to idzie za młodzieńcem w ślady,Jak zabitego cień nieprzyjacielaZjawia się nieraz w pośrodku biesiady,Aby krew mieszać w puhary wesela.Słuchałem pieśni, zanadto, niestety!...Stało się, stało; znam cię, zdrajco stary,Wygrałeś! wojna, triumf dla poety!Dajcie mi wina, spełnią się zamiary.

„Wiem koniec pieśni, nie... zaśpiewam inną;Kiedy walczyłem na górach Kastyli,Tam mnie Maurowie ballady uczyli.Starcze, graj nutę, tę nutę dziecinną,Którą w dolinie... o! był to czas błogi...Na tę muzykę zwykłem zawsze nucić.Wracaj że, starcze, bo przez wszystkie bogi —Niemieckie, pruskie...“ Starzec musiał wrócić,Uderzył lutnię i głosem niepewnymSzedł za dzikiemi tonami Konrada,Jako niewolnik za swym panem gniewnym.

Tymczasem światła gasnęły na stole,Rycerzy długa uśpiła biesiada;Lecz Konrad śpiewa, budzą się na nowo,Stają i, w szczupłem ścisnąwszy się kole,Pilnie zważają każde pieśni słowo.

Już w gruzach leżą Maurów posady,Naród ich dźwiga żelaza,

Bronią się jeszcze twierdze Grenady,Ale w Grenadzie zaraza.

Broni się jeszcze z wież AlpuharyAlmanzor z garstką rycerzy,Hiszpan pod miastem zatknął sztandary,Jutro do szturmu uderzy.

O wschodzie słońca ryknęły śpiże,Rwą się okopy, mur wali,Już z minaretów błysnęły krzyże,Hiszpanie zamku dostali.

Jeden Almanzor, widząc swe rotyZbite w upornej obronie,Przerznął się między szable i groty,Uciekł i zmylił pogonie.

Hiszpan na świeżej zamku ruinie,Pomiędzy gruzy i trupy,Zastawia ucztę, kąpie się w winie,Rozdziela brańce i łupy.

Wtem straż odźwierna wodzom donosi,Że rycerz z obcej krainyO posłuchanie co rychlej prosi,Ważne przywożąc nowiny.

Był to Almanzor, król muzułmanów:Rzucił bezpieczne ukrycie,Sam się oddając w ręce Hiszpanów,I tylko błaga o życie.

„Hiszpanie, woła, na waszym proguPrzychodzę czołem uderzyć,

Przychodzę służyć waszemu Bogu,Waszym prorokom uwierzyć.

Niechaj rozgłosi sława przed światem,Że Arab, że król zwalczony,Swoich zwycięzców chce zostać bratem,Wasalem obcej korony“.

Hiszpanie męstwo cenić umieją;Gdy Almanzora poznali,Wódz go uścisnął, inni kolejąJak towarzysza witali.

Almanzor wszystkich wzajemnie witał,Wodza najczulej uścisnął,Objął za szyję, za ręce chwytał,Na ustach jego zawisnął.

A wtem osłabnął, padł na kolana,Ale rękami drżącemiWiążąc swój zawój do nóg Hiszpana,Ciągnął się za nim po ziemi.

Spojrzał dokoła, wszystkich zadziwił,Zbladłe, zsiniałe miał lice,Śmiechem okropnym usta wykrzywił,Krwią mu nabiegły źrenice.

„Patrzcie, o giaury! jam siny, blady,Zgadnijcie, czyim ja posłem?Jam was oszukał, — wracam z Grenady,Ja wam zarazę przyniosłem!

„Pocałowaniem wszczepiłem w duszęJad, co was będzie pożerać,

Pójdźcie i patrzcie na me katusze,Wy tak musicie umierać!“

Rzuca się, krzyczy, ściąga ramiona,Chciałby uściśnieniem wiecznemWszystkich Hiszpanów przykuć do łona;Śmieje się — śmiechem serdecznym.

Śmiał się, — już skonał, — jeszcze powieki,Jeszcze się usta nie zwarły,I śmiech piekielny został na wiekiDo zimnych liców przymarły.

Hiszpanie trwożni z miasta uciekli,Dżuma za nimi w ślad biegła;Z gór Alpuhary nim się wywlekli,Reszta ich wojska poległa.

„Takto przed laty mścili się Maurowie,Wy chcecie wiedzieć o zemście Litwina?Cóż? jeśli kiedy uiści się w słowie,I przyjdzie mieszać zarazę do wina?...Ale nie — o nie! — dziś inne zwyczaje;Książę Witoldzie, dziś litewskie panyPrzychodzą własne oddawać nam kraje,I zemsty szukać na swój lud znękany!

„Przecież nie wszyscy — o! nie, na Peruna!Jeszcze są w Litwie — jeszcze wam zaśpiewam...Precz mi z tą lutnią — zerwała się struna,Nie będzie pieśni — ale się spodziewam,Że kiedyś będą... dziś — zbytnie puhary...Zanadto piłem — cieszcie się — i bawcie.

A ty Al....manzor, — precz mi z oczu, stary —Precz mi z Albanem — samego zostawcie!“

Rzekł, i niepewną powracając drogą,Znalazł swe miejsce, na krzesło się rzucił,Jeszcze coś groził; uderzywszy nogą,Stół z puharami i winem wywrócił.Nakoniec osłabł, głowa się schyliłaNa poręcz krzesła; wzrok po chwili gasnął,I drżące usta piana mu okryła,I zasnął.

Rycerze chwilę w zadumieniu stali,Wiedzą o smutnym nałogu Konrada,Że gdy się — winem zbytecznie zapali,W dzikie zapały, w bezprzytomność wpada,Ale na uczcie! publiczna sromota!Przy obcych ludziach, w bezprzykładnym gniewie!Kto go podniecił? Gdzie ów wajdelota?Wymknął się z ciżby, i nikt o nim nie wie.

Były powieści, że Halban przebranyLitewską piosnkę Konradowi śpiewał,Że tym sposobem znowu chrześcijanyPrzeciw pogaństwu do wojny zagrzewał.Ale skąd w Mistrzu tak nagłe odmiany?Zaco się Witold tak srodze rozgniewał?Co znaczy Mistrza dziwaczna ballada?Każdy w domysłach nadaremnie bada.

Comentarios

Cargando comentarios…