Lis i kozioł (Mickiewicz, 1910)

Już był w ogródku, już witał się z gąską,Kiedy, skok robiąc, wpadł w beczkę wkopaną.Gdzie wodę zbierano;Ani pomyśleć o wyskoczeniu.

Chociaż wody nie było i nawet nie grzązko,Studnia na półczwarta łokcia:Za wysokie progiNa lisie nogi.Zrąb tak gładki, że nigdzie nie wścibić paznogcia.Postaw się teraz w tego lisa położeniu!Inny zwierz pewno załamałby łapyI bił się w chrapy,Wołając gromu, żeby go dobił.Nasz lis takich głupstw nie robił:Wie, że rozpaczać jest to zło przydawać do zła.Zawsze maca wkoło zębemA patrzy w górę. Jakoż wkrótce ujrzał kozła,Stojącego tuż nad zrębem,I patrzącego z ciekawością w studnię.Lis wnet spuścił pysk na dno, udając, że pije;Cmoka mocno, głośno chłepceI tak sam do siebie szepce:„Oto mi woda! Takiej nie piłem, jak żyję!„Smak lodu, a czysta cudnie!„Chce mi się całemu spłukać,„Ale mi ją szkoda zbrukać,„Szkoda!„Bo co też to za woda!“Kozioł, który tam właśnie przyszedł wody szukać:„Ej! — krzyknął z góry — ej! ty ryży kudła,„Wara od źródła!“I hop w dół. Lis mu na kark, z karku na rogi,A z rogów na drąg — i w nogi.

Comentarios

Cargando comentarios…