Pan Tadeusz — Księga druga

Kto z nas tych lat niepomni, gdy młode pacholę,Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole;Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nieutrudza,Gdzie przestępując miedzę, niepoznasz że cudza!Bo na Litwie myśliwiec jak okręt na morzu,Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,Czy jak czarownik gada z ziemią, która głuchaDla mieszczan, mnóstwém głosów szepce mu do ucha.

Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,Bo on szybuje w trawie, jako szczupak w Niemnie;Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek,Również głęboko w niebie schowany skowronek;Ówdzie orzeł szerokiém skrzydłem przez obszaryZaszumiał, strasząc wróble, jak kometa cary;Zaś jastrząb' pod jasnemi wiszący błękity,Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,Aż ujrzawszy wśród łąki ptaka lub zająca,Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.

Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli,I znowu dom zamieszkać na ojczystéj roli,I służyć w jeździe która wojuje szaraki,Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunkówI innych gazet oprócz domowych rachunków!

Nad Soplicowem słońce weszło, i już padłoNa strzechy i przez szpary w stodołę się wkradło;I po ciemnozieloném świeżém wonném sianie,S którego młodzież sobie zrobiła posłanie,Rospływały się złote, migające pręgiZ otworu czarnéj strzechy, jak z warkocza wstęgi;I słońce usta sennych promykiem porankaDraźni, jak dziewcze kłosem budzące kochanka.Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim iak echo,Odezwały się chorem kaczki i indyki,I słychać bydła w pole idącego ryki.

Wstała młodzież, Tadeusz jeszcze senny leży,Bo też najpoźniej zasnął; s wczorajszéj wieczerzyWrócił tak niespokojny, że o kurów pianiuJeszcze oczu niezmrużył, a na swém posłaniuTak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto s trzaskiem,I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem« Surge puer » wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.

Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie,Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;Zgraja chartów wypadłszy wesoło skowycze;Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,Potém biegą i kładą szyje na obroże:Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży;Nareszcie Podkomorzy dał roskaz podróży.

Ruszyli szczwacze zwolna, jeden tuż za drugim,Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;W środku jechali obok Assessor z Rejentem,A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,Rozmawiali przyjaźnie jak ludzie honoruIdąc na rostrzygnienie śmiertelnego sporu;Nikt ze słów zawziętości ich poznać niezdoła;Pan Rejent wiodł Kusego, Assessor Sokoła.S tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami

Czwałując tuż przy kołach gadali z damami.

Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiemKończąc ranne pacierze; ale rzucał okiemNa Pana Tadeusza, marszczył się, uśmiéchał,Wreście kiwnął nań palcem, Tadeusz podjechał;Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:Lecz mimo Tadeusza pytania i prośbyAżeby mu wyraźnie co chce wytłumaczył,Bernardyn odpowiedziéć, ni spojrzéć nieraczył,Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.

Właśnie w ten czas myśliwi smycze zatrzymaliI wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,A wszyscy obrócili oczy do kamieniaNad którym stał Pan Sędzia, on zwierza obaczyłI rąk skinieniem swoje roskazy tłumaczył.Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roliAssessor i Pan Rejent kłusują powoli;Tadeusz będąc bliższy obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.Dawno już nie był w polu; na szaréj przestrzeniTrudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.Pokazał mu Pan Sędzia; siedział biedny zającPłaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,Okiem czerwoném spotkał myśliwców wejrzenie,I jakby urzeczony, czując przeznaczenieZe strachu od ich oczu niemógł zwrócić oka,I pod opoką siedział martwy jak opoka.Tym czasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokół chyży,Tuż Assessor z Rejentem, razem wrzaśli s tyłu:«Wyczha, wyczha » i s psami znikli w kłębach pyłu.

Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasemUkazał się Pan Hrabia pod zamkowym lasem;Wiedziano w okolicy, że ten Pan niemożeNigdy nigdzie stawić się w naznaczonéj porze,I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził,Widząc myśliwców w polu czwałem do nich pędził;Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,Połami na wiatr puścił; s tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych:Sługi które Pan Hrabia tym kształtem odzieje,Nazywają się w jego pałacu, dżokeje.

Czwałująca czereda zleciała na błonia,Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.Pierwszy raz widział zamek z rana i niewierzyłŻe to były też same mury, tak odświeżyłI upięknił poranek zarysy budowy;Zadziwił się Pan Hrabia na widok tak nowy.Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo sterczącaNad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitnych,Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;Niższe piętra oblała tumanu powłoka,Rospadliny i szczerby zakryła od oka.Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnanyOdbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:Przysiągłbyś że krzyk z zamku, że pod mgły zasłonąMury odbudowano i znów zaludniono.

Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,Zwał je romansowemi; mawiał że ma głowęRomansową, w istocie był wielkim dziwakiem.Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie,Jak kot gdy ujrzy wróble na wysokiéj sosnie;Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju,Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczajuNieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.Takie były Hrabiego dziwne obyczaje,Wszyscy mówili że mu czegoś nie dostaje.Szanowano go przecież, bo pan s prapradziadów,Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów;Nawet dla żydów.

Hrabski koń zwrócony z drogi,Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,Wyiął papier, ołówek i kreślił figury.W tém spójrzawszy w bok ujrzał o dwadzieścia krokówCzłowieka, który równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,Zdawało się że liczył oczyma kamienie.Poznał go zaraz, ale musiał kilka razyKrzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.Szlachcic to był służący dawnych zamku panów,Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,Marszczkami pooraną, posępną, surową.Dawniéj pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;Ale od bitwy w któréj dziedzic zamku zginął,Gerwazy się odmienił, i już od lat wieluAni był na kiermaszu, ani na weselu;Odtąd jego dowcipnych żartów niesłyszano,I uśmiechu na jego twarzy niewidziano.Zawsze nosił Horeszków liberją dawną,Kurtę s połami żółtą, galonem oprawną,Który dziś żółty dawniéj zapewne był złoty.W koło szyte jedwabiem herbowne klejnotyPółkozice, i stąd też cała okolicaPółkozicem przezwała starego szlachcica.Czasem też od przysłowia, które bez ustankuPowtarzał, nazywano go także Mopanku,

Czasem Szczerbcem, że całą łysinę miał wszczerbach;Lecz on zwał się Rębajło a o jego herbachNiewiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.Choć nie miał co otwierać; bo zamku podwojeStały otworem; przecież wynalazł drzwi dwoje,Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.W jednéj z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.

Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił,I krewnego swych panów ukłonem zaszczyciłChyląc łysinę wielką, świecącą zdaleka,I naciętą od licznych kordów jak nasieka;Gładził ją ręką, podszedł, i jeszcze raz niskoSkłoniwszy się, rzekł smutnie: Mopanku, panisko,Daruj mnie że tak mówię Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:« Mopanku » powiadali wszyscy Horeszkowie,Ostatni Stolnik pan mój miał takie przysłowie;Czyż to prawda Mopanku że pan grosza skąpiszNa proces, i ten zamek Soplicom ustąpisz;Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać.Tu poglądając w zamek nie przestawał wzdychać.

Cóż dziwnego, rzekł Hrabia, koszt wielki a nudaJeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic marudaUpiera się; przewidział że mię znudzić może:Dłużéj też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,Przyjmę warunki zgody jakie mi sąd poda.Zgody? krzyknął Gerwazy, s Soplicami zgoda,S Soplicami Mopanku? to mówiąc wykrzywiłUsta, jakby nad własną mową się zadziwił.Zgoda i Soplicowie! Mopanku PaniskoPan żartuje, co? Zamek Horeszków siedliskoMa pójść w ręce Sopliców? niech pan tylko raczySsiąść s konia, pódźmy w zamek, niech no pan obaczy,Pan sam nie wie co robi, niech się pan nie wzbrania,Ssiadaj Pan — i przytrzymał strzemię do ssiadania.

Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:Tu, rzekł, dawni panowie dworem otoczeni,Często siadali w krzesłach w poobiedniéj porze.Pan godził spory włościan; lub w dobrym humorzeGościom różne ciekawe historye prawił,Albo ich powieściami i żarty się bawił.A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty,Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty.

Weszli w sień. — Rzekł Gerwazy, w téj ogromnéj sieniBrukowanéj, nie znajdziesz Pan tyle kamieni,Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;Szlachta ciągnęła kufy s piwnicy na pasach,Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,Albo na imieniny Pańskie, lub na łowy.Podczas uczty na chorze tym kapela stałaI w organ i w rozliczne instrumenty grała;A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnymGrzmiały s choru; wiwaty szły ciągiem porządnym —Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,Potém Prymasa, potém królowéj Jéjmości,Potém Szlachty i całéj Rzeczypospolitéj;

A nakoniec po piątéj szklanicy wypitéj,Wnoszono Kochajmy się, wiwat bez przestanku,Który dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;A już gotowe stały cugi i podwody,Aby każdego odwieść do jego gospody.

Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniuTu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;Czasem jakby chciał mówić « wszystko się skończyło »Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.Widać że mu wspomnienie samo było męką,I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymaliNa górze, w wielkiéj, niegdyś zwierciadlanéj sali;Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,Okna bez szyb, s krużgankiem wprost naprzeciw bramy.Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłoniłI twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,Miała wyraz żałości wielkiéj i rospaczy.Hrabia chociaż niewiedział co to wszystko znaczy,Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie,

Przerwał je starzec trzęsąc wzniesioną prawicą:« Niemasz zgody Mopanku pomiędzy SoplicąI krwią Horeszków; w Panu krew Horeszków płynie,Jesteś krewnym Stolnika, po matce Łowczynie,Która się rodzi z drugiéj córki Kasztelana,Który był jak wiadomo, wujem mego Pana.Słuchaj Pan historyi swéj własnéj rodzinnéj,Która się stała właśnie w téj izbie, nie innéj.

« Nieboszczyk Pan mój Stolnik, pierwszy Pan w powiecie,Bogacz i familiant, miał jedyne dziecie,Córkę piękną jak anioł; więc się zalecałoStolnikównie i szlachty i paniąt niemało.Mięzdy szlachtą był jeden wielki paliwoda,Kłótnik, Jacek Soplica, zwany WojewodaPrzez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie,I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,Choć sam nic nieposiadał prócz kawałka roli,Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.Owóż Pan Stolnik nieraz wzywał tego zuchaI ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawém przyjęciem,Ze mu się uroiło zostać Pańskim zięciem.Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł,W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździłI już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano,I czarną mu poléwkę do stołu podano.Podobno Stolnikownie wpadł Soplica w oko,Ale przed rodzicami taiła głęboko.

« Było to za Kościuszki czasów; Pan popierałPrawo trzeciego maja, i już szlachtę zbierał,Aby Konfederatom ciągnąć ku pomocy,Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:Ledwie był czas z moździerza na trwogę wypalié,Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.W zamku całym był tylko Pan Stolnik, ja, Pani,Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum MoskaliKrzycząc ura, od bramy wali po tarasie;My im ze strzelb dziesięciu palnęli « a zasie »

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustankuStrzelali z dolnych okien, a ja i Pan z ganku.Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiéj trwodze:Dwadzieścia strzelb leżało tu na téj podłodze,Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą,Ksiądz Proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą,J Pani i Panienka i nadworne Panny;Trzech było strzelców a szedł ogień nieustanny;Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,My zrzadka, ale celniéj dogrzewali z góry.Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,Ale za każdym razem trzech nogi zadarło,Więc uciekli pod lamus; a był już poranek.Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek,I skoro s pod lamusa moskal łeb wychylił,On dawał zaraz ognia a nigdy nie mylił,Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał,I już rzadko który z za ściany wykradał.Stolnik widząc strwożone swe nieprzyjaciele,Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelęI z ganku krzycząc sługom wydawał roskazy;Obróciwszy się do mnie rzekł: za mną Gerwazy!

Wtém strzelono s pod bramy, Stolnik się zająknął,Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same,Pan słaniając się palcem ukazał na bramę.Poznałem tego łotra Soplicę! poznałem!Po wzróscie i po wąsach! jego to postrzałemZginął Stolnik, widziałem! łotr jeszcze do góryWzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzałyChybiły; czym ze złości czy z żalu źle mierzył.Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, — pan nieżył. »

Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał,Potém rzekł kończąc: « Moskal już wrota wywalał;Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie,I nie wiedziałem co się działo w około mnie;Szczęściem na odsiecz przyszedł nam ParafianowiczPrzywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,Którzy są szlacha liczna i dzielna, człek w człeka,A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.

Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobieSyna, któryby zemstę poprzysiągł na grobie!Ale miał sługi wierne; ja w krew jego ranyObmoczyłem mój rapier scyzorykiem zwany,(Zapewne Pan o moim słyszał scyzoryku,Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku)Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach,Scigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,Kiedyśmy zajeżdzali z Rymszą Korelicze,Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzęKtórym uszy obciąłem. Jeden tylko został,Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!Rodzoniutki braciszek owego wąsala,Żyje dotąd, i s swoich bogactw się przechwala,Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,Szanowany w powiecie, ma urząd, jest Sędzią!I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogiMają krew Pana mego zetrzeć s téj podłogi?

O nie! póki Gerwazy ma choć za grosz duszy,I tyle sił, że jednym małym palcem ruszyScyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie!Póty Soplica tego zamku nie dostanie!»

« O! krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry!Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!Choć nie wiedziałem że w nich taki skarb się mieści,Tyle scen dramatycznych, i tyle powieści!Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,Ciebie osadzę w murach jak mego Burgrabię:Twoja powieść Gerwazy zajęła mię mocno.Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,A tybyś mi o krwawych rospowiadał czynach;Szkoda że masz nie wielki dar opowiadania!Nie raz takie słyszałem, i czytam podania;W Anglii i w Szkocyi każdy zamek Lordów,W Niemczech każdy dwór Grafów, był teatrem mordów!W każdéj dawnéj, szlachetnéj, potężnéj rodzinieJest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.Czuję że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!Wiem co winienem sławie i mojéj rodzinie,Tak! muszę zerwać wszelkie s Soplicą układy,Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!Honor każe » Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,A Gerwazy szedł s tyłu w milczeniu głębokiém.Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,Tak samotną rozmowę kończąc rostargniony:«Szkoda że ten Soplica stary nie ma żony!Lub córki pięknej, któréj ubóstwiałbym wdzięki!Kochając i niemogąc otrzymać jéj ręki;Nowabysię w powieści zrobiła zawiłość:Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!»

Tak szepcąc spiął ostrogi, koń leciał do dworu,Gdy zdrugiéj strony strzelcy wyjeżdzali z boru;Hrabia lubił myślistwo, ledwie strzelców zoczył,Zapomniawszy o wszystkiém prosto ku nim skoczył,Mijając bramę, ogród, płoty; gdy w zawrocieObejrzał się, i konia zatrzymał przy płocie;

Był sad —

Drzewa owocne zasadzone w rzędyOcieniały szerokie pole; spodem grzędy.Tu kapusta sędziwe schylając łysiny,Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;Tąm plącząc strąki w marchwi zielonéj warkoczu,Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;Gdzie niegdzie otyłego widać brzuch harbuza,Który od swéj łodygi aż w daleką stronęWtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy roscięte międzą; na każdym przykopieStoją jakby na straży, w szeregach konopie,Cyprysy jarzyn; ciche, proste i zielone,Jch liście i woń służą grzędom za obronę,Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija,A ich woń gąsienice i owad zabija.Daléj maków białawe górują badyle,Na nich, myślisz iż rojem usiadły motyleTrzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni;Tylą farb żywych, różnych, mak zrzenicę mami.W środku kwiatów jak pełnia pomiędzy gwiazdamiKrągły słonecznik, licem wielkiém, gorejącém,Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.

Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,Bez drzew, krzewów i kwiatów; ogród na ogórki.Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.Pośrodku, szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,W majowéj zieloności tonąc po kolana;Z grząd zniżając się w brózdy, zdała się nie stąpać,Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,Od skroni powiewały dwie wstążki różoweI kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;Jako dziewcze gdy rybki w kąpieli uganiaBawiące się z jéj nożką, tak ona co chwilaZ rękami i koszykiem po owoc się schyla

Który stopą nadtrąci, lub dostrzeże okiem.

Pan Hrabia zachwycony tak cudnym widokiem,Stał cicho. Słysząc tentent towarzyszów w dali,Ręką dał znak ażeby wstrzymać konie; stali.On patrzył z wyciągniętą szyją; jak dziobatyŻuraw, zdala od stada gdy odprawia czatyStojąc na jednéj nodze, s czujnemi oczyma,I by niezasnąć kamień w drugiéj nodze trzyma.

Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;Był to bernardyn kwestarz Robak, a miał w dłoniPodniesione do góry węzłowate sznurki:Ogórków chcesz Waść, krzyknął, oto masz ogórki.Wara Panie od szkody, na tutejszéj grzędzieNie dla Waszeci owoc, nic s tego nie będzie —Potém palcem pogroził, kaptura poprawił,I odszedł; Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił,Śmiejąc się i klnąc razem téj nagłéj przeszkodzie;Okiem powrócił w ogród; ale już w ogrodzieNiebyło jéj; mignęła tylko śród okienkaJéj różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach jaką przeleciała drogą,Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,Jak woda którą ptaszek skrzydłami roskroił.A na miejscu gdzie stała, tylko porzuconyKoszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,Pogubiwszy owoce na liściach zawisał,I wśród fali zielonéj jeszcze się kołysał.

Po chwili wszędzie było samotnie i głucho;Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomieZa nim stali. — Aż w cichym i samotnym domieWszczął się naprzód szmer, potém gwar i krzyk wesoły,Jak w ulu pustym kiedy weń wlatają pszczoły:Był to znak że wracali goście s polowania,I krzątała się służba około śniadania.

Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;Męszczyzni tak jak weszli, w swych zielonych strojach,S talerzami, s szklankami, chodząc po pokojach,

Jedli, pili, lub wsparci na okien uszakach,Rosprawiali o flintach, chartach i szarakach;Podkomorstwo i Sędzia przy stole; a w kątkuPanny szeptały s sobą; niebyło porządku,Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa,Była to w staropolskim domie moda nowa;Przy śniadaniach, Pan Sędzia choć nierad pozwalałNa taki nieporządek, lecz go niepochwalał.

Różne też były dla dam i męszczyzn potrawy:Tu roznoszono tace s całą służbą kawy,Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane,I s porcelany saskiéj złote filiżanki,Przy każdéj garnuszeczek mały do śmietanki.Takiéj kawy jak w Polszcze niema w żadnym kraju:W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,Jest do robienia kawy osobna niewiasta,Nazywa się Kawiarka; ta sprowadza z miasta,Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,I zna tajne sposoby gotowania trunku,Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.Wiadomo, czém dla kawy jest dobra śmietana,Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z ranaPrzystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie,I sama lekko świeży nabiału kwiat garnieDo każdéj filiżanki w osobny garnuszek,Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.

Panie starsze już wcześniéj wstawszy piły kawę,Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawęZ gorącego, śmietaną bielonego piwa,W którym twarog gruzłami posiekany pływa.

Zaś dla męsczyzn więdliny leżą do wyboru,Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowymUwędzone w kominie dymem jałowcowym;W końcu, wniesiono zarazy na ostatnie danie:Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.

We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:Starszyzna przy stoliku małym zgromadzona

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,O nowych coraz sroższych ukazach cesarskich,Podkomorzy krążące o wojnie pogłoskiOceniał, i wyciągał polityczne wnioski.Panna Wojska włożywszy okólary sine,Zabawiała kabałą s kart Podkomorzynę.W drugiéj izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,W spokojniejszych i cichszych niż zwykle rozmowach:Bo Assessor i Rejent, oba mówcy wielcy,Pierwszy znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;Oba dobrze puszczaliposzczuli, oba byli pewniZwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równinyZnalazł się zagon chłopskiéj, niezżętéj jarzyny;Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokoł imał,Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;Psy powróciły same: i nikt pewnie niewié,Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć niezdoła,Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony,I spór na dalsze czasy trwał nierostrzygniony.

Wojski stary od izby do izby przechodził,Po obu stronach oczy rostargnione wodził,Niemieszał się w myśliwych, ni w starców rozmowę,I widać że czém inném zajętą miał głowę;Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,Duma długo, i — muchę zabije na ścianie.

Tadeusz s Telimeną pomiędzy izbamiStojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:Że ciocia Telimena jest bogata Pani,Że niesą kanonicznie s sobą powiązaniZbyt bliskiém pokrewieństwem; i nawet niepewnoCzy ciocia Telimena jest synowca krewną,Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodziceTak ich kiedyś nazywali mimo lat rożnicę;Że potém ona żyjąc w stolicy czas długiWyrządziła nieźmiernie Sędziemu usługi;Stąd ją Sędzia szanował bardzo, i przed światemLubił może s próżności, nazywać się bratem,Czego mu Telimena przez przyjaźń niewzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;A wszystko to się stało w jednéj krótkiéj chwili.

Ale w izbie na prawo, kusząc AssessoraRzekł Rejent mimojazdem: ja mówiłem wczora,Że polowanie nasze udać się niemoże:Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże,I mnóstwo sznurów chłopskiéj niezżętéj jarzyny;Stąd i Hrabia nieprzybył mimo zaprosiny.Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,Nieraz gadał o łowów i miejscu i czasie;Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa,I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwaPolować tak jak u nas, bez żadnego względuNa artykuły ustaw, przepisy urzędu;Nieszanując niczyich kopców ani miedzyJeździć po cudzym gruncie, bez dziedzica wiedzy;Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,Zabijać nieraz lisa właśnie gdy linieje,Albo cierpieć iż kotną samicę zajęcząCharty w runi uszczują, a raczéj zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,Że cywilizacya większa u Moskali;Bo tam o polowaniu są ukazy CaraI dozor policyi i na winnych kara.

Telimena ku lewéj iźbie obrócona,Wachlując batystową chusteczką ramiona,« Jak mamę kocham, rzekła, Hrabia się niemyli,Znam ja dobrze Rossyą. Państwo niewierzyliGdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względówGodna pochwały czujność i srogość urzędów.Byłam ja w Petersburgu, nie raz, nie dwa razy!Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!Co za miasto! Nikt s Panów niebył w Petersburku?Chcecie może plan widzieć, mam plan miasta, w biórku.Latem świat Petersburski zwykł mieszkać na daczy,To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy);Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku:Ach co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.Otóż na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik, siedzący na śledztwie;Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie!Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie.Ilekroć s książką wyszłam sobie do ogrodu,Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu;Zaraz i pies przyleciał, i kręcił ogonem,I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym,Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyłoS tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,Chart u nóg mych zadławił mojego kochankaBonończyka! Ach była to roskoszna psina,Miałam ją w podarunku od księcia SukinaNa pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,Mam jéj portrecik, tylko niechcę iść do biórka.Widząc ją zadławioną, z wielkiéj alteracyiDostałam mdłości, spazmów, serca palpitacyi.Możeby gorzéj jeszcze z mojém zdrowiem było;Szczęściem nadjechał właśnie z wizytą KiryłoGawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,Pyta się o przyczynę tak złego humoru.Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.Jak śmiesz, krzyknął Kiryło piorunowym głosem,Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod Carskim nosem?Osłupiały czynownik, darmo się zaklinał,Że polowania dotąd jeszcze niezaczynał,Że z Wielkiego Łowczego wielkiém pozwoleniem,Zwierz uszczuty zda mu się być psem nie jeleniem.Jakto? krzyknął Kiryłło, to śmiałbyś hultajuZnać się lepiéj na łowach i źwierząt rodzaju,Niżli ja Kozodusin, Carski Jegermajster?Niechajże nas rozsądzi zaraz Policmajster.Wołają Policmajstra, każą spisać śledztwo:Ja rzecze Kozodusin wydaję świadectwo,Że to łani; on plecie że to pies domowy:Rozsądź nas kto zna lepiéj źwierzynę i łowy.Policmajster powinność służby swéj rozumiał,Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał,I odwiodłszy na stronę po bratersku radził,By przyznał się do winy i tém grzech swój zgładził.Łowczy udobruchany, przyrzekł że się wstawiDo Cesarza, i wyrok nieco ułaskawi;Skończyło się że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztéry tygodnie do kozy.Zabawiła nas cały wieczor ta pustota,Zrobiła się nazajutrz s tego anegdota,Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;I nawet wiem s pewnością, że sam Cesarz śmiał się.

Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z BernardynemGrał w maryasza, i właśnie z wyświeconém winemMiał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,Kiedy Siędzia początek powieści posłyszał;I tak nią był zajęty, że z zadartą głową,I s kartą podniesioną, do bicia gotową,Siedział cicho i tylko bernardyna trwożył,Aż gdy skończono powieść, Pamfila położył,I rzekł śmiejąc się: niech tam sobie kto chce chwaliNiemców cywilizacyą, porządek Moskali;Niechaj Wielkopolanie uczą się od SzwabówPrawować się o lisa, i przyzywać drabówBy wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;Na Litwie chwała Bogu stare obyczaje:Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa,I niebędziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nieogłodzą,Że po jarzynach albo po życie pochodzą;Na morgach chłopskich bronię robić polowanie.

Ekonom z lewéj izby rzekł: niedziw Mospanie,Bo też Pan tak drogo płaci za taką zwierzynę.Chłopy i radzi temu; kiedy w ich jarzynęWskoczy chart, niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,To Pan mu kopę oddasz i jeszcze nie kwita,Często chłopi talara w przydatku dostali;Wierz mi Pan że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,Jeśli — Resztę dowodów Pana EkonomaNiemógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwomaRosprawami, wszczęło się dziesięć rozgoworów,Anegdot, opowiadań, i nakoniec sporów.

Tadeusz s Telimeną całkiem zapomnieni,Pamiętali o sobie: — Rada była Pani,Że jéj dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;Młodzieniec jéj nawzajem komplementy prawił,Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał że jéj niedosłyszyW tłumie rozmów: więc szepcąc tak zbliżył się do niéj,Że uczuł twarzą lubą gorącość jéj skroni,Wstrzymując oddech, usty chwytał jéj westchnienieI okiem łowił wszystkie jéj wzroku promienie.

W tém pomiędzy ich usta, mignęła znienackaNaprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.

Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemiGatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,A tak silnie, że tkankę przebiją pajęczą,Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać.Bo s pająkiem sam na sam może się borykać.Wszystko to Wojski zbadał, i jeszcze dowodziłŻe się s tych much szlacheckich, pomniejszy lud rodził,Że one tém są muchom, czém dla roju matki,Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.Prawda że Ochmistrzyni, ani Pleban wioski,

Nieuwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioskiI trzymali inaczéj o muszym rodzaju;Lecz Wojski nieodstąpił dawnego zwyczaju,Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.Właśnie mu teraz szlachcic nad uchem zadzwonił,Podwakroć Wojski machnął, zdziwił się że chybił,Trzeci raz machnął, tylko co okna niewybił;Aż mucha odurzona od tyla łoskotu,Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,Rzuciła się z rospaczą pomiędzy ich lica;I tam za nią mignęła Wojskiego prawica:Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;Uderzyły się mocno oboje w uszaki,Tak że obojgu sine zostały się znaki.

Szczęściem nikt nieuważał, bo dotychczasowaŻywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa,Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu: —Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,A wtém dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;Tak dzieje się z rozmową: zwolna się pomyka,Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.Dzikiem rozmów strzeleckich, był ów spór zażartyRejenta z Assessorem o sławne ich charty.Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwilę;Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części,Przycinki, gniew, wyzwanie — i szło już do pięści.

Więc ku nim z drugiéj izby wszyscy się porwali,I tocząc się przeze drzwi nakształt bystréj fali,Unieśli młodą parę stojącą na progu,Podobną Janusowi, dwólicemu bogu.

Tadeusz s Telimeną nim na skroniach włosyPoprawili, już groźne ucichły odgłosy,Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył,Nastąpił rozejm kłótni, kwestarz ją uśmierzył:Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.Właśnie kiedy Assessor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,On raptem porwał obu s tyłu za kołnierze,I dwakroć uderzywszy głowy obie mocneJedną o drugą jako jaja wielkonocne,Roskrzyżował ramiona nakształt drogoskazuI we dwa kąty izby rzucił ich od razu;Chwilę z rosciągnionemi stał w miejscu rękami,I Pax, pax, pax vobiscum krzyczał, pokój z wami!

Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:Przez szacunek należny duchownéj osobie,Nieśmiano łajać mnicha; a po takiéj probieNikt też niemiał ochoty zaczynać z nim zwadę,Zaś kwestarz Robak skoro uciszył gromadę,Widać było że wcale triumfu nieszukał,Ani groził kłótnikom więcéj, ani fukał;Tylko poprawił kaptur, i ręce za pasemZatknąwszy, wyszedł cicho s pokoju.

Tym czasemPodkomorzy i Sędzia między dwiema stronyPlac zajęli. Pan Wojski jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą,I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,Tam uciszając machał swą placką ze skóry;Wreszcie podniosłszy trzonek s powagą do góry,Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.

Uciszcie się! powtarzał, miejcie też baczenie,Wy co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,Z gorszącéj kłótni waszéj co będzie? czy wiecie?Oto młodzież na któréj Ojczyzny nadzieje,Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,Która niestety, i tak zaniedbuje łowy,Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!Widząc, że ci co innym mają dać przykłady,Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;Bo znałem większych dawniéj niźli wy myśliwych,A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.Któż był w lasach Litewskich Rejtanowi równym?Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się ze źwierzem,Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,Co kulą s pistoletu w biegu trafiał kota?Terajewicza znałem, co idąc na dzikiNiebrał nigdy innego oręża prócz piki!Budrewicza co chodził z niedźwiedziem w zapasy:Takich mężow widziały niegdyś nasze lasy!Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?Oto obrali sędziów, i zakład stawili.Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka,Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!I wy Panowie pójdźcie za starych przykładem,I rostrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,Szkoda ust dłużéj suszyć kłótnią o zająca;Więc polubownych sędziów najpierwéj obierzcie,A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.Ja uproszę Sędziego, ażeby niebroniłDojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;I tuszę że tę łaskę otrzymam od Pana:To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.

« Konia, zawołał Rejent, stawię konia z rzędem,

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,Iż ten pierścień Sędziemu w salarium złożę.»— « Ja, rzekł Assessor, stawię me złote obroże,Jaszczurem wykładane s kółkami ze złota,I smycz tkany jedwabny, którego robotaRównie cudna jak kamień, co się na nim świeci.Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,Jeślibym się ożenił: ten sprzęt mnie darowałKsiąże Dominik, kiedym z nim razem polowałI z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałemMejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.Tam bezprzykładną w dziejach polowania sztuką,Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.Polowaliśmy wtenczas na Kupiskiém błoniu;Książe Radziwił niemógł dosiedzieć na koniu;Ssiadł, i objąwszy sławną mą charcicę kanię,Trzykroć jéj w samą głowę dał pocałowanie,A potém trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,Rzekł, mianuję cię odtąd Księżną na Kupisku: —Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa,Od miejsc na których wielkie odnieśli zwycięstwa.

Telimena znudzona zbyt długiemi swary,Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary,Wzięła koszyczek s kołka: « Panowie jak widzę,Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;Kto łaska, proszę za mną » : rzekła — koło głowyObwijając czerwony szal kaszemirowy;Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,A drugą podchyliła do kostek sukienkę;Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.

Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył,Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,A więc krzyknął: Panowie, po grzyby do boru!Kto z najpięknieyszym rydzem do stołu przybędzie,Ten obok najpiękniejszéj Panienki usiędzie;Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama.

Comentarios

Cargando comentarios…