Pan Tadeusz — Księga jedenasta

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,A żołnierz rokiem wojny: dotąd lubią starzyO tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudemI poprzedzony głuchą wieścią między ludem;

Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcemJakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem,Jakieś oczekiwanie tęskne i radośne.

Kiedy pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę,Uważano, że chociaż zgłodniałe i chude,Nie biegło na ruń co już umaiła grudę,Lecz kładło się na rolę i schyliwszy głowy,Ryczało, albo żuło swój pokarm zimowy.

I wieśniacy ciągnący na jarzynę pługiNie cieszą się jak zwykle s końca zimy długiéj,Nie śpiewają piosenek, pracują leniwo,Jakby nie pamiętali na zasiew i żniwo.Co krok wstrzymują woły i podjezdki w bronieI poglądają s trwogą ku zachodniéj stronie,Jakby s téj strony miał się objawić cud jaki.I uważają s trwogą wracające ptaki.Bo już bocian przyleciał do rodzinnéj sosnyI rospiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny;A za nim krzykliwemi nadciągnąwszy pułki,Gromadziły się po nad wodami jaskułki,

I z ziemi zmarzłéj brały błoto na swe domki.W wieczor słychać w zaroślach szept ciągnącéj słomki;I stada dzikich gęsi szumią po nad lasem,I znużone na popas spadają z hałasem,A w głębi ciemnéj nieba, wciąż jęczą żurawie.Słysząc to nocni stróże pytają w obawie,Skąd w królestwie skrzydlatém tyle zamieszania,Jaka burza te ptaki tak wcześnie wygania.

Aż oto nowe stada, jakby gilów, siewek,I szpakow, stada jasnych kit i chorągiewekZajaśniały na wzgórkach, spadają na błonie.Konnica! dziwne stroje, niewidziane bronie,Półk za półkiem, a środkiem, jak stopione śniegi,Płyną drogami kute żelazem szeregi;Z lasów czernią się czapki, rzęd bagnetów błyska,Roją się nieźliczone piechoty mrowiska.

Wszyscy na północ: rzekłbyś że w on czas z wyrajuZa ptactwem i lud ruszył do naszego kraju,Pędzony niepojętą, instynktową mocą.

Konie, ludzie, armaty, orły, dniem i nocąPłyną; na niebie gorą tu i ówdzie łuny,Ziemia drży, słychać biją stronami pioruny —

Wojna! wojna! Niebyło w Litwie kąta ziemi,Gdzieby jéj huk nie doszedł; pomiędzy ciemnemiPuszczami, chłop którego dziady i rodzicePomarli nie wyjrzawszy za lasu granice,Który innych na niebie nie rozumiał krzykówPrócz wichrów, a na ziemi prócz bestyi ryków,Gości innych nie widział oprócz spółleśników;Teraz widzi na niebie, dziwna łuna pała,W puszczy łoskot, to kula od jakiegoś działaZbłądziwszy s pola bitwy, dróg w lesie szukałaRwąc pnie, siekąc gałęzie. Żubr brodacz sędziwyZadrżał we mchu, najeżył długie włosy grzywy,Wstaje na wpół, na przednich nogach się opiera,I potrząsając brodą zdziwiony spoziera,Na błyskające nagle między łomem zgliszcze:Był to zbłąkany granat, kręcie się, wre, świszcze,Pękł z hukiem jakby piorun; żubr pierwszy raz w życiuZląkł się i uciekł w głębszém schować się ukryciu.

Bitwa! gdzie? w któréj stronie? pytają młodzieńce,Chwytają broń, kobiety wznoszą w niebo ręce,Wszyscy pewni zwycięstwa, wołają ze łzami:Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!

O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju,O wiosno, kto cię widział jak byłaś kwitnącaZbożami i trawami a ludźmi błyszcząca,Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!Ja ciebie dotąd widzę piękna maro senna!Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.

Soplicowo leżało tuż przy wielkiéj drodze,Którą od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze:Nasz Książe Józef i król Westfalski Hieronim.Już zajęli część Litwy od Grodna po Słonim,Gdy król roskazał wojsku dać trzy dni wytchnienia.Ale polscy żołnierze mimo utrudzenia,Skarżyli się, że król im marszu niedozwala,Tak radziby co prédzej doścignąć Moskala.

W mieście pobliskiém stanął główny sztab książęcy,A w Soplicowie oboz czterdziestu tysięcy,I ze sztabami swemi Jenerał Dąbrowski,Kniaziewicz, Małachowski, Giedrojć i Grabowski.

Późno było gdy weszli; więc każdy gdzie może,Żabierają kwatery w zamczysku, we dworze;Skoro dano roskazy, rosstawiono czaty,Każdy strudzony poszedł spać do swéj komnaty.Z nocą wszystko ucichło: obóz, dwór i pole;Widać tylko jak cienie, błądzące patrole,I gdzie nie gdzie błyskania ognisk obozowych,Słychać kolejne hasła stanowisk wojskowych.

Spali, gospodarz domu, wodze i żołnierze;Oczu tylko Wojskiego sen słodki nie bierze;Bo Wojski ma na jutro biesiadę wyprawić,Którą chce dom Sopliców na wiek wieków wsławić:Biesiadę godną miłych sercom polskim gości,I odpowiedną wielkiéj dnia uroczystości,Co jest świętem kościelném i świętem rodziny;Jutro odbyć się mają trzech par zaręczyny.

Zaś Jenerał Dąbrowski oświadczył z wieczora,Że chce mieć obiad polski.

Choć spóźniona pora,Wojski zebrał co prędzéj s sąsiedztwa kucharzy;Pięciu ich było, służą, on sam gospodarzy.Jako kuchmistrz białym się fartuchem opasał,Wdział szlafmycę a ręce do łokciów zakasał;W ręku ma plackę muszą, owad ladajakiOdpędza, wpadający chciwie na przysmaki;Drugą ręką przetarte okulary włożył,Dobył z zanadrza księgę, odwinął, otworzył.

Księga ta miała tytuł: Kucharz doskonały.W niéj spisane dokładnie wszystkie specyałyStołów polskich; podług niéj Hrabia na TęczynieDawał owe biesiady we Włoskiéj krainie,Którym się Ojciec święty Urban siódmyósmy dziwił;Podług niéj później Karol-Kochanku-Radziwił,Gdy przyjmował w Nieświżu króla Stanisława,Sprawił pamiętną ową ucztę, któréj sławaDotąd żyje na Litwie we gminnéj powieści

Co Wojski wyczytawszy pojmie i obwieści,To natychmiast Kucharze robią umiejętni.Wre robota, pięćdziesiąt nożów w stoły tętni,Zwijają się kuchciki czarne jak szatany:Ci niosą drwa, ci z mlekiem i z winem sagany,Leją w kotły, skowrody, w rądle, dym wybucha;Dwóch kuchcików przy piecu siedzi, w mieszki dmucha,Wojski ażeby ogień tém łacniéj rospalać,Roskazał stopionego masła na drwa nalać.(Zbytek ten dozwolony jest w dostatnim domu)Kuchciki sypią w ogień suche pęki łomu.Inni na rożny sadzą ogromne pieczenieWołowe, sarnie, cąbry dzicze i jelenie;Ci skubią stosy ptastwa, lecą puchów chmury,Obnażają się głuszce, cietrzewie i kury.Lecz kur nie wiele było; od owéj wyprawyKtórą w czasie zajazdu, Dobrzyński Sak krwawyZrobił na kurnik, kędy Zosi gospodarstwoZniszczył, nie zostawiwszy sztuki na lekarstwo:Jeszcze nie mogło ptastwem zakwitnąć na nowo,Sławne niegdyś ze drobiu swego Soplicowo.Z resztą zaś miąs wszelakich był wielki dostatek,

Co się zgromadzić dało i z domu i z jatek,I z lasów i s sąsiedztwa, zbliska i z daleka:Rzekłbyś, ptasiego tylko niedostaje mleka.Dwie rzeczy których hojny Pan do uczty szuka,Łączą się w Soplicowie: dostatek i sztuka.

Już wschodził uroczysty dzień Najświętszéj PannyKwietniéj; pogoda była prześliczna, czas ranny,Niebo czyste w około ziemi obciągnięte,Jako morze wiszące, ciche, wklęsło-wgięte;Kilka gwiazd świeci z głębi, jako perły ze dnaPrzez fale; z boku chmurka biała, sama jedna,Podlatuje i skrzydła w błękicie zanurza,Podobne do niknących piór Anioła stróża,Który nocną modlitwą ludzi przytrzymanySpóźnił się, śpieszy wracać między spółniebiany.

Już ostatnie perły gwiazd zamierzchły, i na dnieNiebios zgasły, i niebo środkiem czoła bladnie,Prawą skronią złożone na w zgłowiuwęzgłowiu cieniJeszcze smagławe, lewą coraz się rumieni;A daléj okrąg jakby powieka szeroka

Rozsuwa się, i w środku widać białek oka,Widać tęczę, źrenicę — już promień wytrysnął,Po okrągłych niebiosach wygięty przebłysnął,I w białéj chmurce jako złoty grot zawisnął.Na ten strzał, na dnia hasło, pęk ogniów wylata,Tysiąc rac krzyżuje się po okręgu świata,A oko słońca weszło — jeszcze nieco sennePrzymruża się, drżąc wstrząsa swe rzęsy promienne,Siedmią barw błyszczy razem: szafirowe razem,Razem krwawi się w rubin i żółknie topazem,Aż rozlśniło się jako kryształ przezroczyste,Potém jak brylant światłe, nakoniec ogniste,Jak księżyc wielkie, jako gwiazda migające:Tak po nieźmierném niebie szło samotne słońce.

Dziś pospólstwo Litewskie s całéj okolicyZebrało się przed wschodem w około kaplicy,Jak gdyby na nowego ogłoszenie cudu.Zbiór ten pochodził w części s pobożności ludu,A w części s ciekawości: bo dziś w SoplicowieNa nabożeństwie mają być Jenerałowie,Sławni dowódcy owi naszych legionów,

Których lud znał imiona i czcił jak patronów,Których wszystkie tułactwa, wyprawy i bitwyByły ewangelią narodową Litwy.

Już przyszło officerów kilku, tłum żołnierzy;Lud ich otacza, patrzy, ledwie oczom wierzy,Oglądając rodaków mundury noszących,Zbrojnych, wolnych i polskim językiem mówiących.

Wyszła msza — nieobejmie świątynia maleńkaCałego zgromadzenia; lud na trawie klęka,Patrząc we drzwi kaplicy, odkrywają głowy:Włos Litewskiego ludu biały albo płowy,Pozłacał się jako łan dojrzałego żyta;Gdzie niegdzie kraśna główka dziewicza wykwita,Ubrana w świeże kwiaty, albo w pawie oczy,I wstęgi rosplecione, ozdoby warkoczy,Sród głów męskich jak w zbożu bławat i kąkole.Klęczący różnobarwy tłum okrywa pole,A na głos dzwonka, niby na wiatru powianie,Chylą się wszystkie głowy jak kłosy na łanie.

Wieśniaczki dziś na ołtarz Matki Zbawiciela,Niosą pierwszy dar wiosenny, świéże snopki ziela;Wszystko w koło ubrane w bukiety i w wianki,Ołtarz, obraz, a nawet dzwonica i ganki.Czasem poranny wietrzyk, gdy ze wschodu wionie,Zrywa wianki i rzuca na klęczących skronie,I rozlewa jak s mszalnéj kadzielnicy wonie.

A gdy w kościele było po mszy i po kazaniu,Wyszedł przewodniczący całemu zebraniuPodkomorzy, niedawno przez Powiatu StanyZgodnie Konfederackim Marszałkiem obrany.Miał mundur Województwa, żupan złotem szyty,Kontusz gredyturowy s frendzlą i pas lity,Przy którym karabella z głównią jaszczurową,Na szyi świecił wielką szpilką brylantową,Konfederatka biała, a na niéj pęk grubyDrogich piórek, były to białych czapel czuby.(Na fest kładnie się tylko kitka tak bogata,Której każde pióreczko kosztuje dukata.)Tak ubrany, na wzgórek wstąpił przed kościołem,Wieśniacy i żołnierstwo scisnęło się kołem,

On rzekł:

— Bracia! ogłosił wam Ksiądz na AmbonieWolność, którą Cesarz-Król przywrócił Koronie,A teraz Litewskiemu Księstwu, Polszcze całéjPrzywraca; słyszeliście rządowe uchwałyI zwołujące Walny Sejm uniwersały.Ja tylko mam słów parę przemówić do gminy,W rzeczy, która się tyczy Sopliców rodziny,Tutejszych panów.

Cała pomni okolica;Co tu zbroił nieboszczyk — Pan Jacek Soplica,Ale kiedy o grzechach wszyscy wiecie,Czas i zasługi jego ogłosić w świecie:Obecni tu są naszych Wojsk Jenerałowie,Od których usłyszałem wszystko co wam mowię.Ten Jacek nie był umarł (jak głoszono) w Rzymie,Tylko odmienił życie dawne, stan i imie;A wszystkie przeciw Bogu i Ojczyznie winyZgładził, przez żywot święty i przez wielkie czyny.

On to pod Hohenlinden, gdy Ryszpans JenerałNa pół pobity już się do odwrotu zbierałNie wiedząc że Kniaziewicz ciągnie ku odsieczy,On to Jacek, zwan Robak, wśród grotów i mieczyPrzeniosł od Kniaziewicza listy Ryszpansowi,Donoszące że nasi biorą tył wrogowi.On potém w Hiszpanii, gdy nasze ułanyZdobyły Samosyery grzbiet oszańcowany,Obok Kozietulskiego był ranny dwa razy!Następnie, jak wysłaniec s tajnemi rozkazyBiegał po różnych stronach ducha ludzi badać,Towarzystwa tajemne wiązać i zakładać;Nakoniec, w Soplicowie w swém ojczystém gnieździeGdy gotował powstanie, zginął na zajeździe.Właśnie o jego śmierci nadeszła wiadomośćDo Warszawy w tę chwilę, gdy Cesarz JegomośćRaczył mu dać za dawne czyny bohaterskieLegji honorowéj znaki kawalerskie.

Owoż te wszystkie rzeczy mając na uwadze,Ja Reprezentujący Województwa władzę,Moją Konfederacką ogłaszam wam laską:

Że Jacek wierną służbą i Cesarską łaskąZniosł infamii plamę, powraca do cześci,I znowu się w rzęd prawych patryotów mieści;Więc kto będzie śmiał Jacka zmarłego rodzinieWspomnieć kiedy o dawnéj zagładzonéj winie,Ten podpadnie za karę takiego wyrzutu,Gravis notœ maculœ; wedle słów StatutuKarzących tak militem jak i skartabella,Coby siał infamiją na obywatela;A że teraz jest równość, więc artykuł trzeciObowiązuje równie i mieszczan i kmieci.Ten wyrok Marszałkowski, pan Pisarz umieściW aktach Jeneralności, a Woźny obwieści.

Co się tyczé legii honorowéj krzyża,Że późno przyszedł, nic to sławie nieubliża;Jeśli Jackowi nie mógł służyć ku ozdobie,Niech służy ku pamiątce, wieszam go na grobie.Trzy dni tu będzie wisiał, potém do kaplicyZłoży się, jako wotum dla Boga-Rodzicy.

To powiedziawszy, order wydobył s pokrowca,

I zawiesił na skromnym krzyżyku grobowcaUwiązaną w kokardę wstążeczkę czerwonąI krzyż biały gwiaździsty ze złotą koroną;Przeciw słońcu promienie gwiazdy zajaśniały,Jako ostani odbłysk ziemskiéj Jacka chwały.Tymczasem lud na klęczkach Anioł Pański mowiUpraszając o wieczny pokój grzesznikowi,Sędzia obchodzi gości i wiejską gromadę,Wszystkich do Soplicowa wzywa na biesiadę.

Ale na przyźbie domu usiedli dwaj starce,Mając u kolan pełne miodu dwa półgarce;Patrzą w sad, gdzie wśród pączków barwistego makuStał ułan jak słonecznik, w błyszczącym kołpakuStrojnym blachą złocistą i piórem koguta,Przy nim dziewcze w zielonéj sukience jak rutaPozioma, wznosi oczki błękitne jak bratkiKu oczom chłopca, daléj Panny rwały kwiatkiPo ogrodzie, umyślnie odwracając głowyOd kochanków, żeby im nie mięszać rozmowy.

Ale starce miód piją, tabakierką s kory

Częstując się nawzajem, toczą rozhowory.

Tak, tak, mój Protazeńku, rzekł Klucznik Gerwazy.Tak, tak, mój Gerwazeńku, rzekł Woźny Protazy,Tak to, tak! powtórzyli zgodnie kilka razyKiwając w takt głowami; wreszcie Woźny rzecze:Iż proces nasz skończy się dziwnie, ja nie przeczę;Wszakże były przykłady; pamiętam processy,W którym się działy gorsze niż u nas excessy,A intercyza cały zakończyła kłopot:Tak z Borzdobohatymi pogodził się Łopot,Krepsztulowie s Kupściami, Putrament s Pikturną,Z Odyńcami Mackiewicz, s Kwileckimi Turno.Co mówię! wszak Polacy miewali zamieszkiZ Litwą, gorsze niżeli s Soplicą Horeszki,A gdy na rozum wzięła królowa Jadwiga,To się bez sądów owa skończyła intryga.Dobrze gdy strony mają panny albo wdowyNa wydaniu, to zawsze kompromis gotowy.Najdłuższy process zwykle bywa z duchowieństwem,duchowieństwem,Katolickiém, albo też z bliskiém pokrewieństwem.Bo wtenczas sprawy skończyć nie można małżeństwem,Stąd to Lachy z Russami w sporach nieskończonych,

Idąc z Lecha i Russa, dwu braci rodzonych;Stąd się tyle processów Litewskich ciągnęłoDługo s księżmi Krzyżaki, aż wygrał Jagieło.Stąd nakoniec pendebat długo przed aktamiSławny ów process Rymszów z Dominikanami,Aż wygrał wreszcie Syndyk klasztorny Ksiądz Dymsza,Skąd jest przysłowie: większy Pan Bóg niż Pan Rymsza;Ja zaś dołożę, lepszy miód od scyzoryka —To mówiąc półgarcówką przepił do Klucznika.

Prawda! prawda! rzekł na to Gerwazy wzruszony!Dziwneć to były losy téj naszéj KoronyI naszéj Litwy! wszakto jak małżonków dwoje!Bóg złączył, a czart dzieli, Bóg swoje, czart swoje!Ach bracie Protazeńku! że to oczy naszeWidzą! że znowu do nas ci KoroniaszeZawitali! służyłem ja z nimi przed laty,Pamiętam, dzielne były z nich konfederaty!Gdyby nieboszczyk Pan mój Stolnik dożył chwili!O Jacku! Jacku! — lecz cóż będziemy kwilili?Skoro dziś znowu Litwa łączy się s Koroną,Toć tém samém już wszystko zgodzono, zgładzono.

I to dziw, rzekł Protazy, że o téj to Zosi,O któréj rękę teraz nasz Tadeusz prosi,Było przed rokiem, omen, jakoby znak z nieba!— Panną Zofią, przerwał Klucznik, zwać ją trzeba,Bo już dorosła, nie jest dziewczyną maluczką,Przytém s krwi dygnitarskiéj, jest Stolnika wnuczką.— Owoż, kończył Protazy, był to znak proroczyO jéj losie, widziałem znak na własne oczy.Przed rokiem tu siedziała w święto czeladź naszaPijąc miód, alić patrzym: pęc, pada s poddaszaDwóch wróblow bijących się, oba samcy stare,Jeden młodszy cokolwiek miał podgardle szare,Drugi czarne; daléjże tłuc się po podwórzu,Przewracać kulki, że aż zaryli się w kurzu;My patrzym, a tymczasem szepcą sobie sługiZe ten czarny niech będzie Horeszko, a drugiSoplica; więc ilekroć szary był na górzeKrzyczą, wiwat Soplica, pfe Horeszki tchórze!A gdy spadał wołali, popraw się Soplica,Niedaj się magnatowi, to wstyd na szlachcica.Tak śmiejąc się czekamy, kto kogo pokona;Wtém Zosieńka nad ptastwem litością wzruszona

Podbiegła i nakryła rączką te rycerze,Jeszcze się w ręku bili, aż leciało pierze,Taka była zawziętość w tém maleńkiém lichu.Baby patrząc na Zosię, gadały po cichu,Że pewnie przeznaczeniem będzie téj dziewczynyPogodzić dwie oddawna zwaśnione rodziny.A widzę że się dzisiaj ziścił omen babi.Prawdać to, że naonczas myślano o HrabiNie zaś o Tadeuszu —

Na to Klucznik rzecze:Dziwne są sprawy w świecie, kto wszystko dociecze!Ja też powiem Waszeci rzecz choć nie tak cudnąJak ów omen, a przecież do pojęcia trudną.Wiesz iż dawniéj radbym był Sopliców rodzinęW łyszce wody utopić; a tego chłopczynęTadeusza, od dziecka nieźmierniem polubił.Uważałem że gdy się s chłopiętami czubił,Zawsze ich zbił; więc ilekroć do zamku biegał,Jam go zawsze do trudnych imprezów podżegał.Wszystko mu się udało; czy wydrzeć gołębieNa wieży, czy jemiołę oberwać na dębie,

Czyli z najwyższéj sosny złupić wronie gniazdo,Wszystko umiał; myśliłem: pod szczęśliwą gwiazdąUrodził się ten chłopiec, szkoda że Soplica!Któżby zgadł, że w nim zamku powitam dziedzica!Męża Panny Zofii, méj Wielmożnéj Pani.

Tu skończyli rozmowę, piją zadumani,Słychać tylko niekiedy te krótkie wyrazy:Tak, tak, Panie Gerwazy, — tak Panie Protazy.

Przyzba tykała kuchni, któréj okna stałyOtworem i dym jako s pożaru buchały,Aż s kłębów dymu niby biała gołębica,Mignęła świecąca się Kuchmistrza szlafmyca.Wojski przez okno kuchni, po nad starców głowy,Wytknąwszy głowę, milczkiem słuchał ich rozmowy,I podał im nareszcie filiżanki spodek,Pełen biszkoktów, mówiąc: Zakąście wasz miodek.A ja wam też opowiem historyą ciekawąSporu, który miał bitwą zakończyć się krwawą,Gdy polujący w głębi Nalibockich lasówRejtan, wypłatał sztukę książęciu Denassów.

Téj sztuki omal własném nieprzypłacił zdrowiem;Jam kłótnię Panów zgodził, jak to wam opowiem.— Ale Wojskiego powieść przerwali kucharze,Pytając komu serwis ustawiać rozkaże.

Wojski odszedł, a starcy zaczérpnąwszy miodu,Zadumani zwrócili oczy w głąb ogrodu,Gdzie ów dorodny Ułan rozmawiał s Panienką.Właśnie Ułan ująwszy jéj dłoń lewą ręką,(Prawą miał na temlaku, widać że był ranny)S takiemi odezwał się słowami do Panny:

Zofio musisz to mnie koniecznie powiedzieć,Nim zamienim pierścionki, muszę o tém wiedzieć.I cóż że przeszłéj zimy byłaś już gotowaDać słowo mnie? ja wtenczas nie przyjąłem słowa:Bo i cóż mnie po takiém wymuszoném słowie.Wtenczas bawiłem bardzo krótko w Soplicowie,Niebyłem taki próżny ażebym się łudził,Żem jedném mém spojrzeniem miłość w tobie wzbudził;Ja nie fanfaron, chciałem mą własną zasługąZyskać twe względy, choćby przyszło czekać długo.

Teraz jesteś łaskawa twe słowo powtórzyć:Czémże na tyle łaski umiałem zasłużyć?Może mnie bierzesz Zosiu nie tak s przywiązania,Tylko że stryj i ciotka do tego cię skłania;Ale małżeństwo Zosiu jest rzecz wielkiéj wagi,Radź się serca własnego, niczyjéj powagiTu nie słuchaj, ni stryja gróźb ni namów cioci;Jeśli nie czujesz dla mnie nic oprócz dobroci,Możem te zaręczyny czas jakiś odwlekać,Więzić twéj woli niechcę, będziem Zosiu czekać.Nic nas nienagli, zwłaszcza że wczora wieczorem,Dano mi rozkaz zostać w Litwie instruktoremW półku tutejszym, nim się z mych ran nie wyleczę.I cóż kochana Zosiu?

Na to Zosia rzecze,Wznosząc głowę i patrząc w oczy mu nie śmiało:Nie pamiętam już dobrze co się dawniéj działo,Wiem że wszyscy mówili iż za mąż iść trzebaZa Pana; ja się zawsze zgadzam z wolą niebaI z wolą starszych — potem spuściwszy oczętaDodała: przed odjazdem jeśli Pan pamięta,

Kiedy umarł Ksiądz Robak w ową burzę nocną,Widziałam, że Pan jadąc żałował nas mocno,Pan łzy miał w oczach, te łzy powiem Panu szczerze,Wpadły mnie aż do serca; odtąd Panu wierzęŻe mnie lubisz; ilekroć mówiłam pacierzeZa Pana powodzenie, zawsze przed oczamiStał Pan s temi dużemi błyszczącemi łzami.Potem Podkomorzyna do Wilna jeździła,Wzięła mnie tam na zimę, alem ja tęskniłaDo Soplicowa i do tego pokoiku,Gdzie mnie Pan naprzód w wieczor spotkał przy stoliku,Potem pożegnał; niewiem skąd pamiątka Pana,Coś niby jak rossada w jesieni zasiana,Przez całą zimę w mojém sercu się krzewiła,Że jako mówię Panu — ustawniem tęskniłaDo tego pokoiku, i cóś mi szeptało,Że tam znów Pana znajdę, i tak się też stało.Mając to w głowie, często też miałam na ustachImie Pana — było to w Wilnie na zapustach;Panny mówiły że ja jestem zakochana:Jużci jeżeli kocham, to już chyba Pana.— Tadeusz rad s takiego miłości dowodu,

Wziął ją pod rękę, ścisnął, i wyszli z ogroduDo pokoju damskiego, do owéj komnatyKędy Tadeusz mieszkał przed dziesięcią laty.

Teraz bawił tam Rejent cudnie wystrojony,I usługiwał damie swojéj narzeczonéj,Biegając i podając sygnety, łańcuszki,Słoiki i flaszeczki i proszki i muszki,Wesoł, na pannę młodą patrzył tryumfalnie.Panna młoda kończyła robić gotowalnię;Siedziała przed źwierciadłem radząc się bóstw wdzięku;Pokojowe zaś, jedne z żelaskami w rękuOdświeżają nadstygłe warkoczów pierścionki,Drugie klęcząc pracują około falbonki.

Gdy się tak Rejent bawi ze swą narzeczoną,Kuchcik stuknął doń wokno; kota postrzeżono.Kot wykradłszy się z łozy prześmignął po łąceI wskoczył w sad pomiędzy jarzyny wschodzące,Tam siedzi, wystraszyć go łacno z rosadnikuI uszczuć postawiwszy charty na przesmyku.Bieży Assesor ciągnąc za obróż Sokoła,

Pośpiesza za nim Rejent i Kusego woła.Wojski obu s chartami przy płocie ustawił,A sam się s placką muszą do sadu wyprawił,Depcąc, świszcząc i klaszcząc, bardzo źwierza trwoży;Szczwacze trzymając każdy charta na obroży,Ukazują palcami skąd zając wyruszy,Cmokają scicha; charty nadstawiły uszy,Wytknęły pyski na wiatr i drżą niecierpliwieJak dwie strzały złożone na jednéj cięciwie.W tém Wojski krzyknął: wycz ha! zając smyk z za płotuNa łąkę, charty za nim, i wnet bez obrotu,Sokoł i Kusy razem spadli na szarakaZe dwóch stron w jednéj chwili, jak dwa skrzydła ptaka,I zęby mu jak szpony zatopili w grzbiecie.Kot jęknął raz, jak nowo narodzone dziecie,Żałośnie! biegą szczwacze: już leży bez ducha,A charty mu sierć białą targają spod brzucha.

Szczwacze pogłaskali psy, a Wojski tym czasemDobył nożyk strzelecki wiszący za pasem,Oderznął skoki i rzekł: dziś równą odprawęWezmą pieski, bo równą pozyskali sławę,

Równa ich była rączość, równa była praca,Godzien jest pałac Paca, godzien Pac pałaca,Godni są szczwacze chartów, godne szczwaczów charty;Otoż skończony spór wasz długi i zażarty,Ja któregoście Sędzią zakładu obrali,Wydaję wreście wyrok: obaście wygrali,Wracam fanty, niech każdy przy swoim zostanie,A wy podpiszcie zgodę. — Na starca wezwanie,Szczwacze zwrócili na się rozjaśnione liceI długo rozdzielone złączyli prawice.

W tém rzekł Rejent: stawiłem niegdyś konia z rzędem,Opisałem się także przed ziemskim urzędemIż pierścień mój Sędziemu w salarium złożę;Fant postawiony w zakład, wracać się nie może.Pierścień niechaj Pan Wojski na pamiątkę przymie,I każe na nim wyryć albo swoje imieLub gdy zechce, herbowne Hreczechów ozdoby;Krwawnik jest gładki, złoto jedenastéj proby.Konia teraz Ułani pod jazdę zabrali,Rząd został przy mnie, każdy znawca ten rzęd chwaliIż jest wygodny, trwały, a piękny jak cacko:

Kulbaczka wąska modą s turecka kozacką,Kula na przodzie, w kuli są drogie kamienie,Poduszeczka z rubrontu wyścieła siedzenie.A kiedy na łęk wskoczysz, na tym miękkim puszkuMiędzy kulami siedzisz wygodnie jak w łóżku;A gdy w galop puścisz się (tu Rejent BolestaKtóry jako wiadomo, bardzo lubił gesta,Rosstawił nogi jakby na konia wskakiwał,Potém galop udając powoli się kiwał)A gdy w galop puścisz się, natenczas s czaprakaBlask bije, jakby złoto kapało z rumaka,Bo tabenki są gęsto złotem nakrapiane,I szerokie strzemiona srebrne pozłacane;Na rzemieniach musztuka i na uździenicyPołyskają guziki perłowéj macicy,U napierśnika wisi księżyc w kształt Leliwy,To jest w kształt nowiu. Cały ten sprzęt osobliwy,Zdobyty (jak wieść) niesie w boju PodhajeckimNa jakimś bardzo znacznym szlachcicu tureckim,Przyjm Assesorze w dowód mojego szacunku.

A na to rzekł Assesor wesoł s podarunku:

Ja niegdyś darowane od Księcia SanguszkiStawiłem w zakład moje prześliczne obróżki,Jaszczurem wykładane s kolcami ze złota,I utkaną z jedwabiu smycz, któréj robotaRównie droga jak kamień co się na niéj świeci.Chciałem sprzęt ten zostawić w dziedzictwie dla dzieci;Dzieci pewnie mieć będę, wiesz że się dziś żenię;Ale ten sprzęt Rejencie, proszę uniżenieBądź łaskaw przyjąć w zamian za twój rzęd bogaty,I na pamiątkę sporu, co długiemi latyToczył się, i nareszcie zakończył zaszczytnieDla nas obu — Niech zgoda między nami kwitnie.Więc wracali do domu oznajmić za stołem,Że się skończył spór między Kusym i Sokołem.

Była wieść, że zająca tego Wojski w domuWyhodował i w ogród puścił pokryjomu,Ażeby szczwaczów zgodzić zbyt łatwą zdobyczą.Staruszek tak swą sztukę zrobił tajemniczo,Że oszukał zupełnie całe Soplicowo.Kuchcik w lat kilka późniéj szepnął o tém słowo,Chcąc Assesora skłócić z Rejentem na nowo;

Ale próżno krzywdzące chartów wieści szerzył,Wojski zaprzeczył, i nikt kuchcie nieuwierzył.

Już goście zgromadzeni w wielkiéj zamku sali,Czekając uczty w koło stołu rozmawiali,Gdy Pan Sędzia w mundurze Wojewódzkim wchodzi,I Pana Tadeusza z Zofią przywodzi.Tadeusz lewą dłonią dotykając głowy,Pozdrowił swych dowódców, przez ukłon wojskowy.Zofia z opuszczoném ku ziemi wejrzeniem,Zapłoniwszy się, gości witała dygnieniem;(Od Telimeny pięknie dygać wyuczona.)Miała wianek na głowie jako narzeczona,Z resztą ubior ten samy w jakim dziś w kaplicySkładała snop wiosenny dla Boga Rodzicy.Użęła znów dla gości nowy snopek ziela;Jedną ręką zeń kwiaty i trawy roździela,Drugą swój sierp błyszczący poprawia na głowie:Brali ziółka całując jéj ręce wodzowie.Zosia znowu dygała w koléj zapłoniona.

W tém Jenerał Kniaziewicz wziął ją za ramiona,

I złożywszy ojcowski całus na jéj czole,Podniosł w górę dziewczynę, postawił na stole:A wszyscy klaszcząc w dłonie zawołali brawo!Zachwyceni dziewczyny urodą, postawą,A szczególniéj jéj strojem Litewskim, prostaczym;Bo dla tych wodzów, którzy w swém życiu tułaczémTak długo błąkali się w obcych stronach świata,Dziwne miała powaby narodowa szata,Która im wspominała i młode ich lataI dawne ich miłostki; więc ze łzami prawieSkupili się do stołu, patrzyli ciekawie.Ci proszą aby Zosia wzniosła nieco czołoI oczy pokazała, ci ażeby w kołoRaczyła się obrócić — dziewczyna wstydliwaObraca się lecz oczy rękami zakrywa.Tadeusz patrzył wesoł i zacierał ręce.

Czy ktoś Zosi poradził wyjść w takiéj sukience,Czy instynktem wiedziała (bo dziewczyna zgadnieZawsze instynktem, co jéj do twarzy przypadnie)Dosyć że Zosia piérwszy raz w życiu dziś z ranaByła od Telimeny za upor łajana,

Niechcąc modnego stroju, aż wymogła płaczemŻe ją tak zostawiono, w ubraniu prostaczém.Spodniczkę miała długą, białą; suknię krótkąZ zielonego kamlotu z różową obwódką;Gorset także zielony, różowemi wstęgiOd łona aż do szyi sznurowany w pręgi;Pod nim pierś jako pączek pod listkiem się tuli.Od ramion świecą białe rękawy koszuli,Jako skrzydła motyle do lotu wydęte,U dłoni skarbowane i wstążką opięte;Szyja także koszulką obciśniona wąską,Kołnierzyk zadzierzgniony różową zawiąską;Zauszniczki wyrznięte sztucznie s pestek wiszni,Których się wyrobieniem Sak Dobrzyński pyszni(Były tam dwa serduszka z grotem i płomykiemDane dla Zosi, gdy Sak był jéj zalotnikiem);Na kołnierzyku wiszą dwa sznurki bursztynu,Na skroniach zielonego wianek rozmarynu,Wstążki warkoczów Zosia rzuciła na barki,A na czoło włożyła zwyczajem żniwiarkiSierp krzywy, świeżym żęciem traw oszlifowany,Jasny, jak nów miesięczny nad czołem Dyany.

Wszyscy chwalą, klaskają. Jeden z officerówDobył s kieszeni portefeuille s plikami papierów,Rozłożył je, ołówek przyciął, w ustach zmoczył,Patrzy w Zosię, rysuje. Ledwie Sędzia zoczyłPapiery i ołówki, poznał rysownika,Choć go bardzo odmienił mundur pułkownika,Bogate szlify, mina prawdziwie ułańska,I wąsik poczerniony i bródka hiszpańska.Sędzia poznał: Jak się masz mój Jaśnie WielmożnyHrabio, i w ładownicy masz twój sprzęt podróżnyDo malarstwa! — W istocie był to Hrabia młody,Nie dawny żołnierz, lecz że wielkie miał dochodyI swoim kosztem cały pułk jazdy wystawiłI w pierwszéj zaraz bitwie wybornie się sprawił,Cesarz go półkownikiem dziś właśnie mianował,Więc Sędzia witał Hrabię i rangi winszował,Ale Hrabia nie słuchał, a pilnie rysował.

Tym czasem weszła druga para narzeczona:Assesor niegdyś Cara, dziś NapoleonaWierny sługa; żandarmów oddział miał w komędzie,A choć ledwie dwadzieścia godzin był w urzędzie,

Już włożył mundur siny s Polskiemi wyłogiI ciągnął krzywą szablę i dzwonił w ostrogi.Obok poważnym krokiem szła jego kochankaUbrana bardzo strojnie, Tekla Hreczeszanka,Bo Assesor już dawno Telimenę rzucił,I aby tę kokietkę tém mocniéj zasmucił,Ku Wojszczance affekty serdeczne obrócił.Panna nie nadto młoda, już pono pół-wieczna,Lecz gospodyni dobra, osoba statecznaI posażna, bo oprócz swéj dziedzicznéj wioskiSumką z daru Sędziego powiększała wnioski.

Trzeciéj pary daremnie czekają czas długi.Sędzia niecierpliwi się, i wysyła sługi;Wracają: powiadają że trzeci małżonekPan Rejent, szczując kota, zgubił swój pierścionekSlubny, szuka na łące; a Rejenta damaJeszcze u gotowalni, choć spieszy się samaI choć jéj pomagają służebne kobiety,Nie mogła w żaden sposób skończyć toalety:Ledwie będzie gotowa na godzinę czwartą.

Comentarios

Cargando comentarios…