Pan Tadeusz — Księga szósta

Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mrokuŚwit bez rumieńca; wiodąc dzień bez światła w oku.Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomyNad ubogą Litwina chatką; w stronie wschoduWidać z bielszego nieco na niebie obwodu,

Że słońce wstało, tędy ma wstąpićsstąpić na ziemię,Lecz idzie nie wesoło i po drodze drzemie.

Za przykładem niebieskim, wszystko się spóźniłoNa ziemi; bydło późno na paszę ruszyło,I zdybało zające przy poźném śniadaniu;One zwykły do gajów wracać o świtaniu,Dziś okryte tumanem, te mokrzycę chrupią,Te jamki w roli kopiąc, parami się kupią,I na wolném powietrzu myślą użyć wczasu;Ale przed bydłem muszą powracać do lasu.

I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie śpiewa,Otrząsnął piérze z rosy, tuli się do drzewa,Głowę wciska w ramiona, oczy znowu mrużyI czeka słońca. Kędyś u brzegów kałużyKlekce bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,Rozdziawiwszy się ciągną gawędy rozwlokłe,Obrzydłe gospodarzom jako wróżby słoty.Gospodarze już dawno wyszli do roboty.

Już zaczęły żniwiarki swą piosnkę zwyczajną,

Jak dzień słotny ponurą, tęskną, jednostajną,Tém smutniejszą że dźwięk jéj w mgłę bez echa wsiąka;Chrząsnęły sierpy w zbożu, ozwała się łąka,Rząd kosiarzy otawę siekących wciąż brząka,Pogwizdując piosenkę; s końcem każdéj zwrotkiStają, ostrzą żelczca i w takt kują w młotki.Ludzi we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy,I pieśni brzmią, jak muzyk niewidzialnych głosy.

W środku na snopie zboża Ekonom usiadłszyNudzi się, kręci głową, roboty nie patrzy,Pogląda na gościniec, na drogi rosstajne,Kędy działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne.

Na gościńcu i drogach od samego rankaPanuje ruch niezwykły; stąd chłopska furmankaSkrzypi, lecąc jak poczta, stąd szlachecka brykaCzwałem tarkocze, drugą i trzecią spotyka:Z lewéj drogi posłaniec jak kuryer goni,S prawéj przebiegło w zawód kilkanaście koni,Wszyscy spieszą, ku różnym kierują się stronom:Co to ma znaczyć? Powstał ze snopa Ekonom.

Chciał przypatrzyć się, spytać; długo stał nad drogą,Daremnie wołał, nie mógł zatrzymać nikogo,Ni poznać we mgle. Jezdni migają jak duchy,Tylko słychać raz po raz tentent kopyt głuchy,I co dziwniejsza jeszcze, szczękanie pałaszy:Bardzo to Ekonoma i cieszy i straszy.Bo choć na Litwie było naonczas spokojnie,Dawno już wieści głuche biegały o wojnie,O Francuzach, Dąbrowskim, o Napoleonie.Miałyżby wojnę wróżyć ci jezdzcy? te bronie?.Ekonom pobiegł wszystko Sędziemu powiedziéć,Spodziéwając się i sam czegoś się dowiedzieć.

W Soplicowie domowi i goście po kłótniWczorajszéj, wstali s siebie nieradzi i smutni.Próżno Wojszczanka damy na kabałę sprasza,Mężczyznom próżno karty dają do marjasza,Nie chcą bawić się ni grać, siedzą cicho w kątkach,Mężczyzni palą lulki, kobiéty przy prątkach;Nawet spią muchy.

Wojski, rzuciwszy łopatkę,

Znudzony ciszą, idzie pomiędzy czeladkę.Woli w kuchennéj słuchać ochmistrzyni krzyków,Groźb i razów kucharza, hałasu kuchcików;Aż go powoli wprawił w przyjemne marzenie,Ruch jednostajny rożnów kręcących pieczenie.

Sędzia od rana pisał zamknąwszy się w izbie,Woźny od rana czekał pod oknem na przyzbie;Sędzia skończywszy pozew, Protazego wzywa,Skargę przeciw Hrabiemu głośno odczytywa:O skrzywdzenie honoru, zelżywe wyrazy,Zaś przeciw Gerwazemu o gwałty i razy;Obudwu o przechwałki, o koszta s powoduProcessu, ciągnie w rejestr taktowy do grodu.Pozew dziś trzeba wręczyć ustnie, oczywisto,Nim zajdzie słońce. Woźny z miną uroczystąWysiągnął słuch i rękę, skoro pozew zoczył;Stał poważnie, a radby z radości podskoczył.Na samą myśl processu czuł że się odmłodził:Wspomniał na dawne lata, gdy s pozwami chodziłPo guzy ale razem po zapłaty hojne.Tak żołnierz, który strawił życie tocząc wojnę,

A na starość w szpitalach spoczywa kaleki:Skoro usłyszy trąbę lub bęben daleki,Chwyta się z łoża, krzyczy przez sen: bij moskala!I na drewnianéj nodze skacze ze szpitalaTak prędko, że go ledwie może złowić młodzież.

Protazy śpieszył włożyć swą woźnieńską odzież:Przecież żupana ani kontusza nie kładzie,One służą ku wielkiéj sądowéj paradzie;Na podróż ma strój inny: szerokie rajtuzyI kurtę, któréj poły podpięte na guzyMożna zakasać albo spuścić na kolana;Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu związana,Wznosi się na pogodę, spuszcza się przed słotą.Tak ubrany wziął pałkę i ruszył piechotą,Bo woźni przed processem, jak szpiegi przed bojem,Muszą kryć się pod różną postacią i strojem.

Dobrze zrobił Protazy że w drogę pospieszył,Bo niedługoby swoim pozwem się nacieszył.W Soplicowie zmieniano kampanii plany,Do Sędziego wpadł nagle Robak zadumany,

I rzekł: Sędzio, to biéda nam s tą panią ciotką,S tą panią Telimeną kokietką i trzpiotką.Kiedy Zosia została dzieckiem w biédnym stanie,Jacek ją Telimenie dał na wychowanie,Słysząc że jest osoba dobra, świat znająca,A postrzegam że ona coś tu nam zamąca,Intryguje i pono Tadeuszka wabi;Śledzę ją; albo może bierze się do Hrabi,Może do obu razem: obmyślmy więc środkiJak się jéj pozbyć, bo stąd mogą urość plotki,Zły przykład i pomiędzy młokosami zwady,Które mogą pomieszać twe prawne układy. —— Układy? krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem,Z układów kwita, już je skończyłem, zerwałem.— A to co? przerwał Robak, gdzie rozum, gdzie głowa,Co tu mi Wasze bajasz, jaka burda nowa? —— Nie z méj winy, rzekł Sędzia, process to wyjaśni:Hrabia pyszałek, głupiec, był przyczyną waśni,I Gerwazy łotr; lecz to do Sądu należy.Szkoda żeś niebył, Księże, w zamku na wieczerzy,Poświadczyłbyś jak Hrabia srodze mnie obraził. —— Po coś Waść, krzyknął Robak, do tych ruin łaził,

Wiesz jak zamku nie cierpię; odtąd moja nogaTam nie postanie. Znowu kłótnia! kara Boga!Jakże tam było? powiedz; trzeba tę rzecz zatrzeć,Już mię znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzéć,Ważniejsze ja mam sprawy niż godzić pieniaczy,Ale jeszcze raz zgodzę — Zgodzić? Cóż to znaczy!A idźże mi Waść wreszcie s tą zgodą do licha!Przerwał Sędzia tupnąwszy nogą, patrzcie mnicha!Że go przyjmuję grzecznie, chce mnie za nos wodzić.Wiedź Wasze że Soplice nie zwykli się godzić;Gdy pozwą, muszą wygrać: nieraz w ich imieniuTrwał process aż wygrali w szóstém pokoleniu.Dosyć zrobiłem głupstwa s porady WaszeciZwołując podkomorskie sądy po raz trzeci.Od dzisiaj niéma zgody, niema, niema, niema.(I krzycząc chodził, tupał nogami obiema,)Prócz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynekMusi mnie deprekować, albo pojedynek! —— Ale Sędzio, cóż będzie jak się Jacek dowie?Wszak on umrze z rospaczy! Czyliż SoplicowieNie narobili jeszcze w tym zamku dość złego!Bracie! wspominać nie chcę wypadku strasznego.

Wiesz także że część gruntów od zamku dziedzicaZabrała i Soplicom dała Targowica.Jacek za grzech żałując, musiał był ślubowaćPod absoluciją, dobra te restytuować.Wziął więc Zosię, Horeszków dziedziczkę ubogą,Hodować, wychowanie jéj opłacał drogo.Chciał ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać,I tak dwa poróżnione domy znowu zbratać,I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabierzy.— Lecz cóż to? krzyknął Sędzia, co do mnie należy?Ja się nie znałem, nawet nie widziałem z Jackiem;Ledwiem słyszał o jego życiu hajdamackiem,Siedząc wtenczas retorem w jezuickiéj szkole,Potém u wojewody służąc za pacholę.Dano mi dobra, wziąłem; kazał przyjąć Zosię,Przyjąłem, hodowałem, myślę o jéj losie:Dość mnie nudzi ta cała historya babia!A potém czegoż jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia?Z jakiém prawem do zamku? Wszak wiész przyjacielu,On Horeszkom dziesiąta woda na kisielu!I ma mnie lżyć? a ja go zapraszać do zgody! —— Bracie! rzekł Ksiądz, ważne są do tego powody.

Pamiętasz że Jacek chciał do wojska słać syna,Potém w Litwie zostawił: cóż w tém za przyczyna?Oto w domu Ojczyznie potrzebniejszy będzie.Słyszałeś pewnie o czém już gadają wszędzie,O czém ja wiadomostki przynosiłem nieraz:Teraz czas już powiedziéć wszystko, czas już teraz!Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami!Wojna niechybna. Kiedy s poselstwem tajemnémTu biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem;Napoleon już zbiéra armiję ogromną,Jakiéj człowiek nie widział i dzieje nie pomną;Obok Francuzów ciągnie polskie wojsko całe,Nasz Józef, Dąbrowskinasz Dąbrowski, nasze orły białe!Już są w drodze, na piérwszy znak NapoleonaPrzejdą Niemen, i bracie! Ojczyzna wskrzeszona! —

Sędzia słuchając, zwolna okulary składał,I wpatrując się mocno w Księdza, nic nie gadał,Westchnął głęboko, w oczach łzy się zakręciły....Wreszcie porwał za szyję Księdza s całéj siły,— Mój Robaku! wołając, czy to tylko prawda?

Mój Robaku! powtarzał, czy to tylko prawda?Ileż razy zwodzono! Pamiętasz? gadali:Napoleon już idzie! i my już czekali!Gadano: już w Koronie, już Prusaka pobił,Wkracza do nas! A on! co? Pokój w Tylży zrobił!Czy tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie? —— Prawda, zawołał Robak, jak Pan Bóg na niebie! —— Błogosławioneż niechaj będą usta, któreTo zwiastują, rzekł Sędzia, wznosząc ręce w górę.Nie pożałujesz twego poselstwa Robaku,Nie pożałuje klasztor; dwieście owiec z brakuDaję na klasztor. Księże, tyś się wczoraj paliłDo mojego kasztanka i gniadosza chwalił,Dziś, zaraz w tym kwestarskim wozie pójdą oba;Dziś proś mnie o co zechcesz, co ci się podoba,Nie odmówię! Lecz o tym interesie całymZ Hrabią, daj pokój; skrzywdził mnie, już zapozwałem,Czyż wypada? —

Załamał ręce Ksiądz zdziwiony.Wlepiwszy oczy w Sędzię, ruszywszy ramiony,Rzekł: To gdy Napoleon wolność Litwie niesie,

Gdy świat drży cały, to ty myślisz o processie?I jeszczeż po tém wszyskiém com tobie powiedział,Będziesz spokojnie, ręce założywszy, siedział,Gdy działać trzeba! — Działać? Cóż? Sędzia zapytał.— Jeszcześ, rzekł Robak, z oczu moich nie wyczytał?Jeszcze serce nic tobie nie gada? Ach bracie,Jeźli Soplicowskiéj krwi kroplę w żyłach macie,Uważ tylko: Francuzi uderzają s przodu?A gdyby s tyłu zrobić powstanie narodu?Co myślisz? Niechno Pogoń zarży, niech na ŻmudziNiedźwiedź ryknie! Ach gdyby jakie tysiąc ludzi,Gdyby choć pięćset s tyłu na Moskwę natarło,Powstanie jako pożar wkoło rozpostarło,Gdybyśmy my, nabrawszy Moskwie harmat, znaków,Zwycięscy szli powitać wybawców rodaków?Ciągniemy! Napoleon widząc nasze lance,Pyta co to za wojsko, my krzyczym: PowstańceNajjaśniejszy Cesarzu! Litwa ochotnicy!Pyta: pod czyją wodzą? — Sędziego Soplicy!Ach któżby potém pisnąć śmiał o Targowicy?Bracie, póki Ponarom stać, Niemnowi płynąć,Póty w Litwie Sopliców imieniowi słynąć,

Wnuków, prawnuków będzie Jagiełłów stolicaWskazywać palcem, mówiąc: oto jest Soplica,S tych Sopliców co piérwsi zrobili powstanie! —

A na to Sędzia: Mniejsza o ludzkie gadanie,Nigdy nie dbałem bardzo o pochwały świata,Bóg świadkiem żem niewinien grzechów mego brata,W politykę jam nigdy bardzo się niewdawał,Urzędując i orząc mojéj ziemi kawał:Lecz jestem szlachcic, radbym plamę rodu zmazać;Jestem Polak, dla kraju radbym coś dokazać,Choć duszę oddać. W szable nie byłem zbyt tęgi,Wszakże biérali ludzie i odemnie cięgi,Wié świat że w czasie polskich ostatnich sejmikówWyzwałem i zraniłem dwoch braci Buzwików,Którzy... Ale to mniejsza. Jakże Wasze myśli?Czy potrzeba żebyśmy zaraz w pole wyszli?Strzelców zebrać, rzecz łatwa; prochu mam dostatek,W plebanii u księdza jest kilka armatek,Przypominam iż Jankiel mówił iż u siebieMa groty do lanc, że je mogę wziąć w potrzebie,Te groty przywiózł w pakach gotowych s Królewca

Pod sekretem; weźmiem je, zaraz zrobim drzewca,Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,Ja s synowcem na czele, i? — jakoś to będzie! —

— O polska krwi! Zawołał Bernardyn wzruszony,Z otwartemi skoczywszy na Sędzię ramiony,Prawe dziécię Sopliców! Tobie Bóg przeznacza,Oczyścić grzechy brata twojego tułacza;Zawszem ciebie szanował, ale od téj chwiliKocham cię jak gdybyśmy bracią sobie byli.Przygotujemy wszystko, lecz wyjść nie czas jeszcze,Ja sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę.Wiém że car wysłał gońców do NapoleonaProsić o pokój; wojna nie jest ogłoszona;Lecz książe Józef słyszał od pana Biniona,Francuza co należy do cesarskiéj rady,Że się na niczém skończą wszystkie te układy,Że będzie wojna. Książe wysłał mnie na zwiady,Z roskazem żeby byli Litwini gotowiDowieść przychodzącemu Napoleonowi,Że chcą złączyć się znowu s siostrą swą, Koroną,I żądają ażeby Polskę przywrócono.

Tymczasem bracie s Hrabią trzeba przyjść do zgody;Jestto dziwak, fantastyk trochę, ale młody,Poczciwy, dobry Polak; potrzebny nam taki,W rewolucyach bardzo potrzebne dziwaki,Wiém z doświadczenia; nawet głupi się przydadząByle tylko poczciwi i pod mądrych władzą.Hrabia pan, ma u szlachty wielkie zachowanie,Cały powiat ruszy się jeźli on powstanie;Znając jego majątek każdy szlachcic powie,Musi to być rzecz pewna gdy z nią są panowie.Biegę do niego zaraz. — Niech się pierwszy zgłosi,Rzekł Sędzia, niech przyjedzie tu, niech mnie przeprosi,Wszak jestem starszy wiekiem, jestem na urzędzie!Co się tyczé processu sąd arbitrów będzie...Bernardyn trzasnął drzwiami. — No, szczęśliwa droga,Rzekł Sędzia.

Ksiądz wpadł w powóz stojący u proga,Tnie biczem konie, łechce lejcami po bokach;Furknęła kałamaszka, ginie w mgły obłokach,Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha buryWznosi się nad tumany, jako sęp nad chmury.

Woźny już dawniéj wyszedł ku domowi Hrabi.Jak lis bywalec, gdy go woń słoniny wabi,Bieży ku niéj a strzelców zna fortele skryte,Bieży, staje, przysiada coraz, wznosi kitęI wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,Pyta wiatru czy strzelcy jadła nie zatruli:Protazy zeszedł z drogi, i wzdłuż sianożęciKrąży około domu; pałkę w ręku kręci,Udaje że obaczył kędyś bydło w szkodzie,Tak zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie;Schylił się, bieży, rzekłbyś iż derkacza tropi,Aż nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.

W téj zielonéj, pachnącéj i gęstéj krzewinie,Koło domu, jest pewny przytułek zwierzynieI ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście,Skacze skryć się w konopiach bespieczniéj niż w chruście,Bo go dla gęstwi ziela ani chart nie zgoni,Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiéj woni.W konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczukaLub pięści, siedzi cicho aż się pan wyfuka.I nawet często zbiegli od rekruta chłopi

Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi.I stądto w czasie bitew, zajazdów, tradowań,Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowańAżeby stanowisko zająć konopiane,Które s przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę,A s tyłu pospolicie stykając się s chmielem,Kryie attak i odwrót przed nieprzyjacielem.

Protazy, choć człek śmiały, uczuł nieco strachu:Bo przypomniał s samego rośliny zapachuRóżne swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki.Jedne po drugich, biorąc konopie za świadki:Jako raz zapozwany szlachcic s Telsz Dzindolet,Roskazał mu, oparłszy o piersi pistolet,Wleść pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać,Że Woźny musiał co tchu w konopie uciekać.Jak poźniéj Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały,Co rospędzał sejmiki, gwałcił trybunały,Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na szuki,I postawiwszy przy drzwiach s kijami hajduki,Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapiér,Krzycząc: albo cię zetnę, albo zjédz twój papiér;

Woźny niby jeść zaczął jak człowiek rostropny,Aż skradłszy się do okna wpadł w ogród konopny.

Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajemOpędzać się od pozwów szablą lub nahajem,I ledwie Woźny czasem usłyszał łajanie:Ale Protazy o téj obyczajów zmianieWiedzieć nie mógł, bo dawno już pozwów nie naszał.Choć zawsze gotów, choć się Sędziemu sam wpraszał,Sędzia dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,Odmawiał jego prośbom; dziś przyjął ofiaręDla naglącéj potrzeby.

Woźny patrzy, czuwa —Cicho wszędzie — w konopie zwolna ręce wsuwa,I roschylając gęstwę badylów, w jarzynieJako rybak pod wodą nurkujący płynie:Wzniósł głowę — cicho wszędzie — do okien się skrada —Cicho wszędzie — przez okna głąb' pałacu bada —Pusto wszędzie — Na ganek wchodzi nie bez strachu,Odmyka klamkę — pusto jak w zaklętym gmachu;Dobywa pozew, czyta głośno oświadczenie.

A wtém usłyszał turkot, uczuł serca drżenie,Chciał uciec; gdy ode drzwi zaszła mu osoba —Szczęściem znajoma! Robak! Zdziwili się oba.

Widno że Hrabia kędyś ruszył s całym dworem,I bardzo spieszył, bo drzwi zostawił otworem.Widać że się uzbrajał; leżały dwórurkiI sztucce na podłodze, daléj sztenfle, kurki,I narzędzia ślósarskie któremi rynsztunkiPoprawiano: proch, papiér; robiono ładunki.Czy Hrabia s całym dworem wyjechał na łowy?Ale po coż broń ręczna? Tu szabla bez głowyZardzewiała, tam leży szpada bez temlaku:Zapewne wybiérano oręż s tego braku,I poruszono nawet stare broni składy.Robak obejrzał pilnie rusznice i szpady,A potém do folwarku wybrał się na zwiady,Szukając sług żeby się rospytał o Hrabię;W pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie,Od których słyszy że pan i dworska drużynaRuszyli tłumnie, zbrojnie, drogą do Dobrzyna.

Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński ZaścianekMęstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.Niegdyś możny i ludny; bo gdy król Jan trzeciObwołał pospolite ruszenie przez wieciwici,Chorąży wojewodztwa, s samego DobrzynaPrzywiódł mu sześćset zbrojnéj szlachty. Dziś rodzinaZmniejszona, zubożała; dawniéj w pańskich dworach,Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborachZwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.Teraz zmuszeni sami pracować na siebieJako zaciężne chłopstwo! tylko że siermięgiNie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianekNajuboższych różni się od chłopskich katanek:Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,Bydło pasą nie w łapciach s kory, lecz w trzewiczkach,I żną zboże a nawet przędą w rękawiczkach.

Różnili się Dobrzyńscy między Litwą braciąJęzykiem swoim, tudzież wzrostem i postacią.Czysta krew Lacka, wszyscy mieli czarne włosy,Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;

Z Dobrzyńskiéj ziemi ród swój starożytny wiedli.A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.Jeźli który z nich dziecku imie na chrzcie daje,Zawsze zwykł za patrona brać Koronijasza,Swiętego Bartłomieja albo Matyasza.Tak syn Macieja zawzdy zwał się Bartłomiejem,A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;Kobiéty wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.By rozeznać się wpośród takiéj mieszaniny,Brali różne przydomki od jakiéj zaletyLub wady, tak mężczyzni jako i kobiety.Mężczyznom czasem kilka dawano przydomków,Na znak pogardy albo szacunku spółziomków;Czasem jedenże szlachcic inaczéj w Dobrzynie,A pod inném nazwiskiem u sąsiadów słynie.Dobrzyńskich naśladując inna szlachta bliskaBrała również przydomki, zwane imioniska.Teraz ich każda prawie używa rodzina,A rzadki wié iż mają początek z Dobrzyna,I były tam potrzebne; kiedy w reszcie krajuGłupiém naśladownictwem weszły do zwyczaju.

Więc Matyasz Dobrzyński, który stał na czeleCałéj rodziny, zwan był Kurkiem na kościele.Potém s siedemset dziewięć-dziesiąt czwartym rokiem,Odmieniwszy przydomek ochrzcił się Zabokiem;Toż Królikiem Dobrzyńscy mianują go sami,A Litwini nazwali Maćkiem nad Maćkami.

Jak on nad Dobrzyńskimi, dom jego nad siołemPanował, stojąc między karczmą i kościołem.Widać rzadko zwiédzany, mieszka w nim hołota,Bo brama sterczy bez wrot, ogrody bez płota,Nie zasiane, na grzędach już porosły brzozki:Przecież ten folwark zdał się być stolicą wioski,Iż kształtniejszy od innych chat, bardziéj rozległy,I prawą stronę gdzie jest świetlica miał s cegły.Obok lamus, spichrz, gumno obora i stajnie,Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie;Wszystko nadzwyczaj stare, zgniłe; domu dachySwiéciły się jak gdyby od zielonéj blachyOd mchu i trawy, która buja jak na łące.Po strzechach gumien, niby ogrody wiszące,Różnych roslin, pokrzywa i krokos czerwony,

Zółta dziewanna, szczyru barwiste ogony,Gniazda ptastwa różnego, w strychach gołębniki,W oknach gniazda jaskółcze, u progu królikiBiałe skaczą i ryją w niedeptanéj darni.Słowem dwór nakształt klatki albo królikarni.

A dawniéj był obronny! Pełno wszędzie śladow,Że wielkich i że częstych doznawał napadów.Pod bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowa,Wielka, leżała kula żelazna działowaOd czasów szwedzkich: niegdyś skrzydło wrót otwarteBywało o tę kulę jak o głaz oparte.Na dziedzińcu spomiędzy piołunu i chwastuWznoszą sie stare szczęty krzyżow kilkunastu,Na ziemi nieświęconéj; znak że tu chowanoPoległych śmiercią nagłą i niespodziéwaną.Ktoby uważał z bliska lamus, spichrz i chatę,Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokateNiby rojem owadów czarnych; w każdéj plamieSiedzi we środku kula jak czmiel w ziemnéj jamie.

U drzwi domostwa wszystkie klhaki, ćwieki, haki,

Albo ucięte, albo noszą szabel znaki:Pewnie tu probowano hartu Zygmuntówek,Któremi można śmiało ćwieki obciąć z główek,Lub hak przerżnąć, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.Nade drzwiami, Dobrzyńskich widne były herby;Lecz armaturę, sérów zasłoniły pułki,I zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki.

Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni,Pełno znajdziesz rynsztunków jak w staréj zbrojowni.Pod dachem wiszą cztéry ogromne szyszaki,Ozdoby czół marsowych: dziś Wenery ptakiGołębie w nich gruchając karmią swe pisklęta.W stajni kolczuga wielka nad żłobem rospiętaI pierścieniasty pancerz służą za drabinę,W którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę.W kuchni kilka rapiérów kucharka bezbożnaOdhartowała, kładąc je w piec zamiast rożna;Buńczukiem, łupem z Wiednia, otrzepywa żarna:Słowem wygnała Marsa Ceres gospodarna,I panuje s Pomoną, FloremFlorą, i WertumnemNad Dobrzyńskiego domem, stodołą i gumnem.

Ale dziś muszą znowu ustąpić Boginie:Mars powraca.

O świcie zjawił się w DobrzynieKonny posłaniec; biega od chaty do chaty,Budzi jak na pańszczyznę; wstają szlachta braty,Napełniają się ciżbą zaścianku ulice,Słychać krzyk w karczmie, widać w plebanji świce;Biegą; jeden drugiego pyta co to znaczy,Starzy składają radę, młódź konie kulbaczy,Kobiety zatrzymują, chłopcy się szamocą,Rwą się biédz, bić się, ale nie wiedzą s kim, o co!Muszą chcąc niechcąc zostać. W mieszkaniu plebanaTrwa rada długa, tłumna, strasznie zamieszana,Aż nie mogąc zdań zgodzić, nakoniec stanowiPrzełożyć całą sprawę Ojcu Maciejowi.

Siedmdziesiąt dwa lat liczył Maciéj, starzec dziarski,Niskiego wzrostu, dawny Konfederat Barski.Pamiętają i swoi i nieprzyjacieleJego damaskowaną krzywą karabelę,Którą piki i sztyki rzezał nakształt sieczki,

I któréj żartem skromne dał imie rózeczki.S konfederata stał się stronnikiem królewskim,I trzymał s Tyzenhauzem Podskarbim litewskim;Lecz gdy król w Targowicy przyjął uczestnictwo,Maciéj opuścił znowu królewskie stronnictwo.I stądto że przechodził partyj tak wiele,Nazywany był dawniéj Kurkiem na kościele,Że jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał.Przyczynę zmian tak częstych napróżnobyś macał:Może Maciéj zbyt wojnę lubił, zwyciężonyW jednéj stronie, znów bitwy szukał z drugiéj strony?Może bystry polityk duch czasu zbadywał,I tam szedł gdzie Ojczyzny dobro upatrywał?Kto wié! to pewna że go nigdy nie uwiodłyAni chęć osobistéj chwały, ni zysk podły,I że nigdy z moskiewską partyą nie trzymał;Na sam widok Moskala pienił się i zżymał.By nie spotkać Moskala po kraju zaborze,Siedział w domu jak niedźwiedź gdy ssie łapę w borze.

Ostatni raz wojował poszedłszy z OgińskimDo Wilna, gdzie służyli oba pod Jasińskim,

I tam z rózeczką cudów dokazał odwagi.Wiadomo że sam jeden skoczył z wałów PragiBronić pana Pocieja, który odbieżanyNa placu boju, dostał dwadzieścia trzy rany.Myślano długo w Litwie że obu zabito,Wrócili oba, każdy pokłóty jak sito.Pan Pociej, zacny człowiek, chciał zaraz po wojnieObrońcę Dobrzyńskiego wynagrodzić hojnie,Dawał mu folwark pięciu dymów w dożywocie,I wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie.Lecz Dobrzyński odpisał: niech Pociej MaciejaA nie Maciéj Pocieja ma za dobrodzieja.Odmówił więc folwarku i nieprzyjął płacy;Sam wróciwszy do domu, żył z własnéj rąk pracy,Sprawując ule dla pszczół, lekarstwa dla bydła,Szląc na targ kuropatwy które łowił w sidła,I polując na zwierza.

Było dość w DobrzynieStarych ludzi rostropnych, którzy po łacinieUmieli, i w Palestrze ćwiczyli się z młodu;Było dość majętniejszych; a s całego rodu

Maciek prostak ubogi był najwięcéj czczony,Nie tylko jako rębacz rózeczką wsławiony,Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania,Znający dzieje kraju, rodziny podania,Zarówno świadom prawa jak i gospodarstwa.Wiedział także sekreta strzelców i lekarstwa,Przyznawano mu nawet (czemu pleban przeczy)Wiadomość nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.To pewna że powietrza zmiany zna dokładnie,I częściéj niż kalendarz gospodarski zgadnie.Nie dziw tedy że czy to siejbę rozpoczynać,Czy wiciny wyprawiać, czy zboże zażynać,Czy processować, czyli zawierać układy,Nie działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady.Wpływu takiego starzec bynajmniéj nie szukał,Owszem chciał się go pozbyć, klientów swych fukał,I najczęściéj wypychał milczkiem za drzwi domu,Rady rzadko udzielał i nielada komu,Ledwie w niezmiernie ważnych sporach lub umowachPytany wyrzekł zdanie i w niewielu słowach.Myślano że dzisiejszéj podejmie się sprawyI stanie swą osobą na czele wyprawy;

Bo bijatykę lubił niezmiernie za młodu,I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.

Właśnie staruszek chodził po samotnym dworzeNucąc piosenkę Kiedy ranne wstają zorze,Rad że się wypogadza; mgła nie szła do góry,Jak się dziać zwykło kiedy zbierają się chmury,Ale coraz spadała; wiatr rozwinął dłonieI mgłę muskał, wygładzał, rozscielał na błonie,Tymczasem słonko z góry tysiącem promieniTło przetyka, posrébrza, wyzłaca, rumieni.Jak para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia,Dziewica siedząc w dole krośny ujedwabiaI tło ręką wygładza, tymczasem tkacz z góryZrzuca jéj nitki srébra, złota i purpury,Tworząc barwy i kwiaty: tak dziś ziemię całąWiatr tumanami osnuł a słońce dzierżgało.

Maciéj ogrzał się słońcem, zakończył pacierze,I już się do swojego gospodarstwa bierze.Wyniósł traw, liścia; usiadł przed domem i świsnął:Na ten świst rój królików s pod ziemi wytrysnął.

Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,Bielą się długie słuchy; pod niemi jaskrawePrzeświecają się oczki, jak krwawe rubinyGęsto wszyte w aksamit zielonéj darniny.Już króliki na łapkach stają, każdy słucha,Patrzy, nakoniec cała trzódka białopuchaBieży do starca liśćmi kapusty znęcona,Do nóg mu, na kolana skacze, na ramiona;On sam biały jak królik lubi ich gromadzićW koło siebie i ręką ciepłąciepły ich puch gładzić,A drugą ręką s czapki proso w trawę miotaDla wróblów, spada z dachów krzykliwa chołota.

Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady,Nagle króliki znikły w ziemi, a gromadyWróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymiKtórzy szli do folwarku krokami prędkiemi.Bylito s plebanii przez szlachty gromadęPosłowie wyprawieni do Maćka po radę.Zdala witając starca niskiemi ukłonyRzekli « Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony » —— « Na wieki wieków, amen » starzec odpowiedział,

A gdy się o ważności poselstwa dowiedział,Prosi do chaty; weszli, zasiadają ławę.Pierwszy s posłów stał w środku i jął zdawać sprawę.

Tymczasem szlachty coraz gęściéj przybywało.Dobrzyńscy prawie wszyscy; sąsiadów nie małoZ okolicznych zaścianków, zbrojni i bezbronni,W kałamaszkach i bryczkach, i piesi i konni,Stawią wozy, podjezdki do brzezinek wiążą,Ciekawi skutku narad koło domu krążą:Już izbę napełnili, kupią się do sieni;Inni słuchają, w okna głowami wciśnieni.

Comentarios

Cargando comentarios…