Pan Tadeusz — Księga dwunasta: Kochajmy się

Nakoniec z trzaskiem sali drzwi nawściąż otwarto.Wchodzi pan Wojski w czapce i z głową zadartą,Nie wita się i miejsca za stołem nie bierze,Bo Wojski występuje w nowym charakterze,5Marszałka dworu. Laskę ma na znak urzędu,I tą laską zkolei, jako mistrz obrzędu,Wskazuje wszystkim miejsca i gości usadza.Naprzód, jako najpierwsza województwa władza,Podkomorzy-Marszałek wziął miejsce zaszczytne,10Ze słoniowym poręczem krzesło aksamitne;Obok na prawej stronie jenerał Dąbrowski,Na lewej siadł Kniaziewicz, Pac i Małachowski,Śród nich Podkomorzyna, dalej inne panie,Oficerowie, pany, szlachta i ziemianie,15Mężczyźni i kobiety, naprzemian po parze,Usiadają porządkiem, gdzie Wojski ukaże.

Pan Sędzia, skłoniwszy się, opuścił biesiadę.On na dziedzińcu włościan traktował gromadę;Zebrawszy ich za stołem na dwa staje długim,20Sam siadł na jednym końcu, a pleban na drugim.Tadeusz i Zofija do stołu nie siedli,Zajęci częstowaniem włościan, chodząc jedli.Starożytny był zwyczaj, iż dziedzice nowiNa pierwszej uczcie sami służyli ludowi.

25Tymczasem goście, potraw czekający w sali,Z zadziwieniem na wielki serwis poglądali,Którego równie drogi kruszec jak robota.Jest podanie, że książę Radziwiłł-SierotaKazał ten sprzęt na urząd w Wenecyi zrobić30I wedle własnych planów po polsku ozdobić.Serwis, potem zabrany czasu wojny szwedzkiej,Przeszedł, nie wiedzieć jaką drogą, w dom szlachecki;Dziś ze skarbca dobyty, zajął środek stołaOgromnym kręgiem nakształt karetnego koła.

35Serwis ten był nalany ode dna po brzegiPiankami i cukrami białemi, jak śniegi:Udawał przewybornie krajobraz zimowy.W środku czerniał ogromny bór konfiturowy,Stronami domy, niby wioski i zaścianki,

40Okryte, zamiast śronu, cukrowemi pianki.Na krawędziach naczynia stoją dla ozdobyNiewielkie z porcelany wydęte osobyW polskich strojach; jakoby aktory na scenie,Zdawały się przedstawiać jakoweś zdarzenie;45Gest ich sztucznie wydany, farby osobliwe,Tylko głosu im braknie, zresztą gdyby żywe.

Cóż przedstawiają? goście pytali ciekawi.Zaczem Wojski podnosi laskę i tak prawi(Tymczasem podawano wódkę przed jedzeniem):50„Za mych Wielce Mościwych Panów pozwoleniem,Te persony, których tu widzicie bezliku,Przedstawiają polskiego historją sejmiku:Narady, wotowanie, triumfy i waśnie;Sam tę scenę odgadłem i Państwu objaśnię.

55„Oto na prawo widać liczne szlachty grono:Pewnie ich przed sejmikiem na ucztę sproszono.Czeka nakryty stolik; nikt gości nie sadza,Stoją kupkami, każda kupka się naradza.Patrzcie, iż w każdej kupce stoi w środku człowiek,60Z którego ust otwartych, z podniesionych powiek,Rąk niespokojnych widać — mówca, coś tłumaczy,I palcem eksplikuje i na dłoni znaczy.Ci mówcy zalecają swoich kandydatówZ różnym skutkiem, jak widać z miny szlachty bratów.

65„Wprawdzie tam, w drugiej kupie szlachta pilnie słucha,Ten ręce za pas zatknął i przyłożył ucha,Ów dłoń przy uchu trzyma i milczkiem wąs kręci,Zapewne słowa zbiera i niże w pamięci.Cieszy się mówca, widząc, że są nawróceni,70Gładzi kieszeń, bo kreski ich już ma w kieszeni.

„Lecz za to w trzeciem gronie dzieje się inaczéj:Tu mówca musi łowić za pasy słuchaczy.Patrzcie! wyrywają się i cofają uszy;Patrzcie, jako ten słuchacz od gniewu się puszy!75Wzniósł ręce, grozi mówcy, usta mu zatyka;Pewnie słyszał pochwały swego przeciwnika.Ten drugi, pochyliwszy czoło nakształt byka,Powiedziałbyś, że mówcę pochwyci na rogi;Ci biorą się do szabel, tamci poszli w nogi.

80„Jeden między kupkami szlachcic cichy stoi,Widać, że człek bezstronny, waha się i boi.Za kim dać kreskę? nie wie, i sam z sobą w walce,Pyta losu, wzniósł ręce, wytknął wielkie palce,Zmrużył oczy, paznogciem do paznogcia mierzy;85Widać, że kreskę swoję kabale powierzy.Jeśli palce trafią się, da afirmatywę,A jeżeli się chybią, rzuci negatywę.

„Na lewej druga scena: refektarz klasztoruObrócony na salę szlacheckiego zboru.

90Starsi rzędem na ławach siedzą, młodsi stająI ciekawi przez głowy w środek zaglądają;W środku marszałek stoi, wazon w ręku trzyma,Liczy gałki, szlachta je pożera oczyma.Właśnie wytrząsł ostatnią; woźni ręce wznoszą95I imię obranego urzędnika głoszą.

„Jeden szlachcic na zgodę powszechną nie zważa.Patrz, wytknął głowę oknem z kuchni refektarza,Patrz, jak oczy wytrzeszczył, jak pogląda śmiało,Usta otworzył, jakby chciał zjeść izbę całą;100Łatwo zgadnąć, że szlachcic ten zawołał: „Veto!“Patrzcie, jak za tą nagłą do kłótni podnietąTłoczy się do drzwi ciżba, pewnie idą w kuchnię;Dostali szable, pewnie krwawy bój wybuchnie.

„Lecz tam na korytarzu Państwo uważacie105Tego starego księdza, co idzie w ornacie, —To przeor; Sanctissimum z ołtarza wynosi,A chłopiec w komży dzwoni i na ustęp prosi.Szlachta wnet szable chowa, żegna się i klęka,A ksiądz tam się obraca, gdzie jeszcze broń szczęka;110Skoro przyjdzie, wnet wszystkich uciszy i zgodzi.

„Ach! wy nie pamiętacie tego Państwo młodzi!Jak wśród naszej burzliwej szlachty samowładnej,Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej.Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa,115Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława!W innych krajach, jak słyszę, trzyma urząd drabów,Policyjantów różnych, żandarmów, konstabów;

Ale jeśli miecz tylko bezpieczeństwa strzeże,Żeby w tych krajach była wolność — nie uwierzę“.

120Wtem, dzwoniąc w tabakierę, rzekł pan Podkomorzy:„Panie Wojski, niech Wasze na potem odłożyTe historyje. Prawda, że sejmik ciekawy,Ale my głodni, każ Wać przynosić potrawy“.

Na to Wojski, skłaniając aż do ziemi laskę:125„Jaśnie Wielmożny Panie, zróbże mi tę łaskę,Zaraz dokończę scenę ostatnią sejmików.Oto nowy marszałek na ręku stronnikówWyniesion z refektarza. Patrz, jak szlachta bratyRzucają czapki, usta otwarli — wiwaty!130A tam po drugiej stronie pan przekreskowanySam jeden, czapkę wcisnął na łeb zadumany,Żona przed domem czeka: zgadła, co się dzieje,Biedna! oto na ręku pokojowej mdleje.Biedna! Jaśnie Wielmożnej tytuł przybrać miała,135A znów tylko Wielmożną na lat trzy została!“

Tu Wojski skończył opis, i laską znak daje.I wnet zaczęli wchodzić parami lokajeRoznoszący potrawy: barszcz, królewskim zwany,I rosół staropolski sztucznie gotowany,140Do którego pan Wojski z dziwnemi sekretyWrzucił kilka perełek i sztukę monety(Taki rosół krew czyści i pokrzepia zdrowie).Dalej inne potrawy, a któż je wypowie!Kto zrozumie nieznane już za naszych czasów

145Te półmiski kontuzów, arkasów, blemasów,Z ingredyjencyjami pomuchl, figatelów,Cybetów, piżm, dragantów, pinelów, brunelów;Owe ryby: łososie suche, dunajeckie,Wyżyny, kawijary weneckie, tureckie,150Szczuki główne i szczuki podgłówne, łokietne,Flądry i karpie ćwiki i karpie szlachetne!Wkońcu sekret kucharski: ryba nie krojona,U głowy przysmażona, we środku pieczona,A mająca potrawkę z sosem u ogona.

155Goście ani pytali nazwiska potrawy,Ani ich zastanowił ów sekret ciekawy,Wszystko prędko z żołnierskim jedli apetytem,Kieliszki napełniając węgrzynem obfitym.

Ale tymczasem wielki serwis barwę zmienił,160I odarty ze śniegu już się zazielenił,

Bo lekka, ciepłem letniem powoli rozgrzanaRoztopiła się lodu cukrowego piana,I dno odkryła, dotąd zatajone oku;Więc krajobraz przedstawił nową porę roku,165Zabłysnąwszy zieloną, różnofarbną wiosną.Wychodzą różne zboża, jak na drożdżach rosną,Pszenicy szafranowej buja kłos złocisty,Żyto ubrane w srebra malarskiego listy,I gryka wyrabiana sztucznie z czokolady,170I kwitnące gruszkami i jabłkami sady.

Ledwie mają czas goście darów lata użyć,Darmo proszą Wojskiego, żeby je przedłużyć,Już serwis jak planeta koniecznym obrotemZmienia porę, już zboża malowane złotem,175Nabrawszy ciepła w izbie, powoli topnieją;Już trawy pożółkniały, liścia czerwienieją,Sypią się, rzekłbyś, iż wiatr jesienny powiewa;Nakoniec owe chwilę przedtem strojne drzewa,Teraz, jakby odarte od wichrów i śronu,180Stoją nagie: były to laski cynamonu,Lub udające sosnę gałązki wawrzynu,Odziane zamiast kolców ziarenkami kminu.

Goście pijący wino, zaczęli gałązki,Pnie i korzenie zrywać i gryźć dla zakąski.185Wojski obchodził serwis i, pełen radości,Triumfujące oczy obracał na gości.

Henryk Dąbrowski udał wielkie zadziwienieI rzekł: „Mój Panie Wojski, czy to chińskie cienie?

Czy to Pinety Panu dał w służbę swe bisy?190Czy dotąd u was w Litwie są takie serwisyI wszyscy takim starym ucztują zwyczajem?Powiedz mi, bo ja życie strawiłem za krajem“.

Wojski rzekł kłaniając się: „Nie, Jaśnie Wielmożny,Jenerale, nie jest to żaden kunszt bezbożny!195Jest to pamiątka tylko owych biesiad sławnych,Które dawano w domach panów starodawnych,Gdy Polska używała szczęścia i potęgi!Com zrobił, tom wyczytał z tej tu oto księgi.Pytasz, czy wszędzie w Litwie ten się zwyczaj chowa?200Niestety! już i do nas włazi moda nowa.Niejeden panicz krzyczy, że nie cierpi zbytków;Je jak żyd, skąpi gościom potraw i napitków,Węgrzyna pożałuje, a pije szatańskieFałszywe wino modne, moskiewskie szampańskie;205Potem w wieczór na karty tyle złota straci,Że za nie dałbyś ucztę na stu szlachty braci.Nawet (bo co na sercu mam, dziś powiem szczerze,Niech tego Podkomorzy za złe mi nie bierze),Kiedym ten serwis cudny ze skarbca dobywał,210To nawet Podkomorzy, i on mnie przedrwiwał!Mówiąc, że to machina żmudna, staroświecka,Że to ma pozór niby zabawki dla dziecka,Nieprzyzwoitej dla tak znakomitych ludzi!Sędzio! i Sędzia mówił, że to gości znudzi!215A przecież, ile wnoszę z Panów zadziwienia,Widzę, iż ten kunszt piękny godzien był widzenia!Nie wiem, czy się podobna okazyja zdarzy

Częstować w Soplicowie takich dygnitarzy.Widzę, że Pan Jenerał na biesiadach zna się,220Niechaj przyjmie tę książkę, ona Panu zda się,Gdy będziesz dla monarchów zagranicznych gronaDawał ucztę, ba, nawet dla Napoleona.Ale pozwól, nim księgę tę Panu poświęcę,Niech powiem, jakim trafem wpadła w moje ręce“.

225Wtem szmer powstał za drzwiami; razem głosów wieleZawołało: „Niech żyje Kurek na kościele!“Ciżba tłoczy się w salę, a Maciej na czele.Sędzia gościa za rękę do stołu prowadził,I wysoko pomiędzy wodzami posadził,230Mówiąc: „Panie Macieju, niedobry sąsiedzie,Przyjeżdżasz bardzo późno, prawie po obiedzie“.„Jem wcześnie — rzekł Dobrzyński — ja tu nie dla jadłaPrzybyłem, tylko że mnie ciekawość napadłaObejrzeć zbliska naszą armję narodową.235Wieleby gadać — jest to ani to, ni owo!Szlachta mnie obaczyła i gwałtem tu wiedzie,A Waszeć za stół sadzasz — dziękuję, sąsiedzie“.To wyrzekłszy, przewrócił talerz dnem do góry,Na znak, że jeść nie będzie, i milczał ponury.

240„Panie Dobrzyński — rzekł mu jenerał Dąbrowski —Tyż to jesteś ów sławny rębacz Kościuszkowski,Ów Maciej, zwany Rózga! Znam ciebie ze sławy.I proszę, takiś dotąd czerstwy, taki żwawy!Ileż to lat minęło! Patrz, jam się postarzał,245Patrz, i Kniaziewiczowi już się włos poszarzał,A ty jeszcze z młodszymi mógłbyś pójść w zapasy,I Rózga twoja kwitnie pono jak przed czasy;

Słyszałem, żeś niedawno Moskałów oćwiczył.Lecz gdzie są bracia twoi? Niezmierniebym życzył250Widzieć te Scyzoryki i te wasze Brzytwy,Ostatnie egzemplarze starodawnej Litwy“.

„Jenerale — rzekł Sędzia — po owem zwycięstwiePrawie wszyscy Dobrzyńscy schronili się w Księstwie;Zapewne do którego weszli legijonu!“.255„W istocie — odpowiedział młody szef szwadronu —Mam w drugiej kompanii wąsate straszydło,Wachmistrza Dobrzyńskiego, co się zwie Kropidło,A Mazury zowią go litewskim niedźwiedziem.Jeśli Jenerał każe, to go tu przywiedziem“.260„Jest — rzekł porucznik — kilku innych rodem z Litwy,Jeden żołnierz znajomy pod imieniem Brzytwy,I drugi, co z tromblonem jeździ na flankiery;Są także w pułku strzelców dwa grenadyjeryDobrzyńscy“.

„Ale, ale, o ich naczelniku265— Rzekł Jenerał — chcę wiedzieć o tym Scyzoryku,O którym mnie pan Wojski tyle prawił cudów,Jakby o jednym z owych dawnych wielkoludów“.„Scyzoryk — rzecze Wojski — choć nie egzulował,

Ale, bojąc się śledztwa, przed Moskwą się schował;270Całą zimę nieborak tułał się po lasach,Teraz dopiero wyszedł. W tych wojennych czasachMógłby się na co przydać, jest rycerskim człekiem,Szkoda tylko, że trochę przyciśniony wiekiem.Lecz owóż on!“

Tu Wojski palcem wskazał w sieni,275Gdzie czeladź i wieśniacy stali natłoczeni,A nad wszystkich głowami łysina błyszczącaUkazała się nagle jak pełnia miesiąca;Trzykroć weszła i trzykroć znikła w głów obłoku.Klucznik idąc kłaniał się, aż dobył się z tłoku,280I rzekł:

„Jaśnie Wielmożny Koronny Hetmanie,Czy Jenerale, mniejsza o tytułowanie,Jam jest Rębajło, staję na twe zawołanieZ tym moim Scyzorykiem, który nie z oprawy,Ani z napisów, ale z hartu nabył sławy,285Że nawet o nim Jaśnie Wielmożny Pan wiedział.Gdyby on gadać umiał, możeby powiedziałCokolwiek na pochwałę i tej starej ręki,Która służyła długo, wiernie, Bogu dzięki,Ojczyźnie, tudzież panów Horeszków rodzinie,290Czego pamięć dotychczas między ludźmi słynie.Mopanku! rzadko który pisarz prowentowyTak zręcznie temperuje pióra, jak on głowy.Długo liczyć! A nosów i uszu bez liku!A niema żadnej szczerby na tym Scyzoryku295I żaden go nie splamił zbójecki uczynek;

Tylko otwarta wojna, albo pojedynek.Raz tylko! Panie daj mu wieczny odpoczynek!Bezbronnego człowieka, niestety, sprzątniono!A i to, Bóg mi świadkiem, pro publico bono“.

300„Pokaźno — rzekł, śmiejąc się, jenerał Dąbrowski —A to piękny scyzoryk, istny miecz katowski!“I z zadziwieniem wielki rapier opatrywałI innym oficerom wkolej pokazywał.Próbowali go wszyscy, ale ledwie który305Z oficerów mógł podnieść ten rapier do góry.Mówiono, że Dembiński, sławny ręki siłą,Podźwignąłby szablicę, lecz go tam nie było,Z obecnych zaś tylko szef szwadronu DwernickiI dowódca plutonu, porucznik Różycki310Potrafili obracać tym żelaznym drągiem:I tak rapier na próbę szedł z rąk do rąk ciągiem.

Lecz jenerał Kniaziewicz, wzrostem najsłuszniejszy,Pokazało się, iż był w ręku najsilniejszy.Ująwszy rapier, lekko jakby szpadę dźwignął315I nad głowami gości błyskawicą mignął,Przypominając polskie fechtarskie wykręty:

Krzyżową sztukę, młyńca, cios krzywy, raz cięty,Cios kradziony, i tempy kontrpunktów, tercetów,Które też umiał, bo był ze szkoły kadetów.

320Gdy, śmiejąc się, fechtował, Rębajło już klęczał,Objął go za kolana i ze łzami jęczałZa każdym zwrotem miecza: „Pięknie! jenerale,Czyś był konfederatem? Pięknie, doskonale!To sztych Pułaskich! tak się Dzierżanowski składał!325To sztych Sawy! Któż Panu tak rękę układał!Chyba Maciej Dobrzyński! A to, Jenerale,Mój wynalazek, dalbóg mój, ja się nie chwalę,To cięcie znane tylko w Rębajłów zaścianku,Od mojego imienia zwane „cios mopanku“.330Któż to Pana nauczył? to jest moje cięcie,Moje!“ Wstał, jenerała porwawszy w objęcie.„Teraz umrę spokojny! Jest przecie na świecieCzłowiek, który przytuli moje drogie dziecię;Bo wszak nad tem oddawna dzień i noc boleję,335Czy po śmierci ten rapier mój nie zerdzewieje!

Otóż nie zerdzewieje! Mój Jaśnie WielmożnyJenerale, wybacz mi, porzućcie te rożny,Niemieckie szpadki, to wstyd szlacheckiemu dzieckuNosić ten kijek; weźmij szablę po szlachecku!340Oto ten mój Scyzoryk u nóg Twoich składam,To jest, co najdroższego na świecie posiadam.Nie miałem nigdy żony, nie miałem dziecięcia,On był żoną i dzieckiem; z mojego objęciaNigdy on nie wychodził, od rana do mroku345Pieściłem go, on w nocy sypiał przy mym boku,A kiedym się zestarzał, nad łóżkiem na ścianieWisiał, jako nad Żydem Boże przykazanie!Myśliłem zakopać go razem z ręką w grobie,Lecz znalazłem dziedzica — niechaj służy Tobie!“

350Jenerał wpół śmiejąc się, a nawpół wzruszony:„Kolego — rzekł — jeżeli ustąpisz mnie żonyI dziecka, to zostaniesz przez resztę żywotaBardzo samotny, stary, wdowiec i sierota!Powiedz, czem ci ten drogi dar mam wynagrodzić,355I czem twoje sieroctwo i wdowstwo osłodzić?“„Czy ja Cybulski? — rzecze na to Klucznik z żalem —Co żonę przegrał, grając w marjasza z Moskalem,Jak o tem pieśń powiada? — Ja mam dosyć natem,Że mój Scyzoryk jeszcze zabłyśnie przed światem360W takim ręku! — Niech tylko Jenerał pamięta,Aby tasiemka była długa, rozciągnięta,Bo to długie; a zawsze od lewego uchaCiąć oburącz, to przetniesz od głowy do brzucha“.

Jenerał wziął Scyzoryk, lecz że bardzo długi,365Nie mógł nosić, w furgonie schowały go sługi.Co się z nim stało, różnie powiadają o tem,Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.

Dąbrowski rzekł do Maćka: „A ty co, Kolego?Zdaje się, że ty nierad z przybycia naszego?370Milczysz kwaśny? I jakże, serce ci nie skacze,Gdy widzisz orły złote, srebrne? gdy trębaczePobudkę Kościuszkowską trąbią ci nad uchem?Maćku, myśliłem, że ty większym jesteś zuchem!Jeśli szabli nie weźmiesz i na koń nie siędziesz,375Przynajmniej z kolegami wesoło pić będzieszZdrowie Napoleona i Polski nadzieje!“

„Ha! — rzekł Maciej, — słyszałem, widzę, co się dzieje!Ale, Panie, dwóch orłów razem się nie gnieździ!Łaska pańska, Hetmanie, na pstrym koniu jeździ!380Cesarz wielki bohater, gadać o tem wiele!Pamiętam, że Pułascy, moi przyjacieleMawiali, poglądając na Dymuryjera,Że dla Polski polskiego trzeba bohatera,Nie Francuza, ani też Włocha, ale Piasta,385Jana albo Józefa, lub Maćka — i basta.Wojsko! mówią, że polskie! lecz te fizyljery,Sapery, grenadjery i kanonijery!

Więcej słychać niemieckich tytułów w tym tłumieNiżeli narodowych! Kto to już zrozumie!390A muszą też być z wami Turki czy TartaryCzy syzmatyki, co ni Boga ani wiary:Sam widziałem, kobiety w wioskach napastują,Przechodniów odzierają, kościoły rabują!Cesarz idzie do Moskwy! daleka to droga,395Jeśli Cesarz Jegomość wybrał się bez Boga!Słyszałem, że już podpadł pod klątwy biskupie;Wszystko to jest...“ Tu Maciej chleb umoczył w zupie,I jedząc, nie dokończył ostatniego słowa.

Nie w smak Podkomorzemu poszła Maćka mowa,400Młodzież zaczęła szemrać; Sędzia przerwał swary,Głosząc przybycie trzeciej narzeczonej pary.

Był to Rejent, sam siebie Rejentem ogłosił,Nikt go nie poznał. Dotąd polskie suknie nosił,Lecz teraz Telimena, przyszła żona, zmusza405Warunkiem intercyzy wyrzec się kontusza;Więc się Rejent rad nierad po francusku przebrał.Widno, że mu frak duszy połowę odebrał,Stąpa, jakby kij połknął, prosto, nieruchawo,Jak żóraw; nie śmie spojrzeć ni w lewo, ni w prawo;410Mina gęsta, lecz z miny widać, że jest w męce,Nie wie, jak się pokłonić, gdzie ma podziać ręce,On, co tak gesty lubił! ręce za pas sadził —Niemasz pasa — tylko się po żołądku gładził;Postrzegł omyłkę, bardzo zmieszał się, spiekł raka,415I ręce obie schował w jedną kieszeń fraka.

Idzie jakby przez rózgi śród szeptów i drwinek,Wstydząc się za frak, jakby za niecny uczynek;Aż spotkał oczy Maćka i zadrżał z bojaźni.

Maciej dotąd z Rejentem żył w wielkiej przyjaźni,420Teraz wzrok nań obrócił tak ostry i dziki,Że Rejent zbladnął, zaczął zapinać guziki,Myśląc, że Maciej wzrokiem suknie z niego złupi.Dobrzyński tylko dwakroć wyrzekł głośno: „Głupi!“I tak strasznie zgorszył się z Rejenta przebrania,425Że zaraz wstał od stołu i bez pożegnaniaWymknąwszy się, wsiadł na koń, wrócił do zaścianka.

A tymczasem Rejenta nadobna kochanka,Telimena, roztacza blaski swej urody,I ubiór, od stóp do głów co najświeższej mody.430Jaką miała sukienkę, jaki strój na głowie,Daremnie pisać, pióro tego nie wypowie;Chyba pendzelby skreślił te tiule, ptyfenie,Blondyny, kaszemiry, perły i kamienieI oblicze różane i żywe wejrzenie.

435Poznał ją zaraz Hrabia. Z zadziwienia blady,Wstał od stołu i szukał koło siebie szpady:„I tyżeś to! — zawołał — czy mnie oczy łudzą?Ty? w obecności mojej ściskasz rękę cudzą?O niewierna istoto, o duszo zmiennicza!

440I nie skryjesz ze wstydu pod ziemię oblicza?Takeś twojej, tak świeżej, nie pomna przysięgi?O łatwowierny! pocóż nosiłem te wstęgi!Lecz biada rywalowi, co mię tak znieważa!Po moim chyba trupie pójdzie do ołtarza!“

445Goście powstali, Rejent okropnie się zmieszał,Podkomorzy rywalów zagodzić pośpieszał;Lecz Telimena, wziąwszy Hrabiego na stronę:„Jeszcze — szepnęła — Rejent nie wziął mię za żonę:Jeżeli Pan przeszkadzasz, odpowiedzże na to,450A odpowiedz mi zaraz, krótko, węzłowato:Czy mnie kochasz, czyś dotąd serca nie odmienił,Czyś gotów, żebyś ze mną zaraz się ożenił.Zaraz, dziś? — jeśli zechcesz, odstąpię Rejenta“.Hrabia rzekł: „O, kobieto! dla mnie niepojęta!455Dawniej w uczuciach twoich byłaś poetyczną,A teraz mi się zdajesz całkiem prozaiczną!Cóż są wasze małżeństwa, jeśli nie łańcuchy,Które związują tylko ręce, a nie duchy?Wierzaj, są oświadczenia nawet bez wyznania,460Są obowiązki nawet bez obowiązania!Dwa serca, pałające na dwóch końcach ziemi,Rozmawiają, jak gwiazdy promieńmi drżącemi;Kto wie! może dlatego ziemia tak do słońcaDąży i tak jest zawsze miłą dla miesiąca,465Że wiecznie patrzą na się i najkrótszą drogąBiegą do siebie — ale zbliżyć się nie mogą!“„Dość już tego — przerwała — nie jestem planetąZ łaski Bożej, dość Hrabio, ja jestem kobietą;Już wiem resztę, przestań mi pleść ni to, ni owo.470Teraz ostrzegam: jeśli piśniesz jedno słowo,Ażeby ślub mój zerwać, to jak Bóg na niebie,

Że z temi paznogciami przyskoczę do ciebieI...“ „Nie będę — rzekł Hrabia — szczęścia Pani kłócił!“I oczy pełne smutku i wzgardy odwrócił,475I ażeby ukarać niewierną kochankę,Za przedmiot stałych ogniów wziął Podkomorzankę.

Wojski pragnął młodzieńców poróżnionych zgodzićPrzykładami mądremi, więc zaczął wywodzićHistoryją o dziku nalibockich lasów,480I o kłótni Rejtana z książęciem Denassów,Ale goście tymczasem skończyli jeść lody,I z zamku na dziedziniec wyszli dla ochłody.

Tam włość już kończy ucztę: krążą miodu dzbany,Muzyka już się stroi i wzywa na tany.485Szukają Tadeusza, który stał na stronieI coś pilnego szeptał swojej przyszłej żonie.

„Zofijo! muszę ciebie w bardzo ważnej rzeczyRadzić się; już pytałem stryja, on nie przeczy.Wiesz, iż znaczna część wiosek, które mam posiadać,490Wedle prawa na ciebie powinnaby spadać.

Ci chłopi są nie moi, lecz twoi poddani,Nie śmiałbym ich urządzić bez woli ich pani.Teraz, kiedy już mamy Ojczyznę kochaną,Czyliż wieśniacy zyszczą z tą szczęśliwą zmianą495Tyle tylko, że pana innego dostaną?Prawda, że byli dotąd rządzeni łaskawie,Lecz po mej śmierci, Bóg wie, komu ich zostawię.Jestem żołnierz, jesteśmy śmiertelni oboje,Jestem człowiek, sam własnych kaprysów się boję:500Bezpieczniej zrobię, kiedy władzy się wyrzekęI oddam los włościanów pod prawa opiekę.Sami wolni, uczyńmy i włościan wolnemi,Oddajmy im w dziedzictwo posiadanie ziemi,Na której się zrodzili, którą krwawą pracą505Zdobyli, z której wszystkich żywią i bogacą.Lecz muszę ciebie ostrzec, że tych ziem nadanieZmniejszy nasz dochód, w miernym musimy żyć stanie.Ja przywykłem do życia oszczędnego zmłodu;Lecz ty, Zofijo, jesteś z wysokiego rodu,510W stolicy przepędziłaś twoje młode lata,

Czyż zgodzisz się żyć na wsi, zdaleka od świata,Jak ziemianka?“

A na to Zosia rzekła skromnie:„Jestem kobietą, rządy nie należą do mnie.Wszakże Pan będziesz mężem; ja do rady młoda;515Co Pan urządzisz, na to całem sercem zgoda!Jeśli, włość uwalniając, zostaniesz uboższy,To, Tadeuszu, będziesz sercu memu droższy.O moim rodzie mało wiem i nie dbam o to;Tyle pomnę, że byłam ubogą, sierotą,520Że od Sopliców byłam za córkę przybrana,W ich domu hodowana i zamąż wydana.Wsi nie lękam się. Jeśli w wielkiem mieście żyłam,To dawno; zapomniałam, wieś zawsze lubiłam;I wierz mi, że mnie moje kogutki i kurki525Więcej bawiły, niżli owe Peterburki.Jeśli czasem tęskniłam do zabaw, do ludzi,To z dzieciństwa; wiem teraz, że mnie miasto nudzi.Przekonałam się zimą po krótkim pobycieW Wilnie, że ja na wiejskie urodzona życie:530Pośród zabaw tęskniłam znów do Soplicowa.Pracy też nie lękam się, bom młoda i zdrowa,Umiem chodzić około domu, nosić klucze;Gospodarstwa, obaczysz, jak ja się wyuczę!“

Gdy Zosia domawiała ostatnie wyrazy,535Podszedł ku niej zdziwiony i kwaśny Gerwazy:„Już wiem! — rzekł — Sędzia mówił już o tej wolności!Lecz nie pojmuję, co to ściąga się do włości!Boję się, żeby to coś nie było z niemiecka!

Wszak wolność nie jest chłopska rzecz, ale szlachecka!540Prawda, że się wywodzim wszyscy od Adama,Alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema,A więc panujem jako starsi nad obiema.Jużci pleban inaczej uczy na ambonie...545Powiada, że to było tak w Starym Zakonie,Ale skoro Chrystus Pan, choć z królów pochodził,Między Żydami w chłopskiej stajni się urodził,Odtąd więc wszystkie stany porównał i zgodził;Niech i tak będzie, kiedy inaczej nie można!550Zwłaszcza, że jako słyszę, i Jaśnie WielmożnaPani moja, Zofija, na wszystko się zgadza;Jej rozkazać, mnie słuchać; jużci przy niej władza.Tylko ostrzegam, byśmy wolności nie daliPustej i słownej tylko, jako za Moskali,555Kiedy pan Karp’ nieboszczyk włościan wyswobodził,A Moskal ich podatkiem potrójnym ogłodził.Radzę więc, aby chłopów starym obyczajemUszlachcić i ogłosić, że im herb nasz dajem.Pani udzieli jednym wioskom Półkozica,560Drugim niech swą Leliwę nada pan Soplica.Natenczas i Rębajło uzna chłopa równym,Gdy go ujrzy szlachcicem, wielmożnym, herbownym.Sejm potwierdzi.

„A niech się mąż Pani nie trwoży,Iż oddanie ziem Państwo tak bardzo zuboży;565Nie da Bóg, abym rączki córy dygnitarskiejWidział umozolone w pracy gospodarskiej.Jest na to sposób. — W zamku wiem ja pewną skrzynię,W której jest Horeszkowskie stołowe naczynie,Przytem różne sygnety, kanaki, manele,570Kity bogate, rzędy, cudne karabele.Skarbczyk Stolnika, w ziemi skryty od grabieży,Pani Zofii jako dziedziczce należy;Pilnowałem go w zamku, jako oka w głowie,Od Moskalów i od was, Państwo Soplicowie.575Mam także spory worek mych własnych talarów,Uzbieranych z wysługi, tudzież z pańskich darów.Myśliłem, gdy nam zamek wróconym zostanie,Obrócić grosz na murów wyreperowanie;Nowemu gospodarstwu dziś zda się w potrzebie —580A więc, Panie Soplico, wnoszę się do ciebie,Będę żył u mej Pani na łaskawym chlebie,I kołysząc Horeszków pokolenie trzecie,Wprawiać do scyzoryka Pani mojej dziecię,Jeśli syn, — a syn będzie, bo wojny nadchodzą,585A w czasie wojny zawżdy synowie się rodzą“.

Ledwie ostatnie słowa domówił Gerwazy,Gdy poważnemi kroki przystąpił Protazy,Skłonił się i wydobył z zanadrza kontuszaPanegiryk ogromny w półtrzecia arkusza.

590Skomponował go rymem podoficer młody,Który niegdyś w stolicy sławne pisał ody,Potem wdział mundur, lecz i w wojsku beletrystaWiersze rabiał. Już Woźny przeczytał ich trzysta,Aż gdy przyszedł do miejsca: „O ty, której wdzięki595Budzą bolesną radość i rozkoszne męki!Która na szyk Bellony gdy zwrócisz twarz piękną,Złamią się wnet oszczepy i tarcze rozpękną!Zwalcz dziś Marsa Hymenem; srogiej niezgód hydrzeNiech dłoń twoja syczące z czoła żmije wydrze!“600Tadeusz i Zofija ustawnie klaskaliNiby chwaląc, w istocie nie chcąc słuchać dalej.Już z rozkazu Sędziego pleban stał na stoleI ogłaszał włościanom Tadeusza wolę.

Zaledwie usłyszeli nowinę poddani,605Skoczyli do panicza, padli do nóg pani!„Zdrowie Państwu naszemu!“ — ze łzami krzyknęli;Tadeusz krzyknął: „Zdrowie spółobywateli,Wolnych, równych, Polaków!“ — „Wnoszę ludu zdrowie“

Rzekł Dąbrowski; lud krzyknął: „Niech żyją wodzowie,610Wiwat wojsko, wiwat lud, wiwat wszystkie stany!“Tysiącem głosów zdrowia grzmiały naprzemiany.

Tylko Buchman radości podzielać nie raczył;Pochwalał projekt, lecz go radby przeinaczył:A naprzód komisyją legalną wyznaczył,615Któraby... Krótkość czasu była na zawadzie,Że nie stało się zadość Buchmanowej radzie.

Bo na dziedzińcu zamku już stali paramiOficery z damami, wiara z wieśniaczkami.Poloneza! krzyknęli wszyscy w jedno słowo.620Oficerowie wiodą muzykę wojskową;Ale pan Sędzia w ucho rzekł do jenerała:„Każ Pan, żeby się jeszcze kapela wstrzymała.Wiesz, że dzisiaj synowca mego zaręczyny,A dawnym obyczajem jest naszej rodziny625Zaręczać się i żenić przy wiejskiej muzyce.Patrz, stoi cymbalista, skrzypak i kozice,Poczciwi muzykanci; już się skrzypak zżyma,A kobeźnik kłania się i żebrze oczyma:Jeżeli ich odprawię, biedni będą płakać;630Lud przy innej muzyce nie potrafi skakać.Niechaj ci zaczną, niech się i lud podweseli;Potem będziem wybornej twej słuchać kapeli“.Dał znak.

Skrzypek u sukni zakazał rękawek,Ścisnął gryf krzepko, oparł brodę o podstawek,635I smyk jak konia w zawód puścił po skrzypicy.

Na to hasło stojący obok kobeźnicy,Jak gdyby w skrzydła bijąc, częstym ramion ruchemDmą w miechy i oblicza wypełniają duchem;Myśliłbyś, że ta para w powietrze uleci,640Podobna do pyzatych Boreasza dzieci.Brakło cymbałów.

Było cymbalistów wielu,Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu;(Jankiel przez całą zimę nie wiedzieć gdzie bawił,Teraz się nagle z głównym sztabem wojska zjawił).645Wiedzą wszyscy, że mu nikt na tym instrumencieNie wyrówna w biegłości, w guście i w talencie.Proszą, ażeby zagrał, podają cymbały;Żyd wzbrania się, powiada, że ręce zgrubiały,Odwykł od grania, nie śmie i panów się wstydzi;650Kłaniając się umyka. Gdy to Zosia widzi,Podbiega, i na białej podaje mu dłoniDrążki, któremi zwykle mistrz we struny dzwoni;Drugą rączką po siwej brodzie starca głaska,I dygając: „Jankielu — mówi, — jeśli łaska!655Wszak to me zaręczyny, zagrajże Jankielu!Wszak nieraz przyrzekałeś grać na mem weselu?“

Jankiel niezmiernie Zosię lubił, kiwnął brodąNa znak, że nie odmawia; więc go w środek wiodą,Podają krzesło, usiadł, cymbały przynoszą,660Kładą mu na kolanach. On patrzy z rozkosząI z dumą; jak weteran w służbę powołany,Gdy wnuki ciężki jego miecz ciągną ze ściany,

Dziad śmieje się, choć miecza dawno nie miał w dłoni,Lecz uczuł, że dłoń jeszcze nie zawiedzie broni.

665Tymczasem dwaj uczniowie przy cymbałach klęcząStroją na nowo struny i próbując brzęczą;Jankiel z przymrużonemi napoły oczymaMilczy i nieruchome drążki w palcach trzyma.

Spuścił je, zrazu bijąc taktem triumfalnym,670Potem gęściej siekł struny jak deszczem nawalnym;Dziwią się wszyscy, — lecz to była tylko próba,Bo wnet przerwał, i wgórę podniósł drążki oba.

Znowu gra. Już drżą drążki tak lekkiemi ruchy,Jak gdyby zadzwoniło w strunę skrzydło muchy,675Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.Mistrz zawsze patrzył w niebo, czekając natchnienia.Spojrzał zgóry, instrument dumnem okiem zmierzył,Wzniósł ręce, spuścił razem, w dwa drążki uderzył:Zdumieli się słuchacze. —

Razem ze strun wiela680Buchnął dźwięk, jakby cała janczarska kapelaOzwała się z dzwonkami, z zelami, z bębenki:Brzmi Polonez trzeciego maja! — Skoczne dźwiękiRadością oddychają, radością słuch poją;

Dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją. —685Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły,W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posłyPo dniu trzeciego maja w ratuszowej sali,Zgodzonego z narodem króla fetowali,Gdy przy tańcu śpiewano: Wiwat król kochany!690Wiwat sejm, wiwat naród, wiwat wszystkie stany!

Mistrz coraz takty nagli i tony natęża;A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,Jak zgrzyt żelaza po szkle: przejął wszystkich dreszczemI wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.695Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili,Czy instrument nie strojny? czy się muzyk myli?Nie zmylił się mistrz taki! On umyślnie trącaWciąż tę zdradziecką strunę, melodyję zmącą,Coraz głośniej targając akord rozdąsany,700Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany;Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką licaI krzyknął: „Znam! znam głos ten! to jest Targowica!“I wnet pękła ze świstem struna złowróżąca...Muzyk bieży do prymów, urywa takt, zmącą,705Porzuca prymy, bieży z drążkami do basów.

Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów,Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,Jęk dzieci, płacze matek. — Tak mistrz doskonałyWydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,710Przypominając sobie ze łzami boleściRzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści,Rade, że mistrz nakoniec strunami wszystkiemiZagrzmiał i głosy zdusił, jakby wbił do ziemi.

Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia,715Znowu muzyka inna: znów zrazu brzęczeniaLekkie i ciche, kilka cienkich strunek jęczy,Jak kilka much, gdy z siatki wyrwą się pajęczéj.Lecz strun coraz przybywa, już rozpierzchłe tonyŁączą się i akordów wiążą legijony,720I już w takt postępują zgodzonemi dźwięki,Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki:O żołnierzu tułaczu, który borem, lasemIdzie, z biedy i z głodu przymierając czasem,Nakoniec pada u nóg konika wiernego,725A konik nogą grzebie mogiłę dla niego.Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!Poznali ją żołnierze; wiara się skupiłaWkoło mistrza; słuchają, wspominają sobieÓw czas okropny, kiedy na Ojczyzny grobie730Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata;Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata,Po lądach, morzach, piaskach gorących i mrozie,Pośrodku obcych ludów, gdzie często w obozieCieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy.735Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.

Ale je wnet podnieśli, bo mistrz tony wznosi,Natęża, takty zmienia, coś innego głosi,I znowu spojrzał zgóry, okiem struny zmierzył,Złączył ręce, oburącz w dwa drążki uderzył:740Uderzenie tak sztuczne, tak było potężne,Ze struny zadzwoniły jak trąby mosiężne,I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła,Marsz triumfalny: Jeszcze Polska nie zginęła!Marsz Dąbrowski do Polski! — I wszyscy klasnęli,745I wszyscy „Marsz Dąbrowski“ chórem okrzyknęli!

Muzyk, jakby sam swojej dziwił się piosence,Upuścił drążki z palców, podniósł wgórę ręce;Czapka lisia spadła mu z głowy na ramiona,Powiewała poważnie broda podniesiona,750Na jagodach miał kręgi dziwnego rumieńca,We wzroku, ducha pełnym, błyszczał żar młodzieńca,Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił,Zakrył rękami, z pod rąk łez potok się rzucił:„Jenerale — rzekł — ciebie długo Litwa nasza755Czekała — długo, jak my Żydzi Mesyjasza,Ciebie prorokowali dawno między ludemŚpiewaki, ciebie niebo obwieściło cudem,Żyj i wojuj, o, ty nasz!...“ Mówiąc ciągle szlochał,Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!760Dąbrowski mu podawał rękę i dziękował,On, czapkę zdjąwszy, wodza rękę ucałował.

Poloneza czas zacząć. — Podkomorzy rusza,I zlekka zarzuciwszy wyloty kontuszaI wąsa pokręcając, podał rękę Zosi,765I skłoniwszy się grzecznie w pierwszą parę prosi.

Za Podkomorzym szereg w pary się gromadzi;Dano hasło, zaczęto taniec, — on prowadzi.

Nad murawą czerwone połyskają buty,Bije blask z karabeli, świeci się pas suty,770A on stąpa powoli, niby odniechcenia;Ale z każdego kroku, z każdego ruszenia,Można tancerza czucia i myśli wyczytać.Oto stanął, jak gdyby chciał swą damę pytać,Pochyla ku niej głowę, chce szepnąć do ucha;775Dama głowę odwraca, wstydzi się, nie słucha;On zdjął konfederatkę, kłania się pokornie,Dama raczyła spojrzeć, lecz milczy upornie;On krok zwalnia, oczyma jej spojrzenia śledzi,I zaśmiał się nakoniec, — rad z jej odpowiedzi780Stąpa prędzej, pogląda na rywalów zgóry,I swą konfederatkę z czaplinemi pióryTo na czole zawiesza, to nad czołem wstrząsa.Aż włożył ją na bakier i pokręcił wąsa.Idzie, — wszyscy zazdroszczą, biegą w jego ślady,785Onby rad ze swą damą wymknąć się z gromady:Czasem staje na miejscu, rękę grzecznie wznosi,I żeby mimo przeszli, pokornie ich prosi;Czasem zamyśla zręcznie na bok się uchylić,Odmienia drogę, radby towarzyszów zmylić,790Lecz go szybkiemi kroki ścigają natrętyI zewsząd obwijają tanecznemi skręty;Więc gniewa się, prawicę na rękojeść składa,Jakby rzekł: „Nie dbam o was, zazdrośnikom biada!“Zwraca się z dumą w czole i z wyzwaniem w oku,795Prosto w tłum; tłum tancerzy nie śmie dostać w kroku,

Ustępują mu z drogi i, zmieniwszy szyki,Puszczają się znów za nim —

Brzmią zewsząd okrzyki:„Ach to może ostatni! patrzcie, patrzcie młodzi,Może ostatni, co tak poloneza wodzi!“ —800I szły pary po parach hucznie i wesoło:Rozkręcało się, znowu skręcało się koło,Jak wąż olbrzymi w tysiąc łamiący się zwojów;Mieni się cętkowata, różna barwa strojówDamskich, pańskich, żołnierskich, jak łuska błyszcząca,805Wyzłocona promieńmi zachodniego słońcaI odbita o ciemne murawy wezgłowia.Wre taniec, brzmi muzyka, oklaski i zdrowia!

Tylko kapral Dobrzyński Sak ani kapeliNie słucha, ani tańczy, ani się weseli,810Ręce wtył założywszy, stoi zły, ponury,Wspomina swe dawniejsze do Zosi konkury:Jak lubił dla niej nosić kwiaty, pleść koszyczki,Wybierać gniazda ptasie, robić zauszniczki.Niewdzięczna! Chociaż tyle pięknych darów strwonił,815Choć przed nim uciekała, choć mu ojciec bronił.On jeszcze! ile razy na parkanie siadał,By ją dojrzeć przez okna; w konopie się wkradał,Żeby patrzeć, jak ona pleła swe ogródki,Rwała ogórki, albo karmiła kogutki!820Niewdzięczna! — Spuścił głowę, i nakoniec świsnąłMazurka, potem kaszkiet na uszy nacisnął,I szedł w obóz, gdzie stała przy armatach warta;Tam dla rozerwania [się] zaczął grać w drużbarta

Z wiarusami, kielichem osładzając żałość.825Taka była dla Zosi Dobrzyńskiego stałość.

Zosia tańczy wesoło: lecz choć w pierwszej parze,Ledwie widna zdaleka. Na wielkim obszarzeZarosłego dziedzińca, w zielonej sukience,Ustrojona w równianki i w kwieciste wieńce,830Śród traw i kwiatów krąży niewidzialnym lotem,Rządząc tańcem, jak anioł nocnych gwiazd obrotem.Zgadniesz, gdzie jest, bo ku niej obrócone oczy,Wyciągnięte ramiona, ku niej zgiełk się tłoczy.Darmo się Podkomorzy zostać przy niej sili,835Zazdrośnicy już z pierwszej pary go odbili;I szczęśliwy Dąbrowski niedługo się cieszył,Ustąpił ją drugiemu, a już trzeci śpieszył,I ten zaraz odbity, odszedł bez nadziei.Aż Zosia już strudzona, spotkała zkolei840Tadeusza i, dalszej lękając się zmianyI chcąc przy nim pozostać, zakończyła tany.Idzie do stołu gościom nalewać kielichy.

Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy,Okrąg niebios gdzie niegdzie chmurkami zasłany,845Ugóry błękitnawy, na zachód różany.Chmurki wróżą pogodę, lekkie i świecące.Tam jako trzody owiec na murawie śpiące,Ówdzie nieco drobniejsze jak stada cyranek.Na zachód obłok, nakształt rąbkowych firanek,850Przejrzysty, sfałdowany, po wierzchu perłowy,Po brzegach pozłacany, w głębi purpurowy,Jeszcze blaskiem zachodu tlił się i rozżarzał,Aż powoli pożółkniał, zbladnął i poszarzał.

Słońce spuściło głowę, obłok zasunęło,855I raz ciepłym powiewem westchnąwszy — usnęło.

A szlachta ciągle pije i wiwaty wznosiNapoleona, Wodzów, Tadeusza, Zosi,Wreszcie zkolei wszystkich trzech par zaręczonych,Wszystkich gości obecnych, wszystkich zaproszonych,860Wszystkich przyjaciół, których kto żywych spamięta,I których zmarłych pamięć pozostała święta!

I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem,A com widział i słyszał, w księgi umieściłem.

Comentarios

Cargando comentarios…