Poezye Adama Mickiewicza. T. 1. (1899) — całość

Trzeba się uczyć, upłynął czas złoty!

Z niebieskich najrańszą piosnekLedwie zadzwonił skowronek,Najrańszy kwiatek, pierwiosnek,Błysnął ze złotych obsłonek.

JA.Zawcześnie, kwiatku, zawcześnie,Jeszcze północ mrozem dmucha,Z gór białe nie zeszły pleśnie,Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Przymruż złociste światełka,Ukryj się pod matki rąbek,Nim cię zgubi szronu ząbek,Lub chłodnej rosy perełka.

KWIATEK.Dni nasze jak dni motylka;Życiem wschód, śmiercią południe;Lepsza w kwietniu jedna chwilka,Niż w jesieni całe grudnie.

Czy dla Bogów szukasz datku,Czy dla druha lub kochanki,Upleć wianek z mego kwiatku,Wianek to będzie nad wianki.

JA.W podłej trawce, w dzikim laskuUrosłeś, o kwiatku luby!Mało wzrostu, mało blasku,Cóż ci daje tyle chluby?

Ni to kolory jutrzenki,Ni zawoje tulipana,Ni liliowe sukienki,Ni róży pierś malowana.

Uplatam ciebie do wianka,Lecz skądże ufności tyle?Przyjaciele i kochankaCzy cię powitają mile?

KWIATEK.Powitają przyjacieleMnie, wiosny młodej aniołka;Przyjaźń ma blasku niewieleI cień lubi jak me ziołka.

Czym kochanki godzien rączek,Powiedz, niebieska Marylko!Za pierwszy młodości pączekZyskam pierwszą — ach! łzę tylko...

Methinks I see...— Where?...— In my mind’s eyeShakespeare.Zdaje mi się, że widzę... Gdzie?Przed oczyma duszy mojej.

Słuchaj, dzieweczko!— Ona nie słucha. —To dzień biały! to miasteczko!Przy tobie niema żywego ducha:Co tam wkoło siebie chwytasz?Kogo wołasz, z kim się witasz?— Ona nie słucha. —

To jak martwa opokaNie zwróci w stronę oka,To strzela wkoło oczyma,To się łzami zaleje,Coś niby chwyta, coś niby trzyma,Rozpłacze się i zaśmieje.

— »Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!Ach! i po śmierci kocha!Tutaj, tutaj, pomaleńku,Czasem usłyszy macocha!...

— »Niech sobie słyszy... już niema ciebie,Już po twoim pogrzebie!

»Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!...Czego się boję mego Jasieńka?Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!Twoja biała sukienka!

»I sam ty biały jak chusta,Zimny... jakie zimne dłonie!Tutaj połóż, tu na łonie,Przyciśnij mnie, do ust usta...

»Ach, jak tam zimno musi być w grobie!Umarłeś, tak, dwa lata!Weź mię, ja umrę przy tobie,Nie lubię świata.

»Źle mnie w złych ludzi tłumie:Płaczę, a oni szydzą:Mówię, nikt nie rozumie;Widzę, oni nie widzą!

»Śród dnia przyjdź kiedy... to może we śnie?Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku?Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!

»Mój Boże! kur się odzywa,Zorza błyska w okienku.Gdzie znikłeś! ach! stój, Jasieńku!Ja nieszczęśliwa!« —

Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,Bieży za nim, krzyczy, pada;Na ten upadek, na głos boleści,Skupia się ludzi gromada.

»Mówcie pacierze! — krzyczy prostota —Tu jego dusza być musi,Jasio być musi przy swej Karusi,On ją kochał za żywota!«

I ja to słyszę, i ja tak wierzę,Płaczę, i mówię pacierze.

— »Słuchaj, dzieweczko! — krzyknie śród zgiełkuStarzec, i na lud zawoła:Ufajcie memu oku i szkiełku,Nic tu nie widzę dokoła.

»Duchy karczemnej tworem gawiedzi,W głupstwa wywarzone kuźni;Dziewczyna duby smalone bredzi,A gmin rozumowi bluźni«.

— »Dziewczyna czuje, — odpowiadam skromnie,A gawiedź wierzy głęboko:Czucie i wiara silniej mówi do mnie,Niż mędrca szkiełko i oko.

»Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!Miej serce i patrzaj w serce!«

Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie,Do Płużyn ciemnego boruWjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,Byś się przypatrzył jezioru.

Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,W wielkiego kształcie obwodu,Gęstą po bokach puszczą oczerniona,A gładka jak szyba lodu.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobąI zwrócisz ku wodom lice:Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,I dwa obaczysz księżyce.

Niepewny, czyli szklana z pod twej stopyPod niebo idzie równina,Czyli też niebo swoje szklane stropyAż do nóg twoich ugina;

Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,Dna nie odróżnia od szczytu:Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,W jakiejś otchłani błękitu.

Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,Wzrok się przyjemnie ułudzi...Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,Trzeba być najśmielszym z ludzi.

Bo jakie szatan wyprawia tam harce!Jakie się larwy szamocą!Drżę cały, kiedy bają o tem starce,I strach wspominać przed nocą.

Nieraz śród wody gwar, jakoby w mieście,Ogień i dym bucha gęsty,I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.

Nagle dym spada, hałas się uśmierza,Na brzegach tylko szum jodły,W wodach gadanie cichego pacierza,I dziewic żałosne modły.

Co to ma znaczyć? różni różnie plotą:Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;Biegają wieści pomiędzy prostotą,Lecz któż z nich prawdę odgadnie?

Pan na Płużynach, którego pradziadyByły Świtezi dziedzice,Zdawna przemyślał i zasięgał rady,Jak te zbadać tajemnice.

Kazał przybory w blizkiem robić mieście,I wielkie sypał wydatki:Związano niewód głęboki stóp dwieście,Budują czółna i statki.

Ja ostrzegałem, że w tak wielkiem dzieleDobrze, kto z Bogiem poczyna;Dano więc na mszę w niejednym kościele,I ksiądz przyjechał z Cyryna.

Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,Przeżegnał, pracę pokropił;Pan daje hasło: odbijają baty,Niewód się z szumem zatopił.

Topi się, pławki nadół z sobą spycha,Tak przepaść wody głęboka;Prężą się liny, niewód idzie z cicha,Pewnie nie złowią ni oka.

Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło,Ciągną ostatek więcierzy:Powiemże, jakie złowiono straszydło?Choć powiem, nikt nie uwierzy.

Powiem jednakże. Nie straszydło wcale,Żywa kobieta w niewodzie!Twarz miała jasną, usta jak korale,Włos biały, skąpany w wodzie.

Do brzegu dąży. A gdy jedni z trwogiNa miejscu stanęli głazem,Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,Łagodnym rzecze wyrazem:

»Młodzieńcy! wiecie, że tutaj bezkarnieDotąd nikt statku nie spuści:Każdego śmiałka jezioro zagarnieDo nieprzebrnionych czeluści.

»I ty zuchwały, i twoja gromada,Wrazbyście poszli w głębinie:Lecz że to kraj był twojego pradziada,Że w tobie nasza krew płynie;

»Choć godna kary jest ciekawość pusta,Lecz żeście z Bogiem poczęli:Bóg wam przez moje opowiada ustaDzieje tej cudnej topieli.

»Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,Gdzie car i trzcina zarasta,Po których teraz wasze biega wiosło,Stał okrąg pięknego miasta.

»Świteź, i w sławne orężem ramionaI w kraśne twarze bogata,Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona,Kwitnęła przez długie lata.

»Nie ćmił widoku ten ostęp ponury:Przez żyzne wskroś okoliceWidać stąd było Nowogródzkie mury,Litwy naówczas stolicę.

»Raz niespodzianie obległ tam MendogaPotężnem wojskiem car z Rusi;Na całą Litwę wielka padła trwoga,Że Mendog poddać się musi.

»Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,Do ojca mego napisze:— »Tuhanie! w tobie obrona stolicy,Śpiesz, zwołaj twe towarzysze«. —

»Skoro przeczytał Tuhan list książęcyI wydał rozkaz do wojny:Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,A każdy konny i zbrojny.

»Uderzą w trąby, rusza młódź, już w bramieBłyska Tuhana proporzec:Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,I znowu jedzie na dworzec.

»I mówi do mnie: — Jaż własnych mieszkańcówDla obcej zgubię odsieczy?Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców,Prócz naszych piersi i mieczy.

Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,Krewnemu nie dam obrony;A jeśli wszyscy pociągniem na boje,Jak będą córy i żony?

— »Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie,Idź, kędy sława cię woła,Bóg nas obroni: dziś nad miastem we śnieWidziałam jego Anioła.

»Okrążył Świteź miecza błyskawicą,I nakrył złotemi pióry,I rzekł mi: póki męże za granicą,Ja bronię żony i córy. —

»Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni;Lecz gdy noc spadła ponura,Słychać gwar zdala, szczęk i tentent koni,I zewsząd straszny wrzask: ura!

»Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,Zewsząd pocisków grad leci,Biegą na dworzec starce, nędzne matki,Dziewice i drobne dzieci.

»Gwałtu! wołają, zamykajcie bramę,Tuż, tuż, za nami Ruś wali.Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,Śmierć nas od hańby ocali.

»Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;Miecą bogactwa na stosy,Przynoszą żagwie i płomień do gmachu,I krzyczą strasznymi głosy:

»Przeklęty będzie, kto się nie dobije!Broniłam, lecz próżny opór:Klęczą, na progach wyciągają szyje,A drugie przynoszą topór.

»Gotowa zbrodnia... Czyli wezwać hordyI podłe przyjąć kajdany,Czy bezbożnymi wytępić się mordy?...Panie! zawołam, nad Pany:

»Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,O śmierć błagamy u Ciebie,Niechaj nas lepiej Twój piorun wystrzela,Lub żywych ziemia pogrzebie! —

»Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,Dzień zda się spędzać noc ciemną:Spuszczam ku ziemi przerażone oczy...Już ziemi niema podemną!...

»Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi.Widzisz to ziele dokoła?To są małżonki i córki Świtezi,Które Bóg przemienił w zioła.

»Białawem kwieciem, jak białe motylki,Unoszą się nad topielą;Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki,Kiedy je śniegi pobielą.

»Za życia cnoty niewinnej obrazy,Jej barwę mają po zgonie,W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,Śmiertelne nie tkną ich dłonie.

»Doświadczył tego car i ruska zgraja,Gdy piękne ujrzawszy kwiecie,Ten rwie i szyszak stalony umaja,Ten wianki na skronie plecie.

»Kto tylko ściągnął do głębiny ramię,Tak straszna jest kwiatów władza,Że go natychmiast choroba wyłamie,I śmierć gwałtowna ugadza.

»Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,Pozostał sam odgłos kary,Dotąd w swych baśniach prostota go święci,I kwiaty nazywa cary«. —

To mówiąc, pani zwolna się oddala,Topią się statki i sieci,Szum słychać w puszczy, poburzona falaZ łoskotem na brzegi leci.

Jezioro do dna pękło nakształt rowu,Lecz próżno za nią wzrok goni:Wpadła, i falą nakryła się znowu,I więcej nie słychać o niéj.

Jakiż to chłopiec piękny i młody?Jaka to obok dziewica?Brzegami sinej Świtezi wodyIdą przy świetle księżyca.

Ona mu z kosza daje maliny,A on jej kwiaty do wianka;Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,Pewnie to jego kochanka?...

Każdą noc prawie o jednej porzePod tym się widzą modrzewiem.Młody jest strzelcem w tutejszym borze;Kto jest dziewczyna? ja nie wiem.

Skąd przyszła? darmo śledzić kto pragnie,Gdzie uszła? nikt jej nie zbada.Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,Jak ognik nocny przepada.

— »Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,Na co nam te tajemnice?Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?

»Minęło lato, zżółkniały liściaI dżdżysta nadchodzi pora:Zawsze mam czekać twojego przyjściaNa dzikich brzegach jeziora?

»Zawszeż po kniejach jak sarna płocha,Jak upiór błądzisz w noc ciemną?Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha,Zostań się, o luba, ze mną!

»Chateczka moja stąd niedalekaPośrodku gęstej leszczyny;Jest tam dostatkiem owoców, mleka,Jest tam dostatkiem zwierzyny«.

— »Stój, stój, odpowie, hardy młokosie,Pomnę, co ojciec rzekł stary:Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie,A w sercu lisie zamiary.

»Więcej się waszej obłudy boję,Niż w zmienne ufam zapały;Możebym prośby przyjęła twoje:Ale czy będziesz mnie stały?« —

Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,Piekielne wzywał potęgi,Klął się przy świętym księżyca blasku...Lecz czy dochowa przysięgi?

— »Dochowaj, strzelcze, to moja rada:Bo kto przysięgę naruszy,Ach biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!« —

To mówiąc, dziewka więcej nie czeka,Wieniec włożyła na skronie,I pożegnawszy strzelca zdaleka,Na zwykłe uchodzi błonie.

Próżno się za nią strzelec pomyka:Rączym wybiegom nie sprostał;Znikła jak lekki powiew wietrzyka,A on sam jeden pozostał.

Sam został, dziką powraca drogą,Ziemia uchyla się grzązka.Cisza wokoło, tylko pod nogąZwiędła szeleszcze gałązka.

Idzie nad wodą, błędny krok niesie,Błędnemi strzela oczyma;Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie,Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma, pękają tonie,O niesłychane zjawiska!Ponad srebrzyste Świtezi błonieDziewicza piękność wytryska.

Jej twarz, jak róży bladej zawojeSkropione jutrzenki łezką:Jako mgła lekka, tak lekkie strojeObwiały postać niebieską.

— »Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody,Zanuci czule dziewica:Poco wokoło Świtezi wodyBłądzisz przy świetle księżyca?

»Poco żałujesz dzikiej wietrznicy,Która cię zwabia w te knieje,Zawraca głowę, rzuca w tęsknicy,I może jeszcze się śmieje?

»Daj się namówić czułym wyrazem:Porzuć wzdychania i żale,Do mnie tu, do mnie, tu będziem razemPo wodnym pląsać krysztale.

»Czy zechcesz, niby jaskółka chybka,Oblicze tylko wód muskać,Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,Cały dzień ze mną się pluskać, —

»A na noc w łożu srebrnej topieli,Pod namiotami zwierciadeł,Na miękkiej wodnych lilijek bieli,Śród boskich usnąć widziadeł.« —

Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie...Strzelec w ziemię patrzy skromnie.Dziewica w lekkim zbliża się pędzie,I — »do mnie, woła, pódź do mnie!«

I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,Jak tęcza śmiga w krąg wielki,To znowu siekąc wodne zatopy,Srebrnemi pryska kropelki.

Podbiega strzelec... i staje w biegu...I chciałby skoczyć i nie chce;Wtem modra fala, prysnąwszy z brzegu,Zlekka mu w stopy załechce.

I tak go łechce i tak go znęca,Tak się w nim serce rozpływa,Jak gdy tajemnie rękę młodzieńcaŚciśnie kochanka wstydliwa.

Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,Przysięgą pogardził świętą,Na zgubę oślep bieży w głębinie,Nową zwabiony ponętą.

Bieży i patrzy, patrzy i bieży,Niesie go wodne przestworze:Już zdala suchych odbiegł wybrzeży,Na średniem igra jeziorze.

I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,W pięknych licach topi oczy,Ustami usta różane goni,I skoczne okręgi toczy:

Wtem wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,Co ją w łudzącym krył blasku...Poznaje strzelec dziewczynę zbliska...Ach, to dziewczyna z pod lasku!

— »A gdzie przysięga? gdzie moja rada?Wszak kto przysięgę naruszy,Ach, biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!

»Nie tobie igrać przez srebrne tonie,Lub nurkiem pluskać w głąb jasną:Surowa ziemia ciało pochłonie,Oczy twe żwirem zagasną.

»A dusza przy tem świadomem drzewieNiech lat doczeka tysiąca:Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie,Nie ma czem zgasić gorąca.« —

Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,Błędnemi rzuca oczyma;A wicher szumi po gęstym lesie,Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,Kręconym nurtem pochwyca.Roztwiera paszczę otchłań podwodna,Ginie z młodzieńcem dziewica.

Woda się dotąd burzy i pieni;Dotąd przy świetle księżycaSnuje się para znikomych cieni:Jestto z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrnem pląsa jeziorze,On pod tym jęczy modrzewiem.Kto jest młodzieniec? strzelcem był w borze.A kto dziewczyna? ja nie wiem.

Od dworu, z pod lasa, z wioski,Smutna wybiega dziewica,Rozpuściła na wiatr włoskiI łzami skropiła lica.

Przybiega na koniec łączki,Gdzie w jezioro wpada rzeka;Załamuje białe rączkiI tak żałośnie narzeka:

»O wy, co mieszkacie w wodzie,Siostry moje, Świtezianki,Słuchajcie w ciężkiej przygodzieGłosu zdradzonej kochanki.

»Kochałam pana tak szczerze,On mię przysięgał zaślubić:Dziś księżnę za żonę bierze,Krysię ubogą chce zgubić.

»Niechże sobie żyją młodzi,Niech się z nią obłudnik pieści,Niech tylko tu nie przychodziUrągać się z mych boleści.

»Dla opuszczonej kochankiCóż pozostało na świecie?Przyjmijcie mię, Świtezianki:Lecz moje dziecię... ach, dziecię!«

To mówiąc, rzewnie zapłacze,Rączkami oczy zasłoni,I z brzegu do wody skacze,I w bystrej nurza się toni.

Wtem z lasu, gdzie się dwór bieli,Tysiączne świecą kagańce,Zjeżdzają goście weseli,Muzyka, hałas i tańce.

Lecz mimo tego hałasuPłacz dziecięcia słychać w lesie;Wierny sługa wyszedł z lasu,I dziecię na ręku niesie.

Ku wodzie obraca kroki,Gdzie łoza, gęsto spleciona,Wzdłuż wykręconej zatokiOkryła rzeki ramiona.

Tam staje w ciemnym zakątku,Płacze i woła: — »Niestety!Ach! któż da piersi dzieciątku?Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?«

— »Tu jestem, w rzece, u spodu,Cichy mu głos odpowiada:Tutaj drżę cała od chłodu,A żwir mnie oczki wyjada.

»Przez żwir, przez ostre kamuszki,Fale mnie gwałtowne niosą;Pokarm mój: koralki, muszki,A zapijam zimną rosą.

Lecz sługa, jak na początku,Tak wszystko woła: — »Niestety!Ach! któż da piersi dzieciątku?Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?

Wtem się coś zlekka potrąciŚród kryształowej przezroczy,Woda się zlekka zamąci,Rybka nad wodę podskoczy;

I jak skałka, płaskim bokiem,Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie,Tak nasza rybka podskokiemMokre całuje powierzchnie.

Złotemi plamki nadobna,Kraśne ma po bokach piórka,Główka jak naparstek drobna,Oczko drobne jak paciórka.

Wtem rybią łuskę odwinie,Spojrzy dziewicy oczyma;Z głowy jasny włos wypłynie,Szyjka cieniuchna się wzdyma.

Na licach różana krasa,Piersi, jak jabłuszka mleczne,Rybią ma pletwę do pasa,Płynie pod chrósty nadrzeczne.

I dziecię bierze do ręki,U łona białego tuli,— »Luli, woła, mój maleńki,Luli, mój maleńki, luli». —

Gdy dziecię płakać przestało,Zawiesza kosz na gałęzi,I znowu ściska swe ciało,I główkę nadobną zwęzi.

Znowu ją łuski powlekąOd boków wyskoczą skrzelki;Plusła: i tylko nad rzekąKipiące pękły bąbelki.

Tak co wieczora, co ranka,Gdy sługa stanie w zakątku,Wraz wypływa Świtezianka,Żeby dać piersi dzieciątku.

Za cóż jednego wieczoraNikt nie przychodzi na smugi?Już zwykła przemija pora:Nie widać z dziecięciem sługi.

Nie może on przyjść tą stroną,Musi zaczekać troszeczkę,Bo właśnie teraz pan z żonąPoszli przechadzką nad rzeczkę.

Wrócił się, czekał zdaleka,Za gęstym usiadłszy krzakiem:Lecz próżno czeka i czeka,Nikt nie powracał tym szlakiem.

Wstaje, i dłoń w trąbkę zwinął,I patrzył przez palców szparę,Ale i dzień już przeminął,I mroki padają szare.

Czekał długo po zachodzie;A gdy noc gwiazdy zapala,Zbliża się zlekka ku wodzieI śledzi oczyma zdala.

Przebóg! Cudy, czy moc piekła?Uderza go widok nowy:Gdzie pierwej rzeczułka ciekła,Tam suchy piasek i rowy.

Na brzegach porozrzucanaWala się odzież bez ładu;Ani pani, ani pana,Nie widać nigdzie ni śladu.

Tylko z zatoki połowąSterczał wielki głazu kawał,I dziwną kształtu budowąDwa ludzkie ciała udawał.

Zdumiewa się wierny sługa,Rozpierzchłych myśli nie złowił;Przeszła godzina, i druga,Nim wreszcie słówko przemowił:

»Krysiu, o Krysiu!« zawoła:Echo mu »Krysiu« odpowie;Lecz próżno patrzy dokoła,Nikt nie pokazał się w rowie.

Patrzy na rów i na głazy,Otrze pot na licu zbladłem,I kiwnie głową trzy razy,Jakby chciał mówić: już zgadłem.

Dzieciątko na ręce bierze,Śmieje się dzikim uśmiechem,I odmawiając pacierze,Wraca do domu z pośpiechem.

»Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razemZa miasto, pod słup, na wzgórek;Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,Pobożnie zmówcie paciorek.

»Tato nie wraca: ranki i wieczoryWe łzach go czekam i trwodze;Rozlały rzeki, pełne zwierza bory,I pełno zbójców na drodze«.

Słysząc to dziatki, biegną wszystkie razem,Za miasto, pod słup, na wzgórek;Tam przed cudownym klękają obrazem,I zaczynają paciorek.

Całują ziemię, potem: w imię Ojca,Syna i Ducha Świętego,Bądź pochwalona Przenajświętsza TrójcaTeraz i czasu wszelkiego.

Potem Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę,Dziesięcioro i koronki:A kiedy całe zmówili pacierze,Wyjmą książeczkę z kieszonki:

I litaniją do Najświętszej Matki,Starszy brat śpiewa, a z bratem:»Najświętsza Matko, przyśpiewują dziatki,Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!«

Wtem słychać turkot. Wozy jadą drogą,I wóz znajomy na przedzie:Skoczyły dzieci i krzyczą, jak mogą:»Tato, ach, tato nasz jedzie!«

Obaczył kupiec, łzy radośne leje,Z wozu na ziemię wylata:»Ha, jak się macie, co się u was dzieje?Czyście tęskniły do tata?

»Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?A ot rodzynki w koszyku...«Ten sobie mówi, a ten sobie mówi,Pełno radości i krzyku.

»Ruszajcie! kupiec na sługi zawoła,Ja z dziećmi pójdę ku miastu«.Idzie... Aż zbójcy obskoczą dokoła,A zbójców było dwunastu.

Brody ich długie, kręcone wąsiska,Wzrok dziki, suknia plugawa;Noże za pasem, miecz u boku błyska,W ręku ogromna buława.

Krzyknęły dziatki, do ojca przypadły,Tulą się pod płaszcz na łonie,Truchleją sługi, struchlał pan wybladły,Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie:

«Ach! bierzcie wozy, ach! bierzcie dostatek,Tylko puszczajcie nas zdrowo,Nie róbcie małych sierotami dziatek,I młodej małżonki wdową«.

Nie słucha zgraja. Ten już wóz wyprzęga,Zabiera konie; a drugi»Pieniędzy!« krzyczy, i buławą sięga;Ów z mieczem wpada na sługi.

Wtem: »Stójcie, stójcie!« krzyknie starszy zbójca,I spędza bandę precz z drogi,A wypuściwszy i dzieci i ojca,»Idźcie, rzekł, dalej bez trwogi«.

Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie:»Nie dziękuj; wyznam ci szczerze,Pierwszybym pałkę strzaskał na twej głowie,Gdyby nie dziatek pacierze.

»Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,Darzą cię życiem i zdrowiem;Im więc podziękuj za to, co się stało,A jak się stało, opowiem.

»Zdawna już słysząc o przejeździe kupca,I ja, i moje kamraty,Tutaj za miastem, przy wzgórku, u słupca,Zasiadaliśmy na czaty.

»Dzisiaj nadchodzę; patrzę między chrósty:Modlą się dziatki do Boga;Słucham: z początku porwał mię śmiech pusty,A potem litość i trwoga.

»Słucham: ojczyste przyszły na myśl strony,Buława upadła z ręki:Ach! ja mam żonę, i u mojej żonyJest synek taki maleńki.

»Kupcze, jedź w miasto; ja do lasu muszę.Wy, dziatki, na ten pagórekBiegajcie sobie, i za moją duszęZmówcie też czasem paciorek«.

CUDZY CZŁOWIEK.Tam u Niemnowej odnogi,Tam u zielonej rozłogi,Co to za piękny kurhanek?Spodem uwieńczon jak w wianek,W maliny, ciernie i głogi;Boki ma strojne murawą,Głowę ukwieconą w kwiaty.A na niej czeremchy drzewoA od niej idą trzy drogi:Jedna droga na prawo,Druga droga do chaty,Trzecia droga na lewo.Ja tędy płynę z wiciną,Pytam się ciebie, dziewczyno,Co to za piękny kurhanek?

DZIEWCZYNA.W całej wsi pytaj się, bracie,A cała wieś powie tobie:Maryla żyła w tej chacie,A teraz leży w tym grobie.Na prawej stronie te śladkiUbite nogą pastuszka;To jest drożyna jej matki,A stąd przychodzi jej drużka.

Lecz oto błysnął poranek,Przyjdą oni na kurhanek;Ukryj się tu za stos łomu,Sam ich posłuchasz niedoli,Własne twe oczy zobaczą.Patrz w prawo... idzie kochanek.Patrz, matka idzie z domu,Patrz w lewo, przyjaciółka.Wszyscy idą powoli,I niosą ziółka,I płaczą.

JAŚ.Marylo! o tej porzeJeszcześmy się nie widzieli,Jeszcześmy się nie ścisnęli.Marylo! zaszło zorze!Tu czeka twój kochanek:Czy ty przespałaś ranek?Czy na mnie zagniewana?Ach! Marylo kochana,Gdzież się ty dotąd kryjesz?Nie, nie przespałaś ranka,Nie gniewasz się na Janka:Lecz nie żyjesz, nie żyjesz!Więzi cię ten kurhanek,Nie ujrzysz już kochanka,Nie ujrzy cię kochanek!Dawniej, kiedy spać szedłem, tem słodziłem chwile,Że skoro się obudzę, obaczę Marylę,I dawniej spałem mile!Teraz, tutaj spać będę, od ludzi daleki,Może ją we śnie ujrzę, gdy zamknę powieki;Może zamknę na wieki!

Byłem ja gospodarny, gdy byłem szczęśliwy;Chwalili mnie sąsiedzi,Chwalił mię ojciec siwy:Teraz się ojciec biedzi;A ja ni ludziom, ni Bogu!Niech ziarno w polu przepadnie,Niech ginie siano ze stogu,Niech sąsiad kopy rozkradnie,Niech trzodę wyduszą wilki!Niemasz, niemasz Marylki!Daje mi ojciec chaty,Daje mi sprzęt bogaty,Bym wziął w dom gospodynię;Namawiali mię swaty,Niemasz, niemasz Maryli!Swaty nie namówili:Nie mogę, nie, nie mogę!Wiem, ojcze, co uczynię:Pójdę w daleką drogę,Więcej mnie nie znajdziecieChoćbyście i szukali,Nie będę już na świecie,Przystanę do Moskali,Żeby mię wraz zabili.Niemasz, niemasz Maryli!

MATKA.Czemuż nie wstałam zrana?Już w polu pełno ludzi.Niemasz cię, niemasz, kochanaMarylo, któż mię obudzi?Płakałam przez noc całą,Zasnęłam, kiedy dniało.Mój Szymon gdzieś już w polu,Wyprzedził on świtania;

Nie budził mię, mojego litując się bolu,Poszedł z kosą bez śniadania;Koś ty dzień cały, koś sobie,Ja tutaj leżę na grobie.Czegóż mam iść do domu?Kto nas na obiad zawoła?Kto z nami siądzie do stoła?Niemasz, ach! niemasz komu!Pókiśmy mieli ciebie,W domu było jak w niebie.U nas i wieczorynki,Z całej wsi chłopcy, dziewki,Najweselsze zażynki,Najhuczniejsze dosiewki.Niemasz cię! w domu pustynie!Każdy kto idzie, minie.Zawiasy rdzewieją w sieni,Mchem się dziedziniec zieleni:Bóg nas opuścił, ludzie opuścili,Niemasz, niemasz Maryli!

PRZYJACIÓŁKA.Tutaj bywało z rankuNad wodą sobie stoim,Ja o twoim kochanku,Ty mnie mówisz o moim.Już więcej z sobą nie będziem mówili,Niemasz, niemasz Maryli!Któż mi zwierzy się szczerze,Komuż się ja powierzę?Ach, gdy z tobą, kochanie,Smutku i szczęścia nie dzielę,Smutek smutkiem zostanie,Weselem nie jest wesele.

Słyszy to cudzy człowiek,Wzdycha i łzy mu płyną,Westchnął, otarł łzy z powiek,I dalej poszedł z wiciną.

Bije raz, dwa, trzy... już północna pora:Głuche wokoło zacisze,Wiatr tylko szumi po murach klasztora,I psów szczekanie gdzieś słyszę.

Świeca w lichtarzu dopala się na dnie:Raz w głębi tłumi ogniska,Znowu się wzmoże i znowu opadnie,Błyska, zagasa i błyska.

Straszno!... Nie była straszną ta godzina,Gdy były nieba łaskawsze;Ileż mi słodkich chwilek przypomina!Precz!... to już znikło na zawsze!

Teraz ja szczęścia szukam ot w tej księdze...Księga znudziła, porzucam;Znowu ku lubym przedmiotom myśl pędzę,To marzę, to się ocucam.

Czasem, gdy słodkie złudzi zachwycenie,Kochankę widzę lub braci;Zrywam się, patrzę: aż tylko po ścienieBiega cień własnej postaci.

Ot, lepiej pióro wezmę i śród ciszy,Gdy się bez ładu myśl plącze,Zacznę coś pisać dla mych towarzyszy,Zacznę, bo nie wiem, czy skończę.

Może też pamięć o minionej wiośnieZimowy wietrzyk umili;Chcę coś okropnie, coś pisać miłośnie,O strachach i o Maryli.

Kto pragnie pędzlem swe rozsławić imię,Niech jej maluje portrety;Wieszcz w nieśmiertelnym niech opiewa rymieSerca, rozumu zalety;

Mnie choć to wszystko w umyśle przytomne,Pociechy szukam, nie sławy:Lepiej wam powiem, jeżeli przypomnę,Jakie z nią miałem zabawy.

Maryla słodkie miłości wyrazyDzieliła skąpo w rachubie:Choć jej kto kocham mówił po sto razy,Nie rzekła nawet i lubię.

Za to więc w Rucie, pod północną chwilę,Kiedy się wszyscy spać kładą,Ja na dobranoc żegnając Marylę,Taką straszyłem balladą.

Spojrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje:W prawo łóz gęsty zarostek,W lewo się piękna dolina podaje,Przodem rzeczułka i mostek.

Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy,Obok dzwonnicy zrąb zgniły,A za dzwonnicą chróśniak malinowy,A w tym chróśniaku mogiły.

Czy tam bies siedział, czy dusza zaklęta,Że o północnej godzinie,Nikt, jak najstarszy człowiek zapamięta,Miejsc tych bez trwogi nie minie.

Bo skoro północ nawlecze zasłony,Cerkiew się z trzaskiem odmyka,W pustej zrąbnicy dzwonią same dzwony,W chróstach coś huczy i ksyka.

Czasami płomyk okaże się blady,Czasem grom trzaska po gromie,Same się z mogił ruszają pokłady,I larwy stają widomie.

Raz trup po drodze bez głowy się toczy,To znowu głowa bez ciała;Roztwiera gębę i wytrzeszcza oczy,W gębie i w oczach żar pała.

Albo wilk bieży; pragniesz go odegnać,Aż orlem skrzydłem wilk macha...Dość »zgiń, przepadnij!« wyrzec i przeżegnać,Wilk zniknie, wrzeszcząc: cha, cha, cha!

Każdy podróżny oglądał te zgrozy,I każdy musiał kląć drogę;Ten złamał dyszel, ten wywrócił wozy,Innemu zwichnął koń nogę.

Ja, chociaż, pomnę, nieraz Andrzej staryZaklinał, nieraz przestrzegał:Śmiałem się z dyabłów, nie wierzyłem w czary,Tamtędym jeździł i biegał.

Raz, gdy do Ruty jadę w czas noclegu,Na moście z końmi wóz staje;Próżno woźnica przynagla do biegu,Hej! krzyczy, biczem zadaje...

Stoją, a potem skoczą z całej mocy,Dyszel przy samej pękł szrubie;Zostać na polu samemu i w nocy,To lubię, rzekłem, to lubię!

Ledwiem dokończył, aż straszna martwicaWypływa z blizkich wód toni;Białe jej szaty, jak śnieg białe lica,Ognisty wieniec na skroni.

Chciałem uciekać, padłem zalękniony,Włos dębem stanął na głowie;Krzyknę: niech będzie Chrystus pochwalony!»Na wieki wieków« — odpowie.

»Ktokolwiek jesteś, poczciwy człowieku,Coś mię zachował od męki,Dożyj ty szczęścia i późnego wieku,I pokój tobie i dzięki.

Widzisz przed sobą obraz grzesznej duszy,Wkrótce się niebem pochlubię:Boś ty czyscowej zbawił mię katuszyTem jednem słówkiem: To lubię.

»Dopóki gwiazdy zejdą i dopókiWe wsi kur pierwszy zapieje,Opowiem tobie, a ty dla naukiOpowiedz innym me dzieje.

»Onego czasu żyłam ja na świecie,Marylą zwana przed laty;Ojciec mój, pierwszy urzędnik w powiecie,Możny, poczciwy, bogaty.

»Za życia pragnął sprawić mi wesele,A żem dostatnia i młoda,Zbiegło się zewsząd zalotników wiele,Posag wabił i uroda.

»Mnóstwo ich marnej pochlebiało dumie,I to mi było do smaku,Że kiedy w licznym kłaniano się tłumie,Tłumem gardziłam bez braku.

»Przybył i Józio; dwudziestą miał wiosnę,Młody, cnotliwy, nieśmiały:Obce dla niego wyrazy miłosne,Choć czuł miłosne zapały.

»Lecz próżno nędzny w oczach prawie znika,Próżno i dzień i noc płacze;W boleściach jego dla mnie radość dzika,Śmiech obudzały rozpacze.

»Ja pójdę!« — mówił ze łzami — »Idź sobie!«Poszedł i umarł z miłości...Tu nad rzeczułką, w tym zielonym grobie,Złożone jego są kości.

»Odtąd mi życie stało się nielube,Późne uczułam wyrzuty;Lecz ani sposób wynagrodzić zgubę,Ani czas został pokuty.

»Raz, gdy się w północ z rodzicami bawię,Wzmaga się hałas, szum, świsty:Przyleciał Józio w straszliwej postawie,Jak potępieniec ognisty.

»Porwał, udusił gęszczą dymnych kłębów,W czyscowe rzucił potoki,Gdzie pośród jęku i zgrzytania zębów,Takie słyszałam wyroki:

— »Wiedziałaś, że się spodobało Panu»Z męża ród stworzyć niewieści,»Na osłodzenie mężom złego stanu,»Na roskosz, nie na boleści.

»Ty, jakbyś w piersiach miała serce z głazu,»Ani cię jęki ubodły,»Nikt nie uprosił słodkiego wyrazu,Przez»Przez łzy, cierpienia i modły.

»Za taką srogość, długie, długie lata,»Dręcz się w czyscowej zagubie;»Póki mąż jaki z tamecznego świata,»Nie powie na cię choć: lubię.

»Prosił i Józio niegdyś o to słowo,»Gorzkie łzy lał nieszczęśliwy:»Prośże ty teraz nie łzą, nie namową,»Ale przez strachy i dziwy«. —

»Rzekł. Mnie natychmiast porwały złe duchy;Odtąd już setny rok minie,W dzień męczą, na noc zdejmują łańcuchy,Rzucam ogniste głębinie.

»I w cerkwi, albo na Józia mogile,Niebu i ziemi obrzydła,Muszę podróżnych trwożyć w nocne chwile,Różne udając straszydła.

»Idących w błota zawiodę lub w gaje,Jadącym konia uskubię;A każdy naklnie, nafuka, nałaje,Tyś pierwszy wyrzekł: to lubię.

»Za to ci spadnie wyroków zasłona,Przyszłość z pod ciemnych wskażę chmur,Ach! i ty poznasz Marylę, lecz ona...«Wtem na nieszczęście zapiał kur.

Skinęła tylko, widać radość z oczek,Mieni się w parę cieniuchną,Ginie, jak ginie bladawy obłoczek,Kiedy zefiry nań dmuchną...

Patrzę — aż cały wóz stoi na łące.Siadam, powoli strach mija;Proszę za dusze, w czyscu bolejące,Zmówić trzy Zdrowaś Maryja.

Jedzą, piją, lulki palą,Tańce, hulanka, swawola;Ledwie karczmy nie rozwalą,Cha, cha! chi, chi! hejża! hola!

Twardowski siadł w końcu stoła,Podparł się w boki jak basza:»Hulaj dusza! hulaj!« woła,Śmieszy, tumani, przestrasza.

Żołnierzowi, co grał zucha,Wszystkich łaje i potrąca;Świsnął szablą koło ucha,Już z żołnierza masz zająca.

Na patrona z trybunału,Co milczkiem wypróżniał rondel,Zadzwonił kieską pomału:Z patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy szczutki,Do łba przymknął trzy rureczki,Cmoknął: cmok, i gdańskiej wódkiWytoczzyłWytoczył ze łba pół beczki.

Wtem, gdy wódkę pił z kielicha,Kielich zaświstał, zazgrzytał;Patrzy na dno: — »Co u licha?Po coś tu, kumie, zawitał?«

Dyablik to był w wódce na dnie,Istny Niemiec, sztuczka kusa,Skłonił się gościom układnie,Zdjął kapelusz i dał susa.

Z kielicha aż na podłogęPada, rośnie na dwa łokcie,Nos jak haczyk, kurzą nogę,I krogulcze ma paznogcie.

»A, Twardowski... witam, bracie!«To mówiąc bieży obcesem:»Cóż to, czyliż mię nie znacie?Jestem Mefistofelesem.

»Wszak ze mnąś na Łysej górzeRobił o duszę zapisy:Cyrograf na byczej skórzePodpisałeś ty i biésy.

»Miały słuchać twego rymu;Ty, jak dwa lata przebiegą,Miałeś pojechać do Rzymu,By cię tam porwać jak swego.

»Już i siedem lat uciekło,Cyrograf nadal nie służy,Ty czarami dręcząc piekło,Ani myślisz o podróży.

»Ale zemsta, choć leniwa,Nagnała cię w nasze sieci:Ta karczma Rzym się nazywa...Kładę areszt na waszeci«.

»Twardowski ku drzwiom się kwapiłNa takie dictum acerbum;Dyabeł za kontusz ułapił:»A gdzie jest nobile verbum?«

Co tu począć? kusa rada,Przyjdzie już nałożyć głową...Twardowski na koncept wpadaI zadaje trudność nową.

»Patrz w kontrakt, Mefistofilu,Tam warunki takie stoją:Po latach tylu, a tylu,Gdy przyjdziesz brać duszę moją,

»Będę miał prawo trzy razyZaprządz ciebie do roboty,A ty najtwardsze rozkazy,Musisz spełnić co do joty.

»Patrz, oto jest karczmy godło,Koń malowany na płótnie;Ja chcę mu wskoczyć na siodło,A koń niech z kopyta utnie.

»Skręć mi przytem biczyk z piasku,Żebym miał czem konia chłostaćI wymuruj gmach w tym lasku,Bym miał gdzie na popas zostać.

»Gmach będzie z ziarnek orzecha,Wysoki pod szczyt Krępaku,Z bród żydowskich ma być strzecha,Pobita nasieniem z maku.

»Patrz, oto na miarę ćwieczek,Cal gruby, długi trzy cale,W każde z makowych ziarneczekWbij mi takie trzy bretnale.

Mefistofil duchem skoczy,Konia czyści, karmi, poi,Potem bicz z piasku utoczy,I już w gotowości stoi.

Twardowski dosiadł biegusa,Próbuje podskoków, zwrotów,Stępa, galopuje, kłusa —Patrzy, aż i gmach już gotów.

»No! wygrałeś, panie biésie,Lecz druga rzecz nieskończona:Trzeba skąpać się w tej misie —A to jest woda święcona«.

Dyabeł kurczy się i krztusi,Aż zimny pot na nim bije:Lecz pan każe, sługa musi,Skąpał się biedak po szyję.

Wyleciał potem, jak z procy,Otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie:»Teraz jużeś w naszej mocy,Najgorętsząm odbył łaźnię«.

»Jeszcze jedno, będzie kwita:Zaraz pęknie moc czartowska! —Patrzaj, oto jest kobiéta,Moja żoneczka, Twardowska.

»Ja na rok u BelzebubaPrzyjmę za ciebie mieszkanie;Niech przez ten rok moja lubaZ tobą, jak z mężem zostanie.

»Przysiąż jej miłość, szacunek,I posłuszeństwo bez granic;Złamiesz choć jeden warunek,Już cała ugoda za nic«.

Dyabeł do niego pół ucha,Pół oka zwrócił do samki:Niby patrzy, niby słucha —Tymczasem już blizko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,Od drzwi, od okien odpycha:Czmychnąwszy dziurką od klucza,Dotąd, jak czmycha, tak czmycha.

I.»Ja umieram. — Ja nie płaczę.I wy chciejcie ulżyć sobie;Prędzej, później, legniem w grobie,Nie wrócą na świat rozpacze.»Byłem panem mnogich włości,Sławny potęgą i zbiorem;Zamki me stały otworemDla przyjaciół i dla gości,O potęgo! o człowieku!Wielkie zamki, wielkie imię,Wielkie nic! Wielkość, czczy dymie!Ja umieram w kwiecie wieku!

»Gdy za mądrości widziadłemGoniąc, zbiegam kraje cudze,Gdy wzrok nad księgami trudzę,Skarbnice nauk posiadłem:O nauki! o człowieku!Wielka mądrość, wielkie imię,Wielkie nic! Rozum, czczy dymie!Ja umieram w kwiecie wieku!»Strzegłem ustaw świętej wiaryW ducha i serca prostocie;Hojnie nagradzałem cnocie,Kościołom niosłem ofiary:O pobożności! człowieku!Święta wiaro, święte imię,Święte nic! Cnoto, czczy dymie!Ja umieram w kwiecie wieku.»Twórco, jakże igrasz srodze!Kiedy mi dasz wiek niedługi,Coż, że mi dasz wierne sługi?Czemże za wierność nagrodzę?Dasz kochankę kochankowi:Śmierć truje ślubów słodycze.I tylu przyjaciół liczę!Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!«

Tak na domowników rękuTukaj, pośród skarg i jęku,Pożegnawszy świat na wieki,Gasnące zamknął powieki.

Wtem grom łamie szczyty dachu,Zadrżały zamkowe ściany,Jakowyś starzec nieznany,Wlatuje na środek gmachu.Siwy włos okrył mu skronie,Twarz marszczkami rozorana,

Broda długa za kolana,Na kosturze wsparte dłonie.»Tukaju!« Porwał z pościeli,I wraz za sobą iść każe;Już wierzchne sale minęli,Minęli wały i straże.Idą — ciemno, deszczyk kropi:A srebrzysta twarz miesiąca,To grubawe mgły roztrąca,To się znowu we mgle topi.Idą ponad trzęskie kępy,Mijają bagna, głębinie,Hnilicy ciemnej ostępy,Kołdyczewa nurty sinie,Gdzie puszcza zarosła wkoło,Spodem czarna, zwierzchu płowa,Żwirami nasute czołoWynosi góra Żarnowa,Tam szli. Starzec kląkł na grobie,Rozwarł usta, okiem błysnął,Podniósł w górę ręce obie,Trzykroć krzyknął, trzykroć świsnął.»Tukaju, patrz, oto ścieżka!Za ścieżką chatka na bagnie,W chatce mędrzec Polel mieszka:Mędrzec mędrca wspomódz pragnie.Znana twa nauka, cnota;Znam, że Bóg węzły lubemi,Przywiązawszy cię do ziemi,Długiego nie da żywota.Ale rzucaj przestrach płony,Mych sposobów uznaj dzielność;Żyj dla sług, przyjaciół, żony,Lata, wieki, nieśmiertelność.

Ja pierwszy ziemskiemu oku,Śmiem do niej pokazać drogę;Lecz podług ustaw wyroku,Dwom tylko pokazać mogę.Wybierz drugiego człowieka,Człowieka doznanej wiary,Któremubyś w każdej probieTak zaufał, jak sam sobie.Trafisz — nieśmiertelność czeka!Chybisz — śmierć i wieczne kary!«

»Starcze! twe zjawienia wieszczeCiemna zasłona powleka,Powiedz...« — »Powiadam ci jeszcze:Wybierz drugiego człowieka.Radź się twej głowy i serca:Idzie o ciało i duszę!Wierny, albo przeniewierca,Nieśmiertelność, lub katusze!...Czy mógłbyś się zwierzyć słudze?«

Tukaj nic nie odpowiada;Bo któż zgadnie myśli cudze?Bo zbyt częsta w sługach zdrada.»Może kochance, lub żonie?«»Tak...« wtem uciął, patrzy smutnie;»Tak« rzecze, i znowu utnie.Myśli, sam się z sobą biedzi,»Tak jest, kochance... tak, żonie!«I wierzy i strach nań pada,I wątpi, i wstydem płonie;Myśli, sam się z sobą biedzi;Umyślił, już w odpowiedzi,Już... i nic nie odpowiada.»Umrzyj więc! ty śmiałeś żądać?Daj pokój żądaniom dzikim!

Ty nie masz ufności w nikim,Wartoż dłużej świat oglądać?«On myśli... »Nikogoż z wiela?Sługi, żony, przyjaciela?«On myśli... Tu, w mgnieniu oka,Czerni się niebios sklepienie,Słychać grzmienie, ziemi drżenie,Kipią bagna, lasy gorą,Niknie w płomieniach opoka,I doliny i jezioro.Śród gromów świstu i szczęku,Czy to zły duch, czy moc boża,Tukaj znalazł się śród łoża,Na swych domowników ręku.Głos tylko zagrzmiał zdaleka:»Niemasz drugiego człowieka,Któremubyś w każdej probieTak zaufał, jak sam sobie«.

II.»Ja mam, ja mam przyjaciela!«Konający Tukaj woła.Wraz uchodzi bladość z czoła,Iskrą zdrowia oko strzela;Tukaj, wydarty mogile,Wstaje, dziwią się doktory;Wstaje, chodzi o swej sile,Jakby nigdy nie był chory.A wtem na poduszce z boku,Ujrzy z wolej skóry karty,Gdzie tajemnice wyrokuPrzeklęte spisały czarty.Tukaj z ciekawością chwyta,Siada, podparł się, i czyta:

»Kiedy miesiąc na młodziku,Idź na górę do gaiku,Znajdziesz kamień, z pod kamieniaBiałego urwij korzenia.Kiedy będziesz blizki śmierci,Każ ciało posiec na ćwierci,W wodzie zgotować korzonki,Pocięte namaścić członki:Znowu się duch z ciałem zrośnie,W młodocianej wstaniesz wiośnie,I możesz skutkiem tych lekówUmierać, wstawać, wiek wieków«.

Dalej tam były przestrogi:Jak siekać głowę, jak nogi:W jakiej wodzie smażyć trunek,Po jakiej brać zioła szczypcie;Ale w końcu w post-skrypcie,Taki dodano warunek:

»Jeśli użyty ktoś drugi,Do namaszczalnej posługi,Zwiedzion przez nasze fortele,Innemu pokaże ziele,Lub w oznaczonej godzinie,Twego ciała nie namaści;Wtenczas skutek zioła zginie,Wtenczas piekło czeka waści.Jeśli na to się ośmielisz,Dla znaku, że zaszła zgoda,Nasz poseł Mefistofelisz,Do wymiany traktat poda.Ostrzegliśmy o fortelach,Strzeż się; potem próżny kweres.Dan w Erebie, w szabas rano;Własną ręką podpisano:

Tak ma stać się: Lucyferes,A za zgodność: Hadramelach«.

Tukaj trochę się zagniewał,Warunku się nie spodziewał.Brodę na ręku podpiera,Potarł czoło, skrzywił nosa,Na kontrakt spojrzał z ukosa:Tabaczki dwa razy zażył,To na ziemię spuszcza oczy,To po stolowaniu toczy.Wziął pergamin, w ręku zważył;Znowu nań zezem poziera,Znowu czytał i odczytał,Znowu zważył, znowu zmierzył,Kułakiem o stół uderzył,Westchnął, mruczał, zębem zgrzytał,Ręce nad czoło zakłada,Skoczył raptem i w zapędzieMachnął ręką: »Niech tak będzie!«Znowu umilkł, znowu siada,Znowu myśli, znowu wstaje,Znowu chodzi, znowu siada.Niech go za to nikt nie łaje,Bo z dyabłami rzecz nie lada.

Myśli: albo wieczne życie,Albo wiecznie dyabłu dusza.Nic nie mówi, myśli skrycie,Tylko trochę wargą rusza.

Nadszedł już czas odpowiedzi.Tukaj oddala się z tłumu,I do pracowni rozumuZamknąwszy się, jeden siedzi,

I tam swój traktat raz jeszcze,Nim stępel przyjęcia zyska,W surowej uwagi kleszczeBierze i porządnie ściska.Tam myśl rozmaita ściekaW jedne podobieństwa tygle;Tam jedną myśl niedościgleRóżnicy nożykiem sieka;Sieka, topi, nakształt wosku,Aż wycisnął ekstrakt wniosku.Obejrzawszy wniosek ściśle,Tak rzekł po długim namyśle:»Jakieżkolwiek to fortele,O których słyszałem z góry,Czy ich niewiele, czy wiele,Trojakiej będą natury.Chcąc kogo przywieść do zdrady,Trzeba siły, albo rady;Albo podarunkiem skusić,Albo strwożyć, albo zmusić.Toż samo krótszemi słowy,Będzie syllogizm takowy:Trojaka do zguby droga —Ciekawość, łakomstwo, trwoga.Więc kto w tym trojakim względzieTwardej nie ulegnie probie,Takiemu już można będzieUfać, jak samemu sobie«.

Tukaj, kontent z wynalazku,Szuka atramentu, piasku,Idzie kreślić pismo grzechu,Ale idzie bez pośpiechu.Już ciemno, pisać niewcześnie.W atramencie jakieś pleśnie;

Dwie świece musiał zapalać,I dwa kałamarze nalać.Coś mu zabolało w łokciu;Wziął pióro, na piórze włosek,I bardzo spisany nosek:Otrząsł, przyciął na paznogciu.Po długim względzie, rozględzie,Wreszcie pisze: niech tak będzie.Chciał dołożyć i nazwisko:Lecz nim pierwsze »T« napisał,Myślał pół godziny blizko,Głową i piórem kołysał,I nic więcej nie napisał;Tylko do pierwszej literyDodał małe kropki.... cztery.

Gdy już napisano widzi,Jeszcze patrzy, jeszcze bada;Niechaj z tego nikt nie szydzi,Bo z dyabłami rzecz nie lada.

Lecz jakże się musiał zdumieć,Gdy głoska B, w słowie będzie,Zaczęła brzęczeć i szumieć,I wzdymać wszystkie krawędzie.Kręci się, beczy, podrasta,Jak na drożdżach kawał ciasta;Dolna litery połowa,Wykurcza się w brzuch i żebra,U zwierzchniej wypukła głowa,Nakształt ogromnego cebra.Szyjka jak u osy wązka,Nosik orła, bródka kozła,A z jednej go strony końska,Z drugiej kurza łapka wiozła;

Pogląda okiem wołowem,Skrzydła nakształt młyńskich wioseł...Był to dyabeł jednem słowem,Był to Mefistofel poseł.

Jeszcze Tukaj nie mógł wiedzieć,Czy żegnać, czy prosić siedzieć,Kiedy przyskoczył zuchwalec,Porwał za maleńki palec,Zasadził nożyk pod skórkąI umoczył we krwi piórko;Piórko wścibił, ścisnął w ręku,Ręką wodzi pomaleńku,Gdy już u, k, a, j, minął,Zrobiło się całkiem Tukaj.Dyabeł świsnął, czmychnął, zginął...Terazże z nim ładu szukaj!

Zbrodnia to niesłychana:Pani zabija pana.Zabiwszy, grzebie w gaju,Na łączce przy ruczaju.Grób liliją zasiewa,Zasiewając, tak śpiewa:»Rośnij, kwiecie, wysoko,Jak pan leży głęboko;Jak pan leży głęboko,Tak ty rośnij wysoko«.

Potem cała skrwawiona,Męża zbójczyni żona,Bieży przez łąki, przez knieje,I górą i dołem i górą.Zmrok pada, wietrzyk wieje;Ciemno, wietrzno, ponuro.Wrona gdzieniegdzie kracze,I puhają puhacze.

Bieży w dół do strumyka,Gdzie stary rośnie buk,Do chatki pustelnika,Stuk-stuk, stuk-stuk!

»Kto tam?« Spadła zapora,Wychodzi starzec, świeci;Pani nakształt upioraZ krzykiem do chatki leci.Ha! ha! zsiniałe usta,Oczy przewraca w słup,Drżąca, zbladła jak chusta;»Ha! mąż, ha! trup!«

»Niewiasto, Pan Bóg z tobą!Co ciebie tutaj niesie?Wieczorną, słotną dobą,Co robisz sama w lesie?«

— »Tu za lasem, za stawem,Błyszczą mych zamków ściany,Mąż z królem BolesławemPoszedł na Kijowiany.Lato za latem bieży,Niemasz go z bojowiska,Ja młoda śród młodzieży,A droga cnoty ślizka!

Nie dochowałam wiary,Ach! biada mojej głowie!Król srogie głosi kary;Powrócili mężowie.

»Ha! ha! mąż się nie dowie!Oto krew! oto nóż!Po nim już, po nim już!Starcze, wyznałam szczerze,Ty głoś świętemi usty,Jakie mówić pacierze,Gdzie mam iść na odpusty?Ach! pójdę aż do piekła,Zniosę bicze, pochodnie,Byleby moją zbrodnięWieczysta noc powlekła«.

— »Niewiasto — rzecze stary —Więc ci nie żal rozboju,Ale tylko strach kary?Idźże sobie w pokoju,Rzuć bojaźń, rozjaśń lica,Wieczna twa tajemnica.Bo takie sądy boże,Iż co ty zrobisz skrycie,Mąż tylko wydać może,A mąż twój stracił życie«.

Pani z wyroku rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży nocą do domu,Nic nie mówiąc nikomu.Stoją dzieci przed bramą:»Mamo — wołają — mamo!A gdzie został nasz tato?«»Nieboszczyk? co? wasz tato?«

— Nie wie, co mówić na to —»Został w lesie za dworem,Powróci dziś wieczorem«.

Czekają wieczór dzieci;Czekają drugi, trzeci;Czekają tydzień cały;Nareszcie zapomniały.

Pani zapomnieć trudno;Nie wygnać z myśli grzechu.Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach uśmiechu,Nigdy snu na źrenicy!Bo często w nocnej porzeCoś stuka się na dworze,Coś chodzi po świetlicy:»Dzieci, woła, to ja to,To ja dzieci, wasz tato«.

Noc przeszła, zasnąć trudno;Nie wygnać z myśli grzechu.Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu!

»Idź, Hanko, przez dziedziniec;Słyszę tętent na moście,I kurzy się gościniec:Czy nie jadą tu goście?Idź na gościniec i w las,Czy kto nie jedzie do nas?«

— »Jadą, jadą w tę stronę,Tuman na drodze wielki,Rżą, rżą koniki wrone,Ostre błyszczą szabelki,Jadą, jadą panowie,Nieboszczyka bratowie!« —

— »A witajże, czy zdrowa?Witajże nam, bratowa.Gdzie brat?« — »Nieboszczyk bratJuż pożegnał ten świat«.— »Kiedy?« — »Dawno, rok minął,Umarł.. na wojnie zginął«.— »To kłamstwo, bądź spokojna,Już skończyła się wojna,Brat zdrowy i ochoczy,Ujrzysz go na twe oczy«.

Pani ze strachu zbladła,Zemdlała i upadła;Oczy przewraca w słup,»Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?«Powoli się ocuca;Mdlała niby z radościI pytała u gości:»Gdzie mąż, gdzie me kochanie,Kiedy przedemną stanie?

— »Powracał razem z nami,Lecz przodem chciał pośpieszyć,Nas przyjąć z rycerzami,I twoje łzy pocieszyć.Dziś, jutro, pewnie będzie,Pewnie kędyś w obłędzieUbite minął szlaki.Zaczekajmy dzień jaki,Poślemy szukać wszędzie,Dziś, jutro, pewnie będzie«.

Posłali wszędzie sługi,Czekali dzień i drugi;Gdy nic nie doczekali,Z płaczem chcą jechać daléj.

Zachodzi drogę pani:»Bracia moi kochani,Jesień zła do podróży,Wiatry, słoty i deszcze,Wszak czekaliście dłużéj,Czekajcie trochę jeszcze«.

Czekają. Przyszła zima,Brata niéma i niéma.Czekają; i myślą sobie:Może powróci z wiosną?A on już leży w grobie,A nad nim kwiatki rosną,A rosną tak wysoko,Jak on leży głęboko.I wiosnę przeczekali,I już nie jadą daléj.

Do smaku im gospoda,Bo gospodyni młoda;Że chcą jechać, udają,A tymczasem czekają,Czekają aż do lata,Zapominają brata.

Do smaku im gospoda,I gospodyni młoda;Jak dwaj u niej gościli,Tak ją dwaj polubili.Obu nadzieja łechce,Obadwaj zjęci trwogą,Żyć bez niej żaden nie chce,Żyć z nią obaj nie mogą.Wreszcie na jedno zdani,Idą razem do pani.

— »Słuchaj, pani bratowo,Przyjm dobrze nasze słowo:My tu próżno siedzimy,Brata nie zobaczymy.Ty jeszcze jesteś młoda,Młodości twojej szkoda,Nie wiąż dla siebie świata,Wybierz brata za brata«.

To rzekli i stanęli.Gniew ich i zazdrość piecze,Ten, to ów okiem strzeli,Ten, to ów słówko rzecze;Usta sine przycięli,W ręku ściskają miecze.

Pani ich widzi w gniewie,Co mówić, sama nie wie.Prosi o chwilkę czasu,Bieży zaraz do lasu.Bieży w dół do strumyka,Gdzie stary rośnie buk,Do chatki pustelnika,Stuk-stuk, stuk-stuk!Całą mu rzecz wykłada,Pyta się, co za rada?

»Ach, jak pogodzić braci?Chcą mojej ręki oba;Ten i ten się podoba,Lecz kto weźmie? kto straci?Ja mam maleńkie dziatki;I wioski i dostatki;Dostatek się zmitręża,Gdy zostałam bez męża.

Lecz ach! nie dla mnie szczęście!Nie dla mnie już zamęście!Boża nademną kara,Ściga mnie nocna mara;Zaledwie przymknę oczy,Traf, traf! klamka odskoczy;Budzę się: widzę, słyszę,Jak idzie i jak dysze,Jak dysze i jak tupa,Ach widzę, słyszę trupa!Skrzyp, skrzyp, i już nad łożemSkrwawionym sięga nożem,I iskry z gęby sypie,I ciągnie mię i szczypie.Ach! dosyć, dosyć strachu,Nie siedzieć mnie w tym gmachu,Nie dla mnie świat i szczęście,Nie dla mnie już zamęście!«

— »Córko — rzecze jej stary —Niemasz zbrodni bez kary,Lecz jeśli szczera skrucha,Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.Znam ja tajnie wyroku,Miłą ci rzecz obwieszczę:Ja go wskrzeszę dziś jeszcze«.

— »Co, co? jak, jak? mój ojcze!Nie czas już, ach nie czas!To żelazo zabojczeNa wieki dzieli nas!Ach znam, żem warta kary,I zniosę wszelkie kary,Byle się pozbyć mary.Zrzekę się mego zbioru,I pójdę do klasztoru,

I pójdę w ciemny las.Nie, nie wskrzeszaj, mój ojcze!Nie czas już, ach nie czas!To żelazo zabojczeNa wieki dzieli nas!«

Starzec westchnął głębokoI łzami zalał oko,Oblicze skrył w zasłonie,Drżące załamał dłonie:

— »Idź za mąż, póki pora,Nie lękaj się upiora.Martwy się nie ocuci,Twarda wieczności brama;I mąż twój nie powróci,Chyba zawołasz sama«.

— »Lecz jak pogodzić braci?Kto weźmie, a kto straci?«— »Najlepsza będzie droga,Zdać się na los i Boga.Niechajże z ranną rosąPójdą i kwiecie zniosą.Niech każdy weźmie kwiecie,I wianek tobie splecie,I niechaj doda znaki,Żeby poznać czyj jaki,I pójdzie w kościół boży,I na ołtarzu złoży:Czyj pierwszy weźmiesz wianek,Ten mąż twój, ten kochanek«.

Pani, z przestrogi rada,Już do małżeństwa skora,Nie boi się upiora;Bo w myśli swej układa,

Nigdy, w żadnej potrzebie,Nie wołać go do siebie.I z tych układów rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży prosto do domu,Nic nie mówiąc nikomu.Bieży przez łąki, przez gaje,I bieży i staje,I staje i myśli i słucha:Zda się, że ją ktoś goni,I że coś szepce do niéj,Wokoło ciemność głucha:»To ja, twój mąż, twój mąż!«

I staje i myśli i słucha;Słucha, zrywa się, bieży,Włos się na głowie jeży,W tył obejrzeć się lęka,Coś wciąż po krzakach stęka,Echo powtarza wciąż:»To ja, twój mąż, twój mąż!

Lecz zbliża się niedziela,Zbliża się czas wesela.Zaledwie słońce wschodzi,Wybiegają dwaj młodzi.Pani, śród dziewic gronaDo ślubu prowadzona,Wystąpi śród kościołaI bierze pierwszy wianek,Obnosi go dokoła:»Oto w wieńcu lilije,Ach! czyjeż to są, czyje?Kto mój mąż, kto kochanek?«

Wybiega starszy brat,Radość na licach płonie,Skacze i klaszcze w dłonie:— »Tyś moja! mój to kwiat!Między liliji kręgi,Uplotłem wstążek zwój:To znak, to moje wstęgi!To mój, to mój, to mój!«

»Kłamstwo! — drugi zawoła —Wyjdźcie tylko z kościoła,Miejsce widzieć możecie,Kędy rwałem to kwiecie.Rwałem na łączce, w gaju,Na grobie, przy ruczaju,Okażę grób i zdrój"To mój, to mój, to mój!«

Kłócą się źli młodzieńce,Ten mówi, ten zaprzecza;Dobyli z pochew miecza,Wszczyna się srogi bój,Szarpią do siebie wieńce:»To mój, to mój, to mój!«

Wtem drzwi kościoła trzasły,Wiatr zawiał, świece zgasły.Wchodzi osoba w bieli:Znany chód, znana zbroja...Staje, wszyscy zadrżeli,Staje, patrzy ukosem,Podziemnym woła głosem:»Mój wieniec i ty moja!Kwiat na mym rwany grobie:Mnie, księże, stułą wiąż;

Zła żono, biada tobie!To ja, twój mąż, twój mąż!Źli bracia! biada obu!Zawieście krwawy bój!To ja, twój mąż, wasz brat,Wy moi, wieniec mój,Dalej na tamten świat!«

Wstrzęsła się cerkwi posada,Z zrębu wysuwa się zrąb,Sklep trzeszczy, w głąb zapada,Cerkiew zapada w głąb.Ziemia ją z wierzchu kryje,Na niej rosną lilije,A rosną tak wysoko,Jak pan leżał głęboko.

Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,Z siwą aż do pasa brodą?Dwaj go chłopczyki pod rękę wiodą,Wiodą mimo naszej niwy.

Starzec na lirze brząka i nuci,Chłopcy dmą w dudeczki z piórek.Zawołam starca, niech się zawróciI przyjdzie pod ten pagórek.

»Zawróć się, starcze, tu na igrzyko,igrzysko,Tu się po siewbie weselim;Co nam dał Pan Bóg, tem się podzielim,I do wsi na noc stąd blizko«.

Posłuchał, przyszedł, skłonił się nizkoI usiadł sobie pod miedzą;Przy nim po bokach chłopczyki siedzą,Patrząc na wiejskie igrzysko.

Tu brzmią piszczałki, biją bębenki,Płoną stosy suchych drewek;Piją staruszki, skaczą panienki,Obchodząc święto dosiewek.

Milczą piszczałki, głuchną bębenki,Porzuca ogień gromadka;Biegą staruszki, biegą panienki,Biegą do dudarza dziadka.

»Witaj, dudarzu, witamy radzi,W wesołej przychodzisz dobie;Pewnie z daleka Pan Bóg prowadzi,Pogrzej się i spocznij sobie«.

Wiodą, gdzie ogień, gdzie stół z murawy,Sadzą dudarza pośrodku:»Może pozwolisz na trochę strawy,Albo na szklaneczkę miodku?

»Widzim i lirę, widzim piszczałki:Zagraj co nam samotrzeci;Napełnim za to tłomok, kobiałki,I będziem wdzięczni waszeci«.

»No, stójcież cicho — rzekł do gromadki —Cicho — powtarza, w dłoń klaska —Jeżeli chcecie, zagram wam, dziatki,A cóż wam zagrać?« — »Co łaska«.

Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,Miodem pierś starą zagrzewa:Mrugnął na chłopców, ci dudki biorą;Brząknął, nastroił i śpiewa:

»Idę ja Niemnem, jak Niemen długi,Od wioseczki do wioseczki,Z borku do borku, z smugów na smugi,Śpiewając moje piosneczki.

»Wszyscy się zbiegli, wszyscy słuchali,Ale nikt mię nie rozumie!Ja łzy ocieram, westchnienia tłumię,I idę dalej a daléj.

»Kto mię zrozumie, ten się użali,I w białe uderzy dłonie;Uroni łezkę, i ja uronię,Ale już nie pójdę daléj«.

A wtem grać przestał. Nim znowu zacznie,Przelotem spojrzał po błoniu:Lecz w jedną stronę spoziera bacznie;Któż tam stoi na ustroniu?

Stała pasterka i plotła wieniec,To uplecie, to rozplecie;A obok przy niej stoi młodzieniec,I splecione przyjął kwiecie.

Spokojność duszy z jej widać czoła,Ku ziemi spuszczone oko;Nie była smutna, ani wesoła,Tylko coś myśli głęboko.

Jak puszkiem chwieje trawka zielona,Choć wiatr przestanie oddychać:Tak się na piersiach chwieje zasłona,Chociaż westchnienia nie słychać.

Wtem z piersi listek zżółkły odepnie,Listek nieznanego drzewa;Spojrzy nań, rzuci i z cicha szepnie,Jakby się na listek gniewa.

Odwraca głowę, odeszła nieco,Podniosła w niebo źrenice;Nagle na oczach łezki zaświecąI róż wystąpił na lice.

A dudarz milczy, brząka powoli,A wzrok utopił w pasterce,Utopił w licu, lecz wzrok sokoliZdał się przedzierać aż w serce.

Znowu wziął lirę i spory dzbanek,Miodem pierś starą zagrzewa,Skinął na chłopców; ci do multanek;Brząknął, nastroił i śpiewa:

»Komu ślubny splatasz wieniec,Z róż, liliji i tymianka?Ach, jak szczęśliwy młodzieniec,Komu ślubny splatasz wieniec!

»Pewnie dla twego kochanka?Wydają łzy i rumieniec!...Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, liliji i tymianka?

»Jednemu oddajesz wieniec,Z róż, liliji i tymianka;Kocha cię drugi młodzieniec:Ty jednemu oddasz wieniec.

»Zostawże łzy i rumieniec,Dla nieszczęsnego kochanka,Gdy szczęśliwy bierze wieniecZ róż, liliji i tymianka«.

Na to szmer powstał; różne pogłoskiPomiędzy ciżbą przytomną:Tę piosnkę śpiewał ktoś z naszej wioski:Lecz kto i kiedy — nie pomną.

Starzec ucisza, podnosi rękę:»Słuchajcie dzieci — zawoła —Powiem, od kogo mam tę piosenkę,Może on był z tego sioła.

»Kiedym, wędrując przez kraje cudze,Królewiec zwiedził przechodem,Wtenczas przypłynął z Litwy na strudzePasterz jakiś, z tych stron rodem.

»Smutny był bardzo, ale przyczynySmutku nie mówił nikomu.Odbił się potem od swej drużynyI nie powrócił do domu.

Często widziałem, gdy świecą zorza,Czyli księżyc w pełnym blasku,Jak on po błoniach, albo u morzaPo nadbrzeżnym błądził piasku.

»Pośród skał nieraz, podobny skale,Na deszczu, wietrze i chłodzie,Odludny dumał, wiatrom swe żale,A łzy powierzając wodzie.

»Szedłem ku niemu: spozierał smutnie,Ale odemnie nie stronił;Jam, nic nie mówiąc, nastroił lutnię,Zaśpiewał, w struny zadzwonił.

»Łzy mu się rzucą; lecz skinął czołem,Że się to granie podoba:Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłem,I zapłakaliśmy oba.

»Poznaliśmy się lepiej nawzajem,I byliśmy przyjaciele.On zawsze milczał swoim zwyczajem,I ja mówiłem niewiele.

»Potem, gdy troską strawiony długą,Już nie mógł rady dać sobie;Ja towarzyszem, ja byłem sługą,Jam go pilnował w chorobie.

»Nędzny w mych oczach gasnął powoli,Raz mię przywołał do łoża:»Czuję, rzekł, blizki koniec niedoli,Niech się spełni wola boża.

Zgrzeszyłem tylko, że moje lata»Tak się nadaremnie starły:»Ale bez żalu schodzę ze świata,»Dawno już na nim umarły.

»Kiedy mię skał tych dzikich zakątek,»Ukrył przed gminu obliczem,»Odtąd już dla mnie świat ten był niczem;»Żyłem na świecie pamiątek.

»Ty, coś mi wiernym został do grobu,— »Kończył, ściskając za ręce —»Nagrodzić tobie nie mam sposobu,»Wszakże to, co mam, poświęcę.

»Znasz piosnkę, którąm po tyle razy»Śpiewał, płacząc nad mym losem;»Pomnisz zapewne wszystkie wyrazy,»I wiesz, jakim śpiewać głosem.

»Mam jeszcze z bladych włosów zawiązkęI zeschły cyprysu listek:»Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,»To mój na ziemi skarb wszystek.

»Idź, może znajdziesz nad brzegiem Niemna,»Tę, której już nie obaczę;»Może jej piosnka będzie przyjemna,»Może nad listkiem zapłacze.

»Nagrodzi starca, do domu przyjmie,»Powiedz...« Wtem oko ściemniało,A w ustach Panny Najświętszej imięWpół wymówione zostało.

»Silił się jeszcze i w samym skonieNapróżno coś wyrzec żądał;Wskazał ku sercu i ku tej stronie,Na którą żyjąc poglądał«.

Tu przerwał dudarz, i szukał okiem,Dostając listek z papierka:Lecz już nie była między natłokiemTa, której szukał — pasterka.

Zdaleka tylko poznał sukienkę,Bo w chustce skryła twarz boską;Jakiś młodzieniec wiódł ją pod rękę;Już ich nie widać za wioską.

Przybiegła zgraja, gdzie starzec siedział:»Co to jest?« wszyscy pytają...On nic nie wiedział — może i wiedział,Ale nie mówił przed zgrają.

On wojuje — rok upłynął,On nie wraca — może zginął.Panno, szkoda młodych lat,Od książęcia jedzie swat.

Książę ucztuje we dworze,A panna płacze w komorze.

Jej źrenice, błyskawice,Dziś jak dwie mętne krynice;Jej lica, pełnia księżyca,Dziś nikną jak księżyc w nowiu;Biada wdziękom, biada zdrowiu!

Matka troszczy się i biedzi;Książę dał na zapowiedzi.

Swadźba jedzie szumnie, tłumnie.»Nie powiozą do ołtarza,Powiozą mnie do cmentarza,A pościelą chyba w trumnie!Ja umrę, gdy on nie żyje,Ciebie, matko, żal zabije«.

Ksiądz w konfesyonale siedzi:»Czas, o córko, do spowiedzi«.

Przyszła kuma, wiedźma stara:»Wypędź księdza, wypędź klechę!Bóg i wiara — sen i mara!Kuma w biedzie ma pociechę,Kuma stara umie wiele,Ma kwiat-paproć i car-ziele,A ty masz kochanka dary,Przyszłam zrobić możne czary!

»Włosy jego w węża splącz,Dwie obrączki razem złącz,Z lewej ręki krwi usącz,A na węża będziem kląć,W dwie obrączki będziem dąć;Musi przyjść i ciebie wziąć«.

Panna grzeszy — jeździec śpieszy,Klęto ducha — klątwy słucha;Już odemknął zimny gmach:Panno, panno, czy nie strach?

Ucichł, usnął dzwon zamkowy;Panna czuwa. Na zegarzeBije północ, milczą straże.Panna słyszy — dźwięk podkowy;Brytan, jakby głosu nie miał,Zawył z cicha i oniemiał.

Skrzypnęły dolne podwoje,Stąpa ktoś w przysionkach długich,I otwiera się drzwi troje,Troje drzwi jedne po drugich.Wchodzi jeździec cały w bieliI usiada na pościeli.

Słodko, prędko czas ucieka.Wtem koń zarżał, jękła sowa,Zegar wybił: »Bywaj zdrowa,Koń mój zarżał, koń mój czeka;Albo wstawaj, na koń siądźI na wieki moją bądź«.

Miesiąc świeci, jeździec leciPo zaroślach i po krzach:Panno, panno, czy nie strach?

Rumak polem jak wiatr niesie,Niesie lasem. Głucho w lesie;Tu i owdzie wystraszonaW suchej jodle kracze wrona,Po łozach wilcze źreniceMigają się jako świéce.

»W cwał, mój koniu, w cwał!Miesiąc na dół schodzi z chmur:A nim zejdzie miesiąc z chmurMamy sadzić dziesięć skał,Dziesięć rzek i dziewięć gór;Za godzinę pieje kur«.

»Gdzie mnie wieziesz?« — »Gdzie? do domu!Dom mój na górze Mendoga,W dzień otwarta wszystkim droga,W nocy jeździm pokryjomu«.— »Czy masz zamek?« — »Tak jest, zamek,I zamczysty, choć bez klamek...«

— »Mój kochanku, konia wstrzymaj,Ledwie dosiedzę na łęku«.— »Moja luba, siodła imajPrawą ręką... co masz w ręku?Czy to worek do roboty?«— »Nie, to jest Ołtarzyk Złoty...«

— »Nie czas wstrzymać! Pogoń bieży.Słyszysz pogoń? tętnią błonia;Już przed koniem przepaść leży;Rzucaj książkę, puszczam konia!...«

Koń, jak gdyby zbył ciężaru,Przemknął dziesięć sążni jaru.

Lecą bagnem przez manowiec,Pusto wkoło. Błędny ognikTuż przed nimi, jak przewodnik,Od grobowca na grobowiecPrzelatuje; gdzie przeleci,Ślad błękitny za nim świeci,A tym śladem jeździec leci.

— »Mój kochanku, co za droga!Tu nie znać śladu człowieka...«— »Dobra droga, kiedy trwoga,Krzywo jedzie, kto ucieka!Śladów niemasz do mych włości,Bo nie wpuszczam pieszych gości.Bogatego wiozą cugi,Ubogiego niosą sługi.

»W cwał, mój koniu, koniu w cwał!Błyska zorza z wschodnich stron,Za godzinę bije dzwon:Nim uderzy ranny dzwon,Mamy sadzić parę skał,Parę rzek i parę gór;Za godzinę drugi kur«.

— »Mój kochanku, wstrzymaj wodze!Koń się lęka, bokiem sadzi,Pełno skał i drzew na drodze,Koń o drzewo się zawadzi«.— »Moja luba, jakie sznurkiJakie wiszą tam kieszonki?...«— »Mój kochanku, to paciorki,To szkaplerze i koronki...«

— »Sznur przeklęty, sznur znienackaRumakowi miga w oczy!Patrz, jak zadrżał, bokiem skoczy...Moja luba, rzuć te cacka!«

Koń, jak gdyby pozbył trwogi,Ubiegł prosto pięć mil drogi.

— »Co tu za cmentarz, mój miły?«— »To mur, co mych zamków strzeże«.— »A te krzyże, te mogiły?«— »To nie krzyże, to są wieże...Mur przeskoczym, przejdziem progi:Tu na wieki koniec drogi«.

— »Stój, mój koniu, koniu stój,Przebyłeś, nim zapiał kur,Tyle rzek i skał i gór:A tuś zadrżał, koniu mój?Wiem ja, koniu, czego drżysz:Mnie i tobie boli krzyż«.

— »Czegoś stanął, mój kochanku?Zimna rosa mię spłukała,Zimno wieje wiatr poranku,Okryj płaszczem, bo drżę cała«.— »Moja luba, przytul skronie,Na twych piersiach głowę złożę,Głowa moja ogniem płonieI kamienie ogrzać może...

— »Jaki masz tam ćwiek ze stali?«— »To krzyżyk, co matka dała«.— »Ten krzyżyk ostry jak strzała!Twarz mi rani, skronie pali!Precz mi z tym ćwiekiem ze stali!«

Krzyż na ziemię padł i zniknął...Jeździec pannę w poły ścisnął,Z oczu i ust ogniem błysnął;Rumak ludzkim śmiechem ryknął.Przeskoczyli cwałem mury,Biją dzwony, pieją kury,Nim ksiądz przyszedł na mszę ranną,Zniknął koń z jeźdźcem i panną.

Na cmentarzu cisza była,Stoją krzyże, głazy leżą:Jedna bez krzyża mogiłaI ziemia ruszona świeżo.

Ksiądz nad grobem długo stał,I mszę za dwie dusze miał.

I.

Co się niedawno stało w Iranie,Opowiem światu całemu.Na kaszemirskim usiadł dywanieBasza pośrodku haremu.

Pieją Greczynki, pieją Czerkieski,Pląsają branki Kirgisa;U tych w źrenicach szafir niebieski,U tamtych cienie Eblisa.

Basza nie widzi, basza nie słucha;Turban zawiesił nad okiem,Drzemie i dymy ciągnąc z cybucha,Okrył się wonnym obłokiem.

Wtem u wrót szczęścia hałas się wzmaga,Rozstąpiły się sług rzędy;Nieznaną brankę wiódł kizlar-aga,Skłonił się i rzekł: »Effendy!

»Którego jasność takiej jest mocyMiędzy gwiazdami dywanu,Jak śród brylantów na szatach nocyOgnisko Aldebaranu!

»Racz ku mnie błysnąć, gwiazdo dywanu!Bom dobrych nowin tłomaczem:Oto służebny wiatr z LechistanuDarzy cię nowym haraczem.

»Padyszach niema takiej krzewinyW sadzie rozkoszy w Stambule;Ona jest rodem z zimnej krainy,Którą wspominasz tak czule«.

Tu gazę, co jej wdzięki przygasza,Odsłonił — cały dwór klasnął;Spojrzał raz na nią trzytulny basza,Wypuścił cybuch i zasnął.

Chyli się na bok, turban mu spada,Biegą przebudzić — o dziwy!Usta zsiniałe, twarz śmiercią blada,Basza-renegat nieżywy!

II.

»O, dziwy, zgroza! — wołają jańczaryI mędrce w prawie ćwiczeni —Tę Nazaretkę, za okropne czary,Zakopiem w stosie kamieni.

»Owoż to Hassan, ów renegat-basza,Sroższy nad lwa i tygrysa,Co go nie tknęła żadna dziewa naszaNi Dżurdżystanu hurysa;

»On gdy hanowi na srebrny półmisekRzucił łeb księcia Iflaku,Wdzięczny mu hagan dziesięć odalisekZ własnego przysłał orszaku.

»Wszystkiemi wzgardził! Teraz go zabijaPostać lękliwej gazeli;Jako motyla lada modra żmijaPromieniem oczu zastrzeli.

Niechże tę żmiję bej, na pastwę czerni,Z warownej straży przywiedzie!Już od godziny zebrali się wierni,I kady z miasta już jedzie...«

Przyjechał kady, zbierają kamienie,Czekają — próżna nadzieja!Bej nie przychodzi, odbite więzienie:Ani dziewicy, ni beja!...

Z ogrodowej altany, wojewoda zdyszany,Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,Pojrzał, zadrżał: nie znalazł nikogo.

Wzrok opuścił ku ziemi, i rękami drżącemiSiwe wąsy pokręca i duma.Wzrok od łoża odwrócił, w tył wyloty zarzucił,I zawołał kozaka Nauma.

»Hej kozaku, ty chamie, czemu w sadzie przy bramie,Nie ma nocą ni psa, ni pachołka?...Weź mi torbę borsuczą, i janczarkę hajduczą,I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka«.

Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,Kędy szpaler altanę obrasta.Na darniowem siedzeniu coś bieleje się w cieniu:To siedziała w bieliźnie niewiasta.

Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy,I pierś kryła pod rąbek bielizny;Drugą ręką od łona odpychała ramionaKlęczącego u kolan mężczyzny.

Ten ściskając kolana, mówił do niej: »Kochana!Więc już wszystko, jam wszystko utracił!Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia,Wojewoda już z góry zapłacił.

»Ja, choć z takim zapałem tyle lat cię kochałem,Będę kochał i jęczał daleki;On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,Tyś mu wszystko przedała na wieki.

»Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,Stary łeb na twem łonie kołysał,I z twych ustek różanych i z twych liców rumianych,Mnie wzbronione słodycze wysysał.

Ja na wiernym koniku przy księżyca promyku,Biegę tutaj przez chłody i słoty,Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniemDobrej nocy i długiej pieszczoty...«

Ona jeszcze nie słucha; on jej szepce do uchaNowe skargi, czy nowe zaklęcia:Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramiona,I schyliła się w jego objęcia.

Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem,I dobyli z za pasa naboje;I odcięli zębami, i przybili stęflamiProchu garść i grankulek we dwoje.

»Panie! — kozak powiada — jakiś bies mię napada,Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;Gdym półkurcze odwodził, zimny dreszcz mię przechodził,I stoczyła się łza do panewki«.

»Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;Podsyp zapał, a żywo zczyść paznogciem krzesiwo,Potem palnij w twój łeb, lub w tę dziewkę.

»Wyżej... w prawo... pomału... czekaj mego wystrzału:Pierwej musi w łeb dostać pan młody...«Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzelił,I ugodził w sam łeb — wojewody.

Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,Na dziedziniec przyzywa i rzecze:»Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,A wyostrzcie i groty i miecze.

»Bo mówiono mi w Wilnie, że otrąbią niemylnieTrzy wyprawy na świata trzy strony:Olgierd ruskie posady, Skirgiełł Lachy sąsiady,A ksiądz Kiejstut napadnie Teutony.

»Wyście krzepcy i zdrowi: jedźcie służyć krajowi,Niech litewskie prowadzą was bogi!Tego roku nie jadę, lecz jadącym dam radę:Trzej jesteście i macie trzy drogi.

»Jeden z waszych biedz musi za Olgierdem ku RusiPonad Ilmen, pod mur Nowogrodu;Tam sobole ogony i srebrzyste zasłony,I u kupców tam dziengi jak lodu.

»Niech zaciągnie się drugi w księdza Kiejstuta cugi,Niechaj tępi krzyżaki psubraty;Tam bursztynów jak piasku, sukna cudnego blasku,I kapłańskie w brylantach ornaty.

Za Za Skirgiełłem niech trzeci poza Niemen przeleci,Nędzne znajdzie tam sprzęty domowe:Ale zato wybierze dobre szable, puklerze,I mnie stamtąd przywiezie synowę.

»Bo nad wszystkich ziem branki, milsze Laszki kochanki:Wesolutkie jak młode koteczki,Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka,Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.

»Stamtąd ja przed półwiekem, gdym był młodym człowiekiem,Laszkę sobie przywiozłem za żonę:A choć ona już w grobie, jeszcze dotąd ją sobiePrzypominam, gdy spojrzę w tę stronę«.

Taką dawszy przestrogę, błogosławił na drogę;Oni wsiedli, broń wzięli, pobiegli.Idzie jesień i zima, synów niéma i niéma,Budrys myślał, że w boju polegli.

Po śnieżystej zamieci, do wsi zbrojny mąż leci,A pod burką wielkiego coś chowa.»Ej to kubeł, w tym kuble nowogrodzkie są ruble?«— »Nie, mój ojcze, to Laszka synowa!«

Po śnieżystej zamieci, do wsi zbrojny mąż leci,A pod burką wielkiego coś chowa.»Pewnie z Niemiec, mój synu, wieziesz kubeł bursztynu?«— »Nie, mój ojcze, to Laszka synowa!«

Po śnieżystej zamieci, do wsi jedzie mąż trzeci,Burka pełna, zdobyczy tam wiele:Lecz nim zdobycz pokazał, stary Budrys już kazałProsić gości na trzecie wesele.

Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki,Że za trzewik dziewczynie swawolnejCzęsto służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny,Kwiat nie większy od lilii polnej.

Lauro! czyliż te piękne wieków naszych lataJeszcze się kiedy twojej malują pamięci?Kiedyśmy sami tylko i sobą zajęciDbać nie chcieli o resztę obcego nam świata.

Chłodnik, co się zielonym jaśminem wyplata,Strumień, co z miłym szmerem po łące się kręci:Tam nas często, wzajemne tłomaczących chęci,Późnej nocy miłosna osłoniła szata.

A księżyc z pod bladego wyjrzawszy obłoku,Śnieżne piersi i złote rozświecał pierścienie,Boskiego wdziękom twoim przydając uroku.

Wtenczas serca porywa słodkie zachwycenie,Usta się spotykają, oko ginie w oku,Łza ze łzą i z westchnieniem miesza się westchnienie!...

Ledwiem ciebie zobaczył, jużem się zapłonił,W nieznanem oku dawnej znajomości pytał;I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwitał,Jak z róży, której piersi zaranek odsłonił.

Ledwieś piosnkę zaczęła, jużem łzy uronił;Twój głos wnikał do serca i za duszę chwytał;Zdało się, że ją anioł po imieniu witał,I w zegar niebios chwilę zbawienia zadzwonił.

O luba! niech twe oczy przyznać się nie boją!Jeśli cię mem spojrzeniem, jeśli głosem wzruszę,Nie dbam, że los i ludzie przeciwko nam stoją,

Że uciekać i kochać bez nadziei muszę!Niech ślub ziemski innego darzy ręką twoją,Tylko wyznaj, że Bóg mi poślubił twą duszę!...

Mówię z sobą, z drugimi plączę się w rozmowie;Serce bije gwałtownie, oddechem nie władnę;Iskry czuję w źrenicach, a na twarzy bladnę;Niejeden z obcych głośno pyta o me zdrowie,

Albo o mym rozumie coś na ucho powie.Tak cały dzień przemęczę; gdy na łoże padnęW nadziei, że snem chwilę cierpieniom ukradnę,Serce ogniste mary zapala w mej głowie.

Zrywam się, biegę, składam na pamięć wyrazy,Którymi mam złorzeczyć okrucieństwu twemu,Składane, zapomniane, po milijon razy...

Ale gdy ciebie ujrzę, nie pojmuję, czemuZnowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy,Aby goreć na nowo, milczeć po dawnemu...

Nieuczona twa postać, niewymyślne słowa,Ani lice, ni oko nad inne nie błyska:A każdy rad cię ujrzeć, rad posłyszeć zblizka.Choć w ubraniu pasterki, widno, żeś królowa.

Wczora brzmiały i pieśni i głośna rozmowa;Pytano się o twoich rówiennic nazwiska;Ten im pochwały sypie, inny żarty ciska:Ty weszłaś — każdy święte milczenie zachowa.

Tak śród uczty, gdy śpiewak do chóru wyzywał,Gdy koła tańcujące wiły się po sali:Nagle staną i zmilkną; każdy zapytywał,

Nikt nie wiedział, dlaczego w zadumieniu stali.»Ja wiem, rzecze poeta, anioł przelatywał«.Uczcili wszyscy gościa — nie wszyscy poznali.

»Tyżeś to! i tak późno?« — »Błędną miałem drogę,Śród lasów, przy niepewnym księżyca promyku.Tęskniłaś? myślisz o mnie?« — »Luby niewdzięczniku!Pytaj się, czy ja myśleć o czem innem mogę?«

— »Pozwól uścisnąć dłonie, ucałować nogę.Ty drżysz! czego?« — »Ja nie wiem. Błądząc po gaiku,Lękam się szmeru liścia, nocnych ptaków krzyku:Ach! musimy być winni, kiedy czujem trwogę!«

— »Spojrzyj mi w oczy, w czoło: nigdy z takiem czołemNie idzie zbrodnia, trwoga nie patrzy tak śmiele.Przebóg! jesteśmyż winni, że siedzimy społem?

»Wszak siedzę tak daleko, mówię tak niewiele,I zabawiam się z tobą, mój ziemski aniele!Jak gdybyś już niebieskim stała się aniołem«.

Potępi nas świętoszek, rozpustnik wyśmieje,Że chociaż samotnemi otoczeni ściany,Chociaż ona tak młoda, ja tak zakochany,Przecież ja oczy spuszczam, a ona łzy leje.

Ja bronię się ponętom; ona i nadziejeChce odstraszyć, co chwila brząkając kajdany,Którymi ręce związał nam los opłakany.Nie wiemy sami, co się w sercach naszych dzieje.

Jestże to ból lub rozkosz? Gdy czuję ściśnieniaTwych dłoni, kiedy z ustek zachwycę płomienia:Luba! czyż mogę temu dać imię cierpienia?

Ale kiedy się łzami nasze lica zroszą,Gdy się ostatki życia w westchnieniach unoszą:Luba! czyliż to mogę nazywać rozkoszą?

Słońce błyszczy na wschodzie w chmur ognistych wianku,A na zachodzie księżyc blade lice mroczy,Róża za słońcem pączki rozwinione toczy,Fiołek klęczy zgięty pod kroplami ranku.

Laura błysnęła w oknie. Ukląkłem na ganku;Ona, muskając sploty swych złotych warkoczy:»Czemu, rzekła, tak rano smutne macie oczy,I miesiąc, i fijołek, i ty, mój kochanku?«

W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem:Wraca księżyc, twarz jego pełna i rumiana,Fijołek podniósł listki, orzeźwione mrokiem;

Znowu stanęła w oknie moja ukochana,W piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem;Znowu u nóg jej klęczę — tak smutny jak zrana.

Niemnie, domowa rzeko moja! Gdzie są wodyKtóre niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,Na których potem w dzikie pływałem ustronie,Sercu niespokojnemu szukając ochłody?

Tu Laura, patrząc z chlubą na cień swej urody,Lubiła włos zaplatać i zakwiecać skronie;Tu obraz jej, malowny w srebrnej fali łonie,Łzami nieraz mąciłem zapaleniec młody.

Niemnie, domowa rzeko! Gdzie są tamte zdroje,A z nimi tyle szczęścia, nadziei tak wiele?Kędy jest miłe latek dziecinnych wesele?

Gdzie milsze burzliwego wieku niepokoje?Kędy jest Laura moja? gdzie są przyjaciele?...Wszystko przeszło — a czemuż nie przejdą łzy moje!

Widziałem, jak dzień cały, pośród letniej spieki,Błąkał się strzelec młody. Stanął nad strumieniem,Długo poglądał wkoło i rzecze z westchnieniem:»Chcę ją widzieć, nim kraj ten opuszczę na wieki;

»Chcę widzieć niewidziany«. Wtem leci z za rzekiKonna łowczyni, strojna Dyany odzieniem;Wstrzymuje konia, zwraca się wejrzeniem;Zapewne jechał za nią towarzysz daleki.

Strzelec cofnął się, zadrżał, i oczy KaimaZataczając po drodze, gorzko się uśmiechał,Drżącą ręką broń nabił, dąsa się i zżyma;

Odszedł nieco, jakoby swej myśli zaniechał.Wtem dojrzał mgłę kurzawy, wzniesioną broń trzyma,Bierze na cel, mgła bliżej — lecz nikt nie nadjechał.

Nieszczęśliwy, kto próżno o wzajemność woła;Nieszczęśliwszy jest, kogo próżne serce nudzi:Lecz ten u mnie ze wszystkich nieszczęśliwszy ludzi,Kto nie kocha, że kochał, zapomnieć nie zdoła.

Widząc jaskrawe oczy i bezwstydne czoła,Pamiątkami zatruwa rozkosz, co go łudzi;A jeśli wdzięk i cnota czucie w nim obudzi,Nie śmie z przekwitłem sercem iść do stóp anioła.

Albo drugimi gardzi, albo siebie wini:Minie ziemiankę, z drogi ustąpi bogini,A na obydwie patrząc, żegna się z nadzieją;

I serce ma podobne do dawnej świątyni,Spustoszałej niepogód i czasów koleją,Gdzie bóstwo nie chce mieszkać, a ludzie nie śmieją.

Patrzysz mi w oczy, wzdychasz; zgubna twa prostota!Lękaj się jadu, który w oczach żmii płonie;Uciekaj, nim cię oddech zatruty owionie,Jeśli nie chcesz kląć reszty twojego żywota.

Szczerość, jeszcze mi jedna pozostała cnota:Wiedz, że niegodny ogień zapalasz w mem łonie;Lecz umiem żyć samotny: i pocóż przy zgonieMa się wikłać w me losy niewinna istota?

Lubię rozkosz, lecz zwodzić nadto jestem dumny.Tyś dziecko, mnie namiętne przepaliły bole;Tyś szczęśliwa, twe miejsce w biesiadników kole:

Moje, gdzie są przeszłości cmentarze i trumny...Młody bluszczu, zielone obwijaj topole,Zostaw cierniom grobowe otaczać kolumny.

Poezyo! gdzie cudny pędzel twojej ręki?...Gdy chcę malować — za cóż myśli i natchnieniaWyglądają z wyrazów jak z za krat więzienia,Kryjących i szpecących tak ubogie wdzięki?

Poezyo! gdzie twoje melodyjne dźwięki?Śpiewam — ona mojego nie usłyszy pienia:Jako słowik, król śpiewu, nie słyszy strumienia,Który w podziemnej głębi rozwodzi swe jęki.

Nietylko dźwięk i kolor — aniołowie myśli —Lecz i pióro, roboczy niewolnik poety,Na cudzej ziemi nie zna praw dawnego pana,

I zamiast pieśni, znaki niepojęte kréśli:Muzyczne znaki pieśni... Lecz ta pieśń, niestety,Nigdy jej miłym głosem nie będzie śpiewana!...

Pierwszy raz jam niewolnik z mojej rad niewoli;Patrzę na ciebie, z czoła nie znika pogoda;Myślę o tobie, z myśli nie znika swoboda;Kocham ciebie, a przecież serce mię nie boli.

Nieraz brałem za szczęście chwileczkę swawoli,Nieraz mię obłąkała wyobraźnia młoda,Albo słówka zdradliwe i wdzięczna uroda:Lecz wtenczas i rozkosznej złorzeczyłem doli.

Nawet ową, gdy ową kochałem niebiankę,Ileż łez, jaki zapał, jaka niegdyś trwoga!I żal teraz na samą imienia jej wzmiankę....

Z tobą tylko szczęśliwy, z tobą, moja droga!Bogu chwała, że taką zdarzył mi kochankę,I kochance, że uczy chwalić Pana Boga.

Luba! ja wzdycham; pamięć niebieskiej pieszczotyTrują mi okropnego rozmyślania chwile,Ach! może serce twoje, co cierpiało tyle,Może, boję się wyrzec, pustoszą zgryzoty?...

Luba! i cóżeś winna, że twych ocząt grotyTak palące, że usta śmieją się tak mile?Zbyt ufałaś mej cnocie i nazbyt swej sile,I nazbyt ognia Stwórca wlał w nasze istoty.

Przewalczyliśmy wiele i dni i tygodni,Młodzi, zawsze samotni, zawsze z sobą w parze,I byliśmy oboje długo siebie godni.

Teraz, ach! pójdę łzami oblewać ołtarze,Nie będę mojej żebrać przebaczenia zbrodni;Tylko niech mię Bóg twoją zgryzotą nie karze!

Dzień dobry! nie śmiem budzić. O, wdzięczny widoku!Jej duch napoły w rajskie wzleciał okolice,Napoły został, boskie ożywiając lice,Jak słońce napół w niebie, pół w srebrnym obłoku.

Dzień dobry! Już westchnęła, błysnął promyk w oku.Dzień dobry! Już obraża światłość twe źrenice,Naprzykrzają się ustom muchy swawolnice.Dzień dobry! Słońce w oknach, ja przy twoim boku.

Niosłem słodszy dzieńdobry; lecz twe senne wdziękiOdebrały mi śmiałość. Niech się wprzódy dowiem:Z łaskawem wstajesz sercem, z orzeźwionem zdrowiem?

Dzień dobry! Nie pozwalasz ucałować ręki?Każesz odejść? Odchodzę: oto masz sukienki,Ubierz się i wyjdź prędko — dzień dobry ci powiem.

Dobranoc! już dziś więcej nie będziem bawili,Niech snu anioł modremi skrzydły cię otoczy.Dobranoc! Niech odpoczną po łzach twoje oczy.Dobranoc! Niech się serce pokojem zasili.

Dobranoc!... Z każdej ze mną przemówionej chwili,Niech zostanie dźwięk jakiś cichy i uroczy,Niechaj gra w twojem uchu; a gdy myśl zamroczy,Niech się mój obraz sennym źrenicom przymili.

Dobranoc! Obróć jeszcze raz na mnie oczęta,Pozwól lica... Dobranoc! chcesz na sługi klasnąć!Daj mi pierś ucałować... Dobranoc! zapięta.

Dobranoc! Już uciekłaś i drzwi chcesz zatrzasnąć.Dobranoc ci przez klamkę. Niestety, zamknięta.Powtarzając dobranoc! nie dałbym ci zasnąć!

Dobry wieczór! On dla mnie najsłodszem życzeniem —Nigdy, czy to przed nocą dzieli nas zapora,Czyli mię ranna znowu przywołuje pora,Nie żegnam cię, ni witam z takiem zachwyceniem,

Jak w tę chwilę, wieczornym ośmielony cieniem.Ty nawet, milczeć rada i płonić się skora,Gdy usłyszysz życzenie dobrego wieczora,Żywszem okiem, głośniejszem rozmawiasz westchnieniem.

Niechaj dzień dobry wschodzi tym, co społem żyją,Objaśniać pracę, która ich ręce jednoczy;Dobranoc niech szczęśliwych kochanków otoczy,

Gdy z rozkoszy kielicha trosk osłodę piją:A tym, co się kochają i swą miłość kryją,Dobry wieczor niech przyćmi zbyt wymowne oczy.

Ledwie wnijdę, słów kilka przemówię z nią samą:Jużci dzwonek przeraża, wpada galonowy,Za nim wizyta, za nią ukłony, rozmowy;Ledwie wizyta z bramy, już druga za bramą.

Gdybym mógł, progi wilczą otoczyłbym jamą,Stawiłbym lisie pastki, kolczate okowy,A jeśli nie dość bronią, uciecbym gotowyNa tamten świat, stygową zasłonić się tamą.

O przeklęty nudziarzu! Ja liczę minuty,Jak zbrodniarz, co go czeka ostatnia katusza;Ty pleciesz błahe dzieje wczorajszej reduty!

Już bierzesz rękawiczki; szukasz kapelusza;Teraz odetchnę nieco, wstąpi we mnie dusza...O bogi! znowu siada, siedzi jak przykuty!

Pragniesz miłym być gościem? czytaj rady moje:Nie dość, wszedłszy donosić, o czem wszyscy wiedzą,Że dzisiaj tu walcują, ówdzie obiad jedzą,Zboże tanie, deszcz pada, w Grecyi rozboje.

Jeśli w salonie znajdziesz bawiących się dwoje,Zważaj, czy cię z ukłonem, z rozmową uprzedzą,Czyli daleko jedno od drugiego siedzą,Czy wszystko jest na miejscu, czy w porządku stroje.

Jeśli pani co wyraz zaśmiać się gotowa,Choć usta śmiać się nie chcą: jeśli panicz z bokuPogląda, i zegarek dobywa i chowa,

I grzeczność ma na ustach, a coś złego w oku...Wiesz, jak ich trzeba witać? »Bywaj zdrów, bądź zdrowa!A kiedy ich masz znowu odwiedzić? — Po roku.

Odpychasz mię!... Czym twoje serce już postradał?Lecz jam go nigdy nie miał! Czyli broni cnota?Lecz ty pieścisz innego! Czy, że nie dam złota?Lecz jam go wprzódy nie dał, a ciebie posiadał.

I nie darmo!... Choć skarbów przed tobąm nie składał:Ale mi drogo każda kupiona pieszczota —Na wagę duszy mojej, pokojem żywota...Dlaczegóż mię odpychasz? Nadaremniem badał.

Dziś odkrywam łakomstwo nowe w sercu twojem:Pochwalnych wierszy chciałaś?... Marny pochwał dymie!Dla nich więc igrasz z bliźnich szczęściem i pokojem?

Nie kupić Muzy! W każdym ślizgałem się rymie,Gdym szedł na Parnas z lauru wieńczyć cię zawojem,I ten wiersz wraz mi stwardniał, żem wspomniał twe imię.

Płci piękna! Gdzie wiek złoty? gdy za polne kwiaty,Za haftowane kłosem majowe sukienki,Kupowano panieńskie serduszka i wdzięki,Gdy do lubej gołębia posyłano w swaty?

Dzisiaj wieki są tańsze, a droższe zapłaty.Ta, której złoto daję, prosi o piosenki;Ta, której serce daję, żądała mej ręki;Ta, którą opiewałem, pyta, czym bogaty.

Danaidy! Rzucałem w bezdeń waszej chęciDary, pieśni i we łzach roztopioną duszę:Dziś, z hojnego jam skąpy, z czułego — szyderca.

A choć mię dotąd jeszcze nadobna twarz nęci,Choć jeszcze was opiewać i obdarzać muszę;Lecz dawniej wszystko dałbym, dziś wszystko — prócz serca.

Nuciłem o miłostkach w rówienników tłumie;Jedni mię pochwalili, a drudzy szeptali:Ten wieszcz kocha się tylko, męczy się i żali,Nic innego nie czuje, lub śpiewać nie umie.

W dojrzalsze wchodząc lata, przy starszym rozumie,Czemu serce płomykiem tak dziecinnym pali?Czyliż mu na to wieszczy głos bogowie dali,Aby o sobie tylko w każdej nucił dumie?

Wielkomyślna przestroga! Wnet z górnymi duchyAlcejski chwytam bardon i strojem UrsynaLedwiem zaczął przegrywać, aż cała drużyna

Rozpierzchła się, unosząc zadziwione słuchy...Zrywam struny, i w Letę ciskam bardon głuchy:Taki wieszcz, jaki słuchacz. [Lecz przyjdzie godzina!]

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu;Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi:Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi, ni kurhanu;Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;Tam zdala błyszczy obłok, tam jutrzenka wschodzi...To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu!

Stójmy!... Jak cicho!... Słyszę ciągnące żórawie,Którychby nie dościgły źrenice sokoła;Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż ślizką piersią dotyka się zioła...W takiej ciszy tak ucho natężam ciekawie,Że słyszałbym głos z Litwy... Jedźmy, nikt nie woła!

Już wstążkę pawilonu wiatr zaledwie muśnie,Cichemi gra piersiami rozjaśniona woda:Jak marząca o szczęściu narzeczona młodaZbudzi się, aby westchnąć, i wnet znowu uśnie.

Żagle, nakształt chorągwi, gdy wojnę skończono,Drzemią na masztach nagich: okręt lekkim ruchemKołysa się, jak gdyby przykuty łańcuchem;Majtek wytchnął, podróżne rozśmiało się grono.

O morze! pośród twoich wesołych żyjątekJest polip, co śpi na dnie, gdy się niebo chmurzy,A na ciszę długiemi wywija ramiony.

O myśli! w twojej głębi jest hydra pamiątek,Co śpi wpośród złych losów i namiętnej burzy —A gdy serce spokojne, zatapia w niem szpony...

Szum większy, gęściej morskie snują się straszydła;Majtek wbiegł na drabinę: gotujcie się, dzieci!Wbiegł, rozciągnął się, zawisł w niewidzialnej sieci,Jak pająk czatujący na skinienie sidła.

Wiatr! wiatr! Dąsa się okręt, zrywa się z wędzidła,Przewala się, nurtuje w pienistej zamieci,Wznosi kark, zdeptał fale i wskroś niebios leci,Obłoki czołem sieka, wiatr chwyta pod skrzydła.

I mój duch masztu lotem buja śród odmętu,Wzdyma się wyobraźnia, jak warkocz tych żagli,Mimowolny krzyk łączę z wesołym orszakiem;

Wyciągam ręce, padam na piersi okrętu.Zdaje się, że pierś moja do pędu go nagli:Lekko mi, rzeźwo, lubo! wiem, co to być ptakiem...

Zdarto żagle, ster prysnął, ryk wód, szum zawiei,Głosy trwożne gromady, pomp złowieszcze jęki,Ostatnie liny majtkom wyrwały się z ręki,Słońce krwawo zachodzi, z niem reszta nadziei.

Wicher z tryumfem zawył; a na mokre góry,Wznoszące się piętrami z morskiego odmętu,Wstąpił geniusz śmierci i szedł do okrętu,Jak żołnierz szturmujący w połamane mury.

Ci leżą napół martwi, ów załamał dłonie,Ten w objęcia przyjaciół żegnając się pada,Ci modlą się przed śmiercią, aby śmierć odegnać;

Jeden podróżny siedział w milczeniu na stronieI pomyślił: szczęśliwy, kto siły postrada,Albo modlić się umie, lub ma z kim się żegnać.

PIELGRZYM.Tam!... Czy Allah postawił ścianą morze lodu,Czy aniołom tron odlał z zamrożonej chmury,Czy Diwy z ćwierci lądu dźwignęli te mury,Aby gwiazd karawanę nie puszczać ze wschodu?...

Na szczycie jaka łuna! pożar Carogrodu!...Czy Allah, gdy noc chylat rozciągnęła bury,Dla światów żeglujących po morzu naturyTę latarnię zawiesił śród niebios obwodu?...

MIRZA.Tam? Byłem: zima siedzi; tam dzioby potokówI gardła rzek widziałem pijące z jej gniazda;Tchnąłem, z ust mych śnieg leciał; pomykałem kroków,

Gdzie orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda,Minąłem grom drzemiący w kolebce z obłoków.Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda:To Czatyrdah!

PIELGRZYM.Aa!!

Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina!Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,Sofy, trony potęgi, miłości schronienia,Przeskakuje szarańcza, obwija gadzina.

Skróś okien różnofarbnych powoju roślina,Wdzierając się na głuche ściany i sklepienia,Zajmuje dzieło ludzi w imię przyrodzeniaI pisze Baltazara głoskami »Ruina«.

W środku sali wycięte z marmuru naczynie;To fontanna haremu: dotąd stoi cało,I perłowe łzy sącząc, woła przez pustynie:

Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało?Wy macie trwać na wieki, źródło szybko płynie;O! hańbo, wyście przeszły, a źródło zostało...

Rozchodzą się z dżamidów pobożni mieszkańce,Odgłos izanu w cichym gubi się wieczorze,Zawstydziło się licem rubinowem zorze,Srebrny król nocy dąży spocząć przy kochance.

Błyszczą w haremie niebios wieczne gwiazd kagańce,Śród nich po szafirowym żegluje przestworzeJeden obłok, jak senny łabędź po jeziorze,Pierś ma białą, a złotem malowane krańce.

Tu cień pada z menaru i wierzchu cyprysa,Dalej czernią się kołem olbrzymy granitu,Jak szatany siedzące w dywanie Eblisa,

Pod namiotem ciemności; niekiedy z ich szczytuBudzi się błyskawica i pędem farysaPrzelatuje milczące pustynie błękitu.

W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady,Uwiędłaś, młoda różo, bo przeszłości chwile,Ulatując od ciebie jak złote motyle,Rzuciły w głębi serca pamiątek owady.

Tam na północ, ku Polsce, świecą gwiazd gromady...Dlaczegóż na tej drodze błyszczy się ich tyle?Czy wzrok twój ognia pełen, nim zgasnął w mogile,Tam wiecznie lecąc, jasne powypalał ślady?

Polko! i ja dni skończę w samotnej żałobie;Tu niech mi garstkę ziemi dłoń przyjazna rzuci!Podróżni często przy twym rozmawiają grobie:

I mnie wtenczas dźwięk mowy rodzinnej ocuci,I wieszcz samotną piosnkę dumając o tobie,Ujrzy blizką mogiłę, i dla mnie zanuci.

MIRZA DO PIELGRZYMA.Tu z winnicy miłości niedojrzałe gronaWzięto na stół Allaha; tu perełki wschodu,Z morza uciech i szczęścia porwała za młoduTrumna, koncha wieczności, do mrocznego łona.

Skryła je niepamięci i czasu zasłona;Nad niemi turban zimny błyszczy śród ogrodu,Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spoduZostały dłonią giaura wyryte imiona.

O! wy, róże edeńskie! u czystości stokuOdkwitnęły dni wasze pod wstydu liściami,Na wieki zatajone niewiernemu oku.

Teraz grób wasz spojrzenie cudzoziemca plami!...Pozwalam mu — darujesz, o wielki proroku! —On jeden z cudzoziemców poglądał ze łzami.

Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów;Lasy, doliny, głazy, w kolei, w natłokuU nóg mych płyną, giną jak fale potoku;Chcę odurzyć się, upić tym wirem obrazów.

A gdy spieniony rumak nie słucha rozkazów,Gdy świat kolory traci pod całunem mroku,Jak w rozbitem zwierciedle, tak w mem spiekłem oku,Snują się mary lasów i dolin i głazów.

Ziemia śpi, mnie snu niema. Skaczę w morskie łona,Czarny, wydęty bałwan z hukiem na brzeg dąży,Schylam ku niemu czoło, wyciągam ramiona,

Pęka nad głową fala, chaos mię okrąży:Czekam, aż myśl, jak łódka wirami kręcona,Zbłąka się i na chwilę w niepamięć pogrąży...

Już góra z piersi mgliste otrząsa chylaty,Rannym szumi namazem niwa złotokłosa,Kłania się las i sypie z majowego włosa,Jak z różańca kalifów, rubin i granaty.

Łąka w kwiatach, nad łąką latające kwiaty,Motyle różnobarwne, niby tęczy kosa,Baldakimem z brylantów okryły niebiosa;Dalej szarańcza ciągnie swój całun skrzydlaty.

A kędy w wodach skała przegląda się łysa,Wre morze, i odparte z nowym szturmem pędzi:W jego szumach gra światło, jak w oczach tygrysa,

Sroższą zwiastując burzę dla ziemskiej krawędzi;A na głębinie fala lekko się kołysa,I kąpią się w niej floty i stada łabędzi.

Rzeźwią się wiatry, dzienna wolnieje posucha;Na barki Czatyrdahu spada lampa światów,Rozbija się, rozlewa strumienie szkarłatów,I gaśnie. Błędny pielgrzym ogląda się, słucha:

Już góry poczerniały, w dolinach noc głucha,Źródła szemrzą, jak przez sen, na łożu z bławatów;Powietrze tchnące wonią, tą muzyką kwiatów,Mówi do serca głosem tajemnym dla ucha.

Usypiam pod skrzydłami ciszy i ciemnoty:Wtem budzą mię rażące meteoru błyski,Niebo, ziemię i góry oblał potop złoty!

Nocy wschodnia! ty nakształt wschodniej odaliski,Pieszczotami usypiasz, a kiedym snu blizki,Ty iskrą oka znowu budzisz do pieszczoty.

MIRZA.Drżąc muślemin, całuje stopy twej opoki,Maszcie krymskiego statku, wielki Czatyrdahu!O minarecie świata! o gór padyszachu!Ty nad skały poziomu uciekłszy w obłoki,

Siedzisz sobie pod bramą niebios jak wysokiGabryel, pilnujący edeńskiego gmachu;Ciemny las twoim płaszczem, a jańczary strachuTwój turban z chmur haftują błyskawic potoki.

Nam czy słońce dopieka, czyli mgła ocienia,Czy szarańcza plon zetnie, czy giaur pali domy,Czatyrdahu, ty zawsze głuchy, nieruchomy.

Między światem i niebem, jak drogman stworzenia,Podesławszy pod nogi ziemie, ludzi, gromy,Słuchasz tylko, co mówi Bóg do przyrodzenia.

U stóp moich kraina dostatków i krasy,Nad głową niebo jasne, obok piękne lice:Dlaczegóż stąd ucieka serce w okoliceDalekie i — niestety! — jeszcze dalsze czasy?

Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące lasy,Niż słowiki Bajdaru, Salhiry dziewice;I weselszy deptałem twoje trzęsawice,Niż rubinowe morwy, złote ananasy.

Tak daleki, tak różna wabi mię ponęta!...Dlaczegóż roztargniony wzdycham bez ustankuDo tej, którą kochałem w dni moich poranku?

Ona w lubej dziedzinie, która mi odjęta,Gdzie jej wszystko o wiernym powiada kochanku,Depcąc świeże me ślady, czyż o mnie pamięta?...

MIRZA.Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:Tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza.Dzielny koń! Patrz, jak staje, głąb okiem rozmierza,Uklęka, brzeg wiszaru kopytem pochwyca,

I zawisnął... Tam nie patrz! Tam spadła źrenica,Jak w studni Al-Kairu o dno nie uderza.I ręką tam nie wskazuj: nie masz u rąk pierza:I myśli tam nie puszczaj: bo myśl jak kotwica,

Z łodzi drobnej ciśniona w niezmierność głębiny,Piorunem spadnie, morza do dna nie przewierci,I łódź z sobą przechyli w otchłanie chaosu...

PIELGRZYM.Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczelinyTam widziałem... Com widział, opowiem — po śmierci;Bo w żyjących języku niema na to głosu.

MIRZA.Spojrzyj w przepaść. Niebiosa leżące na dole,To jest morze. Śród fali, zda się, że ptak-góra,Piorunem zastrzelony, swe masztowe pióraRoztoczył kręgiem szerszym niż tęczy półkole,

I wyspą śniegu nakrył błękitne wód pole;Ta wyspa żeglująca w otchłani — to chmura!Z jej piersi na pół świata spada noc ponura:Czy widzisz płomienistą wstążkę na jej czole?

To To jest piorun!... Lecz stójmy; otchłanie pod nogą,Musim wąwóz przesadzić w całym konia pędzie;Ja skaczę; ty, z gotowym biczem i ostrogą,

Gdy zniknę z oczu, patrzaj w owe skał krawędzie:Jeśli tam pióro błyśnie, to mój kołpak będzie;Jeżeli nie — już ludziom nie jechać tą drogą.

Te zamki połamane w zwaliska bez ładu,Zdobiły cię i strzegły, o niewdzięczny Krymie!Dzisiaj sterczą na górach, jak czaszki olbrzymie;W nich gad mieszka, lub człowiek podlejszy od gadu.

Szczeblujmy na wieżyce, szukam herbów śladu;Jest i napis: tu może bohatera imię,Co było wojsk postrachem, w zapomnieniu drzémie,Obwinione jak robak liściem winogradu.

Tu Grek dłutował w murach ateńskie ozdoby,Stąd Italczyk Mongołom narzucał żelaza,I mekkański przybylec nucił pieśń namaza.

Dziś sępy czarnem skrzydłem oblatują groby,Jak w mieście, które całkiem wybije zaraza,Wiecznie z baszt powiewają chorągwie żałoby.

Lubię poglądać wsparty na Judahu skale,Jak spienione bałwany, to w czarne szeregiŚcisnąwszy się buchają, to jak srebrne śniegiW milionowych tęczach kołują wspaniale.

Trącą się o mieliznę, rozbiją na fale,Jak wojsko wielorybów zalegając brzegi,Zdobędą ląd w tryumfie, i napowrót zbiegi,Miecą za sobą muszle, perły i korale.

Podobnie na twe serce, o poeto młody!Namiętność często groźne wzburza niepogody;Lecz gdy podniesiesz bardon, ona bez twej szkody

Ucieka w zapomnienia pogrążyć się toni,I nieśmiertelne pieśni za sobą uroni,Z których wieki uplotą ozdobę twych skroni.

Nieszukany twój ubiór, nieuczone słowa,Ani lice, ni oko nad inne nie błyska,A każdy rad cię ujrzeć, rad posłyszeć zblizka,Zdaniem wszystkich, ty jesteś biesiady królowa.

Słyszałem, jaka była młodzieży rozmowa,Pytano się o twoich rówiennic nazwiska;Ten im pochwały sypie, inny żarty ciska,O tobie każdy święte milczenie zachowa.

Nie wielbią cię okrzyki, ni głośne oklaski,Słodycz postaci, twarzy i ubioru skromnośćPodobała się wszystkim, nie dziwna nikomu.

Jak anioł gdy przeleci, pokrywszy swe blaski,Czują wszyscy w milczeniu niebieską przytomność,Ile cieszą się z gościa, nie widząc go w domu.

Para.Weszło na niebo słońce w promienistym wianku,Już księżyc na zachodzie blade lica mroczy,Królowa kwiatów, róża, jasny krąg roztoczy,A przy niej klęczą zwiędłe gałązki tymianku.

Marya wyszła patrzeć na wdzięki poranku,Jasny wzrok jej przeświecał śród złotych warkoczy;A ja blady, schyliwszy łzą zamglone oczy,U jej podnóża siadłem na cichym krużganku.

W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem:Księżyc wraca, twarz jego pełna i rumiana,Tymianek podniósł listki orzeźwione mrokiem.

I znowu wyszła ku mnie moja ukochanaW piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem;Znowu u nóg jej siadłem, tak smutny jak zrana.

O morze zjawisk! Skąd ta noc i słota!Była jutrznia i cisza, gdym był blizki brzegu:Dziś, jakie fale, jaki wicher miota!Nie można płynąć, cofnąć niepodobna biegu:A więc porzucić korab żywota?...

Szczęśliwy, czyjej przewodniczą łodziCnota i Piękność, niebieskie siostrzyce!Gdy się noc zgęszcza, wzmagają powodzi:Ta puhar daje, ta odsłania lice,Tamtej widok oświeca, a tej nektar słodzi.

Szczęśliwy, samej kto ślubował Cnocie:Dopłynie, kędy sławy góruje opoka,Balsam go rzymski ukrzepi w ochocie:Ale jeżeli Piękność nie zwróci nań oka,Dopłynie we krwi i w pocie...

A komu Piękność pokaże oblicze,Potem śród drogi zdradliwa odlata,Nadziei z sobą mary unosząc zwodnicze;Ach, jakaż poźniej czczość w obszarach świata!Już niedość krzepią i Cnoty słodycze...

Zamiast Piękności niebieskiego wschodu,Walczyć z ustawną burzą, jęczeć pośród cienia;Zamiast serc czułych, trącać o pierś z lodu,Zamiast jej rączek, chwytać za ręce z kamienia,I długo śród takiego nie ustać zawodu?

Zawód tak trudny zakończyć tak snadnie!Nie będziem dłużej ćmieni, więcej kołatani...Lecz wszystkoż z nami w tych falach przepadnie?Czyli kto raz wrzucony do bytu otchłani,Nie zdoła z niej wylecieć, ani zginąć na dnie?

Co żyje, niknie, tak na mnie świat woła...Zacóż głos ten wewnętrznej wiary nie wyziębi,Że gwiazda ducha zagasnąć nie zdoła,I raz rzucona, krąży po niezmiernej głębi,Póki czas wieczne toczyć będzie koła?...

Któż krzyknął z lądu? jakie słychać żale?...Wyż to, o bracia moi, przyjaciele moi,Dotąd stoicie na nadbrzeżnej skale;I tak się oko wasze znudzenia nie boi,Że aż dotąd patrzycie na mnie i me fale?...

Jeśli się rzucę, kędy rozpacz ciska,Będą łzy na szaleństwo, na niewdzięczność skarga!Bo wam mniej widne te czarne chmurzyska,Nie słychać zdala wichru, co tu liny targa,Grom, co tu bije, dla was tylko błyska!

I razem ze mną, pod strzałami gromu,Co czuję, inni uczuć chcieliby daremnie!Sąd nasz, prócz Boga, nie dany nikomu;Chcąc mnie sądzić, nie ze mną trzeba być, lecz we mnie...— Ja płynę dalej, wy idźcie do domu.

17 kwietnia 1821 r.

Ku różnym stronom ściągnęliśmnyściągnęliśmy dłonie,W różnych mieszkały światach nasze myśli,Oczy ku różnej wyglądały stronie,Jakże, o luba, ku sobieśmy przyszli?

Jak gwiazdy, równe wielkością i kształtem,Do przeciwnego wyrzucone biegu,Kiedy je niebo jednostajnym gwałtemWiecznie odtrąca od każdego brzegu,

Wieczni wygnańcy z powszechnego świata,Jestże to dla nich szkodą czy korzyścią,Że wstręt ku wszystkim znowu je pobrataI że się muszą kochać... nienawiścią?...

Stwórco malownych twarzy, mocnom tobie winny,Nad Stwórcę żywych więcej tyś dla mnie uczynny.Szczęście, wzięte z mych ramion ukazem wyroku,Ty na wieki mojemu zapewniłeś oku.Stąd, chociaż zdawna wszelkim uczeniom się wstrętny,Twojego chciałbym kunsztu stać się umiejętny.Kiedy kłótnicy trąbią adwokatom w uszy,Za doktorem biegają trupy z resztą duszy;Kto szczery Akadema hołdownik Minerwie,Żmujdzkich łbów obuczaniem rychło pierś oberwie,A mędrzec arcytworów napisawszy wiązkę,Dym pochwał ma za napój, wawrzyn na zakąskę...

Tobie twarzyczki piękne zawsze są dokoła,Piękny świat tylko ciebie do posługi woła,Okiem na jasne tylko kierujesz oczęta,I dłoń pięknych ciałeczek robieniem zajęta...Malarzu-czarodzieju! Od ciebie pożyczęOdkradzione od mojej Maryji oblicze.Wiecznie je cisnąć będę na serce uprzejme,Z liców jej nigdy oczu i myśli nie zdejmę,Unosząc się nadzieją, że tych rysów władzaDo reszty spsuje rozum, który mi zawadza,I jak uczucia moje o niej nie zapomną,Tak ją wzrok, dłoń i piersi osądzą przytomną.

Precz z moich oczu! — posłucham odrazu;Precz z mego serca! — i serce posłucha;Precz z mej pamięci! — posłucham rozkazu,Lecz pamięć będzie na rozkazy głucha!

Jak cień, tem dłuższy, gdy padnie zdaleka,Tem szerzej koło żałobne roztoczy,Tak moja postać im dalej ucieka,Tem grubszym kirem twą pamięć pomroczy.

Na każdem miejscu i o każdej dobie,Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Czy zadumana w samotnej komorzeDo arfy zbliżysz nieumyślną rękę,Przypomnisz sobie: Właśnie o tej porzeŚpiewałam jemu tęż samą piosenkę.

Czy grając w szachy, gdy pierwszymi ściegiŚmiertelna złowi króla twego matnia,Pomyślisz sobie: tak stały szeregi,Gdy się kończyła nasza gra ostatnia.

Czy to na balu w chwilach odpoczynkuSiądziesz, nim muzyk tańce zapowiedział,Obaczysz próżne miejsce przy kominku,Pomyślisz sobie: on tam ze mną siedział.

Czy książkę weźmiesz, gdzie smutnym wyrokiemStargane ujrzysz kochanków nadzieje,Złożywszy książkę, z westchnieniem głębokiemPomyślisz sobie: ach! to nasze dzieje...

A jeśli autor, po zawiłej probie,Parę miłosną naostatek złączył,Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:Czemu nasz romans tak się nie zakończył?...

Wtem błyskawica nocna zamigoce,Sucha w ogrodzie zaszeleści gruszaI puszczyk z jękiem w okno załopoce —Pomyślisz sobie, że to moja dusza.

Tak w każdem miejscu i o każdej dobie,Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.1823.

Maryo, siostro moja! — Nie krewnym łańcuchem,Aleśmy pobratani umysłem i duchem.Gdy mi dziwactwo losu i twój wyrok wzbraniaRównie święte, a milsze powtarzać nazwania,Choć innem spojrzyj okiem w przeminione lataI pamiątki kochanka przyjmij z ręki brata.1823.

Bolesne mię dni błogich wspomnienie spotyka,Chociaż mię dziś Marya w swój imionnik przyjmie;Bo gdym do swego Maryę wpisał imionnika,Wpisałem tylko jej imię.22 października, 1824 r.

Błogo temu, kto w twojej pamięci utonie,Jak ten koral, lub owa jagoda perłowa,Co ją woda baltycka w swem przeczystem łoniePod lazurową barwą na wieki przechowa.

Lecz ja, jak drobny kamyk, ni krasą korali,Ni wdziękiem perłowego dochodzący blasku,Chciałbym choć jedną chwilkę poigrać w tej fali,Nim zapomniany legnę w niepamięci piasku...

Skonał rok stary; z jego popiołów wykwitaFeniks nowy; już skrzydła roztacza na niebie;Świat go cały nadzieją i życzeniem wita.Czegóż w tym nowym roku żądać mam dla siebie?

Może chwilek wesołych? — Znam te błyskawice:Kiedy niebo otworzą i ziemię ozłocą,Czekamy wniebowzięcia, aż nasze źreniceGrubszą, niżeli pierwej, zasępią się nocą.

Może kochania? — Znam tę gorączkę młodościW Platońskie wznosi sfery, przed rajskie obrazy,Aż silnych i wesołych strąci w ból i mdłości,Z siódmego nieba w stepy, między zimne głazy.

Chorowałem, marzyłem, latałem i spadam.Marzyłem boską różę; blizki jej zerwania,Zbudziłem się; sen zniknął, róży nie posiadam,Kolce w piersiach zostały. — Nie żądam kochania!

Może przyjaźni? — Któżby nie pragnął przyjaźni?Z bogiń, które na ziemi umie młodość tworzyć,Wszakże tę najpiękniejszą córkę wyobraźni,Najpierwszą zwykła rodzić i ostatnią morzyć.

O, przyjaciele, jakże jesteście szczęśliwi,Jako w palmie Armidy wszyscy żyjąc społem!Jedna zaklęta dusza całe drzewo żywi,Choć każdy listek zda się oddzielnym żywiołem.

Ale kiedy po drzewie grad burzliwy chłośnie,Lub je żądło owadów jadowitych draźni,Jakże każda gałązka dręczy się nieznośnieZa siebie i za drugie! — Nie żądam przyjaźni!

I czegóż więc w tym nowym roku będę żądał?Samotnego ustronia, dębowej pościeli,Skądbym już ani blasku słońca nie oglądał,Ni śmiechu nieprzyjaciół, ni łez przyjacieli.

Tam do końca, a nawet i po końcu świata,Chciałbym we śnie, z którego nic mię nie obudziMarzyć, jakem przemarzył moje młode lata:Kochać świat, sprzyjać światu — zdaleka od ludzi...

I.

»Słuchaj, o! majtku, nieszczęsny zbiegu,Jakżeś nas prędko porzucił!Od ojczystego odbijasz brzegu,Ażebyś więcej nie wrócił!

»Przecież wkopana w ziemię źrenicaKu nam strzeliła wesoło;Uśmiech, gość rzadki, zstąpił na lica,Dawna pogoda na czoło...

»Każdy się krząta, pragnie odwlekać —Tyś jeden skoczył z pośpiechem...Możnaż z ojczyzny śpiesznie uciekać,Uciekać jeszcze z uśmiechem?«

— Słuchaj, rzekł majtek, jam od lat wielaWidział i kraj ten i ludzi:A com ja widział, nigdy weselaW sercu rodaka nie wzbudzi.

Widziałem mężną cnotę w ucisku,W głowach pospólstwa ciemnotę,W głowach rozumnych widoki zysku,A w sercu niewiast pustotę.

Ja, co mnie własne szczęście nie nęci,Com uniesioną z powodzi,Resztę uczucia, myśli i chęci,Ojczystej powierzył łodzi:

Mógłżem kosztować powabów życia,Gdy skoro wicher zawieje,W ostatniej łódce, blizkiej rozbicia,Ostatniem widział nadzieje?

II.

Lecz dziś rozpaczą nie będę grzeszył:Bo nim te brzegi odpłynę,Bóg mię widokiem nowym pocieszył,Poznałem zacną rodzinę.

Poznałem matkę z sercem Spartanki,Polskiej lejącą łzę matki;Poznałem córkę w kształcie niebianki,Dziewicę z duchem Sarmatki.

One, jak świętym wyznawcom wiaryWskazanym na lwów pożarcie,Śmiały posyłać nam w głąb pieczaryUlgę, pociechę i wsparcie,

Mimo żelaznych dźwięków tarasuI trwożnych gniewu okrzyków,Pomimo dzikich zwierząt hałasuI stokroć dzikszych strażników.

Poznałem! Przyszłość mię nie zastrasza,Sterniku, żagle do góry!Jedźmy!... nie zginie ojczyzna nasza,Gdzie takie matki i córy!1824.

Żegnaj mi, parnaski bracie,I tu w kraju i za krajem;Ale i w kazańskiej chacieNie bądź hultajem.

Poglądaj na Wschód, co tobie wytknięty,Jak szermierzowi olimpijska meta,Tam ci zabłysną perły, dyamenty,Tam ci wileński zagaśnie kometa.

Nieznajomej, dalekiej, nieznany, daleki,Kiedy nas jeszcze dalej losy chcą rozegnać,Posyłam, by cię razem poznać i pożegnać,Dwa wyrazy: »Witam cię! — Bądź zdrowa na wieki!«

Tak wędrowiec, zbłąkany w alpejskim parowie,Piosnką chce nudnej drodze przyczynić wesela:A kiedy nie ma komu śpiewać serce wdowie,Śpiewa piosnkę kochance swego przyjaciela.Lecz nim piosnkę przypędzą echa ku jej stronie,Może już podróżnego wieczny śnieg pochłonie.

22 października, 1824 r.

Minęły chwile, szczęśliwsze, niestety!Kiedy na błoniach był kwiatów dostatek,Kiedy mi łatwiej było o bukiety,Niżeli teraz o kwiatek.

Ryknęły burze, ciągłe leją słoty,Trudno wynaleść na ojczystej błoni,Trudno wynaleść, gdzie kwiat błyskał złoty,Listka dla przyjaznej dłoni.

Co wynalazłem, niech tobie poświęcę!Przyjmij go wdzięcznie, chociażby z tej miary,Iż był ten listek w przyjacielskiej ręce,Że to ostatnie są dary.

Wilno, 1824.

Jak wielorakie świecą na tem błoniu kwiaty!Jedne szumne w jaskrawych dowcipu ozdobach,Drugie przyjaźń sadziła, te wzrastają z laty,Inne żałośnie więdnąć zdają się na grobach,W których są pochowane wiara i nadzieje.

Kiedy pani przechodzi ten ogród pamiątek,Nad jednym może westchnie, z wielu się rozśmieje,Ujrzy i szczupły dla mnie oddany zakątek...

A choć równie z innymi nie możesz go cenić,Chociaż wyda się tylko samotną drożyną,Która, długiego słońca i niepogód winą,Nie może się zakwiecić, ani zazielenić:Wspomnisz jednak o dróżce choć z tego powodu,Że przedziela kwatery pięknego ogrodu.

Porzuceni na świata lodowatym końcu,Nie zazdrośćmy krainom sąsiedniejszym słońcu:Ich ląd kaszemirskiego ma barwę kobierca:Kwiat z jedwabiu jutrzenki, z płomienia ich serca:Lecz ich bulbul zabłyśnie i wnet oko zmruży,Wnet znikną z ziemi liście, w sercach pamięć róży.A nasze lądy zimnem dochowują łonemPamięć istot straconych przed lat milijonem.Jeśli ziemia tak długo chowa martwy szczątek,Jakież są nasze serca dla żywych pamiątek!

Petersburg, 24 stycznia, 1825 r.

Błądzącym wśród ciasnego dni naszych przestworzaŻycie jest wązką ścieżką, łączącą dwa morza:Wszyscy z przeszłości mglistej w przyszłość lecim mroczną.Jedni najprościej dążą i najrychlej spoczną,Drugich na stronę wiodą łudzące widoki:Plony, ogrójce wdzięków i sławy opoki.Szczęśliwi, jeśli goniąc mary wyobraźni,Przed końcem drogi znajdziem świątynię przyjaźni!

Steblów, 1825, w lutym.

Ilekroć ujrzysz, jak zhukana falaPo głębiach barką przerzuca tułaczą:Niech się anielskie serce nie użalaNad płynącego trwogą i rozpaczą!Tę barkę wicher odbił od okrętu,Na którym żeglarz swe nadzieje złożył;Jeżeli wszystko jest pastwą odmętu,Czegóżby płakał, o coby się trwożył?Lepiej mu pośród żywiołów bezrząduWalczyć co chwila z nowymi przygody,Niż gdyby wybrnął i z cichego ląduPatrzył na morze i liczył swe szkody.

Odessa, 14 kwietnia 1825 r.

Różnym losem rzuceni na świata powodzie,Spotykamy się z sobą jak dwie różne łodzie!Twoja, barwą nowotną i pancerzem lśniąca,Bisiorem wiatry chwyta, nurt piersią roztrąca;Moja, na woli burzy i morskich straszydeł,Wyrzucona bez steru ledwo z resztą skrzydeł!Gdy jej owad tajemny nawskroś piersi porze,Gdy gwiazdy chmurą zaszły: kompas rzucam w morze.Rozminiem się!... I kiedyż w jedną pójdziem drogę?Ty mnie szukać nie będziesz, ja ciebie nie mogę...

Odessa, 1825 r.

Prawda, teraz, niestety, słodkie nawet słowaPrzezieram, czy się gorzkie ziarno w nich nie chowa.Z kwiatów, gdzie pszczółka znajdzie ambrozyi składy,Zatruty pająk ciągnie gorycze i jady.Lecz daruj, bo grzech cały jest w zbytnim zapale,Pomnij na me cierpienie i patrz na me żale...Niech mi tylko w twych oczach pogoda jaśnieje,Nie dbam, co się na ziemi, co w niebiosach dzieje;W tobie widziałbym tylko moją przyszłą dolę,W twojej złożyłbym duszy i rozum i wolę...Jest w morzu pewny żywioł, dziwnym tworu składem,Pół skała, na pół czułym zdaje się owadem,Wewnątrz nie zna rozkoszy, nie boi się rany,Lecz z czułością i duszą zewnątrz jest wylany;Koralem go mianują. Ja od tej godzinyPragnę stać się podwodnej obrazem krzewiny:Stalszy dla ciebie, niźli korala opoka,A ty bądź miękką dla mnie, jak jego powłoka.Odessa, 1825 r.

Póki córeczki opiewałem wdzięki,Mamunia słucha, stryj czyta;Lecz skorom westchnął do serca i ręki:Ja słucham, cały dom pyta.

Mama o wioskach i o duszach gada,Pan stryj o rangach, dochodach,

A pokojowa służącego badaO mych w kochaniu przygodach.

Mamo, stryjaszku! Jedną tylko duszęI na Parnasie mam włości;Dochodów piórem dorabiać się muszę,A ranga — u potomności!

Czym dawniej kochał? ciekawość jałowa!Czy kochać mogę – dowiodę.Porzuć lokaja, kotko pokojowa,Przyjdź w wieczór na mą gospodę.

Gdy sam na sam z tobą siedzę,Nie mam czasu o nic pytać:Patrzę w oczy, ustek śledzęChciałbym wszystkie myśli czytaćWprzód, nim w oczętach zaświecą;Chciałbym wszystkie słówka chwytaćWprzód, nim od ustek odlecą.

I nie potrzeba tłomaczyć,Co chcę słyszeć, co zobaczyć:Rzecz nietrudna i nienowa,Moja luba! te dwa słowa:»Kocham ciebie! kocham ciebie!«

Innego nie chcę widoku,Kiedy z tobą będę w niebie;Tylko niech te dwa wyrazy,Napisane w twojem oku,Odbite po tysiąc razy,Widzę wszędzie wkoło siebie.

I innej muzyki w niebieNie chcę od wschodu jutrzenkiSłyszeć do zachodu słońca:»Kocham ciebie! kocham ciebie!«Dość mi tej jednej piosenki,Z waryacyami bez końca.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę;Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;Jednakże, gdy cię długo nie oglądam,Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam,I tęskniąc, sobie zadaję pytanie:Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razuW myśli twojego odnowić obrazu;Jednakże nieraz czuję mimo chęci,Że on jest zawsze blizko mej pamięci,I znowu sobie powtarzam pytanie:Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Cierpiałem nieraz, nie myśliłem wcale,Abym przed tobą szedł wylewać żale;Idąc bez celu, nie pilnując drogi,Sam nie pojmuję, jak w twe zajdę progiI wchodząc, sobie zadaję pytanie:Co tu mię wiodło: przyjaźń, czy kochanie?

Dla twego zdrowia życiabym nie skąpił,Po twą spokojność do piekłabym zstąpił,Choć śmiałej żądzy niema w sercu mojem,Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.I znowu sobie zadaję pytanie:Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Kiedy położysz rękę na me dłonie,Luba mię jakaś spokojność owionie:Zda się, że lekkim snem zakończę życie;Lecz mię przebudza żywsze serca bicie,Które mi głośno zadaje pytanie:Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?

Kiedym dla ciebie tę piosenkę składał,Wieszczy duch memi ustami nie władał;Pełen zdziwienia dotąd nie dostrzegłem,Skąd wziąłem myśli, jak na rymy wbiegłem,I zapisałem na końcu pytanie:Co mię natchnęło: przyjaźń, czy kochanie?

Moja pieszczotka, gdy w wesołej chwiliPocznie szczebiotać i kwilić i gruchać,Tak mile grucha, szczebioce i kwili,Że nie chcąc słówka żadnego postradać,Nie śmiem przerywać, nie śmiem odpowiadać,I tylko chciałbym słuchać, słuchać, słuchać!

Lecz mowy żywość gdy oczki zapaliI pocznie mocniej jagody różować,Perłowe ząbki błysną śród korali...Ach! wtenczas śmielej w oczęta spoglądam,Usta pomykam i słuchać nie żądam,Tylko całować, całować, całować!Odessa, 1825.

Kochanko moja! na co nam rozmowa?Czemu, chcąc z tobą uczucia podzielać,Nie mogę duszy prosto w duszę przelać?Za co ją trzeba rozdrabiać na słowa,Które nim słuch twój i serce dościgną,W ustach wietrzeją, na powietrzu stygną?

Kocham, ach! kocham, po sto razy wołam:A ty się smucisz i zaczynasz gniewać,Że ja kochania mojego nie zdołamDosyć wymówić, wyrazić, wyśpiewać;I jak w letargu, nie widzę sposobuWydać znak życia, bym uniknął grobu.

Strudziłem usta daremnem użyciem:Teraz je z twemi chcę stopić ustami,I chcę rozmawiać tylko serca biciem,I westchnieniami i całowaniami,I tak rozmawiać, godziny, dni, lata,Do końca świata i po końcu świata.

Odessa, 1825.

Chociaż zmuszona będziesz mnie porzucić,Jeżeli serca nie zmienisz w kochaniu,Rzucając nawet, nie chciej mnie zasmucić,I rozstając się, nie mów o rozstaniu!

Przed smutnem jutrem, niech jeszcze z wieczoraOstatnia spłynie na pieszczotach chwilka;A kiedy przyjdzie rozstania się pora,Wtenczas trucizny daj mi kropel kilka.

Do ust twych usta przycisnę; powiekiZamykać nie chcę, gdy mię śmierć zamroczy;Niechaj rozkosznie usypiam na wieki,Całując lica, patrząc w twoje oczy.

A po dniach wielu, czy po latach wielu,Kiedy mi każą mogiłę porzucić,Wspomnisz o twoim sennym przyjacielu,I zstąpisz z niebios, aby go ocucić.

Znowu mię złożysz na twem łonie białem,Znowu mię ramię kochane otoczy;Zbudzę się, myśląc, że chwilkę drzemałem,Całując lica, patrząc w twoje oczy.

Odessa, 1825.

Gdybyś ty na dzień jeden była w mojej duszy...Na dzień cały?... Nie, takiej nie życzę katuszy!Gdybyś godzinę tylko – szczęśliwe stworzenie,Poznałabyś natenczas, co to jest cierpienie!Myśli me na torturach, w uczuciach mych burza:To mi gniew serce miota i czoło zachmurza,To mię smutek w ponure zadumanie wtrąca;To nagle oczy zaćmi żalu łza gorąca.Ty albo od mych gniewów uciekasz ze wstrętem,Albo lękasz się nudy z żałośnym natrętem.

Ty mię nie znasz! Namiętność zaćmiła me lice,Ale spojrzyj w głąb duszy! Tam znajdziesz skarbniceCzułości, poświęcenia, łagodnej dobrociI wyobraźni, która ziemską dolę złoci.Dziś ich nie możesz dojrzeć. Wszak i na dnie fali,Kiedy ją wicher zmiesza, kiedy piorun pali,Czyż widać kraśne konchy, perłowe jagody?Nim mię osądzisz, czekaj słońca i pogody!O, gdybym zyskał pewność, że jestem kochany,Gdybym z serca na chwilę wygnał bojaźń zmiany,Którą mnie straszy nieraz doświadczana zdrada!O, niech będę szczęśliwym, będziesz ze mnie rada!

Jak duch przez dzielnej wróżki zaklęty wyrazy,Żyłbym twoje wypełniać, zgadywać rozkazy,A jeżeliby czasem duma rozdąsanaKazała poddanemu udać humor pana,Śmiej się, luba! Choć duma przyznać się zabrania,Sługą będę. Cóż miałbym do rozkazywania?Abyś raczyła chwilę dłużej ze mną bawić,Podług mej woli suknię i włosy poprawić,Abyś drobnych zatrudnień odbiegła domowych,Słuchać starych oświadczeń i piosenek nowych?Wszystkobyś niewielkimi dokazała trudy,Godziną cierpliwości, półgodziną nudy,Albo chwilką udania. Kiedy będę mniemać,Że słuchasz rymów moich, ty mogłabyś drzemać;Choć oczy twoje będą co innego znaczyć,Ja chcę w nich dobro czytać, na lepsze tłomaczyć.W twe ręce powierzywszy moją przyszłą dolę,Na twem złożyłbym łonie mój rozum i wolę.Pamiątki nawet serce głęboko zagrzebie,Aby nigdy nic nie czuć oddzielnie od ciebie.Wtenczasby dziki zapęd, co mną dotąd miota,Wypadł z duszy, jak z łodzi miotanej niecnota,

Który burzę sprowadza i bałwany pieni;Płynęlibyśmy cicho po życia przestrzeni;Chociażby los groźnemi falami powiewał,Jak Syrenabym nad nie wzbijał się i śpiewał.

Przed godziną, źrenicy nie zdjąwszy z zegarów,Chciałaś naglić oczyma skazówek pochopy,I słuchem natężonym pośród miejskich gwarów,Rozpoznawałaś zdala łoskot mojej stopy.Dzień miał jedną godzinę, w której — wspomnieć miło,Że nie u mnie jednego serce żywiej biło!Ja w tę godzinę, wieczną wpleciony katuszą,Jak Iksyjon wkoło niej krążyłem z mą duszą.Nim nadeszła, dzień cały ja na nią czekałem,Gdy minęła, dzień cały o niej rozmyślałem,Bawiąc się z mnóstwem drobnych, lecz miłych pamiątek.Jakie było przyjęcie, rozmowy początek,Jak się czasem przykremu dało wymknąć słowu,Po niem niezgoda, po niej milsza zgoda znowu.Smuciłem się: ty z oczu powody wyśledzasz;Przychodziłem z prośbami: ty jedne uprzedzasz,Drugich wymówić nie dasz; na jutro odkładamI znowu jutro nie śmiem. Czasem gniewny wpadam:Rozbrajasz mię uśmiechem, a gdym w gniewie przebrał,Gniewałaś się, jam znowu przebaczenia żebrał.Ach! każde słowo twoje, wszystkie twe spojrzenia,Pieszczoty i nadzieje i wspólne cierpienia,Wszystko to pamięć wiernie malowane trzyma!Przeprowadzam ten obraz przed duszy oczyma,Jak sknera, gdy mu skarbiec udało się schwycić,Patrzy i schnie, i oczu nie może nasycić.

Tą godziną jam przeszłość z mą przyszłością łączył,Od niej milsze dni zaczął i na niej zakończył.Ona w zbrukanem pasmie mojego żywotaZabłysnęła mi jedna, jedna nitka złota;Jam się do niej, jak prządek skrzydlaty uczepił,Snuł ją wkoło, i w niej się na wieki zasklepił.

Słońce wbiegło w tę samą nieba okolicę,Godzina uderzyła. — Gdzież są jej źrenice?Gdzie myśli? — Ona teraz w czułej pieści dłoniCudzą rękę, niewierna! i do cudzej skroniUsta ciśnie, i łza jej na cudzą twarz spada,I serce biciom cudzej piersi odpowiada.Dziś możeby tej nowej pary nie rozdzieliłPiorun, któryby we mnie przed progiem wystrzelił.

Samotności wzgardzona! O tejże godzinieNiegdyś cię porzuciłem; wracam w twą świątynię,Jak do piastunki dziecię ze łzami powróci,Obłąkane na chwilę ponętą łakoci.Daruj. Ponęta szczęścia zawsze nazbyt silna;Zbyt trudno się przekonać, że zawżdy omylna.Może jeszcze ten ogień niegodny zatłumię;Wszak jest nadzieja w czasie i milczącej dumie.

Lecz nadzieje dalekie! Dziś pogoda nęciW polach, w niebie, na falach szukać niepamięci.Czas przechadzki: dlaczegóż me odejście zwlekam?Za każdem drzwi ruszeniem jej posłańca czekam!Niekiedy rąk jej zdradne charaktery czytam,Niekiedy mój zegarek bez potrzeby chwytam.Raz porwałem się z miejsca, stanąłem u progu:Ach! była to godzina dawna — moc nałogu!

Jak ten, co mu śmierć lubą wydarła osobę,Mimo dotkliwą boleść i długą żałobę,

Zabłąkawszy się w myślach — niestety, błąd luby! —Na chwilę, mgnienie oka, zapomni swej zguby,Bieży i tak się mocno złudzeniem omami,Że już progi przestąpił i zalał się łzami.

1825.

Cóż — choć miasto porzucę, choćby z oczu znikliMieszkańce, którzy do mnie sercem nie przywykli,Mój wyjazd nie okryje nikogo żałobą,I ja nie chcę łzy jednej zostawić za sobą!Skąd mi tu żal niewczesny staje u podwojów?Raz jeszcze do samotnych wracam się pokojów,Jakbym czegoś zapomniał; wzrok mój obłąkanyJeszcze wraca się żegnać przyjacielskie ściany.One śród tylu ranków, śród nocy tak wielu,Z cierpliwością słuchały mych westchnień bez celu.Przy tem oknie częstokroć wieczór przesiedziałem,Wyglądając, nie wiedząc, czego wyglądałem.Wstałem, gdy mię znudziła tożsamość widoków,Budząc echa łoskotem mych samotnych kroków.Znowu ode drzwi ku drzwiom błądzę bez zamiaru,Liczę takt w takt żelazne stąpanie zegaru,Lub szeptania robaczka, co gdzieś utajonyZdaje się, że kołace do drzwi swojej żony.Blizki ranek. Czekają woźnice natręty.Bierzcie te kilka książek i te drobne sprzęty.Jedźmy! Jak niewitany przestąpiłem progi,Tak odjeżdżam; nikt dobrej nie życzy mi drogi.Pamiętam, kiedy młody, z lubej okolicy,Od przyjaciół kochanych, od mojej dziewicy,Jechałem i patrzyłem, i pomiędzy drzewySłyszałem głosy, chustek widziałem powiewy:

Płakałem. — Miło płakać, póki wiek namiętny.Stokroć boleśniej płacze starzec obojętny!Młodemu lekko umrzeć. On, nie znając świata,Myśli żyć w sercu żony, przyjaciela, brata;Ale starzec, co z życia zdjął szatę obłudy,Niewierzący w nadludzkie, ani w ludzkie cudy,Zna, że całkiem na wieki zamyka się w grobie.Dlatego smutno mi, cudze miasto, po tobie.Wsiadajmy; nikt na drodze trumny nie zatrzyma,Nikt jej nie poprowadzi, chociażby oczyma,I wracając do domu, lica łzą nie zrosiNa odgłos dzwonka poczty, co me zejście głosi.Jak po błoniu kwitnącem kolorami tęczy,Przelatuje samotnie mdły kwiatek pajęczy,Zdmuchniony gdzieś daleko z uwiędłej gałęzi,Chociaż napotka różę i w majowej więzi,Pragnąc odpocząć, martwą zaplącze się dłonią...Znowu go wichry zedrą i dalej pogonią:Tak ja nieznane imię, cudzoziemskie lice,Nosiłem przez te ludne place i ulice,I roje pięknych niewiast spotykałem codzień;Chcą mię poznać — dlaczego? — że jestem przychodzień!Dziatwa pędzi motyla, póki zdala świeci;Złowi — spojrzy i ciska: niechaj dalej leci!Lećmy! szczęściem zostały pióra do powrotu,Lećmy i nigdy odtąd nie zniżajmy lotu!

Odessa 29 października 1825.

Słychać, że pud suwnirów pobrałeś z Rusinek,Które ci pozyskała czułość albo sztuka;Niechże i przyjaźń kilku życzeń w upominekDo sentymentalnego wpakuje sunduka.

Czy jedziesz w kraje lodów, czy na dworzec słońca,Obyś zawsze tam jeździł, gdzie ci się podoba,Oby na twym kompasie u jednego końcaZawsze było życzenie — na drugim żałoba.

W Moskwie, 1826 Jun.

Skroś ciemnoty wiedziony jej gwiaździstym wzrokiem,Goniąc białą jej szatę po szybach hebanu,Wszedłem. — Czy to kraina za Lety potokiem,Czy miast wielka mumija, zwłoki Herkulanu?Nie! Tu cały świat dawny na Piękności słowoOdbudował się, chociaż nie odżył na nowo.Z mozaiki świat cały, każdy jego szczątekJest odłamem dzieł sztuki, wielkości pamiątek.

Tu kamienia podróżna nie śmie trącić noga,Z kamienia płaskorzeźbą wygląda twarz boga.Gniewny, zda się swojego pohańbienia wstydzić,Depcących dawną wiarę ludzi nienawidzić,I napowrót w marmuru ukrywa się łonie,Skąd przed wieki snycerskie wyzwały go dłonie.

Wkoło pędzlem i dłutem strojne sarkofagi,Co miały proch królewski bronić od zniewagi,Dziś same na proch lecąc, potrzebują trumny.Gdzieniegdzie ścięta głowa nieznanej kolumny,Skaleczona, odarta, podeptana w pyle,Wala się, jako trupia czaszka na mogile.

Tam od starości ledwie na nogach się trzymaObelisk, ten przychodzień z kraju Mizraima.

Widzisz na nim te rysy dziwacznej osnowy,Te pisma zatraconej dawnych sfinksów mowy?To hieroglif! — Pod jego zasłoną leżącaMyśl głęboka w letargu śpi od lat tysiąca;Jak mumija zamknięta w balsamiczne łoże,Cała nieskazitelna — zmartwychwstać nie może.

Nietylko sztuki twoje, znikomy człowieku!Lecz martwą pierś żywiołów przerabia ząb wieku!Patrz na ów kamień drogi, zaniedbany w piasku:Niegdyś był cudnej barwy, słonecznego blasku;Ileż wieków przeświecił, aż wylawszy z łonaCałą jasność, zamierzchnął, jak gwiazda zgaszona!

Śród gruzów jeden cały stał obraz Saturna.Tam jedna ryta z bronzu korynckiego urna,W łonie jej zwolna płomyk przebudza się blady:Czy to zmartwychwstającej genijusz Hellady?Wzniósł głowę, błysnął okiem i na skrzydłach tęczyPodlatując raz jeszcze promieniami wieńczySkronie bogów, niebianek, drzemiących wokoło.I nimfy przewodniczki najpiękniejsze czoło.

O, niech te wszystkie bóstwa nad pamiątek ziemiąWiecznie snem marmurowym i bronzowym drzemią!Ciebie tylko niech, piękna przewodniczko, zbudziNajmniejszy z bogów dotąd uczczonych od ludzi.Swawolniku! Uciekłszy z Afrodyty łona,Drzemiesz, ssąc rubinowe piersi winogrona.

Wielki grzech bez ofiary minąć bóstwo twoje!O piękna nimfo! bądźmy nabożni oboje!...Niestety! Przewodniczka chłodnym rzutem oka,Jak laską Merkurego, uderza z wysokaI duszę mą, lecącą w rozkoszy kraj błogi,Wypędza bez litości za nadziei progi!

Cóż powiem, wrócony do śmiertelnych kraju?Ach, opowiem, że byłem w pół drogi do raju,Z duszą napoły tęskną, napoły radośną;Słyszałem już tę rajską rozmowę wpół-głośną.I widziałem te rajskie pół-światła, pół-cienia,I doznałem, niestety! tylko pół-zbawienia...

Moskwa, 1827.

Na jakimkolwiek świata zabłysnęłaś końcu,Tobie wieszcze, jak Gwebry indyjskiemu słońcu,Chylą czoła, wieńczone w nieśmiertelne liście,I arf tysiącem twoje opiewają przyjście.Zdziwisz się, kiedy nagle z cherubinów chóruWyrwie się jakiś odgłos nieznany i dziki,Pomiędzy tryumfalne pieśni i okrzyki,Jako wieśniak pośrodku królewskiego dworu;Ale śmiały i wszystkich roztrącać gotowy,Pójdzie prosto ku tobie i z duszą obejmie.Królowo tonów! Ty go powitasz uprzejmie:To twój dawny znajomy – to dźwięk polskiej mowy.

Moskwa. 1827, w listopadzie.

Przyjaciele, wyrokiem smutnym rozłączeni,Kiedy im wszystko stawi na ziemi przegrody,Wybierają z pomiędzy niebieskich płomieniWspólną gwiazdę za wiecznej powiernicę zgody,

I tą gwiazdą jak krzyżmem świętego pierścienia,Zaślubiają wzajemne przynajmniej wspomnienia.Ale jest milsza gwiazda, która przyjaźń budziW sercach dwojga dalekich, nieznajomych ludzi;Dopóki błyszczeć będzie na północnem niebie,Patrząc ku niej, nam udziel choć cząstkę wejrzenia.A kiedy nas opuści, by świecić dla ciebie,Poślę za nią ku tobie oczy i życzenia.O! gdyby dozwoliły wyroki łaskawszeWidzieć tę gwiazdę społem i zbliska i zawsze!

W Moskwie, dnia 1 decembris 1827.

Jeżeli wolność czcić i kochać umiesz,W naszej rozmowie nie potrzeba słowa —Ja twe westchnienia, ty me łzy zrozumieszI dłoń uściśniesz — oto polska mowa.

Przed wichrami i szronem gdy przelotne ptakiUciekając, rozstania nucą pieśń żałosną,Nie wiń ich o niestałość! one z każdą wiosnąW jedną stronę jednemi powracają szlaki.Słysząc głos ich, wygnańca wspomnij, przyjaciela!Ilekroć mu po burzach nadzieja zaświeci,Tyle razy duch jego na skrzydłach weselaZnowu na północ, znowu ku tobie uleci.

1829 r., 10 kwietnia w Moskwie.

Zaczyna się werbunek. Widzę zdala: goniOgromna ciżba pieszych, ułanów, huzarów,Niosąc imiona nakształt rozwitych sztandarów;Chcą w albumie założyć obóz różnej broni.Stanie się! Będę wtenczas siwym bohaterem,I z żalem rozmyślając o mych lat poranku,Opowiem towarzyszom, że na prawym flankuJam w tej armii pierwszym był grenadyerem.

Petersburg, 1829.

Nigdy więc, nigdy z tobą rozstać się nie mogę!Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę,Na lodowiskach widzę błyszczące twe śladyI głos twój słyszę w szumie alpejskiej kaskady;I włosy mi się jeżą, kiedy się oglądam,I postać twoją widzieć lękam się i żądam.Niewdzięczna! Gdy ja dzisiaj, w tych podniebnych górachSpadający w otchłanie i niknący w chmurach,Wstrzymuję krok, wiecznymi utrudzony lody,I oczy przecierając z lejącej się wody,Szukam północnej gwiazdy na zamglonem niebie,Szukam Litwy, i domku twojego, i ciebie...Niewdzięczna! może dzisiaj, królowa biesiady,Ty w tańcu rej prowadzisz wesołej gromady;Lub może się nowemi miłostkami bawisz,Lub o naszych miłostkach śmiejąca się prawisz!Powiedz, czyś ty szczęśliwsza, że ciebie poddani,Niewolnicze schylając karki, zowią »Pani?«

Że cię rozkosz usypia i wesołość budzi,I że cię nawet żadna pamiątka nie nudzi?Czy byłabyś szczęśliwsza, gdybyś, moja miła,Wiernego ci wygnańca przygody dzieliła?Ach! jabym cię za rękę po tych skałach wodził,Jabym trudy podróżne piosenkami słodził,Jabym pierwszy w ryczące rzucał się strumienieI pod twą nóżkę z wody dostawał kamienie;I przeszłaby twa nóżka wodą niedotknięta,A całowaniem twoje ogrzałbym rączęta;Spoczynekby nas czekał pod góralską chatą;Tam zwleczoną z mych barków okryłbym cię szatą,A tybyś przy pasterskim usiadłszy płomieniu,Usnęła i zbudziła na mojem ramieniu...

1829.

Mój cicerone! oto na pomnikuJakieś niekształtne, nieznajome imięWędrownik skreślił na znak, że był w Rzymie...Ja chcę coś wiedzieć o tym wędrowniku.

Może go wkrótce przyjmie do gospodyKłótliwa fala; może piasek niemyZatai jego życie i przygody,I nigdy o nim nic się nie dowiemy...

Ja chcę odgadnąć, co on czuł i myślił,Gdy w księdze twojej śród włoskiej krainyZa cały napis to imię wykréślił,Na drodze życia ten swój ślad jedyny.

Czy drżącą ręką po długiem dumaniu,Rył go powoli, jak nagrobek w skale?Czy go odchodząc uronił niedbale,Jako samotną łzę przy pożegnaniu?...

Mój cicerone! dziecinne masz lice,Lecz mądrość stara świeci nad twem czołem;Przez rzymskie bramy, groby i świątnice,Tyś przewodniczym był dla miemnie aniołem.

Ty umiesz przejrzeć nawet w serca z głazu;Gdy błękitnemi raz rzucisz oczyma,Odgadniesz przeszłość z jednego wyrazu...Ach — ty wiesz może i przyszłość pielgrzyma!...

Rzym, 1830.

Znasz-li ten kraj,Gdzie cytryna dojrzewa,Pomarańcz blaskMajowe złoci drzewa?Gdzie wieńcem bluszczRuiny dawne stroi,Gdzie buja laurI cyprys cicho stoi?Znasz-li ten kraj?Ach, tam, o moja miła!Tam był mi raj,Pókiś ty ze mną była!

Znasz-li ten gmach,Gdzie wielkich sto podwoi.Gdzie kolumn rządI tłum posągów stoi?

A wszystkie mnieWitają twarzą białą:Pielgrzymie nasz,Ach, co się z tobą stało?Znasz-li ten kraj?Ach, tam, o moja miła!Tam był mi raj,Pókiś ty ze mną była!

Znasz-li ten brzeg,Gdzie po skalistych górachStrudzony mułSwej drogi szuka w chmurach?Gdzie w głębi jamPłomieniem wrą opoki,A z wierzchu skałW kaskadach grzmią potoki?Znasz-li ten kraj?...Ach, tu, o moja miła!Tu byłby raj,Gdybyś ty ze mną była!

Neapol, 1830.

Nad wodą wielką i czystąStały rzędami opokiI woda tonią przejrzystąOdbiła twarze ich czarne.

Nad wodą wielką i czystąPrzebiegły czarne obłokiI woda tonią przejrzystąOdbiła kształty ich marne.

Nad wodą wielką i czystąBłysnęło wzdłuż i grom ryknąłI woda tonią przejrzystąOdbiła światło, głos zniknął.A woda, jak dawniej czysta,Stoi wielka i przejrzysta.

Tę wodę widzę dokołaI wszystko wiernie odbijam,I dumne opoki czoła,I błyskawice pomijam.

Skałom trzeba stać i grozić,Obłokom deszcze przewozić,Błyskawicom grzmieć i ginąć:Mnie płynąć, płynąć — i płynąć!...

Lausanne, 1838.

Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,W oczy zagląda i głośno zagada,Dusza wówczas daleka, ach, daleka!Błąka się i narzeka, ach, narzeka!

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojéj,I liczne mam serca mego rodzeństwo,Piękniejszy kraj, niż ten, co w oczach stoi,Rodzina milsza, niż całe krewieństwo.

Tam wpośród prac i trosk i wśród zabawyUciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,Tam leżę śród bujnej i wonnej trawy,Tam pędzę za wróblami i muszkami.

Tam widzę, jako z ganku biała stąpa,Jak ku nam w las śród łąk zielonych leci,I pośród zbóż jak w toni wód się kąpa,I ku nam z gór jako jutrzenka zaświeci...

Samotności! do ciebie biegnę jak do wodyZ codziennych życia upałów;Z jakąż rozkoszą padam w jasno-czyste chłodyTwych niezgłębionych kryształów!

Nurzam się i wzbijam w myślach nad myślami,Igram z niemi jak z falami,Aż ostygły, znużony, złożę moje zwłokiChoć na chwilę w sen głęboki.

Tyś mój żywioł; te jasnych wód szybySłodzą mi serce; zmysły zaciemniają mrokiem.I za cóż znowu muszę nakształt ptaka-ryby,Wyrywać się w powietrze, słońca szukać okiem?

I bez oddechu w górze, bez ciepła na dole,Równie jestem wygnańcem w oboim żywiole!

Polały się łzy me czyste, rzęsiste,Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,Na moją młodość górną i chmurną,Na mój wiek męski, wiek klęski;Polały się łzy me czyste, rzęsiste!

Te rozkwitłe świeżo drzewaUpajają słodką wonią;Wody szepcą, słowik śpiewaI koniki cicho dzwonią.

Czemuż zadumany stojęI wiosną się nie weselę?Bo sieroce serce moje,Z kimże wiosnę tę podzielę?

Przed mym domem w pomrok szaryStają muzycy tułacze;Słyszę śpiew i dźwięk gitary,Odmykam okno i płaczę.

Zakochani to minstrelePod oknem kochanki nucą,Mnie nie bawią, ale smucą,Z kim się muzyką podzielę?

Tylem uczuł, cierpiał tyle,Lecz nie powrócę do domu,Opowiadać nie mam komu...Zamknę powieść na mogile.

Założywszy ręce, siadam,Na samotną patrząc świécę:Czasem piosnkę w myśli składam,Czasem pióro smutne chwycę.

Piękne myśli, piękne słowa,Czuję wiele, piszę wiele,Ale dusza moja wdowa,Z kimże piosnki te podzielę?

Rodzę myśli, rodzę słowa,I czemuż się nie weselę?Bo dusza moja jak wdowa,Widzi tylko sierot wiele.

Mija wiosna, mija zima,Mija pogoda i słota;Nie przeminie żal pielgrzyma,Bo on wdowiec i sierota.

Kochanek duchów, ileż was spotkałem,Ileż to oczu jak gwiazd przeleciało,Ileż to rączek tonąc uściskałem,A serce nigdy z sercem nie gadało...

Wylałem wiele z serca jak ze skrzyniMłody rozrzutnik; lecz dłużnicy moiNic nie oddali. Któż dzisiaj obwini,Że się rozrzutnik spostrzegł, że się boiZwierzać w niepewne i nieznane ręce?

Żegnam was, żegnam, nadobne dziewice!Żegnam was, żegnam, o duchy młodzieńce!Rozrzutnik młody, resztę skarbu schwycę,W ziemię zakopię — nie czas reszty tracić.Już czuję starość. Mam żebrać w potrzebie?Znalazłem tego, co zdoła zapłacićRzetelnie, z lichwą i na czas — On w niebie!...

Snuć miłość, jak jedwabnik z swych piersi nić snuje,Lać ją z serca, jak źródło wodę z wnętrza leje,Rozwijać ją, jak złotą blachę, gdy się kuje,Z ziarna złotego siać ją, jak się zboże sieje,Źródło pod ziemią, w górę wiać nią, jak wiatr wieje,Po ziemi ją rozsypać, jak się zboże sieje,Ludziom piastować, jako matka swych piastuje.Stąd będzie wyższa moc twa, jak moc przyrodzenia,A potem będzie moc twa, jako moc krzewienia,Potem jak ludzi, potem jako moc aniołów,A w końcu będzie, jako moc Stwórcy stworzenia.

Lausanne, 1839.

Już się z pogodnych niebios oćma zdarła smutna.Żeglarzu! ciągnij rudel, wiatrom podaj płótna,Zmocnioną wczasem dłonią słone krajaj piany,Otworem ci przestrzenne leżą oceany.Niech umysłów nie chwieje burzliwość powodzi,Towarzystwo nieliczne, kruchej słabość łodzi.Wszak nie miał barki z dębu ni serca ze staliFrygijczyk, co się pierwszy chytrej zwierzał fali,A w zawody na złomnem puściwszy się drewnie,Choć nań piekła i nieba dąsały się gniewnie,W własnych dzielnościach ufny, śmiałych żądań pełny,Nieba i piekła zwalczył, złotej dostał wełny.

Nas, kiedy w niższym stopniu śmiała chęć nie kładzie,Gdy nowe tworzym gmachy na nowej posadzie,Gdy nasz trud równie wielki, cel równie szlachetny,Weźmijmyż z bohaterów greckich przykład świetny.Im, pierwszy raz ojczyste rzucającym gniazda,Nie stała się okropną tak daleka jazda.Nam po wejściu do szranków można drżeć z obawy,Gdy każdy trud zwalczony jest szczeblem do sławy.Oni na wspólne dobro różne znieśli dary:Ten siłę, ten wzrok ostry, ów dźwięki cytary.

My tak czyńmy, a wszystko torem pójdzie snadnym,Wszak w niewielu brak darów, gorliwości w żadnym.Wszyscy chciejmy dokonać; dokona, kto może,Bo się nierówną miarą dzielą łaski boże.Lecz gdy ku wielkim sprawom pole się odkrywa,Sama teraz nierówność mniej szkodząca bywa.Szczęśliwy, komu pierwsze wieńce się dostały,Sam zyska chwałę, innych zachęci do chwały.Lecz niech stąd marnej pychy blasków nie przywdziewa,Wszakże owoc, nie liście, świadczą lepszość drzewa.Więc nie z wzięcia przyklasków, ni zaszczytnej palmy,Żeśmy pożyteczniejsi, z tego się pochwalmy.Niech każdy, jak ów Greczyn, głosi dzielność swoję:»Mocniejszy jestem, cięższą podajcie mi zbroję«.Póki śpiesząc do mety, wytkniętej u brzegu,Żaden gromad bieżących nie wyprzedzi w biegu,Póty na zawodników patrzając z daleka,Ktoby wart był nagrody, lud spokojnie czeka.Lecz kiedy raz z biegących dobyłeś się tłoku,Pod karą wiecznej hańby nie cofajże kroku,Żeby siły w ostatniej wywarłszy potrzebie,Tłumy, któreś przegonił, nie dognały ciebie.Bo jeżeliś nad innych przymioty jaśniejszy,Co innym zwiększa sławę, to tobie umniejszy.Łamiąc męża szampierza na publicznym piasku,Czyliż zwycięzca nierad z gminnego oklasku?Przecież w oczach pół-boga, co łamał centaury,Nie miałyby ponęty zapaśnicze laury.Tak im kto wyżej wstąpił, w większy trud się wprzęgaI tem się nawet zniża, że wyżej nie sięga.Do was to mówię, których braćmi nazwać lubo,Wy! przyszła towarzystwa podporo i chlubo,Wy! którym była matką łaskawszą natura,Im wyżej, tem silniej wytężajcie pióra,

Ażby sławy podniebne dosiągłszy opoki,Innych tam braterskimi zachęcali wzroki;Nam zaś, którzy w poziomym umieszczeni rzędzie,Że waszym śladem idziem, i to chlubą będzie.Gdzie Achil pozwał w szranki bogów polubieńce,Wielkie miały wartości i dziesiąte wieńce.Te weźmijmy, niech zawiść serc nam nie podbija,Ni się czarnej niechęci wkrada do nich żmija.Wszakże własne żądanie do związku nas wiodło,Wszak praca — nasze bóstwo, przyjaźń — nasze godło.Oby kiedyś świat cały, zgodne wiążąc dłonie,Nasze wziął godło, naszym bóstwom sypał wonie.Ale z takich początków wniósłby chyba tępy,Że trzeba wszystkim wolne zrobić do nas wstępy.Bo niedługo postoi gmach wolny od skazy,Jeśli doń budowniczy kładł bez braku głazy.I nam jeśli nie miło pracę podjąć marną,Sprawmy, niechaj się tylko godni do nas garną.Żeby tak pożyteczne dokonać zamysły,Najpewniejszym sposobem będzie wybór ścisły.Ów Samijczyk, w mądrościach natury ćwiczony,Gdy prawdzie, długo nagiej, narzucał zasłony,I tajne berło cnoty rozciągnął nad światem,Nie każdemu z swych uczniów dozwolił być bratem.Tak uczynił i Orfej, naród głaszcząc dziki,Tak się i eleuzyńskie odbyły tajniki.Nam choć liczne pragnących stawią się orszaki,Nie jedna wrzystkich żądza, zamiar nie jednaki.A gdy chytrej obłudy zdejmiemy z nich płaszcze,Nie pod jednem się runem wilcze znajdą paszcze.Ten się chciwością pędzi ślepą, dumą drugi,Co w licznych towarzyszach chce mieć liczne sługi.A niech się im wykrętne nie zdadzą manowce,Srodzy wraz z przyjaciela będą prześladowce.

Inny, by krótką chętkę lub ciekawość sycić,Za najtrudniejsze sprawy nie waha się chwycić;Ale jak go dziecinna uwiodła łakotka,Dziecinna zrazi trudność, którą pierwszą spotka.Tacy gdy do nas wstępu nie znajdą przychodnie,Gdy, jakeśmy działali, będziem działać zgodnie,Gdy osobne urazy topiąc w niepamięci,Każdy na wspólne dobro wszystkie zwróci chęci,Zgodną przyszłość przeszłości zmierzając rachubą,Będziemy wzorem innym, sobie samym chlubą.14 września, 1818.

Przeszły dżdże wiosny, zbiegło skwarne lato,I przykre miastu jesienne potopy;Już bruk ziębiącą obleczony szatą,Od stalnej Fryzów niekrzesany stopy.

Więzieni słotą w domowej katuszy,Dziś na swobodne gdy wyjrzym powietrze,Londyński pojazd turkotem nie głuszy,Ani nas kręgi zbrojnymi rozetrze.

Witaj, narodom miejskim poro błoga!Już i Niemeńców i sąsiednich LechówTu szuka ciżba tysiącami mnoga,Zbiegłych Dryadom i Faunom uśmiechów.

Tu wszystko czerstwi, weseli, zachwyca,Czy ciągnę tchnienie, co się zimnem czyści,Czy na niebieskie zmysł podniosę lica,Czyli się śnieżnej przypatruję kiści.

Jedna z nich pływa w niepewnym żywiole,Druga, ciężarem sporsza, już osiadła;Tą wiatr poleciał stwardniałe kryć role,Albo pobielić Wiliji zwierciadła.

Lecz kogo sioło dzisiejsze uwięzi,Zmuszony widzieć łyse gór wiszary,Grunt dziki, knieję nagiemi gałęziNie silną zimne podźwignąć ciężary:

Taki, gdy smutna ciągnie się minuta,Wreszcie zmieniony kraj porzuca z żalem,I dając chętnie Cererę za Pluta,Pędzi wóz ku nam ciężarny metalem.

Tu go przyjmują gościnne podwoje,Rzeźbą i farbą odziany przybytek,Tutaj rolnicze przepomina znojeW pieszczonem gronie czarownych Charytek.

Na wsi, zaledwie czarna noc rozrzednie,Każe wraz Ceres wczesny witać ranek;Tu, chociaż słońce zajmie nieba średnie,Pod atłasowych śpię cieniem firanek.

Lekkie nareszcie oblokłszy mankiny,Modnej młodzieży przywoływam koło;Strojem poranne zbywamy godziny,Albo rozmową bawim się wesołą.

Ten w lśniący kryształ włożywszy oblicze,Wschodnim balsamem złoty kędzior pieści;Drugi stambulskie oddycha gorycze,Lub pije z chińskich ziół ciągnione treści.

A gdy godzina dwunasta nadbieży,Wraz do ślizkiego wstępuję powozu;Sobol lub rosmak moje barki jeży,I suto zdobiąc, nie dopuszcza mrozu.

Na sali orszak przywitam wybrany,Wszyscy siadają za biesiadnym stołem,W kolej ślą pełne smaków porcelany,I sztucznym morzą apetyt żywiołem.

Pijemy węgrzyn mocny setnem latem,Wrą po kryształach koniaki i poncze;Płci piękna gasi pragnienie muszkatem,Co dając rzeźwość, myśli nie zaplącze.

A gdy się trunkiem zaiskrzą źrenice,Dowcipne, czułe, wszystkim płyną słowaNiejeden uwdzięk zarumieni lice,Niejedna wzrokiem zapala się głowa.

Nareszcie słońce zniżone zagasło,Rozsiewa mroki dobroczynna zima;Boginie dają do rozjazdu hasło,Zagrzmiały schody i już gości niéma.

Którzy są z szczęściem poufali ślepemPod twój znak idą, królu Faraonie,Lub zręczni lekkim wykręcać oszczepem,Pędzą po suknach wytoczone słonie.

A gdy noc ciemne rozepnie zasłony,I szklanem światłem błysną kamienice,Młodzież, dzień kończąc wesoło spędzony,Tysiączną sanią szlifuje ulice.1818.

Kiedy ślesz bilet bogatym,Niechaj ma brzegi złocone;Fircyka obdarz pstrokatym,A różowym mądrą żonę.

Mogiłę, albo gromnicę,Niechaj mają baby stare;Zdrajca kraju szubienicę;Kokiet — kupidynków parę.

Aniołeczek dla dewotki;Pijakowi flasza spora;Oszustom figlarne kotki,A śmierć maluj dla doktora.

Na szmacie gazety wreszciePoślij życzenia gadule;Jurystom na manifeście,A skąpemu na bibule.

Dla przyjaciół posyłaj na prostym papierze,Byle szczerze.

1819.

Hej, radością oczy błysną,I wieniec czoło okrasi,I wszyscy się mile ścisną,Bo to wszystko bracia nasi.

Braterstwa ogniwem spięci,Zdejmijmy z serca zasłonę;Otwórzmy myśli i chęci;Święte, co tu objawione!

Pochlebstwo, chytrość i zbytek,Niech każdy przed progiem miota,Bo tu święty ma przybytek,Ojczyzna, nauka, cnota!

Ale kto w naszem jest gronie,Pomnij na przysięgę swoją;I w każdej chwili żywota,Czy przy pługu, czy w koronie,Niechaj ci w umyśle stoją:Ojczyzna, nauka, cnota!

Hej, użyjmy żywota!Wszak żyjem tylko raz:Niechaj ta czara złotaNie próżno wabi nas.

Hejże, do niej wesoło!Niechaj obiega wkoło;Chwytaj i do dna chylZwiastunkę słodkich chwil.

Po co tu obce mowy?Polski pijemy miód:Lepszy śpiew narodowy,I lepszy bratni ród.

W ksiąg greckich, rzymskich stekiWlazłeś, nie żebyś gnił;Byś bawił się jak Greki,A jak Rzymianin bił.

Ot tam siedzą prawnicy,I dla nich puhar staw:Dzisiaj trzeba prawicy,A jutro trzeba praw.

Wymowa wznieść nie zdołaDziś na wolności szczyt;Gdzie przyjaźń, miłość woła,Tam bracia cyt, tam cyt!

Kto metal kwasi, pali,Skwasi metal i czas:My ze złotych metaliBacha ciągnijmy kwas.

Ten się śród mędrców liczy,Zna chemią, ma gust,Kto pierwiastek słodyczyZ lubych wyciągnął ust.

Mierzący świata drogi,Gwiazdy i nieba strop,Archimed był ubogi,Nie miał gdzie oprzeć stopstop.

Dziś, gdy chce ruszać światyJego Newtońska mość,Niechaj policzy bratyI niechaj powie dość!

Cyrkla, wagi i miaryDo martwych użyj brył:Mierz siłę na zamiary,Nie zamiar podług sił!...

Bo gdzie się serca palą,Cyrklem uniesień duch,Dobro powszechne skalą,Jedność większa od dwóch.

Hej, użyjmy żywota!Wszak żyjem tylko raz;Tu stoi czara złota,A wnet przeminie czas.

Krew stygnie, włos się bieli,W wieczności wpadniem toń;To oko zamknie Feli,To filarecka dłoń.

Coby było wśród zakresu,Na który ludzie rzuceni,Bez światła, ciepła, magnesuI elektrycznych promieni?

Coby było, zgadnąć łatwo:Ciemno, zimno, chaos czyste.Witaj więc, słoneczna dziatwo,Wiwat światło promieniste!

Lecz cóż po światła iskierce,Gdy wszystko dokoła skrzepło?Zimny świat i zimne serce:Ciepła trzeba. Wiwat ciepło!

Pełnych światła i zapałuCzęsto silny wiatr rozniesie:By ciało zbliżyć ku ciału,Jest magnes. Wiwat magnesie!

Tak gdy zrośniem w okrąg wielki,Przez magnesowaną styczność,Wówczas z lejdejskiej butelkiPalniem: Wiwat elektryczność!

Kowno, 1822.

Bez serc, bez ducha — to szkieletów ludy.Młodości! podaj mi skrzydła!Niech nad martwym wzlecę światemW rajską dziedzinę ułudy,Kędy zapał tworzy cudy,Nowości potrząsa kwiatemI obleka nadzieję w złote malowidła!...

Niechaj, kogo wiek zamroczy,Chyląc ku ziemi poradlone czoło,Takie widzi świata koło,Jakie tępemi zakreśla oczy.

Młodości! ty nad poziomyWylatuj, a okiem słońcaLudzkości całe ogromyPrzeniknij z końca do końca!

Patrz nadół, kędy wieczna mgła zaciemiaObszar, gnuśności zalany odmętem:To ziemia!...

Patrz, jak nad jej wody trupieWzbił się jakiś płaz w skorupie:Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,To się wzbija, to w głąb wali;Nie lgnie do niego fala, ani on do fali,A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu!...Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:To samoluby!

Młodości! tobie nektar żywotaNatenczas słodki, gdy z innymi dzielę;Serca niebieskie poi wesele,Kiedy je razem nić powiąże złota.

Razem, młodzi przyjaciele!W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele.Jednością silni, rozumni szałem,Razem, młodzi przyjaciele!...I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu,Jeżeli poległem ciałemDał innym szczebel do sławy grodu.Razem, młodzi przyjaciele!Choć droga stroma i ślizka,Gwałt i słabość bronią wchodu,Gwałt niech się gwałtem odciska,A ze słabością łamać uczmy się za młodu!

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze,Młodzieńcem zdusi centaury,Piekłu ofiarę wydrze,Do nieba pójdzie po laury!...Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga!Łam, czego rozum nie złamie!Młodości! orla twych lotów potęga,A jako piorun twe ramię!

Hej! ramię do ramienia! Spólnymi łańcuchyOpaszmy ziemskie kolisko!Zestrzelmy myśli w jedno ogniskoI w jedno ognisko duchy!...Dalej z posad, bryło świata!Nowymi cię pchniemy tory,Aż opleśniałej zbywszy się kory,Zielone przypomnisz lata.

A jako w krajach zamętu i nocy,Skłóconych żywiołów waśnią,Jednem stań się z bożej mocy,Świat rzeczy stanął na zrębie,Szumią wichry, cieką głębie,A gwiazdy błękit rozjaśnią:

W krajach ludzkości jeszcze noc głucha,Żywioły chęci jeszcze są w wojnie...Oto miłość ogniem zionie,Wyjdzie z zamętu świat ducha,Młodość go pocznie na swojem łonie,A przyjaźń w wieczne skojarzy spojnie.

Pryskają nieczułe lodyI przesądy światło ćmiące.Witaj, jutrzenko swobody,Zbawienia za tobą słońce!...

Olesiu! Czemże tobie zapłacę,Za twoje rymy odwdzięczę?Ja duch mój wieszczy w obłędzie tracę,Jakim cię kwiatem uwieńczę?

Ty, jako sokół nad piękną błonią,Ujrzałeś orła w polocie;Smutny cień skrzydła samotne ronią,Lecz w oczach jego gwiazd krocie.

Tyle jest w ustach twoich łoskotu,Tyle w twych oczach bystrości;Tyś pojął tajnie orlego lotu,Sam orzeł tobie zazdrości.

Orzeł z łabędziem raz już ostatniMoże swe pienia wywodzi;Jeszcze go orszak otacza bratni,Lecz straszna chwila nadchodzi...

Precz żal niemęski, precz żal niewieści!Zmienność ja nucę żałosną.Bracia! słuchajcie dzikiej powieści!Zdarzenia same urosną.

Raz poszły w zakład powietrzne ptaki,Który z nich w lotnym przegonieGdy się spróbują, obaczą, jakiMa usiąść na ptaszym tronie?

Orzeł wyleciał. Któż go doścignie?Kto żagle takie ma pierza?Kto kiedy orła w wiatrach wyścignie?Gdzie orzeł znajdzie szermierza?

Lecz był kolibryk; on się rozczulił,On królem ptaków chciał zostać;On się pod orła skrzydło utulił,Bo orła w locie nie dostać.

Orzeł wyleciał, aż się zmordowałI spadł ku ziemi i zginął;Kolibryk w jego skrzydle się schował,Skąd się ku niebu wywinął.

Orzeł upada, ty latać będziesz,Adam gdy ginie, ty żyjesz;Na jego tronie ty kiedyś siędziesz,Jego się blaskiem okryjesz.

Tyś go zrozumiał, ty go wysławisz,Ty piosnkę świętą zadzwonisz,I duszę jego światu objawisz,I łezkę po nim uronisz.

Tak, godną łezkę nad nim uronićTobie zostało, mój bracie!Tobie i piosnkę świętą zadzwonićPo przyjaciela utracie...

Wilno, 1824.

Śród opok i jarów,I plonów i głogów,Przy dźwięku ogarów,I rusznic i rogów;

Na koniu, co w cwaleSokoli ma lot,I z bronią, co w strzaleHuczniejsza nad grzmot:

Dalejże, dalejże z tropu w trop, dalejże dalejżeZ tropu w trop, hop! hop!

Wesoły jak dziecko,Jak zbójca krwi chciwy,Odważnie, zdradziecko,Bój zaczął myśliwy.

Czy palnie na smugi,Czy w górę do chmur;Tam krwi płyną strugi,Stąd leci grad piór.

Dalejże, dalejże i t. d.

Kto żubra wywiedzieZ ostępu za rogi?Kto kudły niedźwiedziePodesłał pod nogi?

Hej! lasy i niwyOzwijcie się w chór!...Zatrąbił myśliwy,Król lasów i gór.

Dalejże, dalejże i t. d.

Czyj dowcip gnał rojemLatawców do sideł?Kto wstępnym wziął bojemSztandary ich skrzydeł?

Hej, wiatry, w burzliwyOzwijcie się chór!...Wystrzelił myśliwy,Król wiatrów i chmur.

Dalejże, dalejże i t d.

1825.

Jak łódź wesoła, gdy uciekłszy z ziemi,Znowu po modrym zwija się krysztale,I pierś morza objąwszy wiosły lubieżnemi,Szyją łabędzią buja ponad fale:Tak Arab, kiedy rumaka z opokiNa obszar pustyni strąca,Gdy kopyta utoną w piaszczyste potokiZ głuchym szumem, jak w nurtach wody stal gorąca.

Już płynie w suchem morzu koń mój, i rozcinaSypkie bałwany piersiami delfina.Coraz chyżej, coraz chyżej,Już po wierzchu żwir zamiata;Coraz wyżej, coraz wyżej,Już nad kłąb kurzu wylata.

Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura,Gwiazda na czole jego jak jutrzenka błyska,Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,A nóg białych polotem błyskawice ciska.

Pędź, latawcze białonogi,Góry z drogi, lasy z drogi!

Daremnie palma zielonaZ cieniem i owocem czeka:Ja się wydzieram z jej łona;Palma ze wstydem ucieka,Kryje się w głębi oazy,I szmerem liści z mojej dumy się uśmiecha.

Ówdzie, granic pustyni pilnujące głazyDziką na Beduina poglądają twarzą,Kopyt końskich ostatnie podrzeźniając echa,Taką za mną groźbą gwarzą:

»O szalony! gdzie on goni!Tam od ostrych słońca grotówGłowy jego nie ochroniNi palma zielonowłosa,Ni białe łono namiotów.Tam jeden namiot — niebiosa.Tylko skały tam nocują,Tylko gwiazdy tam koczują«.

Daremnie grożą, daremnie!Pędzę i podwajam razy.Spojrzałem... aż dumne głazyZostały zdala odemnie;Uciekają rzędem długim,Kryją się jeden za drugim.

Sęp usłyszał ich groźbę i ślepo uwierzył,Że Beduina weźmie na pustyni jeńcem;I w pogoń za mną skrzydłami uderzył,Trzykroć czarnym obwinął głowę moją wieńcem.

»Czuję, krakał, zapach trupi,Jeździec głupi, rumak głupi!

Jeździec w piaskach szuka drogi,Szuka paszy białonogi;Jeźdźcze, koniu, pusta praca,Kto tu zaszedł, nie powraca!Po tych drogach wiatr się błąka,Unosząc z sobą swe ślady,Nie dla koni jest ta łąka,Ona tylko pasie gady.Tylko trupy tu nocują,Tylko sępy tu koczują«.

Kracząc, lśniącymi szpony w oczy mi urągał,I spojrzeliśmy sobie trzykroć oko w oko:Któż się uląkł? — Sęp uląkł i uciekł wysoko!...Kiedym go chciał ukarać i majdan naciągał,I gdym sępa oczyma poza sobą tropił:Już on wisiał w powietrzu jako plamka szara,Wielkości wróbla... motyla... komara,Potem się całkiem w błękicie roztopił.

Pędź, latawcze białonogi,Skały z drogi, sępy z drogi!

Wtenczas obłok zachodni wyrwał się z pod słońcaGonił mię białem skrzydłem po błękitnym sklepie;On w niebie chciał uchodzić za takiego gońca,Jakim ja byłem na stepie!Nad głową moją zawisnął,Taką groźbą za mną cisnął:

»O szalony! gdzie on goni!Tam pragnienie piersi stopi;Obłok deszczem nie odkropiObsypanej kurzem skroni;Strumień na błoniu jałowemNie ozwie się srebrnem słowem;Rosa, nim na ziemię spadnie,Wiatr ją głodny w lot rozkradnie«.

Daremnie grozi! Pędzę i podwajam razy...Obłok strudzony zaczął po niebie się słaniać,Coraz niżej głowę skłaniać,Potem oparł się na głazy.A gdym oczy raz jeszcze ze wzgardą obrócił:Jużem o całe niebo w tyle go porzucił.Widziałem z twarzy, co on w sercu knował:Zaczerwienił się od złości,Oblał się żółcią zazdrości,Nakoniec jak trup zczerniał i w górach się schował!...

Pędź, latawcze białonogi,Stepy z drogi, chmury z drogi!

Teraz oczy, kręgiem słońca,Okręciłem koło siebie:I na ziemi i na niebieJuż nie było za mną gońca...Tu natura snem ujęta,Nigdy ludzkich stóp nie słyszy:Tu żywioły drzemią w ciszyJak niepłoszone zwierzęta,Których stado nie ucieka,Widząc pierwszą twarz człowieka.

Przebóg! ja tu nie pierwszy!... Śród piaszczystej kępyOszańcowane świecą się zastępy...Czy błądzą, czy z zasadzki czatują na łupy?Jeźdźce w bieli i konie straszliwej białości!...Przybiegam — stoją; wołam — milczą... To są trupy!...Starożytna karawanaWiatrem z piasku wygrzebana!...Na szkieletach wielblądów siedzą jeźdźców kości;Przez jamy, gdzie były oczy,Przez odarte z ciała szczęki,Piasek strumieniem się toczyI złowrogie szemrze jęki:

»Beduinie opętany!Gdzie lecisz? tam huragany!«

Ja pędzę, ja nie znam trwogi.Pędź, latawcze białonogi,Trupy, huragany z drogi!

Huragan, z afrykańskich pierwszy wichrzycieli,Przechadzał się samotny po żwiru topieli.Obaczył mię z daleka, wstrzymał się i zdumiał,I kręcąc się na miejscu, tak do siebie szumiał:»Co tam za jeden z wichrów, moich młodszych braci,Tak poziomego lotu, nikczemnej postaci,Śmie deptać lądy, którem w dziedzictwie osiągnął?«Ryknął i ku mnie w kształcie piramidy ciągnął.Widząc, żem był śmiertelny i nieustraszony,Ze złości ląd nogą trącił,Całą Arabią zmącił,I jak gryf ptaka, porwał mię w swe szpony,Oddechem ognistym palił,Skrzydłami kurzawy walił,Ciskał w górę, bił o ziemię,Nasypywał żwiru brzemię...Ja zrywam się, walczę śmiało,Targam jego członków kłęby,Ćwiertuję piaszczyste ciało,Gryzę go wściekłymi zęby.Huragan chciał z mych ramion w niebo uciec słupem:Nie wydarł się! Wpół ciała zerwał się i runął,Deszczem piasku z góry lunął.I legł u nóg mych długim, jak wał miejski, trupem!

Odetchnąłem! Ku gwiazdom spoglądałem dumnie;I wszystkie gwiazdy oczyma złotemi,Wszystkie poglądały ku mnie:Bo prócz mnie nie było nikogo na ziemi.

Jak tu mile oddychać piersiami całemi!Oddycham pełno! szeroko!Całe powietrze w ArabistanieLedwie mi na oddech stanie.Jak tu mile poglądać oczyma całemi!Wytężyło się me okoTak daleko, tak szeroko:Że więcej świata zasięgaNiż jest w kole widnokręga.Jak miło się wyciągnąć ramiony całemi!Wyciągnąłem ku światu ramiona uprzejme,Zda się, że go ze wschodu na zachód obejmę.Myśl moja ostrzem leci w otchłanie błękitu,Wyżej, wyżej i wyżej, aż do niebios szczytu.Jak pszczoła topiąc żądło i serce z niem grzebie,Tak ja za myślą duszę utopiłem w niebie!

Petersburg, 1828.

Hej, dalej w pląs,Podkręcaj wąs,Tak nasi mawiali przodkowie.Poczciwie bij,A tęgo pij,Hej, pijmy za ich zdrowie!

Gdy młody Polak »czynem« się zbłaźni,Dopóki krzyża nie dopnie,Pnie się na świecie, jak w ruskiej łaźni,Na coraz wyższe stopnie.

Lecz darmo czady pije,Próżno ćwiczy pieczenie:Jeżeli zbrukał sumienie,Dalibóg, że skręci szyję.

Tyś szlachty syn,Nie dbaj o »czyn«,Tak nasi mówili przodkowie.Jeżeliś gracz,Choć bieda, płacz,Hej, pijmy za ich zdrowie!

Tamten astronom od nocy do rana,Do gwiazd wyprawia połowy;I sadzi krzyże na brzuch, na pierś, na kolana,Świeci się, jak wóz Dawidowy.Lecz wkrótce śmierć się zbliża,A z nią piekielna męka:Tego jednego krzyżaBelzebub się nie lęka.

Hej, dalej w pląs,Podkręcaj wąs,Tak nasi mówili przodkowie.Tyś szlachty syn,Nie dbaj o »czyn«.Hej, pijmy za ich zdrowie!

Petersburg, 1829.

O matko Polko! gdy u syna twegoW źrenicach błyszczy genijuszu świetność,Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnegoDawnych Polaków duma i szlachetność;

Jeśli rzuciwszy rówienników grono,Do starca bieży, co mu dumy pieje;Jeżeli słucha z głową pochyloną,Kiedy mu przodków powiadają dzieje;

O matko Polko! źle się twój syn bawi...Klęknij przed Matki Bolesnej obrazem,I na miecz patrzaj, co jej serce krwawi:Takim wróg piersi twe przeszyje razem!

Bo choć w pokoju świat zakwitnie cały,Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania:Syn twój wyzwany do boju bez chwałyI do męczeństwa... bez zmartwychpowstania.

Każże mu wcześnie w jaskinię samotnąIść na dumanie... zalegać rohoże,Oddychać parą zgniłą i wilgotną,I z jadowitym gadem dzielić łoże!

Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem,I być jak otchłań w myśli niedościgły;Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem,Postać mieć skromną, jako wąż wystygły...

Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,Piastował krzyżyk, na którym świat zbawił:O matko Polko! jabym twoje dziecię,Przyszłemi jego zabawkami bawił.

Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem,Do taczkowego każ zaprzęgać woza:By przed katowskim nie zbladnął obuchem,Ani się spłonił na widok powroza.

Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie,Albo jak świata nowego żołnierzeNa wolność orać... krwią polewać ziemię.

Wyzwanie przyśle mu szpieg nieznajomy,Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny;A placem boju będzie dół kryjomy,A wyrok o nim wyda wróg potężny.

Zwyciężonemu za pomnik grobowyZostaną suche drewna szubienicy,Za całą sławę krótki płacz kobiécyI długie, nocne rodaków rozmowy...

W drodze do Genui, 1830.

Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działoI spojrzałem na pole — dwieście armat grzmiało.Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi.I widziałem ich wodza; — przybiegł, mieczem skinął,I jak ptak jedno skrzydło swego wojska zwinął.Wylewa się z pod skrzydła ściśniona piechotaDługą, czarną kolumną, jako lawa błota,Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy,Czarne chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.

Przeciw nim sterczy biała, wązka, zaostrzona,Jak głaz bodzący morze, reduta Ordona.Sześć tylko miała armat. Wciąż dymią i świecą!I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy;Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.

Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;Pęka śród dymu [granat], szyk pod niebo leciI ogromna łysina śród kolumny świeci.Tam, kula lecąc zdala grozi, szumi, wyje,Ryczy, jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje,Już dopadła: jak boa śród kolumn się zwija,Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.

Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?Nie! On siedzi o pięćset mil na swej stolicy,Król wielki, samowładnik świata połowicy.Zmarszczył brwi: i tysiąc kibitek wnet leci;Podpisał: tysiąc matek opłakuje dzieci;Skinął: padają knuty od Niemna do Chiwy.Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy!Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże:Warszawa jedna twojej mocy się urąga,Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,Koronę Kazimierzów, Chrobrych, z twojej głowyBoś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

Car dziwi się: ze strachu drżą Petersburczany;Car gniewa się: ze strachu mrą jego dworzany;

Ale sypią się wojska, których Bóg i wiaraJest car, car gniewny: umrzem, rozweselim cara!Posłany wódz kaukaski z siłami pół świata,Wierny, czynny i sprawny, jak knut w ręku kata.

Ura! ura! Patrz, blizko reduty, już w rowy,Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;Już czernią się na białych palisadach wałów.Jeszcze reduta w środku jasna od wystrzałów,Czerwieni się nad czernią; jak w środek mrowiskaWrzucony motyl błyska; mrowie go naciska —Zgasł: tak zgasła reduta... Czyż ostatnie działo,Strącone z łoża, w piasku paszczę zagrzebało?Czy zapał krwią ostatni bombardyer zalał?...Zgasnął ogień. Już Moskal rogatki wywalał.Gdzież ręczna broń?... Ach, dzisiaj pracowała więcej,Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcej!Zgadłem, dlaczego milczy — bo nieraz widziałemGarstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;Nakoniec bez rozkazu pełnią swą powinność,Nakoniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,Żołnierz, jako młyn palny, nabija, grzmi, kręciBroń od oka do nogi, od nogi na oko:Aż ręka w ładownicy długo i głębokoSzukała, nie znalazła — i żołnierz pobladnął!...Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął!...I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;Upuścił ją i upadł; nim dobiją, skona!...Takem myślił; a w szaniec nieprzyjaciół kupaJuż lazła, jak robactwo na świeżego trupa.

Pociemniało mi w oczach; a gdym łzy ocierał,Słyszałem, że coś do mnie mówił mój jenerał,

On przez lunetę, wspartą na mojem ramieniu,Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu,Nakoniec rzekł: »Stracona«. Z pod lunety jegoWymknęło się łez kilka; rzekł do mnie: — »Kolego,Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?« — »Jenerale,Czy go znam?... Tam stał zawsze, to działo kierował.Nie widzę... znajdę... dojrzę... śród dymu się schował:Lecz śród najgęstszych kłębów dymu, ileż razyWidziałem rękę jego dającą rozkazy...Widzę go znowu... widzę rękę... błyskawicę,Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,Biorą go... zginął!... O nie! Skoczył w dół, do lochów...«— »Dobrze, rzecze jenerał, nie odda im prochów«.

Tu blask... dym... chwila cicho... i huk jak stu gromów!

Zaćmiło się powietrze od ziemi wyłomów;Harmaty podskoczyły i jak wystrzeloneToczyły się na kołach; lonty zapaloneNie trafiły do swoich panew. I dym wionąłProsto ku nam, i w gęstej chmurze nas ochłonął.I nie było nic widać, prócz granatów blasku,I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.Spojrzałem na redutę... Wały, palisady,Działa, i naszych garstka i wrogów gromady,Wszystko jako sen znikło! Tylko czarna bryłaZiemi niekształtnej leży — rozjemcza mogiła:Tam, i ci, co bronili, i ci, co się wdarli,Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli;Choćby cesarz Moskalom kazał wstać, już duszaMoskiewska, tam raz pierwszy, cesarza nie słusza!Tam zagrzebane tyluset ciała, imiona;Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.On będzie patron szańców! Bo dzieło zniszczeniaW dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia:

Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze!Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,Kiedy ziemię despotyzm i duma szalonaObleją, jak Moskale redutę Ordona:Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.

1832.

Nasz naczelnik nad Trockiem jeziorem,Po kowgańskiej potyczce nocuje.Strzelcy leżą na kępie taborem:Jeden rany swe mchem opatruje;

Drugi strzelbę przeczyszcza, nabija,Kaptur z brzozy na zamek nasuwa;Ten wpół senny pod głowę płaszcz zwija.I usnęli. Straż stoi, wódz czuwa.

On pod drzewem coś duma w pomroce;Drzewo suche — lecz miało owoce;Najgłodniejszych ten owoc odstrasza:Wiszą na niem dwie gruszki Judasza.

W górę szpiegi! Cesarskie to sługi:Jeden Prusak, z nogami długiemiW białych pończochach; a drugiŻyd, pejsami zamiata po ziemi.

Nie śpi wódz. Na kolanach broń trzyma,Wzrokiem szuka pagórka znanego,Ten za wodą: na wzgórku dom jego,Dom w ciemności on żegna oczyma.

Wtem błysnęło nad wzgórkiem... Czy piorun?Piorun u nas nie bije w tę porę:»O Najświętsza! o Maryjo z Borun!Ratuj ich... ratuj dzieci... dom gore«.

»Gdzie jest patrol? Na konia! Do dworu!...«Wtem słuchają... Łom trzeszczy, gwar ludzi,I »kto idzie!« głos ozwał się z boru.Patrol wraca i obóz się budzi.

Wodzu! wielka dla ciebie żałoba;Wraca patrol z wieściami Hijoba.Jeden mówi: zarżnęli twą żonę,Drugi mówi: twe dzieci spalone.

Lecz pojmali dowódzcę Moskali.»Kto on?...« »Francuz, niestary, przystojny,I w moskiewskiej on służbie wsie pali,Za pieniądze lud siecze niezbrojny!...«

Wódz, jak gdyby rażony od gromu,Na dom patrzał i milczał i słuchał.Z okien wszystkich żar sypał się z domu,Z oczu wodza straszniejszy żar buchał.

I w obozie zbudzonym, zdumiałym,Było głuche milczenie i zgroza.Milczał wódz, jako broń przed wystrzałem;Na dom patrzał i krzyknął: »powroza!...«

Przyskoczyły dwa katy rozkoły,Stryczek mieli gotowy ze sznura,Zakasali rękawy za poły,I oddarli mu kołnierz z mundura.

Wtem ktoś leci... »Kto idzie?« »Lud z Bogiem!Nasze hasło: poznajcie wiarusa!«Zrzuca płaszcz... Ach! to mundur krakusa:Biały surdut z czerwonym wyłogiem!

»Zbił Skrzynecki, zbił na łeb, na szyję,Zbił pod Wawrem Rosena, Gejsmara,Nabrał jeńców i dział co niemiara,Idzie w Litwę... Skrzynecki niech żyje!«

Krzyczał żołnierz i śmiał się i szlochał...Ach! kto miłej ojczyzny nie kochał,Biedny! łzami nie płakał takiemi...A naczelnik?... On leży na ziemi...

Leżał krzyżem i długo się modlił.Wstał, i rzekł do Francuza: »Idź wolny!Precz od nóg mych — byś nóg mych nie podlił!Jam dziś karać nikogo niezdolny...«

29 marca, 1832.

W głuchej puszczy, przed chatką leśnika,Rota strzelców stanęła zielona;A u wrót stoi straż pułkownika,Tam w izdebce pułkownik ich kona.Z wiosek zbiegły się tłumy wieśniacze.Wódz to był wielkiej mocy i sławy,Kiedy po nim lud prosty tak płaczeI o zdrowie tak pyta ciekawy.

Kazał konia pułkownik kulbaczyć,Konia w każdej sławnego potrzebie;Chce go jeszcze przed śmiercią obaczyć,Kazał przywieść do izby do siebie.Kazał przynieść swój mundur strzelecki,Swój kordelas i pas i ładunki:Stary żołnierz, on chce, jak Czarniecki,Umierając swe żegnać rynsztunki.

A gdy konia już z izby wywiedli,Potem do niej wszedł ksiądz z Panem Bogiem;I żołnierze od żalu pobledli,A lud modlił się, klęcząc przed progiem.Nawet starzy Kościuszki żołnierze:Tyle krwi swej i cudzej wylali,Łzy ni jednej — a teraz płakali,I mówili z księżami pacierze.

Z rannym świtem dzwoniono w kaplicy.Już przed chatą nie było żołnierza,Bo już Moskal był w tej okolicy.Przyszedł lud widzieć zwłoki rycerza.Na pastuszym tapczanie on leży;W ręku krzyż, w głowach siodło i burka,A u boku kordelas, dwururka.

Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,Jakie piękne, dziewicze ma lica!Jaką pierś!... Ach, to była dziewica,To Litwinka, dziewica-bohater,Wódz powstańców: Emilia Plater!

Ja w tej izbie spać nie mogę;Inną izbę daj, sąsiedzie!Bo stąd okna są na drogę,Tędy często poczta jedzie.

A gdy w nocy trąbka dzwoni,Tak mi mocno serce skacze,Myślę, że trąbią do koni,I potem aż do dnia płaczę.

Oczy zamknę: to się marzyNasze konie, chorągiewki,Ognie nocne, krzyki strażyI wiarusów naszych śpiewki.

Ocykam się i w ocknieniuSłyszę głos mego kaprala;On mię klaszcze po ramieniu;»Wstawaj! jedźwa na Moskala!«

Wstaję: aż ja w pruskiej ziemi!Jak tam, lepiej leżeć w błocie,W chłodzie, głodzie i na słocie...Ale w Polsce, między swemi.

Jużbym tej nocy nie zasnął,A czekałbym na kaprala,Gdyby znowu w ramię klasnął:»Wstawaj! pójdźwa na Moskala!«

Franciszku! Ja na morze publicznej obrady,Jak łódka za okrętem płynąłem w twe ślady;Żagielek mój z papieru i liny z jedwabiu.Spotkałem wroga. Weź mię do twego korabiu.Schowaj mię z łódką w twoje szerokie zanadrzePrzeciw starozakonnej wojennej eskadrze.Słyszysz, ile dział z Litwy przywiózł KrępowieckiI rdzennym strzałem mierzy w cały stan szlachecki.Choć nie mam prócz Parnasu innych posiadłościI nadzieja dochodów moich w potomności,Jestem pono szlachcicem, truchleję z obawyPrzed bohaterem sławnym z litewskiej wyprawy.

Jest sławiony w kantyczkach rabin z Świętogrodu,Najmężniejszy przed wieki z Hebreów narodu,Który, kiedy Chrystusa związali RzymianieI wystawili na śmiech i na biczowanie,Śmiał w synagodze, zbrojną wdziawszy rękawicę,Uderzyć bezbronnego Zbawiciela w lice.Tego męża był praprawnukiem naturalnymŻyd, który za mych czasów był w Mirze kahalnym;Sławili go z niezwykłej odwagi niechrzczeni,Iż śmiał Radziwiłłowi dać figę w kieszeni.Od tego żyda idzie mąż sławny w tułactwie,Który stanąwszy śmiało w paryskiem opactwie,Związanej od Moskali, Polsce dał policzekI związał na nią zdjęty ze swej szyi stryczek.

Przy nim stoi na deskach Puławski przeczystyI wznosi rozczulony głos ewangelisty.Woła: »Jam kapłan prawdy! Fałszujmy i łżyjmy!«Woła: »Jam kapłan zgody! Kłóćmy się i bijmy!Jam zrobił ślub czystości! Walajmy się w śmieciach!Ja głoszę przebaczenie! Mścijmy się na dzieciach!«Tu głos jego oklasków zagłuszyły krocie,Lecz on: »krwi, krwi!« kwiczał jak uwięzły w błocie.Na ten kwik towarzysze z różnych dziur powstają,Z nadstawionymi kłami: »krwi, krwi, krwi« — kwikają.

Raz Grzymała na TaranieWniósł projekt pod kreskowanieI rzekł wymownemi usty:»Obywatele oszusty!Obywatele łajdaki!Chcę z was mieć pożytek jaki.

Z hrabiów, mędrków i popków,Chcę porobić polskich chłopków«.Polska cała poklask dała,Wziął się do pracy Grzymała.Dotąd się mąż wielki trudziZ rąk mozołem, w pocie czołaI dotąd zrobić nie zdołaDobrych chłopków z kiepskich ludzi.

Świeci się pomnik mój nad szklany Puław dach,Przetrwa Kościuszki grób i Paców w Wilnie gmach,Ni go łotr Wirtemberg bombami mocen zbić,Ni podły Austryak niemiecką sztuką zryć.Bo od Ponarskich gór i bliźnich Kowna wód,Szerzy się sławą mą aż za Prypeci bród;Mnie w Nowogródku, mnie w Mińsku czytuje młódź,I nie leniwa jest przepisać wielekroć.W folwarkach łaskę mam u ochmistrzyni cór,A w braku lepszych pism czyta mnie nawet dwór!Stąd mimo carskich gróźb, na złość strażnikom ceł,Przemyca w Litwę żyd tomiki moich dzieł.

Paryż, 1833.

Komar niewielkie licho, lecz bardzo czupurne,Wyciągnąwszy pyszczek i skrzydła poczwórneI żądełko krwi chciwe, latał ponad śpiącymI krwi, krwi, krwi, wołał głosem bzykającym.

Drżyj, człowieku! wybiła ostatnia godzina,Jestem Marat owadów, lotna gilotyna!Aż przebudził się człowiek, czatował po głosieI za pierwszem ukłóciem, paf! zabił na nosie.Szedł z nieboszczykiem w okno, nie mógł znaleść śladówTej lotnej gilotyny, Marata owadów.Człowiek, gniotąc go w palcach: Nie budź śpiących, bracie,Atomie terroryzmu, owadów Maracie.Kiedyś tak małe licho, nie rób tyle krzyku,A kiedy chcesz ukąsić, kąsajże bez bzyku,Jeśli ci krwi potrza, gdzie chcesz nos mi wtykaj,Tylko kiedyś tak mały, kąsaj, a nie bzykaj.

W domu bił się hrabia z popem,Kto z nich jest poczciwszym chłopem.Pies z wieprzem gryzł się pod gankiem,Kto z nich jest lepszym barankiem.Pies i wieprz gryzą się z sobą,Kto z nich jest trzody ozdobą.Gryzła się kotka ze świnią,Kto z nich w domu gospodynią.

Wpół jest żydem, wpół Polakiem,Wpół jakobinem, wpół żakiem,Wpół cywilnym, wpół żołdakiem,Lecz zato całym łajdakiem.

Delectans oculos opibus, ditissima frugum,Irrorata melle et rivis lactantibu', salveUkrainae tellus, te immensam pervolitantesQuadrupedum volucres turbae hinnitu aëra complent,Mixto cornigerum mugitui, quos inter vervexAppensae rotis pinguis trahit pondera caudae.

Qualis fugacem quum AmphitryoniusCacum insequutus, belluae in occiputRupes ruens, fumosque et ignesGuttur in horrisonum retundens,

Auguste Caesar, te auspice, GallicusUrsam Bootae victor adordiens,Spelaea lustrat, caedibus totInnumeralibusque furtis

Obscena; quo nunc advolant undiqueGentes latronis funere sospites,Svecusque, Fennique et Polonus,Quisque suas sibi res petundo;

Rati tuum illum, romulea manu,Dirum superbis Caesarem avunculum,Auguste, jam per te, secundoCum imperio miseris reduci.

Paryż, 1854.

Miła oku, a licznym ożywiona płodem,Witaj, kraino, mlekiem płynąca i miodem.W twych łąkach wiatronogów rżące mnóstwo hasa,Rozroślejsze czabany twe błonie wypasa,Baran, którego twoje utuczyły zioła,Ciężary chwostu jego muszą nosić koła.

Do Napoleona III Oda na wzięcie Bomarsundu.

Alcyd na nowe gonitwy wychodzi,Łotra Kakusa, pod Ursą BootaGoni... dogania. W łeb mu głazem godzi,W pysk mu wrzeszczący dym z ogniem wciąż miota.

Nie, to nie Alcyd. — To, Auguście, twoi,Twoi Francuzi, Herkuleskich cudów,Trzęsą jaskinią, skąd bezprawie broiBluźnierca Boga i gwałciciel ludów.

Już w orłach Gallów kraje okoliczneZbawienie czują i rwą się na boje,Szwed, Fin i Polak zemsty swe dziedziczneWywrzeć goreją — a odebrać swoje.

Świat w tobie wielbi wskrzeszonego z trumnyWielkiego stryja, Romulowej siły.Wielkiego stryja bratanku rozumny,On strącał z tronów, Ty wskrzeszaj z mogiły!

Pokłon przeczystej Rodzicy!Nad niebiosa Twoje skronie,Gwiazdami Twój wieniec płonieJehowie na prawicy.

Ninie dzień Tobie uświęcamy wierni.Śród Twego błyśnij kościoła!Oto na ziemię złożone czoła,Oto, śród niemej bojaźnią czerni,Powstaje prorok i woła:Uderzam organ Twej chwale,Lecz z bóstwa idzie godne bóstwa pienie,Śród Twego błyśnij kościołaI spuść anielskie wejrzenie!Duchy me bóstwem zapalę,Głosu mi otwórz strumienie!A zagrzmię pieśnią, jaką CherubyZagrzmią światu na skonanie,Gdy proch, zapadły w wieków otchłanie,Ze snu nicości wybiją.Takim grzmotem Twoje chluby,Gdzie piekło, gdzie gwiazdy świecą,Nieskończoność niech oblecą,Wieczność przeżyją.

A któż to wschodzi? Wschodzi na Syon Dziewica.Jak ranek z morskiej kąpieliI jutrznia — Maryji lica,Śnieży się obłok, słońce z ukosaSmugiem złota po nim strzeli —Taka na śniegu, co szaty bieli,Powiewnego jasność włosa.Pojrzał Jehowa i w niej upodobał sobie.Pękły niebios zwierciadła,Biała gołąkagołąbka spadłaI nad Syonem w równi trzyma skrzydła obie,I srebrzystej pierzem tęczyNiebianki skronie uwieńczy.Grom, błyskawica!Stań się, stało;Matką Dziewica.Bóg ciało!

Dziś cię za stołem swym Chrystus ugościł,Dziś anioł tobie niejeden zazdrościł.Ty spuszczasz oczy, które Bóstwem gorą!Jak ty mnie swoją przerażasz pokorą!Święta i skromna!... Grzesznicy nieczuli,Gdy my w spoczynku skroń ospałą złożym,Tobie, klęczącej przed Barankiem bożym,Jutrzenka usta modlące się stuli.Wtenczas zlatuje anioł, twój obrońca,Czysty i cichy, jak światło miesiąca,Zasłonę marzeń powoli rozdziela,A troskliwości pełen i wesela,

Z takiem nad tobą schyla się objęciem,Jak matka nad swem sennem niemowlęciem.Jeżeli promień nieśmiertelnej łaskiZbyt żywo w oczach anioła jaśnieje,I gdy się senna zbyt żywo rozśmieje,Anioł łagodnie przygasza swe blaski,Stula nad senną zasłonę marzeniaI odlatuje, biorąc twe westchnienia.Lecz nim odleci, kładzie wdzięki nowe,Jak nowe suknie dziecięciu pod głowę.Tak się piastunka jego codzień budzi,Z nową miłością u Boga i ludzi.Jabym dni wszystkich rozkosz za nic ważył,Gdybym noc jedną tak jak ty przemarzył.

Rzym, 1830.

I.

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,A razem gościsz w domku mego ducha;Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie,I czuwa tylko zgryzota i skrucha:Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;Najdalej władasz i służysz w pobliżu,Król na niebiosach, w sercu mem, na krzyżu!

I każda dobra myśl jak promień wracaZnowu do Ciebie, do źródła, do słońca,I nazad płynąc znowu mię ozłaca,Śle blask, blask biorę i blask mam za gońca.

I każda dobra chęć Ciebie wzbogaca,I znowu za nią płacisz mi bez końca,Jak Ty na niebie, Twój sługa, Twe dziecię,Niech się tak cieszy, tak błyszczy na świecie.

Tyś Król, o cuda! Tyś i mój poddany!Każda myśl podła, jako włócznia nowa,Otwiera Twoje niezgojone rany;I każda chęć zła, jak gąbka octowa,Którą do ust Twych zbliżam zagniewany.Póki Cię moja złość w grobie nie schowa,Cierpisz, jak sługa panu zaprzedany:Jak Ty na krzyżu, Twój pan, Twoje dziecię,Niechaj tak cierpi i kocha na świecie.

II.

Kiedym bliźniemu odsłonił myśl chorąI wątpliwości raka, co ją toczy:Zły wnet ucieczką ratował się skorą,Dobry zapłakał, lecz odwracał oczy.Lekarzu wielki! Ty najlepiej widziszChorobę moją, a mną się nie brzydzisz!

Gdym wobec bliźnich dobył z głębi duszyGłos przeraźliwszy, niźli jęk cierpienia,Głos wiecznie grzmiący w piekielnej katuszy,Cichy na ziemi głos złego sumienia:Sędzio straszliwy! Tyś ognie rozdmuchałSumieniu złemu — a Tyś mnie wysłuchał.

III.

Gdy mię spokojnym zowią dzieci świata,Burzliwą duszę kryję przed ich okiem,I obojętna duma, jak mgły szata,Wnętrze piorunu pozłaca obłokiem;I tylko w nocy, cicho, na Twe łonoWylewam burzę we łzy roztopioną.

1830.

W nieczułej, ale niespokojnej dumieUsnęli mędrcy. Wtem odgłos ich budzi:Że Bóg widomie objawił się w tłumie,I o wieczności przemawia do ludzi.»Zabić go — rzekli — spokojność nam miesza!...Lecz zabić we dnie? obroni go rzesza«.

Więc mędrcy w nocy lampy zapalali,I na swych księgach ostrzyli rozumyZimne i twarde, jak miecze ze stali,I wziąwszy z sobą uczniów ślepych tłumy,Szli łowić Boga. A zdrada na przedzie,Prostą ich drogą, ale zgubną wiedzie.

»Tyś to?« — krzyknęli na Maryi Syna;»Jam« — odpowiedział — i mędrcy pobladli;»Ty jesteś?« — »Jam jest«. — Służalców drużynaUciekła w trwodze, mędrcy na twarz padli;Lecz widząc, że Bóg straszy a nie karze,Wstali przelękli, więc srożsi zbrodniarze.

I tajemnicze szaty z Boga zwlekli,I szyderstwami ciało jego siekli,I rozumami serce mu przebodli:A Bóg ich kocha i za nich się modli!Aż gdy do grobu duma Go złożyła,Wyszedł z ich duszy, ciemnej jak mogiła.

Spełnili mędrcy na Boga pogrzebieKielich swej pychy. Natura w rozruchuDrżała o Boga. Lecz pokój był w niebie:Bóg żyje, tylko umarł w mędrców duchu.

1830.

Jest Mistrz, co wszystkie duchy wziął do chóruI wszystkie serca nastroił do wtóru,Wszystkie żywioły naciągnął jak struny,A wodząc po nich wichry i pioruny,Jedną pieśń śpiewa i gra od początku:A świat dotychczas nie pojął jej wątku.Mistrz, co malował na niebios błękicie,I malowidła odbił na tle fali,Kolosów wzory rzezał na gór szczycie,I w głębi ziemi odlał je z metali:A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela,Nie pojął jednej myśli tworzyciela.Jest Mistrz wymowy, co bożą potęgęW niewielu słowach objawił przed ludem,I całą swoich myśli i dzieł księgęSam wytłomaczył głosem, czynem, cudem.Dotąd Mistrz nazbyt wielkim był dla świata;Dziś świat nim gardzi — poznawszy w nim brata.Sztukmistrzu ziemski, czem są twe obrazy,Czem są twe rzeźby i twoje wyrazy?A ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumieTwych myśli i mów i dzieł nie rozumie?Spojrzyj na Mistrza, i cierp, boży synu,Nieznany, albo wzgardzony od gminu.

1830.

Kiedy rozumne, gromowładne czołoZgiąłem przed Panem, jak chmurę przed słońcem:Pan je wzniósł w niebo jako tęczy koło,I umalował promieni tysiącem.

I będzie błyszczeć na świadectwo wierze,Gdy luną klęski z niebieskiego stropu;I gdy mój naród zlęknie się potopu,Spojrzy na tęczę — i wspomni przymierze.

Panie! Mą pychę duch pokory wzniecił;Choć górnie błyszczę na niebios błękicie,Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił:Mój blask jest słabe twych ogniów odbicie!

Przejrzałem nizkie ludzkości obszary,Z różnych jej mniemań i barwą i szumem:Wielkie i mętne, gdym patrzył rozumem,Małe i jasne — przed oczyma wiary.

I was dostrzegam, o dumni badacze!Gdy wami burza jak śmieciem pomiata,Zamknięci w sobie, jak w konchy ślimacze,Chcieliście mali obejrzeć krąg świata.

Konieczność, rzekli, wedle ślepej woliPanuje światu, jako księżyc morzu.A drudzy rzekli: przypadek swawoliW ludziach, jak wiatry w nadziemskiem przestworzu.

Jest Pan, co objął oceanu fale,I ziemię wiecznie kazał mu zamącać;Ale granicę wykował na skale,O którą wiecznie będzie się roztrącać.

Darmo chce powstać z ziemnego pogrzebu;Ruchomy wiecznie, ruchem swym nie władnie:Im wyżej buchnął, tym głębiej upadnie,Wznosząc się wiecznie, nie wzniesie ku niebu.

A promień światła, który słońce rzuci,Na szumnej morza igrając topieli,Nie tonie, tylko w tęczę się rozdzieli,I znowu w niebo, skąd wyszedł, powróci.

Rozumie ludzki! tyś mały przed Panem,Tyś kroplą w jego wszechmogącej dłoni.Świat cię niezmiernym zowie oceanem,I chce ku niemu na twej wzlecieć toni.

Zdajesz się tykać brzegów widnokręga:Daremnie z żaglem nawa leci chyża,Opływa ziemię, niebios nie dosięga;Twa fala nigdy ku niebu nie zbliża.

Wzdymasz się, płaszczysz, czernisz się i błyskasz,Otchłanie ryjesz i w górę się ciskasz,Powietrze ciemnisz chmurami mokremi,I spadasz z gradem — tyś zawsze na ziemi!

A promień Wiary, którą niebo wznieca,Topi twe krople, zapala twe gromy,I twe pogodne zwierciadła oświeca;Ach! ty bez wiary byłbyś niewidomy.

1830.

W samym przepaści niezgłębionej środku,W samym ciemności najgrubszej zarodku,Osiadł Aryman, jak złodziej ukryty,Gniewny jako lew, jak wąż jadowity.Onego czasu nadął się i dźwignął,I wielką ciemność piersiami wyrzygnął,I po ciemności, jak pająk po sieci,Szczeblował w górę, tam gdzie bóstwo świeci.Oparł się o dnia i nocy granice,Wynurzył głowę i podniósł źrenice

A skoro ujrzał w samym niebios środku,W samym jasności najczystszej zarodku,Oromadesa, co śród tworów świeci,Jak śród gwiazd słońce, jak ojciec śród dzieci;Skoro na widok przedwiecznego słońcaZły duch pomyślił o szczęściu bez końca —Ta myśl, ogromna jako świata brzemię,Z takim ciężarem padła mu na ciemię,Że stracił siłę, runął nadół głowąPrzez wieki wieków — i osiadł nanowoW samym przepaści niezgłębionej środku,W samym ciemności najgrubszej zarodku.

1830.

Jedna jest rzecz na świecie godna ludzkiej pieczy;Ludzie o wszystkiem myślą, prócz tej jednej rzeczy.

Pokój jest przyszłem dobrem, przyszłem szczęściem mojem:Nie chciałbym Boga, gdyby Bóg nie był pokojem.

Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi;Są takie, które szepce swemu narodowi;Są takie, które zwierza przyjaciołom domu;Są takie, których odkryć nie może nikomu.

Niech się twa dusza jako dolina położy,A wnet po niej, jak rzeka, popłynie duch boży.

Bóg nie nad głową mieszka, lecz w środku człowieka:Więc kto w głowę zachodzi, od Boga ucieka.

Gdzie kto będzie po śmierci, za życia odgadnie:Gdzie chylił się za życia, tam po śmierci wpadnie.

Wygnaliśmy z serc Boga, weźmiem dobra po nim,Gadać o nim i pisać do niego zabronim;Mamy nań sto gąb brzmiących i piór ostrych krocie:A ten zbrodniarz emigrant myśli o powrocie!

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę;Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę.

Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiegoZaczęła się najskromniej od słowa: »Dlaczego?«

Czemu szatan jak nędzarz wszystkim dóbr zazdrości?Bo sam nic nie posiada, prócz swojej własności.

Duch jest budowlą, ciało jako rusztowanie:Musi być rozebrane, gdy budowla stanie.

O kawał ziemi ludzkie dobija się plemię;Zostań cichym, a możesz posiąść całą ziemię.

Ci, co nad czas i miejsce ducha swego wzbili,Mogą czucia wieczności doznać w każdej chwili.

Sam człowiek jest wiecznością, kiedy na świat zdąży,I Boga w sobie, a sam w Bogu się pogrąży.

Człowiek święty jest równie jak Stwórca bogaty,Bo Stwórca z nim podziela wszystkie swoje światy.

Bóg nic darmo nie daje, lecz wszystko otwiera,I każdy z Boga tyle, ile chce, zabiera.

Bóg wznosi się tak górnie, tak wysoko leży,Że granic bóstwa swego sam nigdy nie zmierzy.

Gdy pełnisz cnotę, cierpisz trudy i kłopoty,Jeszcześ nie jest cnotliwym, tylko szukasz cnoty.

Wtenczas powiesz, człowieku, żeś godzien zbawienia,Jeśli zdołasz wnijść w piekło i nie czuć płomienia.

Obraża niebo podła i nieufna tłuszcza,Co wzywa Boga, lecz się na Boga nie spuszcza.

Cierpi człowiek, bo służy sam sobie za kata;Sam sobie robi koło i sam się w nie wplata.

Wierzysz, że się Bóg zrodził w Betlejemskim żłobie,Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.

Krzyż, wbity na Golgocie, tego nie wybawi,Kto sam na sercu swojem krzyża nie wystawi.

Duch ze swej bezdeni woła: Bóg ze swej bezdeniOdpowiada: obadwa równo niezgłębieni.

Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie;Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w niebie.

Kto pragnie wieczne słowo w głębi własnej duszySam wyraźnie usłyszeć, niech wprzód zamknie uszy.

Słowo stało się ciałem, ażeby nanowoCiało twoje, człowieku, powróciło w słowo.

Czego szuka stworzenie od wieków tak wiela?Szuka tylko spoczynku, swego stworzyciela.

Gdybym tyle jak Chrystus mógł wziąć bóstwa w siebie,Zaraz stałbym się władcą na ziemi i niebie.

Do raju drzwi otwarte, ale rzadki zdołaPrzebić się przez ogniste miecze archanioła.

Czemu jest pierś anielska więcej Bogu drogaNiż pierś muchy? bo więcej bierze w siebie Boga.

Ile się dusza wzruszy, tyle Boga wzruszy;O ile dusza w Bogu, o tyle Bóg w duszy.

Gdyby szatan na chwilę mógł wynijść sam z siebie,Toby w tej samej chwili już ujrzał się w niebie.

Pomiędzy dzieci boże próżno ten wnijść pragnie,Kto się u drzwi tak nizko, jak dziecię, nie nagnie.

Wołasz do Boga: Ojcze! Ojciec wnet przychodzi:Aż zamiast dziecka, chłopa dużego znachodzi.

Kto modli się o dary, złe pacierze mówi:Bo modli się stworzeniu, nie stworzycielowi.

Za co człowiek na bliźnich tak często uderza,Jak na dzikie zwierzęta? Bo ma w sobie zwierza.

Zwierz walczy ze zwierzęciem, boi się człowieka;Człowiek walczy z człowiekiem, od ducha ucieka.

Ten może deptać węże, głaskać lwy i tury,Kto wyrwał z siebie żądło, rogi i pazury.

Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem?Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem.

Smutni! chorzy! wy, zamiast cieszyć się i leczyć,Wolicie wzajem siebie smucić i kaleczyć.

Bóg jest dobrem: więc wszystko, na co duch narzeka,Zło, śmierć i potępienie, pochodzą z człowieka.

Kiedy pierwszy raz wnijdę w jakie zgromadzenie,By poznać ludzi, zważam pierwsze ich spojrzenie;

Rozsądni naprzód spojrzą na mą nogę prawą,Głupi naprzód na lewą, którą mam kulawą.

Dobry i zły zarówno chodzą za bliźnimi,Jeden — żeby ich żywił, drugi — by żył nimi.

Dobry człowiek, jako król, szuka kogo wieńczyć;Zły podobny do kata: szuka kogo męczyć.

Wszyscy walczą dla dobra, któż używać będzie?Błogosławiony cichy, ten ziemię posiędzie.

Żaden naród prac swoich nie cieszył się płodem,Bo żaden nie był ludu cichego narodem.

Pewna rzeczpospolita jest zawsze i wszędzie,Chociaż państwem na ziemi nie była, ni będzie.

Niepokój jest zegarem, on czas ludziom stwarza:Kto umorzył niepokój, wnet i czas umarza.

Niebo samo nie spadnie, trzeba je osiągnąć:I Pan Bóg sam nie zstąpi, potrzeba go ściągnąć.

Trzymaj ten sznur, choć fala nad głową szaleje;Wybrnąłby szatan, gdyby mógł chwycić nadzieję.

Szatan wie, że Bóg wieczny i w sile niezmierny;Ale o tem zapomniał, że Bóg miłosierny.

Szatan przeczuwa dobrze wieczność swej katuszy,Ale rozumowaniem to przeczucie głuszy.

Od chwili, gdy zaczęli czarci z nieba spadać,Kłócą się dotąd, kto z nich ma niebo posiadać.

Powiadasz, że żal zbawia: wszak czarty się żalą?Żalą, lecz na drugich, a sami się chwalą.

Największego grzesznika Bóg sił nie pozbawia,Tylko na karę własnym siłom go zostawia.

Kto na wieczność pracuje, drogo czas szacuje:Bo kiedy czas ustanie, kończy się działanie.

Czy wiecie, żeśmy dłużej, niżeli Bóg żyli?Bóg jest wieczny, a przecież nie żył ani chwili.

Czas jest łańcuch; im dalej od Boga ucieczesz,Tem dłużej i cięższy łańcuch z sobą wleczesz.

Zaiste, miłe Bogu jest aniołów pienie:Ale daleko milsze człowieka milczenie.

Głośniej niźli w rozmowach, Bóg przemawia w ciszy,I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy.

Mówisz: niech sobie ludzie nie kochają Boga,Byle im była cnota i ojczyzna droga.

Głupiec mówi: niech sobie źródło wyschnie w górach,Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach.

Że do nieba daleko, niejeden narzeka:Ziemia dalej, niżeli niebo od człowieka.

Wołasz Boga: on często schodzi pokryjomuI puka do drzwi twoich; aleś rzadko w domu.

Czemu sąd ostateczny tak szatauaszatana trwoży?Czyli mu niewiadomy dotąd wyrok boży?Czy on żałuje świata, który się ma złamać?Żałuje, bo bez świata gdzież on będzie kłamać?

Szatan, choć sobie mądrość i siłę przyznaje,Wie, że kłamie i wiary sam sobie nie daje;Dlatego rad śród ludzi zdania swoje szerzyć,By je słysząc z ust cudzych, mógł im sam uwierzyć.

Chcesz zyskać nieśmiertelność przez jaki czyn dzielny?Głupiś! czy chcesz, czy nie chcesz, będziesz nieśmiertelny.

Bóg jest w Trójcy jedyny, ma pokój w radości:Radość pochodzi z Trójcy, a pokój z jedności.

Bóg w duchu swym wiecznego doznaje wesela,A w nas cierpi o tyle, o ile się wciela.

Dobry mistrz w takim tylko chórze śpiewać lubi,Gdzie czuje, że głos własny w harmonii gubi.

Muzyk zmiesza orkiestrę najlepiej dobraną,Jeśli grając stara się, żeby »go« słyszano.

Dziwisz się, że po śmierci mała nasza cnotaMa rosnąć w szczęście przez ciąg wiecznego żywota.Nie dziwisz się, że jeden grosz, w banku złożony,Za kilka wieków może uróść w milijony.

Grzech jest palnym żywiołem: więc kto grzechu niéma,Może stać w środku piekła, ogień go nie ima.

Filozof uczniom własnej nauki udziela:Apostoł tylko świadkiem jest nauczyciela.

Straszniejsze jest dla zbrodni świadectwo, niż skarga:Łotr lży oskarżyciela, na świadków się targa.Skarżących mędrków czasem pospólstwo łajało,Lecz świadczących o prawdzie zawsze mordowało.

Człowiek jest urzędnikiem wysokiego stanu:Cały świat służy jemu, a on tylko Panu.

Skarżysz się, że ktoś z twojej własności korzysta:Grzech jest to jedna twoja własność osobista.

»Uszło szczęście, i próżno dotąd za niem chodzę!...«Nie uszło: czeka ciebie na krzyżowej drodze.

Pan dotąd miłosiernie patrzy na szatana,Lecz szatan odwraca się, by nie widział Pana.

Nauką i pieniędzmi drudzy cię zbogacą;Mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą.

Aby mądrości nabyć, nie dość mieć pojętność,Nie dość uczyć się; mądrość nie jest umiejętność.Ta pragnie z teoryi praktykę wyciągnąć,A tamta — teoryę praktyką osiągnąć.

Kiedy nad naukami bezbożnik pracuje,Strzeż się, jest to zbójca, który broń kupuje.

Na co będą potrzebne — pytało pacholę —Trójkąty, czworoboki, koła, parabole?Że potrzebne — rzekł mędrzec — musisz teraz wierzyć;Na co potrzebne? zgadniesz, gdy zaczniesz świat mierzyć.

Czas jako powróz wiąże ducha do natury;Póty męczyć się musim, aż zużyjem sznury.

»Świat widzialny jest atom«. Prawda, astronomie!Za cóż ty chcesz żyć cały tylko w tym atomie?...

O czemkolwiek rozprawa, im dłużej się wiodła,Tem dalsza jest od prawdy, jak woda od źródła.

Poco się ten gmin głupi na radę zgromadził?Chce, żeby mu radzono to, co już uradził.

W jednym tylko przypadku rada nie zawadzi:W jakim? Gdy się Pokora u Mądrości radzi.

Szatan jest tchórz, boi się zostać w samotności,I dlatego najczęściej między tłumem gości.

Bóg pomazańcom swoim znak na czole kładnie;Naród, który tych znaków nie widzi, upadnie.

Na głębszych fundamentach wyższy mur stać może:I wyższy rozum tylko na głębszej pokorze.

Kiedy tchnie, całą przyszłość z piersi swych wyzionie;Gdy westchnie, całą przeszłość w piersiach swych pochłonie.

Prawd w piśmie bożem, równie jako gwiazd w błękicie:Im lepsze macie oczy, tem więcej ujrzycie.

Ilekroć złą myśl w duszy dobra przezwycięża,Tylekroć święty Michał strąca z niebios węża.

Ciało jest małym światem, książka duszą małą,W której spisano wszystko, co się w świecie stało.

Kłamca jest zły moneciarz; pozwól mu fałsz mnożyć,To on sam jeden zdoła cały kraj zubożyć.

Głupiec, jak muł we młynie, związane ma oczy,I ciągle ruszając się, ciągle w miejscu kroczy.

Mędrcy prawdziwie wielcy, jak niebieskie ciała,Zdają się stać, gdy każde z nich leci i działa.

Dobrzeby w życiu świeckiem, jak niegdyś w Kościele,Tego tylko zwać wielkim, co wycierpiał wiele.

»Świat ten jest czysta bajka!« Zgoda, przyjacielu:Lecz każda bajka ma sens moralny na celu.

Wtenczas tylko rzetelnie pogodzisz się z wrogiem,Jeśli ty i wróg pierwej zgodzicie się z Bogiem.

»Czy mam działać, czy cierpieć?« Bądź Stwórcy obrazemI jak On w każdej chwili działaj i cierp razem.

Czas przeszły równie od nas jak przyszły daleki;Ten tylko pojmie przeszłe, kto zgadł przyszłe wieki.

Nawała pokus, równie jako morska burza,Dzielnych pływaczów wznosi, a słabych zanurza.

Nie ten jest egoistą, kto od ludzi stroni,Ale ten, kto za bliźnim jak za łupem goni.

Pochlebca i potwarca za zasługą łażą;Brzydź się więcej pochlebstwem niżeli potwarzą.

W potwarzy dla dobrego jest zawżdy nauka,Pochlebstwo złych zatwardzi, a dobrych oszuka.

Szatan w ciemnościach łowi; jest to nocne zwierzę:Chowaj się przed nim w światło, tam cię nie dostrzeże.

Często grzesznik przed śmiercią na bliźnich się żali,Iż mu nie dosyć w życiu krzywd nawyrządzali.

Nie źle to jest być śmiesznym. Żartowano z panów,Z mędrców, z wodzów, z poetów, z lekarzy, z kapłanów;Wszystkich na śmiech wystawił dowcipek ucieszny,Prócz jednego szatana. On jeden nie śmieszny.

Musi drzewo, ażeby rozkwitać i rodzić,Po liściach, jak po szczeblach, na powietrze wchodzić;Chociaż soki pożywne z łona ziemi bierze,Owocu dać nie może, tylko w wyższej sferze.

Mądrość świecka jest nakształt błędnego ognika:Błyszcząc zwodzi cię z drogi; gdy z niej zejdziesz, znika.

Jaka tam będzie siła wiecznego płomienia,Wnoś tu z jego iskierek, ze zgryzot sumienia.

Mędrek świecki wymaga od małych i wielkich,By wszyscy byli zawsze przykładem cnót wszelkich,Choć sam co chwila cnotę myślami kaleczy,Słowami podkopuje i czynem niweczy;Obrzydliwszy od czerwia, co roztacza drzewa:Bo tocząc klnie drzewu, czemu nie dojrzewa.

Jednej woli jednemu trzeba przedsięwzięciu;Lepszy jeden wódz głupi, niż mądrych dziesięciu.

Po tem wyższego męża możesz poznać w tłumie,Że on zawsze to tylko zwykł robić, co umie.

Bóg sam może świat zniszczyć i drugi wystawić,A bez naszej pomocy nie może nas zbawić.

Mędrzec zwyczajnych ludzi z rozmowy ocenia,A nadzwyczajnych mężów poznaje z milczenia.

Jak bezsenny źle czyni, gdy oczy zamrużaI kładzie się na łożu, bo tem noc przedłuża;Tak namiętny źle czyni, gdy śmierć zada sobie:Wylecz się z bezsenności, nim pójdziesz spać w grobie.

Dobrzy ludzie nie mogą mieć nic na tym świecie,A za to, źli, na tamtym mieć nic nie będziecie.

Sam Bóg bez wiedzy naszej nie może nas rzucić,A choć rzuci, gdy zechcem, musi do nas wrócić.

Jest i więcej prawd w Piśmie; lecz kto o nie pyta,Niech sam zostanie pismem: w sobie je wyczyta.

Czemu Bóg na wzór siebie stworzył naszą postać?Bo sam lepszego wzoru nie mógł nigdzie dostać.

W ustach jest otwór duszy, a drogie balsamyWietrzeją prędko, gdy je często otwieramy.

Choć z tobą w drogę idzie towarzyszy wielu,Nie powierzaj im łatwo twej podróży celu,Ni kierunku, ni środków, bo często się dzieje,Że obok podróżnego wędrują złodzieje,I ciekawi są wiedzieć, w jaką idziesz stronę,Gdzie chowasz grosz na życie i miecz na obronę.

Ludu! głosuj i zrób mi ze słoty dzień ładny,Bo ja sceptyk szkaradny, wątpię, żeś wszechwładny.

Mówią, że Lapończycy na zimy miesiąceZwykli sobie z gwiazd jedną obierać za słońce.Gdy widzą, że obrana źle grzeje i świeci,Idą od tej do drugiej, od drugiej do trzeciéj;A tak ciągnąc sejmiki aż do zimy końca,Nie mogą się pogodzić na obranie słońca.

Mamy wodza wybierać, więc się, bracia, śpieszmy,Lecz wprzód sobie pułkową muzykę obierzmy;Na pierwszego trębacza podaję sapera,Niech trąbi, choć nie umie, wszak go lud wybiera.

Szkapa najdzielniejszego rumaka wyprzedzi,Jeśli zamiast człowieka duch na szkapie siedzi.

Kij bardziej niźli lanca rani i zabija,Jeśli żołnierz swe serce wbił na koniec kija.Szabla jest dla zabawy, lanca dla obawy,Karabiny dla wrzawy, kosa do rozprawy.Kosa wiosny narzędziem, cep jesiennej pory,A zimą gospodarze biorą za topory;Kościuszko zaczął kosić, teraz młócić pora,A w końcu na Moskali bierz się do topora.

Mędrzec dmie się jak pająk, gdy w swej norze spocznie,Lecz gdy się spuszczać zacznie, chudnie już widocznie;A im dłuższą nić snuje, tem się bardziej chwieje:Oto są dogmatyków i sceptyków dzieje.

Prawnicy swe świadectwa podpisują sami,Chłop zwykle je oznacza trzema krzyżykami;Częściej sędzia za ważne to świadectwo przyjmie,Gdzie zobaczy krzyżyki, niż gdzie własne imię.

Duszo! gdy poczniesz Boga, masz go w sercu chować,Bo Herod już śle katów, by go zamordować,I póki twoje dziecię nie urośnie w lata,Uciekaj do Egiptu przed oczyma świata.

Jeśli masz się do dzieła ważnego sposobić,Pomyśl, czy je chcesz najpierw i czy umiesz robić;Ja choćbym chciał i umiał, jeszcze się nie ważę,Jeżeli mi powinność działać nie nakaże.

Jeśli dzieło wymaga namyślań się długich,Jeśli go nie dokończysz bez pomocy drugich,

Jeśli się wielu głupców już do niego wzięło,Chcesz mieć czyste sumienie, porzuć takie dzieło.

Dobrze, że znamy węża i że przed nim stronim,Lecz lepiej go nie spotkać i nie wiedzieć o nim.

Prawy mędrzec się cieszy, jak pielgrzym ubogi,Gdy spotka na pustyni towarzysza drogi;Lecz półmędrek jak złodziej manowcami zmyka,Bo w każdym widzi świadka lub współzawodnika.

Nauki są lekarstwem, chlebem słowo boże;Kto ma zdrowy żołądek, bez lekarstw żyć może.

I ty się z tego cieszysz, o mądrości synu!Żeś został z oklaskami przyjęty od gminu?Wszak prawda w oczy kole; jeśli ci gmin klaskał,To dowód, filozofie, żeś nie kłół, lecz głaskał.

Mędrek dmie przed swym uczniem, przed równym się chlubi,Lecz zarówno współmędrka jak ucznia nie lubi:Współmędrka, żeby jego bogactw nie obliczył,Ucznia, aby ich nie skradł, lub nie odziedziczył.

Nazwałeś się Barankiem, więc musiałeś, Panie,Rodzić się wśród pasterzy, w stajence, na sianie.

Grzesznik leży, pokutnik dźwiga się na nogi,A święty stoi prosto, gotowy do drogi.

Nie jest punkt geometrów długi i szeroki,A przecież tworzy wszystkie linije i boki;Bóg czasu nie zabiera, ani w miejscu leży,Choć z niego miejsce wyszło i czas z niego bieży.

I szczęście jest nie w miejscu, ale w sobie leży;Cierpienie tylko wiecznie ciągnie się i szerzy.

Świat jest tylko atomem, lecz oślepi snadnieNajbystrzejszego mędrca, gdy mu w oko wpadnie.

Za co nigdy nie wstąpi anioł w duszę świętą?Bo ona przez samego Boga jest zajętą.

Święci bezpiecznie chodzą wśród piekieł płomieni,Ale goreją dyabli grzechem napełnieni.

Kiedy mowa popłynie, już uczucie ginie,A gdy potrzebna rada, już dzieło upada.

Odtąd przed znakiem krzyża nie pierzchną szatany,Lecz je łatwo rozpędzi duch ukrzyżowany.

Dwie istoty szczęśliwe nawet na tym świecie,Bo zawsze blizkie Boga: kobieta i dziecię.

Gdybyś szedł nocą ciemną i oczy zamrużył,Znajdziesz skarb, któryś rano czuwając wysłużył.

Jakiego Boga do ducha weźmiesz,Na tego podobieństwo stworzony będziesz.

Śniła się zima; ja biegłem w szeregu,Za procesyją pod niebem, po śniegu.Nie wiem, skąd wiemy, że na brzeg JordanuIdziem i w górze odgłos: »Chwała Panu,Pokój trzem królom, ludy! do Jordanu!«Ludzie obok mnie szli dwoma rzędami,Kobiety, starce i dzieci parami,W bieli ubrani ci, co z prawej strony,Ci, co na lewo — w żałobne opony,Szli ze świecami w dół obróconemi;Świece gorzały płomieniem do ziemi,Jak złote strzały.A ci bez światła szli, co po prawicy,Każdy z nich w ręku niósł kwiat, zamiast świécy.Spojrzałem w twarze: są i mnie znajome;Zląkłem się, wszystkie jak głaz nieruchome.Wtem jedna osoba wyszła z prawej strony:Kobieta świeci okiem przez zasłony,Stanęła przy mnie; wtem wybiegł chłopczynaI o jałmużnę dla ojca zaklina.Dałem grosz, ona dała tyle dwoje.Znowu sześć dałem, ona znów we dwoje.Zbiegli się widze; po złoto sięgamy,Kto z nas da więcej, dajemy, szukamy,Wstyd nam! już wszystko daliśmy, co mamy.Lud łajał chłopcu: — »Oddaj im!« — żartują.— »Oddam — rzekł chłopiec — jeżeli żałują«.Lecz nazad przyjąć już mi się nie chciało,Postać mnie ręką przeżegnała białą.Wtem weszło słońce — lato — śnieg nie spłynął,Lecz jak ptak biały dwa skrzydła rozwinął

I skacząc, leciał; niebo się odkryłoI wkoło ciepło i błękitno było!Uczułem zapach Włoch, róż i jaśminu,Różą pachnęły góry Palatynu.Ujrzałem Ewę,Jaką widziałem na Albańskiej górze,W białej sukience i ubraną w róże;Motyle wkoło, ona między niemiZdała się wznosić i nie tykać ziemi.Twarz piękna, jako Przemienienie Pańskie,Wzrok utopiła w jezioro Albańskie,Ciekawie patrzy, nie ruszy powieki,Jakby w tej głębi modrej i dalekiéjOdbite swoje oblicze widziałaI przed jeziorem róże poprawiała.Chciałem przywitać, lecz siły nie miałem,Z gwałtownej chęci mówić — oniemiałem;Lecz rozkosz moja, ach! ta rozkosz senna,Któż ją opowie? — mocniejsza niż dzienna,Lżejsza i milsza; jawa ma żar słońca,A sen łagodność i ciszę miesiąca.Za ręce wreszcie jak siostrę ująłem;Spojrzała ku mnie okiem niewesołem.»O siostro moja! patrząc w to twe oko,Czuję me szczęście tak dziwnie głęboko,Że mi się zdaje, że jestem w kościele«.Ona mi rzekła z uśmiechem dziecięcia:— »Rodzice moi chcą mnie z innym swatać,Lecz ja jaskółka chcę daleko latać;Mam skrzydła dobre, patrz, jaki ptak ze mnie,Lecę popłókać pióra moje w Niemnie.Wiem ja o twoich wszystkich przyjaciołach,Znajdę ich, leżą w grobach, po kościołach.Muszę i w lasy, w jeziora przepadać,I drzew popytać, i z ziółkami gadać,

One o tobie dziwne rzeczy wiedzą,Wszystko, gdzieś chodził, coś robił, powiedzą«.Słuchałem — i mnie nie zdała się ciemnaJej mowa, choć tak dziwna i tajemna.I mnie się zdało, że sam lecieć mogę,I prosiłem ją, by mnie wzięła w drogę.Zląkłem się tylko, że chce na dolinyIść, pytać o mnie drzewa i krzewiny,I przypomniałem nagle wszystkie biedy,Chwile pustoty, szaleństwa zapędy,I czułem serce tak mocno rozdarte,Tak jej i szczęścia i nieba niewarte...Wtem obaczyłem jaskółkę; z powrotemJuż leci; za nią jakby wojsko czarne:Sosny i lipy, piołuny i cząbry,Świadczyć przeciwko mnie.Przebudziłem się z obliczem ku niebu,Z rękami na krzyż, jakby do pogrzebu.Sen mój był cichy. Łzy jeszcze płynęłyGęsto po licach, i jeszcze wionęłyŚwieżym zapachem i Włoch i jaśminu,I gór Albańskich i róż Palatynu.

Dźwięk mię uderzył... Nagle moje ciało,Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,Prysło, zerwane anioła podmuchem,I ziarno duszy nagie pozostało...I zdaje mi się, żem się nagle zbudziłZe snu strasznego, co mnie długo trudził.

I jak zbudzony ociera pot z czoła,Tak ocierałem moje przeszłe czyny,Które wisiały przy mnie jak łupinyWokoło świeżo rozkwitłego zioła.Ziemia i cały świat, co mię otaczał,Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,Tyle zagadek i tyle tajemnic,I nad któremi jam dawniej rozpaczał:Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie,Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie.Teraz widziałem całe wielkie morze,Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga.A w niem rozlana była światłość błogaI mogłem latać po całym przestworze,Biegać jak promień przy boskim promieniuMądrości bożej; i w dziwnem widzeniuI światłem byłem i źrenicą razem.I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku,Nad przyrodzenia całego obrazem:W każdy punkt moje rzuciłem promienie,A w środku siebie, jakoby w ognisku,Czułem od razu całe przyrodzenie.Stałem się osią w nieskończonem kole:Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;Byłem w pierwotnych żywiołów żywiole,W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchyŚwiat ruszające, same nieruchome,Jako promienie, co ze środka słońcaLeją potoki blasku i gorąca,A słońce w środku stoi niewidome.I byłem razem na okręgu koła,Które się wiecznie rozszerza bez końcaI nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.I dusza moja, krąg napełniająca,

Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,I wiecznie będzie ognia jej przybywać;Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać,I coraz mocniej kochać swe stworzenieI tem powiększać coraz swe zbawienie.

Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiegaPromień przez wodę, ale nie przylegaDo żadnej kropli: wszystkie nawskroś zmacaI wiecznie czysty przybywa i wraca,I uczy wodę, skąd się światło leje,I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje.

Stały otworem ludzkich serc podwoje.Patrzyłem w czaszki, jak alchemik w słoje.Widziałem, jakie człek żądze zapalał,Jakie i kiedy myśli sobie nalał,Jakie lekarstwa, jakie trucizn waryGotował skrycie. A dokoła staliDuchowie czarni, aniołowie biali,Nieprzyjaciele i obrońcy duszni,Skrzydłami studząc albo niecąc żary,Śmiejąc się, płacząc, a zawsze posłuszniTemu, którego trzymali w objęciu,Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu,Które jej ojciec, pan wielki, poruczy,Choć ta na dobre, a ta na złe uczy................

Słowiczku mój! a leć! a piej!Na pożegnanie piejWylanym łzom, spełnionym snom,Skończonej piosnce twej!

Słowiczku mój! twe pióra zzuj,Sokole skrzydła weźI w ostrzu szpon, zołoto-stronDawidzki hymn tu nieś!

Bo wyszedł głos i padł już los,I tajne brzemię latWydało płód, i stał się cud!I rozraduje świat.Paryż, w sierpniu, 1841 r.

I z drzewa wysłużyło już zostać robakiem,Już świeci się po wierzchu liściem niejednakim,Barwistą wróżbą liszki, wierzchołki jak różkiBodzie w górę i liśćmi przebiera jak nóżki,Gdy wiatr wionie, że nie wiesz, czy dziecko w kolebce,Czy gąsienica szybko mącąca nogami.Wsłuchać w szum wód głuchy, zimny i jednakiI przez fale rozszerzać myśl wód jak przez znaki,Dać się unosić wiatrom nie wiedzieć gdzie lotnymI zliczyć każdy dźwięk na ich ruchu kołowtotnym,Wnurzyć się w łono rzeki z rybami,Ich okiem niewzruszonem jak gwiazdaNie wyczytasz...

I.

Broń mię przed sobą samym — muszę dojść potęgi!Są chwile, w których nawskroś widzę Twoje księgi,Jak słońce mgłę przeziera, która ludziom złotą,Brylantową zdaje się — a słońcu ciemnotą...Człowiek większy nad słońce, wie, że ta powłokaZłota — ciemna jest tylko tworem jego oka.Zwracam na cię słoneczne, ludzkie me źrenice,Chwytam Ciebie rękami za obie prawiceI krzyczę na głos cały: »Wydaj tajemnicę!«Dowiedź, żeś jest mocniejszy, lub wyznaj, że tyleTylko, ile ja, możesz w mądrości i sile...Nie znasz początku Twego, a czyż ludzkie plemięWie, od jakiego czasu upadło na ziemię?Bawisz się tylko ciągle, badając sam siebie —Cóż robi rodzaj ludzki? w swych dziejach się grzebie.Twoja mądrość samego siebie nie dociecze,A czyliż samo siebie zna plemię człowiecze?Jeden masz nieśmiertelność — my czy jej nie mamy?Znasz siebie i nie znasz — my czy siebie znamy?Końca Twojego nie znasz — my kiedyż się skończym?Dzielisz się, łączysz — i my dzielim się i łączym.Tyś różny i my zawsze myślą rozróżnieni;Tyś jeden — i my zawsze sercem połączeni.Tyś potężny w niebiosach — my tam gwiazdy śledzim;Wielkiś w morzach — my po nich jeździm, głąb ich zwiedzim.O Ty, co świecąc nie znasz wschodu i zachodu,Powiedz, czem Ty się różnisz od ludzkiego rodu?Toczysz walkę z szatanem w niebie i na ziemi —My walczym w sobie, w świecie, z chęciami własnemi.Ty sam na siebie wdziałeś raz postać człowieka.Powiedz, czyś wziął na chwilę, czyś ją miał od wieka?

II.

...Ręce, za lud walczące, sam lud poobcina,Imion miłych ludowi — lud pozapomina...Wszystko przejdzie. Po szumie, po huku, po trudzie,Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

III.

Pytasz, co za Bóg trochą sławy mię ozdobił?Za to, com myślił i chciał — nie za to, com zrobił.Myśli i chęci — jest to poezyja w świecie:Wykwita i opada, jak kwiat w jednem lecie;Lecz uczynki, jak ziarna, w głąb ziemi zaryte,Aż na przyszły rok ziarna wydadzą obfite.Przyjdzie czas, gdy błyszczące imiona pogniją,Z cichych ziaren wywite kłosy świat okryją...Huk jest przemijający, a Chrystus powiedział:»Błogosławiony cichy, on wszystkich przesiedział«.Niech prawdy nie zapomni, kto Chrystusa słyszy,Kto pragnie ziemię posiąść, niechaj siedzi w ciszy.

Pokłon przeczystej Rodzicy!Nad niebiosa Twoje skronie,Gwiazdami Twój wieniec płonieJehowie na prawicy.

Ninie dzień Tobie uświęcamy wierni.Śród Twego błyśnij kościoła!Oto na ziemię złożone czoła,Oto, śród niemej bojaźnią czerni,Powstaje prorok i woła:Uderzam organ Twej chwale,Lecz z bóstwa idzie godne bóstwa pienie,Śród Twego błyśnij kościołaI spuść anielskie wejrzenie!Duchy me bóstwem zapalę,Głosu mi otwórz strumienie!A zagrzmię pieśnią, jaką CherubyZagrzmią światu na skonanie,Gdy proch, zapadły w wieków otchłanie,Ze snu nicości wybiją.Takim grzmotem Twoje chluby,Gdzie piekło, gdzie gwiazdy świecą,Nieskończoność niech oblecą,Wieczność przeżyją.

A któż to wschodzi? Wschodzi na Syon Dziewica.Jak ranek z morskiej kąpieliI jutrznia — Maryji lica,Śnieży się obłok, słońce z ukosaSmugiem złota po nim strzeli —Taka na śniegu, co szaty bieli,Powiewnego jasność włosa.Pojrzał Jehowa i w niej upodobał sobie.Pękły niebios zwierciadła,Biała gołąkagołąbka spadłaI nad Syonem w równi trzyma skrzydła obie,I srebrzystej pierzem tęczyNiebianki skronie uwieńczy.Grom, błyskawica!Stań się, stało;Matką Dziewica.Bóg ciało!

Dziś cię za stołem swym Chrystus ugościł,Dziś anioł tobie niejeden zazdrościł.Ty spuszczasz oczy, które Bóstwem gorą!Jak ty mnie swoją przerażasz pokorą!Święta i skromna!... Grzesznicy nieczuli,Gdy my w spoczynku skroń ospałą złożym,Tobie, klęczącej przed Barankiem bożym,Jutrzenka usta modlące się stuli.Wtenczas zlatuje anioł, twój obrońca,Czysty i cichy, jak światło miesiąca,Zasłonę marzeń powoli rozdziela,A troskliwości pełen i wesela,

Z takiem nad tobą schyla się objęciem,Jak matka nad swem sennem niemowlęciem.Jeżeli promień nieśmiertelnej łaskiZbyt żywo w oczach anioła jaśnieje,I gdy się senna zbyt żywo rozśmieje,Anioł łagodnie przygasza swe blaski,Stula nad senną zasłonę marzeniaI odlatuje, biorąc twe westchnienia.Lecz nim odleci, kładzie wdzięki nowe,Jak nowe suknie dziecięciu pod głowę.Tak się piastunka jego codzień budzi,Z nową miłością u Boga i ludzi.Jabym dni wszystkich rozkosz za nic ważył,Gdybym noc jedną tak jak ty przemarzył.

Rzym, 1830.

I.

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,A razem gościsz w domku mego ducha;Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie,I czuwa tylko zgryzota i skrucha:Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;Najdalej władasz i służysz w pobliżu,Król na niebiosach, w sercu mem, na krzyżu!

I każda dobra myśl jak promień wracaZnowu do Ciebie, do źródła, do słońca,I nazad płynąc znowu mię ozłaca,Śle blask, blask biorę i blask mam za gońca.

I każda dobra chęć Ciebie wzbogaca,I znowu za nią płacisz mi bez końca,Jak Ty na niebie, Twój sługa, Twe dziecię,Niech się tak cieszy, tak błyszczy na świecie.

Tyś Król, o cuda! Tyś i mój poddany!Każda myśl podła, jako włócznia nowa,Otwiera Twoje niezgojone rany;I każda chęć zła, jak gąbka octowa,Którą do ust Twych zbliżam zagniewany.Póki Cię moja złość w grobie nie schowa,Cierpisz, jak sługa panu zaprzedany:Jak Ty na krzyżu, Twój pan, Twoje dziecię,Niechaj tak cierpi i kocha na świecie.

II.

Kiedym bliźniemu odsłonił myśl chorąI wątpliwości raka, co ją toczy:Zły wnet ucieczką ratował się skorą,Dobry zapłakał, lecz odwracał oczy.Lekarzu wielki! Ty najlepiej widziszChorobę moją, a mną się nie brzydzisz!

Gdym wobec bliźnich dobył z głębi duszyGłos przeraźliwszy, niźli jęk cierpienia,Głos wiecznie grzmiący w piekielnej katuszy,Cichy na ziemi głos złego sumienia:Sędzio straszliwy! Tyś ognie rozdmuchałSumieniu złemu — a Tyś mnie wysłuchał.

III.

Gdy mię spokojnym zowią dzieci świata,Burzliwą duszę kryję przed ich okiem,I obojętna duma, jak mgły szata,Wnętrze piorunu pozłaca obłokiem;I tylko w nocy, cicho, na Twe łonoWylewam burzę we łzy roztopioną.

1830.

W nieczułej, ale niespokojnej dumieUsnęli mędrcy. Wtem odgłos ich budzi:Że Bóg widomie objawił się w tłumie,I o wieczności przemawia do ludzi.»Zabić go — rzekli — spokojność nam miesza!...Lecz zabić we dnie? obroni go rzesza«.

Więc mędrcy w nocy lampy zapalali,I na swych księgach ostrzyli rozumyZimne i twarde, jak miecze ze stali,I wziąwszy z sobą uczniów ślepych tłumy,Szli łowić Boga. A zdrada na przedzie,Prostą ich drogą, ale zgubną wiedzie.

»Tyś to?« — krzyknęli na Maryi Syna;»Jam« — odpowiedział — i mędrcy pobladli;»Ty jesteś?« — »Jam jest«. — Służalców drużynaUciekła w trwodze, mędrcy na twarz padli;Lecz widząc, że Bóg straszy a nie karze,Wstali przelękli, więc srożsi zbrodniarze.

I tajemnicze szaty z Boga zwlekli,I szyderstwami ciało jego siekli,I rozumami serce mu przebodli:A Bóg ich kocha i za nich się modli!Aż gdy do grobu duma Go złożyła,Wyszedł z ich duszy, ciemnej jak mogiła.

Spełnili mędrcy na Boga pogrzebieKielich swej pychy. Natura w rozruchuDrżała o Boga. Lecz pokój był w niebie:Bóg żyje, tylko umarł w mędrców duchu.

1830.

Jest Mistrz, co wszystkie duchy wziął do chóruI wszystkie serca nastroił do wtóru,Wszystkie żywioły naciągnął jak struny,A wodząc po nich wichry i pioruny,Jedną pieśń śpiewa i gra od początku:A świat dotychczas nie pojął jej wątku.Mistrz, co malował na niebios błękicie,I malowidła odbił na tle fali,Kolosów wzory rzezał na gór szczycie,I w głębi ziemi odlał je z metali:A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela,Nie pojął jednej myśli tworzyciela.Jest Mistrz wymowy, co bożą potęgęW niewielu słowach objawił przed ludem,I całą swoich myśli i dzieł księgęSam wytłomaczył głosem, czynem, cudem.Dotąd Mistrz nazbyt wielkim był dla świata;Dziś świat nim gardzi — poznawszy w nim brata.Sztukmistrzu ziemski, czem są twe obrazy,Czem są twe rzeźby i twoje wyrazy?A ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumieTwych myśli i mów i dzieł nie rozumie?Spojrzyj na Mistrza, i cierp, boży synu,Nieznany, albo wzgardzony od gminu.

1830.

Kiedy rozumne, gromowładne czołoZgiąłem przed Panem, jak chmurę przed słońcem:Pan je wzniósł w niebo jako tęczy koło,I umalował promieni tysiącem.

I będzie błyszczeć na świadectwo wierze,Gdy luną klęski z niebieskiego stropu;I gdy mój naród zlęknie się potopu,Spojrzy na tęczę — i wspomni przymierze.

Panie! Mą pychę duch pokory wzniecił;Choć górnie błyszczę na niebios błękicie,Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił:Mój blask jest słabe twych ogniów odbicie!

Przejrzałem nizkie ludzkości obszary,Z różnych jej mniemań i barwą i szumem:Wielkie i mętne, gdym patrzył rozumem,Małe i jasne — przed oczyma wiary.

I was dostrzegam, o dumni badacze!Gdy wami burza jak śmieciem pomiata,Zamknięci w sobie, jak w konchy ślimacze,Chcieliście mali obejrzeć krąg świata.

Konieczność, rzekli, wedle ślepej woliPanuje światu, jako księżyc morzu.A drudzy rzekli: przypadek swawoliW ludziach, jak wiatry w nadziemskiem przestworzu.

Jest Pan, co objął oceanu fale,I ziemię wiecznie kazał mu zamącać;Ale granicę wykował na skale,O którą wiecznie będzie się roztrącać.

Darmo chce powstać z ziemnego pogrzebu;Ruchomy wiecznie, ruchem swym nie władnie:Im wyżej buchnął, tym głębiej upadnie,Wznosząc się wiecznie, nie wzniesie ku niebu.

A promień światła, który słońce rzuci,Na szumnej morza igrając topieli,Nie tonie, tylko w tęczę się rozdzieli,I znowu w niebo, skąd wyszedł, powróci.

Rozumie ludzki! tyś mały przed Panem,Tyś kroplą w jego wszechmogącej dłoni.Świat cię niezmiernym zowie oceanem,I chce ku niemu na twej wzlecieć toni.

Zdajesz się tykać brzegów widnokręga:Daremnie z żaglem nawa leci chyża,Opływa ziemię, niebios nie dosięga;Twa fala nigdy ku niebu nie zbliża.

Wzdymasz się, płaszczysz, czernisz się i błyskasz,Otchłanie ryjesz i w górę się ciskasz,Powietrze ciemnisz chmurami mokremi,I spadasz z gradem — tyś zawsze na ziemi!

A promień Wiary, którą niebo wznieca,Topi twe krople, zapala twe gromy,I twe pogodne zwierciadła oświeca;Ach! ty bez wiary byłbyś niewidomy.

1830.

W samym przepaści niezgłębionej środku,W samym ciemności najgrubszej zarodku,Osiadł Aryman, jak złodziej ukryty,Gniewny jako lew, jak wąż jadowity.Onego czasu nadął się i dźwignął,I wielką ciemność piersiami wyrzygnął,I po ciemności, jak pająk po sieci,Szczeblował w górę, tam gdzie bóstwo świeci.Oparł się o dnia i nocy granice,Wynurzył głowę i podniósł źrenice

A skoro ujrzał w samym niebios środku,W samym jasności najczystszej zarodku,Oromadesa, co śród tworów świeci,Jak śród gwiazd słońce, jak ojciec śród dzieci;Skoro na widok przedwiecznego słońcaZły duch pomyślił o szczęściu bez końca —Ta myśl, ogromna jako świata brzemię,Z takim ciężarem padła mu na ciemię,Że stracił siłę, runął nadół głowąPrzez wieki wieków — i osiadł nanowoW samym przepaści niezgłębionej środku,W samym ciemności najgrubszej zarodku.

1830.

Jedna jest rzecz na świecie godna ludzkiej pieczy;Ludzie o wszystkiem myślą, prócz tej jednej rzeczy.

Pokój jest przyszłem dobrem, przyszłem szczęściem mojem:Nie chciałbym Boga, gdyby Bóg nie był pokojem.

Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi;Są takie, które szepce swemu narodowi;Są takie, które zwierza przyjaciołom domu;Są takie, których odkryć nie może nikomu.

Niech się twa dusza jako dolina położy,A wnet po niej, jak rzeka, popłynie duch boży.

Bóg nie nad głową mieszka, lecz w środku człowieka:Więc kto w głowę zachodzi, od Boga ucieka.

Gdzie kto będzie po śmierci, za życia odgadnie:Gdzie chylił się za życia, tam po śmierci wpadnie.

Wygnaliśmy z serc Boga, weźmiem dobra po nim,Gadać o nim i pisać do niego zabronim;Mamy nań sto gąb brzmiących i piór ostrych krocie:A ten zbrodniarz emigrant myśli o powrocie!

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę;Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę.

Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiegoZaczęła się najskromniej od słowa: »Dlaczego?«

Czemu szatan jak nędzarz wszystkim dóbr zazdrości?Bo sam nic nie posiada, prócz swojej własności.

Duch jest budowlą, ciało jako rusztowanie:Musi być rozebrane, gdy budowla stanie.

O kawał ziemi ludzkie dobija się plemię;Zostań cichym, a możesz posiąść całą ziemię.

Ci, co nad czas i miejsce ducha swego wzbili,Mogą czucia wieczności doznać w każdej chwili.

Sam człowiek jest wiecznością, kiedy na świat zdąży,I Boga w sobie, a sam w Bogu się pogrąży.

Człowiek święty jest równie jak Stwórca bogaty,Bo Stwórca z nim podziela wszystkie swoje światy.

Bóg nic darmo nie daje, lecz wszystko otwiera,I każdy z Boga tyle, ile chce, zabiera.

Bóg wznosi się tak górnie, tak wysoko leży,Że granic bóstwa swego sam nigdy nie zmierzy.

Gdy pełnisz cnotę, cierpisz trudy i kłopoty,Jeszcześ nie jest cnotliwym, tylko szukasz cnoty.

Wtenczas powiesz, człowieku, żeś godzien zbawienia,Jeśli zdołasz wnijść w piekło i nie czuć płomienia.

Obraża niebo podła i nieufna tłuszcza,Co wzywa Boga, lecz się na Boga nie spuszcza.

Cierpi człowiek, bo służy sam sobie za kata;Sam sobie robi koło i sam się w nie wplata.

Wierzysz, że się Bóg zrodził w Betlejemskim żłobie,Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.

Krzyż, wbity na Golgocie, tego nie wybawi,Kto sam na sercu swojem krzyża nie wystawi.

Duch ze swej bezdeni woła: Bóg ze swej bezdeniOdpowiada: obadwa równo niezgłębieni.

Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie;Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w niebie.

Kto pragnie wieczne słowo w głębi własnej duszySam wyraźnie usłyszeć, niech wprzód zamknie uszy.

Słowo stało się ciałem, ażeby nanowoCiało twoje, człowieku, powróciło w słowo.

Czego szuka stworzenie od wieków tak wiela?Szuka tylko spoczynku, swego stworzyciela.

Gdybym tyle jak Chrystus mógł wziąć bóstwa w siebie,Zaraz stałbym się władcą na ziemi i niebie.

Do raju drzwi otwarte, ale rzadki zdołaPrzebić się przez ogniste miecze archanioła.

Czemu jest pierś anielska więcej Bogu drogaNiż pierś muchy? bo więcej bierze w siebie Boga.

Ile się dusza wzruszy, tyle Boga wzruszy;O ile dusza w Bogu, o tyle Bóg w duszy.

Gdyby szatan na chwilę mógł wynijść sam z siebie,Toby w tej samej chwili już ujrzał się w niebie.

Pomiędzy dzieci boże próżno ten wnijść pragnie,Kto się u drzwi tak nizko, jak dziecię, nie nagnie.

Wołasz do Boga: Ojcze! Ojciec wnet przychodzi:Aż zamiast dziecka, chłopa dużego znachodzi.

Kto modli się o dary, złe pacierze mówi:Bo modli się stworzeniu, nie stworzycielowi.

Za co człowiek na bliźnich tak często uderza,Jak na dzikie zwierzęta? Bo ma w sobie zwierza.

Zwierz walczy ze zwierzęciem, boi się człowieka;Człowiek walczy z człowiekiem, od ducha ucieka.

Ten może deptać węże, głaskać lwy i tury,Kto wyrwał z siebie żądło, rogi i pazury.

Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem?Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem.

Smutni! chorzy! wy, zamiast cieszyć się i leczyć,Wolicie wzajem siebie smucić i kaleczyć.

Bóg jest dobrem: więc wszystko, na co duch narzeka,Zło, śmierć i potępienie, pochodzą z człowieka.

Kiedy pierwszy raz wnijdę w jakie zgromadzenie,By poznać ludzi, zważam pierwsze ich spojrzenie;

Rozsądni naprzód spojrzą na mą nogę prawą,Głupi naprzód na lewą, którą mam kulawą.

Dobry i zły zarówno chodzą za bliźnimi,Jeden — żeby ich żywił, drugi — by żył nimi.

Dobry człowiek, jako król, szuka kogo wieńczyć;Zły podobny do kata: szuka kogo męczyć.

Wszyscy walczą dla dobra, któż używać będzie?Błogosławiony cichy, ten ziemię posiędzie.

Żaden naród prac swoich nie cieszył się płodem,Bo żaden nie był ludu cichego narodem.

Pewna rzeczpospolita jest zawsze i wszędzie,Chociaż państwem na ziemi nie była, ni będzie.

Niepokój jest zegarem, on czas ludziom stwarza:Kto umorzył niepokój, wnet i czas umarza.

Niebo samo nie spadnie, trzeba je osiągnąć:I Pan Bóg sam nie zstąpi, potrzeba go ściągnąć.

Trzymaj ten sznur, choć fala nad głową szaleje;Wybrnąłby szatan, gdyby mógł chwycić nadzieję.

Szatan wie, że Bóg wieczny i w sile niezmierny;Ale o tem zapomniał, że Bóg miłosierny.

Szatan przeczuwa dobrze wieczność swej katuszy,Ale rozumowaniem to przeczucie głuszy.

Od chwili, gdy zaczęli czarci z nieba spadać,Kłócą się dotąd, kto z nich ma niebo posiadać.

Powiadasz, że żal zbawia: wszak czarty się żalą?Żalą, lecz na drugich, a sami się chwalą.

Największego grzesznika Bóg sił nie pozbawia,Tylko na karę własnym siłom go zostawia.

Kto na wieczność pracuje, drogo czas szacuje:Bo kiedy czas ustanie, kończy się działanie.

Czy wiecie, żeśmy dłużej, niżeli Bóg żyli?Bóg jest wieczny, a przecież nie żył ani chwili.

Czas jest łańcuch; im dalej od Boga ucieczesz,Tem dłużej i cięższy łańcuch z sobą wleczesz.

Zaiste, miłe Bogu jest aniołów pienie:Ale daleko milsze człowieka milczenie.

Głośniej niźli w rozmowach, Bóg przemawia w ciszy,I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy.

Mówisz: niech sobie ludzie nie kochają Boga,Byle im była cnota i ojczyzna droga.

Głupiec mówi: niech sobie źródło wyschnie w górach,Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach.

Że do nieba daleko, niejeden narzeka:Ziemia dalej, niżeli niebo od człowieka.

Wołasz Boga: on często schodzi pokryjomuI puka do drzwi twoich; aleś rzadko w domu.

Czemu sąd ostateczny tak szatauaszatana trwoży?Czyli mu niewiadomy dotąd wyrok boży?Czy on żałuje świata, który się ma złamać?Żałuje, bo bez świata gdzież on będzie kłamać?

Szatan, choć sobie mądrość i siłę przyznaje,Wie, że kłamie i wiary sam sobie nie daje;Dlatego rad śród ludzi zdania swoje szerzyć,By je słysząc z ust cudzych, mógł im sam uwierzyć.

Chcesz zyskać nieśmiertelność przez jaki czyn dzielny?Głupiś! czy chcesz, czy nie chcesz, będziesz nieśmiertelny.

Bóg jest w Trójcy jedyny, ma pokój w radości:Radość pochodzi z Trójcy, a pokój z jedności.

Bóg w duchu swym wiecznego doznaje wesela,A w nas cierpi o tyle, o ile się wciela.

Dobry mistrz w takim tylko chórze śpiewać lubi,Gdzie czuje, że głos własny w harmonii gubi.

Muzyk zmiesza orkiestrę najlepiej dobraną,Jeśli grając stara się, żeby »go« słyszano.

Dziwisz się, że po śmierci mała nasza cnotaMa rosnąć w szczęście przez ciąg wiecznego żywota.Nie dziwisz się, że jeden grosz, w banku złożony,Za kilka wieków może uróść w milijony.

Grzech jest palnym żywiołem: więc kto grzechu niéma,Może stać w środku piekła, ogień go nie ima.

Filozof uczniom własnej nauki udziela:Apostoł tylko świadkiem jest nauczyciela.

Straszniejsze jest dla zbrodni świadectwo, niż skarga:Łotr lży oskarżyciela, na świadków się targa.Skarżących mędrków czasem pospólstwo łajało,Lecz świadczących o prawdzie zawsze mordowało.

Człowiek jest urzędnikiem wysokiego stanu:Cały świat służy jemu, a on tylko Panu.

Skarżysz się, że ktoś z twojej własności korzysta:Grzech jest to jedna twoja własność osobista.

»Uszło szczęście, i próżno dotąd za niem chodzę!...«Nie uszło: czeka ciebie na krzyżowej drodze.

Pan dotąd miłosiernie patrzy na szatana,Lecz szatan odwraca się, by nie widział Pana.

Nauką i pieniędzmi drudzy cię zbogacą;Mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą.

Aby mądrości nabyć, nie dość mieć pojętność,Nie dość uczyć się; mądrość nie jest umiejętność.Ta pragnie z teoryi praktykę wyciągnąć,A tamta — teoryę praktyką osiągnąć.

Kiedy nad naukami bezbożnik pracuje,Strzeż się, jest to zbójca, który broń kupuje.

Na co będą potrzebne — pytało pacholę —Trójkąty, czworoboki, koła, parabole?Że potrzebne — rzekł mędrzec — musisz teraz wierzyć;Na co potrzebne? zgadniesz, gdy zaczniesz świat mierzyć.

Czas jako powróz wiąże ducha do natury;Póty męczyć się musim, aż zużyjem sznury.

»Świat widzialny jest atom«. Prawda, astronomie!Za cóż ty chcesz żyć cały tylko w tym atomie?...

O czemkolwiek rozprawa, im dłużej się wiodła,Tem dalsza jest od prawdy, jak woda od źródła.

Poco się ten gmin głupi na radę zgromadził?Chce, żeby mu radzono to, co już uradził.

W jednym tylko przypadku rada nie zawadzi:W jakim? Gdy się Pokora u Mądrości radzi.

Szatan jest tchórz, boi się zostać w samotności,I dlatego najczęściej między tłumem gości.

Bóg pomazańcom swoim znak na czole kładnie;Naród, który tych znaków nie widzi, upadnie.

Na głębszych fundamentach wyższy mur stać może:I wyższy rozum tylko na głębszej pokorze.

Kiedy tchnie, całą przyszłość z piersi swych wyzionie;Gdy westchnie, całą przeszłość w piersiach swych pochłonie.

Prawd w piśmie bożem, równie jako gwiazd w błękicie:Im lepsze macie oczy, tem więcej ujrzycie.

Ilekroć złą myśl w duszy dobra przezwycięża,Tylekroć święty Michał strąca z niebios węża.

Ciało jest małym światem, książka duszą małą,W której spisano wszystko, co się w świecie stało.

Kłamca jest zły moneciarz; pozwól mu fałsz mnożyć,To on sam jeden zdoła cały kraj zubożyć.

Głupiec, jak muł we młynie, związane ma oczy,I ciągle ruszając się, ciągle w miejscu kroczy.

Mędrcy prawdziwie wielcy, jak niebieskie ciała,Zdają się stać, gdy każde z nich leci i działa.

Dobrzeby w życiu świeckiem, jak niegdyś w Kościele,Tego tylko zwać wielkim, co wycierpiał wiele.

»Świat ten jest czysta bajka!« Zgoda, przyjacielu:Lecz każda bajka ma sens moralny na celu.

Wtenczas tylko rzetelnie pogodzisz się z wrogiem,Jeśli ty i wróg pierwej zgodzicie się z Bogiem.

»Czy mam działać, czy cierpieć?« Bądź Stwórcy obrazemI jak On w każdej chwili działaj i cierp razem.

Czas przeszły równie od nas jak przyszły daleki;Ten tylko pojmie przeszłe, kto zgadł przyszłe wieki.

Nawała pokus, równie jako morska burza,Dzielnych pływaczów wznosi, a słabych zanurza.

Nie ten jest egoistą, kto od ludzi stroni,Ale ten, kto za bliźnim jak za łupem goni.

Pochlebca i potwarca za zasługą łażą;Brzydź się więcej pochlebstwem niżeli potwarzą.

W potwarzy dla dobrego jest zawżdy nauka,Pochlebstwo złych zatwardzi, a dobrych oszuka.

Szatan w ciemnościach łowi; jest to nocne zwierzę:Chowaj się przed nim w światło, tam cię nie dostrzeże.

Często grzesznik przed śmiercią na bliźnich się żali,Iż mu nie dosyć w życiu krzywd nawyrządzali.

Nie źle to jest być śmiesznym. Żartowano z panów,Z mędrców, z wodzów, z poetów, z lekarzy, z kapłanów;Wszystkich na śmiech wystawił dowcipek ucieszny,Prócz jednego szatana. On jeden nie śmieszny.

Musi drzewo, ażeby rozkwitać i rodzić,Po liściach, jak po szczeblach, na powietrze wchodzić;Chociaż soki pożywne z łona ziemi bierze,Owocu dać nie może, tylko w wyższej sferze.

Mądrość świecka jest nakształt błędnego ognika:Błyszcząc zwodzi cię z drogi; gdy z niej zejdziesz, znika.

Jaka tam będzie siła wiecznego płomienia,Wnoś tu z jego iskierek, ze zgryzot sumienia.

Mędrek świecki wymaga od małych i wielkich,By wszyscy byli zawsze przykładem cnót wszelkich,Choć sam co chwila cnotę myślami kaleczy,Słowami podkopuje i czynem niweczy;Obrzydliwszy od czerwia, co roztacza drzewa:Bo tocząc klnie drzewu, czemu nie dojrzewa.

Jednej woli jednemu trzeba przedsięwzięciu;Lepszy jeden wódz głupi, niż mądrych dziesięciu.

Po tem wyższego męża możesz poznać w tłumie,Że on zawsze to tylko zwykł robić, co umie.

Bóg sam może świat zniszczyć i drugi wystawić,A bez naszej pomocy nie może nas zbawić.

Mędrzec zwyczajnych ludzi z rozmowy ocenia,A nadzwyczajnych mężów poznaje z milczenia.

Jak bezsenny źle czyni, gdy oczy zamrużaI kładzie się na łożu, bo tem noc przedłuża;Tak namiętny źle czyni, gdy śmierć zada sobie:Wylecz się z bezsenności, nim pójdziesz spać w grobie.

Dobrzy ludzie nie mogą mieć nic na tym świecie,A za to, źli, na tamtym mieć nic nie będziecie.

Sam Bóg bez wiedzy naszej nie może nas rzucić,A choć rzuci, gdy zechcem, musi do nas wrócić.

Jest i więcej prawd w Piśmie; lecz kto o nie pyta,Niech sam zostanie pismem: w sobie je wyczyta.

Czemu Bóg na wzór siebie stworzył naszą postać?Bo sam lepszego wzoru nie mógł nigdzie dostać.

W ustach jest otwór duszy, a drogie balsamyWietrzeją prędko, gdy je często otwieramy.

Choć z tobą w drogę idzie towarzyszy wielu,Nie powierzaj im łatwo twej podróży celu,Ni kierunku, ni środków, bo często się dzieje,Że obok podróżnego wędrują złodzieje,I ciekawi są wiedzieć, w jaką idziesz stronę,Gdzie chowasz grosz na życie i miecz na obronę.

Ludu! głosuj i zrób mi ze słoty dzień ładny,Bo ja sceptyk szkaradny, wątpię, żeś wszechwładny.

Mówią, że Lapończycy na zimy miesiąceZwykli sobie z gwiazd jedną obierać za słońce.Gdy widzą, że obrana źle grzeje i świeci,Idą od tej do drugiej, od drugiej do trzeciéj;A tak ciągnąc sejmiki aż do zimy końca,Nie mogą się pogodzić na obranie słońca.

Mamy wodza wybierać, więc się, bracia, śpieszmy,Lecz wprzód sobie pułkową muzykę obierzmy;Na pierwszego trębacza podaję sapera,Niech trąbi, choć nie umie, wszak go lud wybiera.

Szkapa najdzielniejszego rumaka wyprzedzi,Jeśli zamiast człowieka duch na szkapie siedzi.

Kij bardziej niźli lanca rani i zabija,Jeśli żołnierz swe serce wbił na koniec kija.Szabla jest dla zabawy, lanca dla obawy,Karabiny dla wrzawy, kosa do rozprawy.Kosa wiosny narzędziem, cep jesiennej pory,A zimą gospodarze biorą za topory;Kościuszko zaczął kosić, teraz młócić pora,A w końcu na Moskali bierz się do topora.

Mędrzec dmie się jak pająk, gdy w swej norze spocznie,Lecz gdy się spuszczać zacznie, chudnie już widocznie;A im dłuższą nić snuje, tem się bardziej chwieje:Oto są dogmatyków i sceptyków dzieje.

Prawnicy swe świadectwa podpisują sami,Chłop zwykle je oznacza trzema krzyżykami;Częściej sędzia za ważne to świadectwo przyjmie,Gdzie zobaczy krzyżyki, niż gdzie własne imię.

Duszo! gdy poczniesz Boga, masz go w sercu chować,Bo Herod już śle katów, by go zamordować,I póki twoje dziecię nie urośnie w lata,Uciekaj do Egiptu przed oczyma świata.

Jeśli masz się do dzieła ważnego sposobić,Pomyśl, czy je chcesz najpierw i czy umiesz robić;Ja choćbym chciał i umiał, jeszcze się nie ważę,Jeżeli mi powinność działać nie nakaże.

Jeśli dzieło wymaga namyślań się długich,Jeśli go nie dokończysz bez pomocy drugich,

Jeśli się wielu głupców już do niego wzięło,Chcesz mieć czyste sumienie, porzuć takie dzieło.

Dobrze, że znamy węża i że przed nim stronim,Lecz lepiej go nie spotkać i nie wiedzieć o nim.

Prawy mędrzec się cieszy, jak pielgrzym ubogi,Gdy spotka na pustyni towarzysza drogi;Lecz półmędrek jak złodziej manowcami zmyka,Bo w każdym widzi świadka lub współzawodnika.

Nauki są lekarstwem, chlebem słowo boże;Kto ma zdrowy żołądek, bez lekarstw żyć może.

I ty się z tego cieszysz, o mądrości synu!Żeś został z oklaskami przyjęty od gminu?Wszak prawda w oczy kole; jeśli ci gmin klaskał,To dowód, filozofie, żeś nie kłół, lecz głaskał.

Mędrek dmie przed swym uczniem, przed równym się chlubi,Lecz zarówno współmędrka jak ucznia nie lubi:Współmędrka, żeby jego bogactw nie obliczył,Ucznia, aby ich nie skradł, lub nie odziedziczył.

Nazwałeś się Barankiem, więc musiałeś, Panie,Rodzić się wśród pasterzy, w stajence, na sianie.

Grzesznik leży, pokutnik dźwiga się na nogi,A święty stoi prosto, gotowy do drogi.

Nie jest punkt geometrów długi i szeroki,A przecież tworzy wszystkie linije i boki;Bóg czasu nie zabiera, ani w miejscu leży,Choć z niego miejsce wyszło i czas z niego bieży.

I szczęście jest nie w miejscu, ale w sobie leży;Cierpienie tylko wiecznie ciągnie się i szerzy.

Świat jest tylko atomem, lecz oślepi snadnieNajbystrzejszego mędrca, gdy mu w oko wpadnie.

Za co nigdy nie wstąpi anioł w duszę świętą?Bo ona przez samego Boga jest zajętą.

Święci bezpiecznie chodzą wśród piekieł płomieni,Ale goreją dyabli grzechem napełnieni.

Kiedy mowa popłynie, już uczucie ginie,A gdy potrzebna rada, już dzieło upada.

Odtąd przed znakiem krzyża nie pierzchną szatany,Lecz je łatwo rozpędzi duch ukrzyżowany.

Dwie istoty szczęśliwe nawet na tym świecie,Bo zawsze blizkie Boga: kobieta i dziecię.

Gdybyś szedł nocą ciemną i oczy zamrużył,Znajdziesz skarb, któryś rano czuwając wysłużył.

Jakiego Boga do ducha weźmiesz,Na tego podobieństwo stworzony będziesz.

Śniła się zima; ja biegłem w szeregu,Za procesyją pod niebem, po śniegu.Nie wiem, skąd wiemy, że na brzeg JordanuIdziem i w górze odgłos: »Chwała Panu,Pokój trzem królom, ludy! do Jordanu!«Ludzie obok mnie szli dwoma rzędami,Kobiety, starce i dzieci parami,W bieli ubrani ci, co z prawej strony,Ci, co na lewo — w żałobne opony,Szli ze świecami w dół obróconemi;Świece gorzały płomieniem do ziemi,Jak złote strzały.A ci bez światła szli, co po prawicy,Każdy z nich w ręku niósł kwiat, zamiast świécy.Spojrzałem w twarze: są i mnie znajome;Zląkłem się, wszystkie jak głaz nieruchome.Wtem jedna osoba wyszła z prawej strony:Kobieta świeci okiem przez zasłony,Stanęła przy mnie; wtem wybiegł chłopczynaI o jałmużnę dla ojca zaklina.Dałem grosz, ona dała tyle dwoje.Znowu sześć dałem, ona znów we dwoje.Zbiegli się widze; po złoto sięgamy,Kto z nas da więcej, dajemy, szukamy,Wstyd nam! już wszystko daliśmy, co mamy.Lud łajał chłopcu: — »Oddaj im!« — żartują.— »Oddam — rzekł chłopiec — jeżeli żałują«.Lecz nazad przyjąć już mi się nie chciało,Postać mnie ręką przeżegnała białą.Wtem weszło słońce — lato — śnieg nie spłynął,Lecz jak ptak biały dwa skrzydła rozwinął

I skacząc, leciał; niebo się odkryłoI wkoło ciepło i błękitno było!Uczułem zapach Włoch, róż i jaśminu,Różą pachnęły góry Palatynu.Ujrzałem Ewę,Jaką widziałem na Albańskiej górze,W białej sukience i ubraną w róże;Motyle wkoło, ona między niemiZdała się wznosić i nie tykać ziemi.Twarz piękna, jako Przemienienie Pańskie,Wzrok utopiła w jezioro Albańskie,Ciekawie patrzy, nie ruszy powieki,Jakby w tej głębi modrej i dalekiéjOdbite swoje oblicze widziałaI przed jeziorem róże poprawiała.Chciałem przywitać, lecz siły nie miałem,Z gwałtownej chęci mówić — oniemiałem;Lecz rozkosz moja, ach! ta rozkosz senna,Któż ją opowie? — mocniejsza niż dzienna,Lżejsza i milsza; jawa ma żar słońca,A sen łagodność i ciszę miesiąca.Za ręce wreszcie jak siostrę ująłem;Spojrzała ku mnie okiem niewesołem.»O siostro moja! patrząc w to twe oko,Czuję me szczęście tak dziwnie głęboko,Że mi się zdaje, że jestem w kościele«.Ona mi rzekła z uśmiechem dziecięcia:— »Rodzice moi chcą mnie z innym swatać,Lecz ja jaskółka chcę daleko latać;Mam skrzydła dobre, patrz, jaki ptak ze mnie,Lecę popłókać pióra moje w Niemnie.Wiem ja o twoich wszystkich przyjaciołach,Znajdę ich, leżą w grobach, po kościołach.Muszę i w lasy, w jeziora przepadać,I drzew popytać, i z ziółkami gadać,

One o tobie dziwne rzeczy wiedzą,Wszystko, gdzieś chodził, coś robił, powiedzą«.Słuchałem — i mnie nie zdała się ciemnaJej mowa, choć tak dziwna i tajemna.I mnie się zdało, że sam lecieć mogę,I prosiłem ją, by mnie wzięła w drogę.Zląkłem się tylko, że chce na dolinyIść, pytać o mnie drzewa i krzewiny,I przypomniałem nagle wszystkie biedy,Chwile pustoty, szaleństwa zapędy,I czułem serce tak mocno rozdarte,Tak jej i szczęścia i nieba niewarte...Wtem obaczyłem jaskółkę; z powrotemJuż leci; za nią jakby wojsko czarne:Sosny i lipy, piołuny i cząbry,Świadczyć przeciwko mnie.Przebudziłem się z obliczem ku niebu,Z rękami na krzyż, jakby do pogrzebu.Sen mój był cichy. Łzy jeszcze płynęłyGęsto po licach, i jeszcze wionęłyŚwieżym zapachem i Włoch i jaśminu,I gór Albańskich i róż Palatynu.

Dźwięk mię uderzył... Nagle moje ciało,Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,Prysło, zerwane anioła podmuchem,I ziarno duszy nagie pozostało...I zdaje mi się, żem się nagle zbudziłZe snu strasznego, co mnie długo trudził.

I jak zbudzony ociera pot z czoła,Tak ocierałem moje przeszłe czyny,Które wisiały przy mnie jak łupinyWokoło świeżo rozkwitłego zioła.Ziemia i cały świat, co mię otaczał,Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,Tyle zagadek i tyle tajemnic,I nad któremi jam dawniej rozpaczał:Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie,Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie.Teraz widziałem całe wielkie morze,Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga.A w niem rozlana była światłość błogaI mogłem latać po całym przestworze,Biegać jak promień przy boskim promieniuMądrości bożej; i w dziwnem widzeniuI światłem byłem i źrenicą razem.I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku,Nad przyrodzenia całego obrazem:W każdy punkt moje rzuciłem promienie,A w środku siebie, jakoby w ognisku,Czułem od razu całe przyrodzenie.Stałem się osią w nieskończonem kole:Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;Byłem w pierwotnych żywiołów żywiole,W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchyŚwiat ruszające, same nieruchome,Jako promienie, co ze środka słońcaLeją potoki blasku i gorąca,A słońce w środku stoi niewidome.I byłem razem na okręgu koła,Które się wiecznie rozszerza bez końcaI nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.I dusza moja, krąg napełniająca,

Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,I wiecznie będzie ognia jej przybywać;Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać,I coraz mocniej kochać swe stworzenieI tem powiększać coraz swe zbawienie.

Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiegaPromień przez wodę, ale nie przylegaDo żadnej kropli: wszystkie nawskroś zmacaI wiecznie czysty przybywa i wraca,I uczy wodę, skąd się światło leje,I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje.

Stały otworem ludzkich serc podwoje.Patrzyłem w czaszki, jak alchemik w słoje.Widziałem, jakie człek żądze zapalał,Jakie i kiedy myśli sobie nalał,Jakie lekarstwa, jakie trucizn waryGotował skrycie. A dokoła staliDuchowie czarni, aniołowie biali,Nieprzyjaciele i obrońcy duszni,Skrzydłami studząc albo niecąc żary,Śmiejąc się, płacząc, a zawsze posłuszniTemu, którego trzymali w objęciu,Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu,Które jej ojciec, pan wielki, poruczy,Choć ta na dobre, a ta na złe uczy................

Słowiczku mój! a leć! a piej!Na pożegnanie piejWylanym łzom, spełnionym snom,Skończonej piosnce twej!

Słowiczku mój! twe pióra zzuj,Sokole skrzydła weźI w ostrzu szpon, zołoto-stronDawidzki hymn tu nieś!

Bo wyszedł głos i padł już los,I tajne brzemię latWydało płód, i stał się cud!I rozraduje świat.Paryż, w sierpniu, 1841 r.

I z drzewa wysłużyło już zostać robakiem,Już świeci się po wierzchu liściem niejednakim,Barwistą wróżbą liszki, wierzchołki jak różkiBodzie w górę i liśćmi przebiera jak nóżki,Gdy wiatr wionie, że nie wiesz, czy dziecko w kolebce,Czy gąsienica szybko mącąca nogami.Wsłuchać w szum wód głuchy, zimny i jednakiI przez fale rozszerzać myśl wód jak przez znaki,Dać się unosić wiatrom nie wiedzieć gdzie lotnymI zliczyć każdy dźwięk na ich ruchu kołowtotnym,Wnurzyć się w łono rzeki z rybami,Ich okiem niewzruszonem jak gwiazdaNie wyczytasz...

I.

Broń mię przed sobą samym — muszę dojść potęgi!Są chwile, w których nawskroś widzę Twoje księgi,Jak słońce mgłę przeziera, która ludziom złotą,Brylantową zdaje się — a słońcu ciemnotą...Człowiek większy nad słońce, wie, że ta powłokaZłota — ciemna jest tylko tworem jego oka.Zwracam na cię słoneczne, ludzkie me źrenice,Chwytam Ciebie rękami za obie prawiceI krzyczę na głos cały: »Wydaj tajemnicę!«Dowiedź, żeś jest mocniejszy, lub wyznaj, że tyleTylko, ile ja, możesz w mądrości i sile...Nie znasz początku Twego, a czyż ludzkie plemięWie, od jakiego czasu upadło na ziemię?Bawisz się tylko ciągle, badając sam siebie —Cóż robi rodzaj ludzki? w swych dziejach się grzebie.Twoja mądrość samego siebie nie dociecze,A czyliż samo siebie zna plemię człowiecze?Jeden masz nieśmiertelność — my czy jej nie mamy?Znasz siebie i nie znasz — my czy siebie znamy?Końca Twojego nie znasz — my kiedyż się skończym?Dzielisz się, łączysz — i my dzielim się i łączym.Tyś różny i my zawsze myślą rozróżnieni;Tyś jeden — i my zawsze sercem połączeni.Tyś potężny w niebiosach — my tam gwiazdy śledzim;Wielkiś w morzach — my po nich jeździm, głąb ich zwiedzim.O Ty, co świecąc nie znasz wschodu i zachodu,Powiedz, czem Ty się różnisz od ludzkiego rodu?Toczysz walkę z szatanem w niebie i na ziemi —My walczym w sobie, w świecie, z chęciami własnemi.Ty sam na siebie wdziałeś raz postać człowieka.Powiedz, czyś wziął na chwilę, czyś ją miał od wieka?

II.

...Ręce, za lud walczące, sam lud poobcina,Imion miłych ludowi — lud pozapomina...Wszystko przejdzie. Po szumie, po huku, po trudzie,Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

III.

Pytasz, co za Bóg trochą sławy mię ozdobił?Za to, com myślił i chciał — nie za to, com zrobił.Myśli i chęci — jest to poezyja w świecie:Wykwita i opada, jak kwiat w jednem lecie;Lecz uczynki, jak ziarna, w głąb ziemi zaryte,Aż na przyszły rok ziarna wydadzą obfite.Przyjdzie czas, gdy błyszczące imiona pogniją,Z cichych ziaren wywite kłosy świat okryją...Huk jest przemijający, a Chrystus powiedział:»Błogosławiony cichy, on wszystkich przesiedział«.Niech prawdy nie zapomni, kto Chrystusa słyszy,Kto pragnie ziemię posiąść, niechaj siedzi w ciszy.

I.

W gaiku zielonymDziewczę rwie jagody;Na koniku wronymJedzie panicz młody.

I grzecznie się skłoni,I z konia zeskoczy,Dziewczę się zapłoni,Na dół spuści oczy.

»Dziewczyno kochana!Dziś na te dąbrowyZ kolegami z ranaPrzybyłem na łowy.

»I trafić nie mogę,Gdzie leży miasteczko;Wskaż mi, proszę, drogę,Piękna pastereczko.

»Czy prędko już z lasuTa ścieżka wywiedzie?«— »Jeszcze pan zawczasuDo domu zajedzie.

»Na polu wnet drzewo,Koło drzewa brzozki.Stąd droga na lewo,Tam około wioski.

»W górę przez zarostek,W prawo ponad rzeczką,Tam młynek i mostekI widać miasteczko«.

Panicz podziękował,Czule rączkę ścisnął,W usta pocałował,Na konika świsnął.

Siadł, ostrogą spina:Nie widać młodego...Westchnęła dziewczyna!Ja nie wiem dlaczego.

II.

W gaiku zielonymDziewczę rwie jagody:Na koniku wronymJedzie panicz młody.

I woła zdaleka:»Pokaż inną drogę!Za wioską jest rzeka;Przejechać nie mogę!

»Ni mostu żadnego,Ni brodu wytropić,Chciałażbyś młodegoChłopczyka utopić?«

— »To jedź pan drożyną,Na prawo kurhanu«.— »Bóg zapłać, dziewczyno!«— »Dziękuję waćpanu!«

W las poszła drożyna,Nie widać młodego...Westchnęła dziewczyna!Oj! wiem ja dlaczego.

III.

W gaiku zielonymDziewczę rwie jagody;Na koniku wronymJedzie panicz młody.

I zawoła znowu:»Dziewczyno, dla Boga!Wjechałem do rowu,Jakaż twoja droga!

»Nie jeździł w te szlakiNikt z dawnego czasu,Chyba wieśniak jakiPo drzewo do lasu!

»Poluję dzień cały,Koniam nie popasał;Jeździec zadyszały,Konik się zahasał.

»Zsiędę i z konikaPragnienie ugaszę;Okiełznam konikaI puszczę na paszę«.

I grzecznie się skłoni,I z konia zeskoczy,Dziewczę się zapłoni,Na dół spuści oczy.

Ten milczy, ta wzdycha,Po niedługiej chwili,Ten głośno, ta z cichaCoś z sobą mówili.

Lecz że wietrzyk dmuchałW tę stronę dąbrowy,Przetom nie dosłuchałPanicza rozmowy.

Lecz z oczu i z minyTom pewnie wyczytał:Że więcej dziewczynyO drogę nie pytał...

Gdzie dawniej źrenicami oświecane twemi,Kwiaty wschodziły, godne archanielskiej skroni,Potem rwałem ci bukiet na tej samej błoni,Pomieszany z piołunem, z wierzby płaczącemi.

Kiedy ją chwast i blekot na zawsze zaciemi,Za cóż się czysty kwiatek na tej niwie płoni?I ten za bukiet przyjmij; niegodzien twej dłoni,Lecz wzrósł na poświęconej twym pobytem ziemi.

Ach! podobne me serce do owej krainy;Niegdyś — blizkie twych piersi — w młodzieńczej ozdobieNiosło ci piękne czucia i szlachetne czyny;

Dziś występne, niestety, nie ze swojej winy.Choć dla drugich w szalonej cierpiało chorobie,Nie gardź niem! Było kiedyś poświęcone tobie.

O lube siostry, co z tego będzie,Co to ma znaczyć? o zgrozo!Po wszystkich drogach, zewsząd i wszędzie,Młodzieńców jakichś tu wiozą?.................

Będą tam oni kosili kwiaty,Będą tam robili cegły;Ale co zrobią takie warsztaty,To czas odgadnie odległy.

Komu z tych cegieł będzie budowa,Komu z nich będzie mogiła:To moja muza sobie zachowa,Nadto już długo głosiła.

Wilno, 1824.

Jeszcze ma muza tego wspomina,Co dotąd był zapomniany:Wszyscy, o bracia, piejmy Suzina,Niech żyje Suzin kochany!U kogo zawsze i myśl ta sama,I czyj się umysł nie zgina,Mamy tu, bracia, portret Adama,Mamy tu portret Suzina.On się poświęcił i na okowy,I wieloletnie zamknięcie:Wszystko był Suzin znosić gotowy,By prawa zachować święcie.Było odważnych w powszechnej grozie,I śmiałków więcej niż tuzin:Lecz cierpieć śmiało, lecz milczeć w kozie,Potrafił tylko sam Suzin.

Wilno, 1824.

Ja rymów nie dobieram, ja zgłosek nie składam,Tak wszystko napisałem, jak tu do was gadam.W piersi tylko uderzę, wnet zdrój słów wytryśnie,A jeśli na tym prądzie iskra boża błyśnie,Nie wynik to rozumu, ani płód marzenia:Od Boga ją przyjąłem, na skrzydłach natchnienia;Niem widzę przyszłość, chwytam myśli, czuciem rządzę,Niem silny, grzechy nasze i przyszłość osądzę...........................Wiedzcie, że dla poety jedna tylko droga:W sercu szukać natchnienia i dążyć do Boga!1840.

Gdybym się zmienił w wstęgę złocistą,Co na twem czole połyska,Gdybym się zmienił w tę szatę mglistą,Co piersi twoje przyciska —

Drżeniabym serca twojego badał,Czy nie odpowie mojemu,Z twojem się łonem wznosił i spadał,Posłuszny tchnieniu twojemu.

Gdybym się zmienił w wietrzyk skrzydlaty,Co dysze w pogodnem niebie,W drodzebym mijał najświeższe kwiaty,A pieścił różę i ciebie.

Może nakoniec Bóg litościwyPracęby moją ocenił,Może nakoniec byłbym szczęśliwy,I w twe się serce zamienił.

DZIEWICA.Dwie drogi mam przed sobą, nie wiem, kędy wiodą:Wychodzę na świat z domu, od ojca, od matki,Szukać i zbierać życia doczesnego kwiatki,Co mi będą pociechą, rodzicom nagrodą.Lecz jakie są, gdzie rosną, nic wiedzieć nie mogę...O mój dobry pielgrzymie! opowiedz mi drogę.

PIELGRZYM.Nie błądzi, kto się pytać ma ufność, pokorę,Bo błądząc szukać drogi — śmiertelnych udziałem.Na usłudze podróżnych już się zestarzałem;Wielu pyta, lecz późno; ty się pytasz w porę.Dwa są życia ogrody i dwie do nich drogi,Jedna idzie od wschodu, druga od zachodu:

Ta jest stroma, skalista i przybrana w głogi,Do tego, kędy wiedzie, podobna ogrodu.Twarda ziemia w ogrodzie i twarde są płody;Przedniejszą tam ozdobą są dęby i skały;Długo rośnie tam owoc, nim będzie dojrzały.Na wysokich zbyt drzewach rwać trzeba jagody;Niema tam chwil i godzin, same tylko lata,Niema pór, jedna wiecznie panuje pogoda,Niema farb, wszystko kryje jednobarwna szata,Niema nowych zwyczajów, wiecznie jedna moda;

Nie znają tam, co różność, rozmaitość, mnóstwo,Mieszkańcy tam jednacy, jako jedno bóstwo,I myśl ich zawsze jedna, jako jedna wieczność,Łączy przeszłość, obecność i przyszłą konieczność.Na cierniach i opokach spoczywa wygoda,Wpośród trudów błogiego zażywając stanu,Ich użycia żywota godłem zdrowa woda,A ich duszy obrazem — cisza oceanu.Ten ogród jest ogrodem Cnoty-czarownicy,Niepowabny i groźni tam siedzą strażnicy;Lecz kto ufa, że Boga, że siebie nie zdradzi,Lew mu bramę otworzy, słoń go zaprowadzi.Na prawo widzisz drugą, druga idzie ścieżka,I gładka i pochyła, kwiatami ozdobna,Do tego, kędy wiedzie, ogrodu podobna.Tam druga czarownica, zwodna Rozkosz mieszka.Widziałaś w piękne lato przy zachodzie słońca,Na powietrzu krąg drobnych, niezliczonych muszek?To jest obraz mieszkańców, ich myśli, serduszek,Ich żywota w ogrodzie i obraz ich końca.Murawa tam posłaniem, lecz wpośród uśpieniaNie odświeża mieszkańców balsam ukrzepienia;Różnobarwnym czarują tam kwiaty kolorem,Lecz które kwitły z rana, więdnieją wieczorem.Tam mieszkańcy tak różni, jak różne owadki,Ich myśli tak odmienne, jak odmienne kwiatki.Używają ogrodu, nie syci ogrodu;Piją miód, i wypiwszy, niekontenci z miodu.Nie myślą tam, co było, co będzie za długo,Chcą samą, coraz inną obecnością władać,Jedną czaszą słodycze, gorycz piją drugą,Śmieją się, aby płakać, latają, by spadać;Ich jestestwo tak lekkie, jak puszek i cienie,Tron ich sławy dźwigają zefirów ramiona,

Obrazem ich żywota jest senne marzenie,Ich szczęście błyskawica, oślepi i kona.Kto w próżnym między ziemią a niebem zakresieChciałby mieć rydwan szczęścia, ciągnion przez powiewy,Niech tu idzie z ufnością i nadzieją Ewy,Wąż mu bramę otworzy, motyl go zaniesie.Masz ogrody i drogi, masz otwarte pole,Lecz wybór chciej, dziewico, na twej zważyć szali;Bo żeby woleć jedno, na to Bóg dał wolę,A rozum, byśmy z woli przed nim sprawę zdali.

Comentarios

Cargando comentarios…