Sonety krymskie — całość

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu;Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi:Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi, ni kurhanu;Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;Tam zdala błyszczy obłok, tam jutrzenka wschodzi...To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu!

Stójmy!... Jak cicho!... Słyszę ciągnące żórawie,Którychby nie dościgły źrenice sokoła;Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż ślizką piersią dotyka się zioła...W takiej ciszy tak ucho natężam ciekawie,Że słyszałbym głos z Litwy... Jedźmy, nikt nie woła!

Już wstążkę pawilonu wiatr zaledwie muśnie,Cichemi gra piersiami rozjaśniona woda:Jak marząca o szczęściu narzeczona młodaZbudzi się, aby westchnąć, i wnet znowu uśnie.

Żagle, nakształt chorągwi, gdy wojnę skończono,Drzemią na masztach nagich: okręt lekkim ruchemKołysa się, jak gdyby przykuty łańcuchem;Majtek wytchnął, podróżne rozśmiało się grono.

O morze! pośród twoich wesołych żyjątekJest polip, co śpi na dnie, gdy się niebo chmurzy,A na ciszę długiemi wywija ramiony.

O myśli! w twojej głębi jest hydra pamiątek,Co śpi wpośród złych losów i namiętnej burzy —A gdy serce spokojne, zatapia w niem szpony...

Szum większy, gęściej morskie snują się straszydła;Majtek wbiegł na drabinę: gotujcie się, dzieci!Wbiegł, rozciągnął się, zawisł w niewidzialnej sieci,Jak pająk czatujący na skinienie sidła.

Wiatr! wiatr! Dąsa się okręt, zrywa się z wędzidła,Przewala się, nurtuje w pienistej zamieci,Wznosi kark, zdeptał fale i wskroś niebios leci,Obłoki czołem sieka, wiatr chwyta pod skrzydła.

I mój duch masztu lotem buja śród odmętu,Wzdyma się wyobraźnia, jak warkocz tych żagli,Mimowolny krzyk łączę z wesołym orszakiem;

Wyciągam ręce, padam na piersi okrętu.Zdaje się, że pierś moja do pędu go nagli:Lekko mi, rzeźwo, lubo! wiem, co to być ptakiem...

Zdarto żagle, ster prysnął, ryk wód, szum zawiei,Głosy trwożne gromady, pomp złowieszcze jęki,Ostatnie liny majtkom wyrwały się z ręki,Słońce krwawo zachodzi, z niem reszta nadziei.

Wicher z tryumfem zawył; a na mokre góry,Wznoszące się piętrami z morskiego odmętu,Wstąpił geniusz śmierci i szedł do okrętu,Jak żołnierz szturmujący w połamane mury.

Ci leżą napół martwi, ów załamał dłonie,Ten w objęcia przyjaciół żegnając się pada,Ci modlą się przed śmiercią, aby śmierć odegnać;

Jeden podróżny siedział w milczeniu na stronieI pomyślił: szczęśliwy, kto siły postrada,Albo modlić się umie, lub ma z kim się żegnać.

PIELGRZYM.Tam!... Czy Allah postawił ścianą morze lodu,Czy aniołom tron odlał z zamrożonej chmury,Czy Diwy z ćwierci lądu dźwignęli te mury,Aby gwiazd karawanę nie puszczać ze wschodu?...

Na szczycie jaka łuna! pożar Carogrodu!...Czy Allah, gdy noc chylat rozciągnęła bury,Dla światów żeglujących po morzu naturyTę latarnię zawiesił śród niebios obwodu?...

MIRZA.Tam? Byłem: zima siedzi; tam dzioby potokówI gardła rzek widziałem pijące z jej gniazda;Tchnąłem, z ust mych śnieg leciał; pomykałem kroków,

Gdzie orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda,Minąłem grom drzemiący w kolebce z obłoków.Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda:To Czatyrdah!

PIELGRZYM.Aa!!

Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina!Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,Sofy, trony potęgi, miłości schronienia,Przeskakuje szarańcza, obwija gadzina.

Skróś okien różnofarbnych powoju roślina,Wdzierając się na głuche ściany i sklepienia,Zajmuje dzieło ludzi w imię przyrodzeniaI pisze Baltazara głoskami »Ruina«.

W środku sali wycięte z marmuru naczynie;To fontanna haremu: dotąd stoi cało,I perłowe łzy sącząc, woła przez pustynie:

Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało?Wy macie trwać na wieki, źródło szybko płynie;O! hańbo, wyście przeszły, a źródło zostało...

Rozchodzą się z dżamidów pobożni mieszkańce,Odgłos izanu w cichym gubi się wieczorze,Zawstydziło się licem rubinowem zorze,Srebrny król nocy dąży spocząć przy kochance.

Błyszczą w haremie niebios wieczne gwiazd kagańce,Śród nich po szafirowym żegluje przestworzeJeden obłok, jak senny łabędź po jeziorze,Pierś ma białą, a złotem malowane krańce.

Tu cień pada z menaru i wierzchu cyprysa,Dalej czernią się kołem olbrzymy granitu,Jak szatany siedzące w dywanie Eblisa,

Pod namiotem ciemności; niekiedy z ich szczytuBudzi się błyskawica i pędem farysaPrzelatuje milczące pustynie błękitu.

W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady,Uwiędłaś, młoda różo, bo przeszłości chwile,Ulatując od ciebie jak złote motyle,Rzuciły w głębi serca pamiątek owady.

Tam na północ, ku Polsce, świecą gwiazd gromady...Dlaczegóż na tej drodze błyszczy się ich tyle?Czy wzrok twój ognia pełen, nim zgasnął w mogile,Tam wiecznie lecąc, jasne powypalał ślady?

Polko! i ja dni skończę w samotnej żałobie;Tu niech mi garstkę ziemi dłoń przyjazna rzuci!Podróżni często przy twym rozmawiają grobie:

I mnie wtenczas dźwięk mowy rodzinnej ocuci,I wieszcz samotną piosnkę dumając o tobie,Ujrzy blizką mogiłę, i dla mnie zanuci.

MIRZA DO PIELGRZYMA.Tu z winnicy miłości niedojrzałe gronaWzięto na stół Allaha; tu perełki wschodu,Z morza uciech i szczęścia porwała za młoduTrumna, koncha wieczności, do mrocznego łona.

Skryła je niepamięci i czasu zasłona;Nad niemi turban zimny błyszczy śród ogrodu,Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spoduZostały dłonią giaura wyryte imiona.

O! wy, róże edeńskie! u czystości stokuOdkwitnęły dni wasze pod wstydu liściami,Na wieki zatajone niewiernemu oku.

Teraz grób wasz spojrzenie cudzoziemca plami!...Pozwalam mu — darujesz, o wielki proroku! —On jeden z cudzoziemców poglądał ze łzami.

Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów;Lasy, doliny, głazy, w kolei, w natłokuU nóg mych płyną, giną jak fale potoku;Chcę odurzyć się, upić tym wirem obrazów.

A gdy spieniony rumak nie słucha rozkazów,Gdy świat kolory traci pod całunem mroku,Jak w rozbitem zwierciedle, tak w mem spiekłem oku,Snują się mary lasów i dolin i głazów.

Ziemia śpi, mnie snu niema. Skaczę w morskie łona,Czarny, wydęty bałwan z hukiem na brzeg dąży,Schylam ku niemu czoło, wyciągam ramiona,

Pęka nad głową fala, chaos mię okrąży:Czekam, aż myśl, jak łódka wirami kręcona,Zbłąka się i na chwilę w niepamięć pogrąży...

Już góra z piersi mgliste otrząsa chylaty,Rannym szumi namazem niwa złotokłosa,Kłania się las i sypie z majowego włosa,Jak z różańca kalifów, rubin i granaty.

Łąka w kwiatach, nad łąką latające kwiaty,Motyle różnobarwne, niby tęczy kosa,Baldakimem z brylantów okryły niebiosa;Dalej szarańcza ciągnie swój całun skrzydlaty.

A kędy w wodach skała przegląda się łysa,Wre morze, i odparte z nowym szturmem pędzi:W jego szumach gra światło, jak w oczach tygrysa,

Sroższą zwiastując burzę dla ziemskiej krawędzi;A na głębinie fala lekko się kołysa,I kąpią się w niej floty i stada łabędzi.

Rzeźwią się wiatry, dzienna wolnieje posucha;Na barki Czatyrdahu spada lampa światów,Rozbija się, rozlewa strumienie szkarłatów,I gaśnie. Błędny pielgrzym ogląda się, słucha:

Już góry poczerniały, w dolinach noc głucha,Źródła szemrzą, jak przez sen, na łożu z bławatów;Powietrze tchnące wonią, tą muzyką kwiatów,Mówi do serca głosem tajemnym dla ucha.

Usypiam pod skrzydłami ciszy i ciemnoty:Wtem budzą mię rażące meteoru błyski,Niebo, ziemię i góry oblał potop złoty!

Nocy wschodnia! ty nakształt wschodniej odaliski,Pieszczotami usypiasz, a kiedym snu blizki,Ty iskrą oka znowu budzisz do pieszczoty.

MIRZA.Drżąc muślemin, całuje stopy twej opoki,Maszcie krymskiego statku, wielki Czatyrdahu!O minarecie świata! o gór padyszachu!Ty nad skały poziomu uciekłszy w obłoki,

Siedzisz sobie pod bramą niebios jak wysokiGabryel, pilnujący edeńskiego gmachu;Ciemny las twoim płaszczem, a jańczary strachuTwój turban z chmur haftują błyskawic potoki.

Nam czy słońce dopieka, czyli mgła ocienia,Czy szarańcza plon zetnie, czy giaur pali domy,Czatyrdahu, ty zawsze głuchy, nieruchomy.

Między światem i niebem, jak drogman stworzenia,Podesławszy pod nogi ziemie, ludzi, gromy,Słuchasz tylko, co mówi Bóg do przyrodzenia.

U stóp moich kraina dostatków i krasy,Nad głową niebo jasne, obok piękne lice:Dlaczegóż stąd ucieka serce w okoliceDalekie i — niestety! — jeszcze dalsze czasy?

Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące lasy,Niż słowiki Bajdaru, Salhiry dziewice;I weselszy deptałem twoje trzęsawice,Niż rubinowe morwy, złote ananasy.

Tak daleki, tak różna wabi mię ponęta!...Dlaczegóż roztargniony wzdycham bez ustankuDo tej, którą kochałem w dni moich poranku?

Ona w lubej dziedzinie, która mi odjęta,Gdzie jej wszystko o wiernym powiada kochanku,Depcąc świeże me ślady, czyż o mnie pamięta?...

MIRZA.Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:Tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza.Dzielny koń! Patrz, jak staje, głąb okiem rozmierza,Uklęka, brzeg wiszaru kopytem pochwyca,

I zawisnął... Tam nie patrz! Tam spadła źrenica,Jak w studni Al-Kairu o dno nie uderza.I ręką tam nie wskazuj: nie masz u rąk pierza:I myśli tam nie puszczaj: bo myśl jak kotwica,

Z łodzi drobnej ciśniona w niezmierność głębiny,Piorunem spadnie, morza do dna nie przewierci,I łódź z sobą przechyli w otchłanie chaosu...

PIELGRZYM.Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczelinyTam widziałem... Com widział, opowiem — po śmierci;Bo w żyjących języku niema na to głosu.

MIRZA.Spojrzyj w przepaść. Niebiosa leżące na dole,To jest morze. Śród fali, zda się, że ptak-góra,Piorunem zastrzelony, swe masztowe pióraRoztoczył kręgiem szerszym niż tęczy półkole,

I wyspą śniegu nakrył błękitne wód pole;Ta wyspa żeglująca w otchłani — to chmura!Z jej piersi na pół świata spada noc ponura:Czy widzisz płomienistą wstążkę na jej czole?

To To jest piorun!... Lecz stójmy; otchłanie pod nogą,Musim wąwóz przesadzić w całym konia pędzie;Ja skaczę; ty, z gotowym biczem i ostrogą,

Gdy zniknę z oczu, patrzaj w owe skał krawędzie:Jeśli tam pióro błyśnie, to mój kołpak będzie;Jeżeli nie — już ludziom nie jechać tą drogą.

Te zamki połamane w zwaliska bez ładu,Zdobiły cię i strzegły, o niewdzięczny Krymie!Dzisiaj sterczą na górach, jak czaszki olbrzymie;W nich gad mieszka, lub człowiek podlejszy od gadu.

Szczeblujmy na wieżyce, szukam herbów śladu;Jest i napis: tu może bohatera imię,Co było wojsk postrachem, w zapomnieniu drzémie,Obwinione jak robak liściem winogradu.

Tu Grek dłutował w murach ateńskie ozdoby,Stąd Italczyk Mongołom narzucał żelaza,I mekkański przybylec nucił pieśń namaza.

Dziś sępy czarnem skrzydłem oblatują groby,Jak w mieście, które całkiem wybije zaraza,Wiecznie z baszt powiewają chorągwie żałoby.

Lubię poglądać wsparty na Judahu skale,Jak spienione bałwany, to w czarne szeregiŚcisnąwszy się buchają, to jak srebrne śniegiW milionowych tęczach kołują wspaniale.

Trącą się o mieliznę, rozbiją na fale,Jak wojsko wielorybów zalegając brzegi,Zdobędą ląd w tryumfie, i napowrót zbiegi,Miecą za sobą muszle, perły i korale.

Podobnie na twe serce, o poeto młody!Namiętność często groźne wzburza niepogody;Lecz gdy podniesiesz bardon, ona bez twej szkody

Ucieka w zapomnienia pogrążyć się toni,I nieśmiertelne pieśni za sobą uroni,Z których wieki uplotą ozdobę twych skroni.

Nieszukany twój ubiór, nieuczone słowa,Ani lice, ni oko nad inne nie błyska,A każdy rad cię ujrzeć, rad posłyszeć zblizka,Zdaniem wszystkich, ty jesteś biesiady królowa.

Słyszałem, jaka była młodzieży rozmowa,Pytano się o twoich rówiennic nazwiska;Ten im pochwały sypie, inny żarty ciska,O tobie każdy święte milczenie zachowa.

Nie wielbią cię okrzyki, ni głośne oklaski,Słodycz postaci, twarzy i ubioru skromnośćPodobała się wszystkim, nie dziwna nikomu.

Jak anioł gdy przeleci, pokrywszy swe blaski,Czują wszyscy w milczeniu niebieską przytomność,Ile cieszą się z gościa, nie widząc go w domu.

Para.Weszło na niebo słońce w promienistym wianku,Już księżyc na zachodzie blade lica mroczy,Królowa kwiatów, róża, jasny krąg roztoczy,A przy niej klęczą zwiędłe gałązki tymianku.

Marya wyszła patrzeć na wdzięki poranku,Jasny wzrok jej przeświecał śród złotych warkoczy;A ja blady, schyliwszy łzą zamglone oczy,U jej podnóża siadłem na cichym krużganku.

W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem:Księżyc wraca, twarz jego pełna i rumiana,Tymianek podniósł listki orzeźwione mrokiem.

I znowu wyszła ku mnie moja ukochanaW piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem;Znowu u nóg jej siadłem, tak smutny jak zrana.

Jastrząb.

Biedny jastrząb... śród niebios porwała go chmura,W obcy zaniosła żywioł i dalekie strony;Morską przesiąkły rosą, wichrami znużony,Śród ludzi na tym maszcie roztoczył swe pióra.

Lecz go żadna bezbożna nie pochwyci ręka;Bezpieczny, jakby siedział na leśnej gałęzi:On jest gościem, Giovanno! kto gościa uwięzi,Jeżeli jest na morzu, niech się burzy lęka.

Wspomnij na moje, wspomnij na twe własne dzieje;I tyś na życia morzu widziała straszydła,I mnie wicher odpędził, słota zlała skrzydła;

Pocóż te słowa miłe, te zdradne nadzieje?Sama w niebezpieczeństwie, drugim stawisz sidła...

Comentarios

Cargando comentarios…