Niedziela (Leśmian)
NIEDZIELA
Za miastem na odludziu — rozpacz i Niedziela!Puste niebo zaledwo ziemi się udziela.
Dwoje nędzarzy bladych z miłości i strachuSzuka w rowie przytułku dla pieszczot bez dachu.
On jej piersi, zużytym śmiałkujące czarem,Ogarnia skrzętnej dłoni przymilnym sucharem.
A ona w zmierzchach rowu źrenicami dnieje,Oddając, zamiast cnoty, — mus i beznadzieję.
Niedołężni od żądzy, śmieszni od pośpiechuUzręczniali się gnuśnie do żwawego grzechu.
Do jej włosów wargami wpełzał, jak do krzaka,Raz tylko czułe słówko szepnął na bosaka.
I ona, nim wylgnęła z rąk uboczem ciała,Raz się tylko do niego mgłą przycałowała.
Trudno im, w twardem łożu głodne żarząc brzuchy,Ciułać steranych pieszczot poniszczone puchy!
Nawet w snach upojenia tkwią zadry i sęki:Trzeba się docałować do nacichłej męki.
Trzeba dreszczom dać dostęp do zbolałych kości, —Więc kochali się wrogo — naprzekór miłości.
Poistnieli dla siebie z łaski tego cienia,Co ich w rowie od reszty wygrodził istnienia.
Milczkiem rozkosz spożyli — zdala od wesela,Tyle tylko, że była naokół Niedziela!
Comentarios
Cargando comentarios…