O majowym poranku...

*  *

O majowym poranku deszcz ciepły i przaśnyTrafia w liście naoślep — prawie bezhałaśny.Krople, spadłe i kurzu pociągnięte błoną,Podskakują na piachu i wzajem się chłonąI, wspólnie olbrzymiejąc, trwają same przez się,Aż je ziemia powoli uszczupli i wessie.Co raz mniej ich przybywa na drogi i łany.Już wygładza się strumień, deszczem pręgowany,Już z za chmur, rozpostartych nakształt kruczych skrzydeł,Słońce pęk wysztywnionych ku ziemi promidełRozwachlarza znienacka i, przez wyzior w chmurzePrześwitując, rozwidnia strojne brzozą wzgórzeI klin pola przygodny i pogrąża w złocieSad wiśniowy aż do dna wraz z wróblem na płocie,Co, światłem zaskoczony, ćwierka w niebogłosy.I łzy jeszcze niestałej i ruchliwej rosySkrzą się tłumnie, u liści zawieszone brzegu,I wzdłuż łodyg cwałują resztą swego biegu.Motyl, któremu skrzydła posklejał miód słodki,Na bakier wpięty w kitę zachwianej tymotki,Kołysze się w cudownem oczom bezukryciu,Znacząc jakiś świat w świecie, jakieś życie w życiu,I coś sobie wyznają dwa milczące znoje,Dwa szczęścia niepojęte — i jego i moje.

Comentarios

Cargando comentarios…