Prolog (Sad rozstajny)

PROLOG.

Dwa zwierciadła, czujące swych głębin powietrzność,Jedno przeciw drugiemu ustawiani z pośpiechem,I widzę szereg odbić, zasuniętych w wieczność,Każde dalsze zakrzepłem bliższego jest echem.

Dwie świece płoną przy mnie, mrużąc złote oczy,Zapatrzone w lustrzanych otchłań wirydarzy:Tam aleja świec liśćmi złotymi się jarzyI rzeka nurt stężały obojętnie toczy.

Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się,W podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty,Samotny, stopą ludzką nigdy nie dotknięty,Nie znający pór roku, zamarły w bezczasie.

Widzę baśń zwierciadlaną, kędy, zamiast słońca,Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa,Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwaPo to, aby się nigdy nic dosnuć do końca...

Gdy umrę, bracia moi, ponieście mą trumnęPrzez tunel pogrążony w zgróz tajemnych krasie,W jego oddal dziewiczą i głębie bezszumne,Nie znające pór roku, zamarłe w bezczasie.

Gdy umrę, siostry moje, zagaście blask słońca,Idźcie za mną w baśń ową, gdzie chór gromnic czuwa,W baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwaPo to, aby się nigdy nie dosnuć do końca!...

Comentarios

Cargando comentarios…