Spotykam go codziennie
SPOTYKAM GO CODZIENNIE
Spotykam go codziennie. Twarz, wklęta w ramiona,Jak mgła, męczarnią oczu ledwo obgłębiona.Wyciąga błędnej ręki widemko niemrawe,By niem zgłaskać surduta połataną jawę.Patrzy we mnie, jak w pustkę, lecz głowy nie zniża.Te same zawsze gwoździe tłoczą go do krzyża.Życie nowych mu skąpi, a starych nie kruszy.Gdzie mu tam w myśli teraz nowy gwóźdź dla duszy!Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,Pielęgnując cierpienie, boczy się na powód.Wstydu jego przede mną zawczasu się wstydzę —Więc udaję, że w tłumie już go niedowidzę.A chcę mu coś powiedzieć — coś na wieczność całą —Rozpłakać się... rozśmieszyć to zgłodniałe ciało —Nakarmić i przyodziać nadmiernie, odświętnie. —Ale on mię już minął i znikł obojętnie.I tak zawsze i nigdy nie będzie inaczej...Nikt nie zmieni mgły jego i mojej rozpaczy,I nikt nas — choć się rozpacz do mgły czasem zbliża —Nie wbije nowym gwoździem do wspólnego krzyża.
Comentarios
Cargando comentarios…