Dzieweczka wybrana
Traducido del inglés por Antoni Lange
Cicho się wsparła dzieweczka wybranaNa złotym niebios szafirowych zrębie.Jej oczy głębsze były, niźli głębieWody, co wieczór płynie zwierciadlana.Trzy lilie w ręku jej drżały od rosy,A siedm gwiazd złotych zdobiło jej włosy.
Jej sfałdowowana wietrzykiem sukienkaNie była strojna świetnych haftów czarem,Lecz białą różą, Maryi Panny darem,Z którą w modlitwie tak błogo się klęka.Gęsto na ramię spadające włosyZłociste były, jak dojrzałe kłosy.
Zaledwie jeden dzień słoneczny minął,Jak w chórach Boga została aniołem.
W spokojnem oku i nad jasnem czołemBył jeszcze podziw, co dotąd nie spłynął,Chociaż na ziemi ten wybrany kwiatekDwudziestu nawet nie przebywał latek.
(Jeden śród ludzi wieki w nich oblicza)...Jednakże na tem miejscu — i w tej chwiliZaprawdę, że się ku mnie ona chyli —I włosem mego dotyka oblicza...Ach, nie! to liście padają jesienne...O, jakże prędko lato mknie bezsenne!
A stała w domu bożego przedsieni,Którą zbudował On po nad słonecznąBezdnią wszechświatów — i zkąd drogą wiecznąSpływa tajemny początek przestrzeni —A tak wysoko, że oko błądząceZaledwie dojrzeć może złote słońce.
Stoi on w niebie nad morzem eteru,Jak most świetlany. A pod nim, jak fale —Płynie dni złoto i nocy opale —Pośród płomieni i ciemności szmeru.Pod niemi światy niezliczone drzemiąI nieskończoność płynie z naszą ziemią.
Tłumy na wieki złączonych kochankówW okół niej krążą, słodkiemi wyrazyWciąż powtarzając swych przysiąg ekstazy,Strojni w wieczystej miłości splot wianków.Dusze przed Boga idąc nieśmiertelneOblicze — lśniły jak ognie subtelne.
Dzieweczka jeszcze w otchłanie patrzała,Po za tych cudów kraje przechylam,Tak, że ogrzała ciepłem swego łonaZrąb, na którym się w błękicie wspierała.A rozmarzone lilie, jak w uśpieniu,Na jej przeczystem spoczęły ramieniu.
Z stałego punktu w cherubów mieszkaniachWidziała czasu puls, kiedy gorącoUderza w światy. Źrenicą błądzącąMgły chciała przebić w dalekich otchłaniachI oto mówić jęła swe hejnały,Tak jakby gwiazdy złotą pieśń śpiewały.
Słońce zagasło już. Pierścień księżycznyJak gdyby drobne piórko — iskrą złotąW mglistych wzlatywał przestworach. I otoMówić poczęła śród ciszy mistycznej.A głos jej dźwięczał jako gwiazd śpiewanie,Gdy chórem nocy witają zaranie.
(Słodki to głos był! Owo ptaszę śpiewneCzyż nie pragnęło, by przez chmur obsłonki,Głos jego doszedł mych uszu? Te dzwokidzwonki,Gdy, władnąc świetlną sferą, brzmiały rzewne,Czyż nie pragnęły we mnie zejść pociechąPo szczeblach, jakie tworzyło im echo?)
— Chciałabym, aby on już był tu przy mnie...Przyjdzie! tak usty mówi różanemi.Czyż nie modliłam się w niebie? Na ziemiCzyż on nie błagał oto Pana w hymnie?
A dwie modlitwy — potęga nie mała!I czemużbym się tej chwili lękała?
Gdy aureola mu błyśnie nad czołemI kiedy białe wdzieje na się szaty,Dłoń jego wziąwszy, pójdziemy przez światyDo źródeł, z których światło spływa kołem,I w ten świetlany prąd oboje wstąpimI przed obliczem Boga się wykąpiem.
Staniemy razem u tej skrzyni progu,Co nietykalna i niepokalana,Świeci na niebie, wiesznie poruszanaOd ludzkich modłów przesyłanych Bogu.I ujrzym wszystkie nasze modły dawne,Jako w obłoczki zlewają się mgławne.
Spczniemy razem w cieniów tajemnicyTego żywego, mistycznego drzewa,Z którego listnej zieleni powiewaNieraz obecność tchnienia Gołębicy,A każdy listek, dotknięty jej pióry,Słodkie jej imię głosi przez lazury.
I w tym spoczynku i w tej błogiej ciszy —Ja go nauczę tych czarownych pieśni,Które tu śpiewam, a których on nie śni,I głosem, który sam ledwie usłyszy,Zaśpiewa, w pieśni ustając bez przerwy,Dziwiąc się rzeczom, których nie znał pierwej.
(Niestety! razem powiedziałaś — razem..O tak! ty jedno stanowiłaś ze mną,
Lecz Bóg czy zechce w tę jedność nadziemnąPodnieść tę duszę, co tylko obrazemMiłości, jaką dla cię czuła w sobieByła podobną, o gołąbko, tobie?)
Pójdziemy razem do gaju palm wiotkich;Gdzie Marya Panna marzy rozmodlonaZe swemi pięcią sług, których imionaDzwięczą, jako te pięć melodyi słodkich:Gertruda i Magdalena z CecyliąI Małgorzata z świętą Roza Lilią
W krąg siedzą z włosem ujętym w przepaski,Z czołem w promienną ozdobnem koronąI w bieliźnianą wsnuwają oponęCzystego płótna — złotych nici blaski,Szyjąc narodzin suknie tym, co wchodząTutaj, gdy istność swą przez śmierć odrodzą.
Może się zlęknie, może niemy stanie?Wtedy na ustach mu usta swe złożęI swoją miłość opowiem, a możeZniknie w niem wszelki lęk i pomięszanie,A Święta Matka w złotej aureoliZ błogiem uśmiechem mówić mi pozwoli.
I poprowadzi nas sama dłoń w dłoniTam, gdzie przed Panem tłumnie dusze klęcząA wszystkie strojne siedmiobarwną tęczą,A każda perły radosnych łez roni.Śpiewaniem witać nas będą anieliI cytr muzyka niebo rozweseli.
Tam ja wybłagam u Chrystusa PanaTę wielką łaskę dla niego i siebie,Abym, jak niegdyś na ziemi tak w niebie,Tutaj z nim żyła w miłości skąpana.I byśmy byli, jak niegdyś czasowo —Tutaj na wieczność złączeni godową.
Patrzy i słucha, a potem powiadaGłosem, gdzie słodycz z tęsknotą się przędzie:Wszystko to stanie się, gdy on przybędzie.Zamilkła. Światło drżało w krąg. GromadaBiałych aniołów po niebie płynęła.Ona, wzrokiem się modląc, uśmiechnęła.
(Widziałem uśmiech jej). Lecz niezadługoChóry aniołów uleciały w głębieSfer nieskończonych — i na złotym zrębieNiebios — wzdłuż ręce złożyła — i strugąObfitą — oczy skrywszy w dłoń — płakałaSmutnie. (Słyszałem, jak łzy wylewała).
Comentarios
Cargando comentarios…