Królowa Wieszczek
Traducido del inglés por Jan Kasprowicz
Szlachetny rycerz pomyka po błoni,Z srebrnym puklerzem i w pancerz odziany,Na którym ślady wojennych pogoniNiby głębokie pozostały rany —Lecz on w tę zbroję pierwszy raz ubrany.Rumak wędzidło gryzie niecierpliwie,Jakby go ciężkie więziły kajdany.Rycerz to piękny, stworzony prawdziwie,By z wrogiem się spotykać na najkrwawszej niwie.
Na piersiach, w pamięć onej śmierci świętejNaszego Zbawcy, krzyż mu się czerwieni:Nosi to godło, czcią k’ Niemu przejęty —W czci dla spraw jego nigdy się nie leni.I na puklerzu takiż znak się mieni,Bo w jego pomoc przednią ma nadzieję.Z czynem i słowem zawsze prawdę żeni,Surowa godność w twarzy mu widnieje,Drżą przed nim, on przed niczem w świecie nie truchleje.
Na wielką spieszy on wyprawę ninieDla Gloryany: wszystko spełni dla niej,Dla tej królowej we wieszczek krainie;Z tego, co tylko świat nam niesie w dani,
Najpożądańsze mu względy tej pani;Jedzie, a żądzy powstrzymać nie może,Aby spróbować sił swych jak najraniej —W potężnym boju, w jak najprędszej porze —Na wrogu jej, na smoku, straszliwym potworze.
Przy nim niewiasta słodka, a nadobna;Oślica pod nią niby śnieżek biały,A nawet bielsza. Ją samą żałobnaKryje zasłona i z postaci całejCzarnej się sukni fałdy pozwieszały.Na swem zwierzęciu siedzi, jak w żałobieJakiej najcięższej, widać, że niemałyTrapi ją smutek i troska w tej dobie.Na sznurku mleczne jagnię prowadzi przy sobie.
Dziewka, by jagnię, czysta i niewinna,W każdym żywota swojego zawodzie,A z pochodzenia swego wielce słynna,Bo miała królów i królowe w rodzie,Co na Zachodzie władli i na Wschodzie,Co wszystek świat ten w mocy posiadali,Aż ich gnieżdżdżącygnieżdżący się na piekieł spodzieCzarci z ich własnych dzierżaw nie wygnali;By pomścić ich, rycerza tego wiedzie z dali.
A w tyle karzeł po za nimi kroczyZwolna: snać pośpiech nigdy mu nie służy,Lub może tłumok zbyt mu plecy tłoczy:Dźwiga przybory, niezbędne w podróży.Jadą — wtem naraz niebo się zachmurzy
I Jowisz deszczu wyleje strumienieNa łono swojej kochanki. W tej burzyPragnie się ukryć wszelakie stworzenie:I piękna para rada znaleść gdzie schronienie.
Gdy się na wszystkie rozglądają strony,Dokądby uciec w nawałnicy czasie,Ujrzą w pobliżu gęsty las zielony,Którego drzewa, lśniące w lata krasie,Tak rozłożyste i zbite, że, zda się,Człek tu się z niebios promieniem nie spotka.Mnóstwo szerokich alei w tej masieDrzew oraz krzewów prowadzi do środka:Zwabiła podróżników ta ustroń przesłodka.
Śpieszą, a rozkosz coraz większa rośnieW sercu, wsłuchanem w dźwięczne ptasząt chóry,Co przed szarugą bezpieczne, rozgłośnieZdają się szydzić z nieb, odzianych w chmury,Lub wielbią drzewa, pnące się do góry:Świerk, na maszt zdatny, wiąz, winem opięty,Topól nieschnącą i cyprys ponuryI króla lasów, ten dąb nieugięty,I smukły cedr i gibkie osikowe pręty;
Wawrzyn, tak piękny, gdy poetów skronieI bohaterskich zwycięzców okoli;Wierzbę, co we łzach po kochanku tonie;Cis, co łucznika poddaje się woli,Mirrę, kojącą, kiedy rana boli,Jesion i jawor, owoc oliwkowy,Więzożołd, sosnę, pełną melancholii,
I buk postaci jak gdyby bojowej,Brzezinę i klon, rzadko w swojem wnętrzu zdrowy.
— Pełen ognia i odwagi chyżej,Na miejscu rycerz młody nie ustoi,A ku jaskini czarnej się przybliżyI do jej wnętrza zajrzeć się nie boi.Wnet też zobaczy przy błysku swej zbroiRozsiadłe kształty potwornego dziwa:W jednej podobna do wężowych zwoi,W drugiej połowie znać kobieta żywa —Postać była cuchnąca, wstrętna, obrzydliwa.
Kiedy tak gnuśnie spoczywa na ziemi,Długi jej ogon plącze się i wijeW rozliczne kłęby i splotami swemi —Zakończon żądłem — całą jamę kryje,Jej płód tysiączny u jej piersi pijeCiecz jadowitą; każde z tych jej dzieciInak wygląda, lecz wszystko, co żyje,Ohydne z kształtu; a gdy loch rozświeciBlask tarczy, tak wraz wszystko do jej paszczy wleci.
Ruszy się mać ich, czując przerażenie,I nad łbem wstrętnym zwinie w krąg swój smoczy,Potworny ogon, potem te pierścienieJuż przed jaskinią straszliwie roztoczy.Ale zbrojnego rycerza gdy zoczy,Chce się na nowo schronić w swojej norze,Albowiem światła nie znoszą jej oczy:
W pustych, samotnych ciemnościach ma łoże —Tam żyje, bo tam nikt jej zobaczyć nie może.
Zaledwie ujrzy mężny Elf potwora,Tak się na niego bez namysłu rzuci,Jak lew na zdobycz, co w ucieczce skora;Zajdzie mu drogę, od jamy zawróci,Że ten, przerażon, ciszę rykiem skłóci,Ku walecznemu swój ogon wymierzy,By weń zatopić żądło, pełne truci,Lecz ostrym mieczem ten pierwszy z rycerzy,Aż łeb w ramiona skryje, tak smoka uderzy.
Potwór od razu jakby stracił zmysły,Tak go oślepi cios ten i oniemi,Lecz wnet zeń iskry wściekłości znów trysły:Zwierzęce cielsko podniesie ze ziemi,Wypręży w górę, siły zdwojonemiKu jego tarczy gniewnie się wypuszyI ciało ujmie sploty wężowemi,Że rycerz nogą ni ręką nie ruszy:Pomagaj, Boże, grzechem opętanej duszy.
«Pokaż, czem jesteś! wiarę w tej potrzebieMiej w swoje siły, nie ustępuj zgoła!Zduś go, inaczej on udusi ciebie!»Tak na rycerza pani jego woła,Widząc, jak potwór oplótł go dokołaI żółć w nim kipi i w walce nie spocznieI jedną rękę oswobodzić zdoła,Schwyci za gardziel i tak gnieść ją pocznie,Że smok z zabójczych objęć puści go niezwłocznie.
A wraz z obrzydłych rzygnie on wnętrznościPotokiem brudnej jadowitej wody,Pełnej odpadków ścierwa oraz kości,A tak cuchnącej, że aż rycerz młodyDech wstrzymał w sobie na te straszne smrody.Księgi-ś tam widział, papieru kawały,Oślepłe żaby i ropuchy — płody,Co się po zielskach rozpełzły: oblałyNaokół całe miejsce tych wymiocin kały.
Tak to, gdy ojciec Nil, w swych porach zmienny,Zaczyna rosnąć, niczem nie wstrzymany,Z fal jego tłustych muł powstaje plennyI na egipskie rozlewa się łany.A gdy opadać zaczną wód bałwany,Muł brzeg zaściela i płód z siebie rodzi —Samców, samice — tysiączny, nieznany,Ohydnych płazów lęg, że w tej powodziNie zgadnie nikt, skąd tłum tych kreatur pochodzi.
Dech rycerzowi stłumił zaduch zgniły —Osłabł, snąć strasznej nie przemoże zmory,Tak go już wszystkie opuszczają siły.To też smok, widząc, że mu te odoryZabrały męstwo, wykrztusi tej poryZe swego wnętrza kloaki przeklętejRój drobnych wężów: obmierzłe potworyOślizłe, czarne jak inkaustu męty,U nóg się jego wiją i chcą kąsać w pięty.
Lecz jako pasterz, w podwieczornym czasie,Gdy Feb czerwony na zachodzie pada,
Spogląda z wzgórza, jak się stado pasie,Jak smacznie swoją wieczerzę zajada,A w tem go obłok komarów obsiada,By nikłem żądłem nie szczędzić mu męki —Więc on, by pierzchła natrętów gromada,Niszczy im skrzydła machnięciem swej rękiZ igraszki i tak stłumia ich nieznośne brzęki:
Tak on odtrąca roje żmij... I raczejZ wstydu, niż trwogi, rzuci się, jak w szale,Na swego wroga: na to w duchu baczy,Ażeby zginąć w sromocie lub w chwaleWielkiej zwyciężyć, a nie spocząć wcale!Z nadludzką siłą ugodzi więc smoka,Tak, że od cielska skąpanego w kale,Grzechu, odetnie wstrętny łeb; posoka,By węgiel czarna, trysła, jak rzeka szeroka.
Rozpierzchłe gady, rodne smocze plemię,Skoro zobaczą rodzicielkę swojąUpadającą śród stęku na ziemię,Wnet się naokół jej cielska zaroją,Albowiem sądzą, że się uspokojąZ strachu w jej paszczy, znajdą w niej ukrycie.Lecz dziś daremnie! Więc się krwią jej poją,Raną swej matki karmią się obficie,Z jej straty zyski mają, a z jej śmierci życie!
Widok ten wzbudzi wstręt w rycerzu wielki:Oto przez Boga przeklęte stworzeniaŻrą własną macierz! Lecz gdy karmicielkiKrwią napełniły toń swego pragnienia,
Pękły im brzuchy, wzdęte z przesycenia,Aż im wnętrzności wyszły! Koniec, godnyTych, co się żywią własnego plemieniaŻyciem... Rycerza mozół już bezpłodny;Sam sobie śmierć zgotował wrogów płód wyrodny.
Zbliży się k’niemu pani, co z oddaliNa bój patrzała i powie: «SzczęśliwaSnać ci się gwiazda, mój rycerzu, pali!Wart jesteś zbroi, która cię okrywa,Jakoś nie spoczął, aż odwaga żywaPrzemogła wroga. Wielką-ś zdobył sławę!To pierwsza walka; lecz niejedna-ć wzywaJeszcze przygoda, trudy równie krwawe:Zwycięstwem bodajś każdą zakończył wyprawę!»
Stoi maleńka pustelnika chataNa skraju lasu, w cichutkiej dolinie,Zdala od zgiełku i od wrzasku świata,Który śród wiru walk i trudów ginie.Jest i kapliczka święta przy chacinie:Tutaj pustelnik szepce swe pacierzeCodzień — w poranku i zmroku godzinie;Obok strumyczek, co swe wody bierzeZ źródełka ukrytego, w słodkim ciecze szmerze.
Przybywszy tutaj, ledwie się zmieściliW ciasnej izdebce; żadna też biesiada
Nie czeka na nich, spoczynek w tej chwiliUcztą najsłodszą. Przyjemnie nieladaZeszedł im wieczór: dusza słuchać radaDawnych powieści, które, jak szkło gładkiMający język, mnich im opowiada,Z życia papieży i świętych wypadkiModłami przeplatając do Najświętszej Matki.
do dzieła co tchu się zabiorą:I jedna z mar tych u głowy mu stanieI sen mu podda tą spoczynku porą:Rycerz śni rajskie, urocze kochanie —Wydaje mu się, że widzi swą panią —Nie stopią-ż serca te grzeszne mamidła?! —Jako się przy nim kładzie na posłanieZ skargą, że owo chłopię, strojne w skrzydła,Jej czyste zmusza serce pójść w Rozkoszy sidła.
Wydaje mu się, że piękności hożaWładczyni, Wenus, sama mu to dziecięPrzyprowadziła tej chwili do łoża —Tę towarzyszkę, którą miał za kwiecieNajniewinniejsze z wszystkich ziół na świecie,Tę córę króla, dziś sługę niecnoty,W występnych uciech zawikłaną siecie;
Że Gracye nucą, śród tańca ochoty,«Jo hymen!» a zaś Flora z bluszczu wije sploty.
Czy to z niezwykłej rozkoszy czy z trwogi,Jaką spełnianie grzechu ludzi darzy,Zrywa się rycerz: posądza ten błogiWidok, że w sobie kryje podstęp wraży.Hej! jego pani schyla się ku twarzy,A wędkę chowa w ciemnej sukni zwoje;Chce go całować, lico jej się żarzy,Z oczu miłosne, słodkie biją zdroje,Jak u tej, co kochanka rwie w objęcia swoje.
Niezwykły widok wszystką krew w nim skłóci;Na ten jej bezwstyd wielkim gniewem spłonieI jak szalony snać się na nią rzuci,Aby ją zabić, ale w jej obronieStanie cierpliwość i wstrzyma mu dłonie.I rycerz bada swe zmysły, czy sprośnySen to czy jawa? Wtem ona w łzach tonie,Prosi i błaga, aby był litosnyDla krwi jej przeszlachetnej i dla lat jej wiosny.
A tak mu powie; «Władco mój i panie!Czyż mi oskarżać wrogie przeznaczenieI przyczyn w niebie potężnych władanie,Czy też ślepego bożka, że to wrzenie,Zamiast miłości, złość i potępienieŚciąga dziś na mnie? Lecz tak czynić muszę,Albo też umrę! W tobie me zbawienie!W twych ręku śmierć ma lub życie! Niech wzruszęMą prośbą twoje serce: ukoj me katusze!
«Dla ciebiem ojca królestwo rzuciła»...Tutaj zamilknie, strugą łez zdławiona.W wezbraniu serca snać mowę straciła.Ale niebawem znów rozpocznie ona:«Przed kaźnią losów w tobie jest obronaMoich lat młodych... O niech mi nie ginieDusza w tęsknocie, niech w tych łzach nie kona!A on jej powie: «Cóż cię trapi ninie?Wszak zawsześ mnie krzepiła w utrapień godzinie?»
«Miłość ku tobie sypiać mi nie daje» —Rzecze mu na to — «gdy ja nieszczęśliwaZ tęsknej boleści, co mi serce kraje,Ty spisz spokojnie: noc tobie upływaBez żadnej troski»...
Comentarios
Cargando comentarios…