Oda III, 29 (Horacy, tłum. Siemieński, 1916)
Traducido del latín por Lucjan Siemieński
Królów Tyrreńskich szczepie znamienity!Od dawna wino w bani nietykanej,Róż wieńce, balsam z balanu wybityCzeka na ciebie Meceno kochany.
Wyrwij się przecie i nie zwlekaj dłużej;Wilgotny Tybur niechby cię nie wabił,Ni exulańskie łany, ni grzbiet wzgórzyKędy Telegon ojca swego zabił.
Rzuć nudny zbytek, nie siedź w tym ogromieGmachów, bodących niebo jak olbrzymy;Zostaw to innym wielbić w szczęsnej RomieUliczną wrzawę, przepychy i dymy.
Możnym odmiana nieraz rzeźwi serce;W ubogiej chatce, u skromnego stołaNieubranego w purpurę, kobierce,Niejeden zmarszczek wygładzi się z czoła.
Już Andromedy ojciec grozi skrycieGorącem latem; już Procyon pali;W lwi znak wchodzące słońce na błękicieCoraz dopieka tem srożej, im dalej.
Już pastuch szuka dla znużonej trzódkiCienia nad strugą pod zielonem drzewkiemBożka Sylwana — a tu brzeg cichutkiNieochłodzony najlżejszym powiewkiem.
Ty nad przyszłością Romy dumasz sobie;Myśl niespokojna targa twojem łonem:Co Sery, Baktra, knuje tam na dobie,I co się dzieje nad kłótliwym Donem.
Przyszły los mądrość zasłoniła boskaCzarnym obłokiem, a szydzi z wróżbitaKiedy się nazbyt o tę przyszłość troska —Ten najmądrzejszy, kto obecność chwyta.
Reszta zwyczajnym już toczy się biegiem:Raz, niby rzeka ściśnięta w swem łożuSpokojne fale, szereg za szeregiemŚle, aż w etruskiem pogrąży się morzu.
To znów, gdy powódź powzdyma bałwany,Kamienie, drzewa, domy i obory,Unosi z grzmotem strumień rozhukany,Budząc do wtóru i wzgórza i bory.
Ten tylko szczęśliw i pewien jest swego,Co: »dziś użyłem« rzec może z dnia końcem;Mniejsza czy ranek spotka zbudzonegoCzarnemi chmury, czy pogodnem słońcem.
Przeszłości tylko nic schwycić nie zdoła,Ni przeistoczyć, co się raz już stanie.Oh! niepowrotne są te wartkie kołaW wiecznie toczącym się godzin rydwanie.
Fortuna lubi wyrządzać nam psoty,Uparcie igrać z swemi ofiarami;Dziś niestateczne wysypie szczodrotyNa mnie, a jutro drugiego omami.
Jeśli mi sprzyja — cieszę się, lecz za to,Gdy odlatuje, wnet o niej zapomnę;I owinięty cnoty białą szatą,Za towarzyszkę mam ubóstwo skromne.
Niech maszty łamie Afryk rozwścieczony,Niemam rozpaczać, ni modlić się czemu,By towar z Tyru lub Cypru wieziony,Nie poszedł na łup morzu łakomemu.
Od burz egejskich jest dla mnie opieka,Gdy Pollux zatli dwie gwiazdeczki bliźnie,Przy dobrym wietrze łódka moja lekkaDwuwioślna, łatwiej po falach prześliźnie.
Comentarios
Cargando comentarios…