Podróż do Brundisium

Traducido del latín por Paweł Popiel

Z Romy jak tylko wyszedłem ogromnej, Aricia przyjęłaW skromną gościnę; w podróży mi był towarzyszem HeliodorZ greckich retorów najmędrszy, a stąd do Appia miasteczka,Majtków; i wszelkiej hołoty, karczmarzy przebiegłych pełnego.Drogę na dwoje z lenistwa dzielimy; lżej od nas wybraniW jednym ją dniu przebywają, lecz w Appii mniej ciężko leniwymTamże ja wypowiadam z powodu wody cuchnącejWojnę brzuchowi, czekając na obiadujących przyjaciółW kwaśnym humorze. Już noc gotowała się cienie na ziemiRozpościerać i znaki po niebie gwieździste rozpalać:Wtedy pachołki wioślarzom, ci znowu pachołkom wymyślaćPoczną: „przybijajże tutaj“; „aż trzystu zabierasz“; „co znowu...Dosyć już...“ W ciągu zapłaty, nim wreszcie muła zaprzęgli,Cała minęła godzina. Złośliwe komary i błotneŻaby nie dają nam spać, do tego holownik i wioślarz(Skuci do szczętu) o swych nieobecnych dziewczynach na udryPieją. Na końcu znużony holownik zasypia, zaś majtekLeniuch postronki od muła, którego na trawę puszczono,Przywiązuje do skały i chrapie na wznak wywrócony.Dzień się już robił, gdy czujem, że statek się wcale nie rusza;Jeden z podróżnych nareszcie, sierdzisty, skoczywszy znienackaGłowę i boki wioślarza i muła obrabiać poczynaPrętem wierzbowym; o czwartej nas ledwo na ląd wysadzono;Wtedy w twem źródle Feronio obmyliśmy ręce i twarze.Pośniadawszy ze trzy wleczemy się mile podchodząc,Wreszcie pod Anxur, stojący na skałach lśniących zdaleka.Tamże miał przybyć Maecenas najlepszy, zarazem CocceiusJeden i drugi wysłani w poważnych sprawach na posłów,Powaśnionych przyjaciół nawzajem godzić przywykli.Tamże cierpiący na oczów ropienie nacieram je czarnąMaścią. Zatenczas Maecenas przybywa, Cocceius, a z nimi

Razem Capito Ponteius od stóp wytworny do głowyCzłowiek, najlepszy nad innych Antonia przyjaciel od serca.Fundy przez Aufidiusa pretora Lusca rządzoneChętnie mijamy, żartując z parady głupiego pisarza,Togi z obszewką szeroką i kadzielnicy żarzącej.W mieście Mamurrów następnie szukamy znużeni spoczynku,Gdzie nas dachem opatrzył Murena, zaś Capito kuchnią.Wschodzi następnie o wiele najmilsza jutrzenka, bo z namiW Sinuessie spotyka się Varius, Vergilius i Plotius,Dusze, nad które zacniejszych i ziemia nigdy nie niosła,Ani też względem których bym przywiązanie miał większe.Jakież to były uściski i jaka uciecha spotkania!Nic z przyjacielem kochanym porównać w życiu nie mogę.Tuż przy Campańskim moście najbliższy domek schronienieDaje nam, drzewo i sól szafarze należną daniną.Stamtąd stajem w Capui, gdzie z mułów juki zdejmują.W piłkę grać idzie Maecenas, ja spać, jak niemniej Vergilius,Piłka bo chorym na oczy i twardym w trawieniu nie służy.Potem zamożne Cocceia domostwo nas bierze w gościnę,Nad zajazdami Caudiów leżące. Na teraz po krotceWalkę pomiędzy Sarmentem trefnisiem, a Messem CicirrąMuzo dopomóż opisać, z jakiego się ojca zrodziwszyKażden potyczki się podjął. Ród Messa przesławny od Osków,Pani Sarmenta przy życiu: a więc od podobnych się wiodącPrzodków stanęli do walki, Sarmentus pierwszy: „do koniaMogę cię równać dzikiego“. Śmiejemy się. Messus odetnieGłową kiwając mu na to: „przyjmuję“. „Aj, żeby to rożekZ czoła nie był wyciętym, to cóżbyś dopiero uczynił,Kiedy tak chociaż kaleka wygrażasz?“ A blizna szkaradnaCzoło włosami obrosłe mu z lewej strony szpeciła.Naszydziwszy dowolna z Campańskiej na twarzy choroby,Prosi udawać Kyklopa jak tańczy w roli pasterza:Zwłaszcza, iż ani kothurna i maski mu wcale nie trzeba.Wiele mu na to się odciął Cicirrus, ażali łańcuchyZłożył już Larom ze ślubu; że zaś był pisarzem, to wcale

Prawo własności u pani nie gorsze: na końcu go pyta:Czemu wogóle uciekał, gdy jemu starczyło na żywnośćMąki funt jeden, chudemu zarówno jak małe pacholę.W taki to sposób wesoło dłużyliśmy ową biesiadę.Stąd na Benevent się prosto kierujem, gdzie chętny gospodarzChude piskorze gotując na ogniu się ledwie nie spalił.Wolne po starej kuchni albowiem biegnące płomienie,Rozproszone już... już dosięgały szczytu budynku.Gości zgłodniałych i sług bojaźliwych mogłeś obaczyćPorywających potrawy i ogień pospołem gaszących.Tutaj nareszcie Apulia poczyna mi znane odkrywaćSzczyty, Atabula wiatrem spalone i nigdy z takowychNie bylibyśmy wyleźli, by tuż leżąca TrivikaWilla nie była przyjęła, niestety z dymem gryzącym,Który przez komin z mokrego paliwa nam srodze dokuczył.Stąd pędzimy na kołach dwadzieścia mil z rzędu w miasteczkuChcąc popasać, którego nie można wierszem oznaczyć,Znakiem atoli najłatwiej, bo rzecz najzwyklejsza się tutaj:Woda sprzedaje; lecz chleb nad inne piękniejszy, że zwykleDźwiga przezorny podróżny na ramię go dalej ze sobą:Bowiem ościsty w Canusium, gdzie wody na kubek nie starczyKtóre to miejsce niegdyś waleczny założył Diomed:Tutaj z druhami smutnymi się Varius niechętnie rozstaje.Stąd znużeni do Rubów się dostajemy, bo długąDrogę musieliśmy przebyć i gorszą jeszcze po deszczu.Lepsza nazajutrz pogoda, lecz droga najgorsza od samychBaru okolic rybnego; nakoniec przez Lymphy złośliweGnatia stawiana do śmiechów i żartów dała sposobność,Kiedy nam każą uwierzyć, że bez płomienia na świętymProgu się pali kadzidło, niech wierzy w to żydek Apella,Ale nie ja, nauczony, że pędzą bogowie szczęśliwyŻywot, a jeśli przyroda co zdziała cudownie, to tegoGniewnie bogowie nie zwykli ze stropu niebios zesyłać.Długiej podróży i pismu Brundisium niech koniec położy.

Comentarios

Cargando comentarios…