Rozmowa z niewolnikiem
Traducido del latín por Felicjan Faleński
Dopraszam się ja łaski pańskiej — otoCzy mogę mówić? rzecz nie będzie długa.Davus? Tak, Davus, twój pokorny sługa,Co z przymuszoną służy ci ochotą —Tyle uczciwy, że mu żyć jest wolno.Ha! W uroczystość owych dni swawolnąZdrów gadaj — skoro tak mieć chcieli starzy.Ot, mnie się widzi: Że na naszym świecieJedni w złe życie całkiem szczerze brniecie,I coraz gładziej — lecz się taki zdarzy,Co to jak pijak, mgławe mając oczy,Raz w dobrą stronę, raz się w złą zatoczy.Patrzno Priscusa. To go spotkasz snadnieZ gołemi łapy — to znów ma pierścieniAż po paznogcie. To się ubrać leni,To znów co chwila nowe szaty kładnie.Raz się w pałacach puszy skrzących złotem —Raz wśród andrusów zgrai śpi pod płotem.To hula w Rzymie, i na głowie stawaAż wstyd i zgroza — to znów, z nagłej zmiany,Do Athen jedzie, gdyż go dręczy sławaTamtejszych Mędrców... czyż on nie narwany?Już jest od niego lepszy ten Kostera,Co, dobroczynna chociaż mu chiragraRęce odjęła — rad on zawsze zagra.Tylko pachołka sobie wprzód dobiera,Który, co chwila, swemu JegomościDo kubka zgarnia wyrzucone kości.Taki, jak sądzę, złemu służąc staleMniejsze ponosi straty — ztąd go chwałę —Gdyż, jak się patrzy, mniej też bywa w gniewie,Niż ów, co zgoła jak się ma, sam nie wie.
— Do kogóż błaźnie zwracasz to bajanie?— Właśnie do ciebie. — Do mnie? ty bałwanie!A tak. Nie tyżto chwalisz ustrój błogiProstoty dawnej ? Ale niechby bogiW te dobre czasy zwrócić się raczyły,Za nic byś nie chciał. Więc, mój panie miły,Albo tak mówisz: — „Wy tam drudzy wierzcie,W co ja nie wierz“ — albo ci ochotaDo tego, czego nie wiesz sam, — lub wreszcieOdwagi nie masz nogę cofnąć z błota.Któż się naprzykład, jak ty, wiecznie szasta?W Rzymieś jest? — gadasz: — co tchu na wieś jadęNa wsi: — Ach! nie ma nad rozrywki Miasta! —Jeśliś przypadkiem kiedy na biesiadęNie zaproszony: — Z jakąż ja rozkosząObiadek skromny zjem w swej własnej chacie! —Tak sobie mówisz — właśnie, jakby na cięDybano gwałtem. Gdy cię zaś zaproszą,Byś Maecenasa bawił przy wieczerzy,Cóż za zgiełk w domu! — Hej! Wy służba! trutniePachnideł! Wieńców! — Klniesz i grzmocisz okrutnie.A tu, tymczasem, niechże wnet nadbieżyWesoły orszak twych przyjaciół, którzyPrzez ciebie znowu byli zaproszeni,To idą z kwitkiem, wymyślając w sieniW sposób, którego nikt ci nie powtórzy.Powiadasz: — Davus, byle dym z kominaJuż on półmiskom rad jest niesłychanie —Davus — obżartuch, wałkuń, pijaczyna —Niech i tak będzie. — Ale ty, mój panie,Coś drugi taki — nawet gorszy pono —Za cóż mię łajesz? Chyba ci się zdaje,Że twą wymową zgłuszysz napuszoną,Głos, który w tobie samym, obyczajeTwe własne gani. Więc ci ja dowiodę:Żeś mniej odemnie wart, com wart zaledwie
Te drachm pięćdziesiąt, któreś na mą szkodęDał za mnie... tylko, ręce chciej obiedwiePrzy sobie trzymać... ja jedynie bowiem,Co mi Crispina gadał stróż, opowiem,Tobie się słyszę cudzych żon zachciało.Mnie zaś, że dziewka gdzieś folwarczna sprzyjaTo, kto z nas, proszę, więcej wart jest kija?Mnie, że tam czasem swędzi grzeszne ciało,Wzorem ogierów albo choćby wieprzy,I że wrodzone cierpiąc niepokoje,W zapadłym kącie gdzieś plugastwo zbroję,Anim bogatszy przez to, ani lepszy.A tu — kto taki, zdjąwszy z serca pychę,Chyłkiem, odzienie wdziawszy na grzbiet liche,Czai się, niby złodziej za zdobyczą?Kłapią mu zęby, twarz się kurczy blada —Gdyż się po cudze ten Jegomość skrada.A nuż cię złapią i rózgami zćwiczą,Piętnem przypieką, lub umieszczą w ciupie?Wtedy, twa luba, w one chwile głupieCóż ci poradzi swą wymową sroczą —Gdy ci pachnący łeb z kolany ztroczą?A czy to, myślisz, mąż, gdy się rozmacha,Jednako uczci żonę i jej gacha?Nie — uwodziciel słusznie górą będzie —Tak zawsze było, i tak bywa wszędzie.Ale przypuszczam: że ci się udałoZ zatargów z mężem cało wyjść i z chwałą,I, nie zgrzeszywszy winy twej poszlaką,Pomyślnie krzywdę zrządzić mu wszelaką —To pewnie wtedy, mądry w doświadczenie,Zechcesz mieć skórę własną w większej cenie?Gdzie tam! Dla lada sroki, znów przyjemniePoszukasz guza. — Więceś ty odemnieGorszy niewolnik. Bowiem, jakież bydlęZnów zechce bywać w unikniętem sidle?
Niekiedy mówisz: Ja nie cudzołożę. —A ja, czym złodziej, że w niejednej porzePrzezornie sreber twoich ci nie skradnę?Lecz odejm kary strach i skutki zdradne —A szpetna żądza zbliży nas nie długo.Nibyś ty moim panem — nikt nie przeczy —Lecz za to, iluż względów, ludzi, rzeczy,Sam z dobrej woli, niskim jesteś sługą!Niechby cię praetor nie raz, ale tysiącRazy, swą laską dotknął — mogę przysiąc:Że cię od drżenia skóry nie wyzwoli.A teraz, weźmy równość naszej doli.Toż niewolnicy wszyscy, wobec pracy,Czy (jak chcesz) wobec kija, są jednacy.Nad dwóch zaś, w jakim stopniu się spotyka?Jam twój niewolnik, Mości mój poeto —Lecz tyś niewolnik niewolników — przetoMiano ci służy Arcyniewolnika.Bo któż jest wolny? Mędrzec tylko, którySamemu sobie panem, jest bez granic.Ubóstwo, pęta, nawet śmierć ma za nic.W swe namiętności ostro patrzy z góry.Pogardą zbywa dworskich żądz wypadki.Silny, skupiony w sobie, zewsząd gładki —Iść naprzód nigdy nic mu nie przeszkadza,Ani złych wpływów znana mu jest władza.Więc czyś ty taki, jak tu opisano?Posłuchaj tylko. Oto, w pewne rano,Ody już talentów z ciebie pięć wykpiła,W łeb ci szaflikiem dawszy twoja miła,Za drzwi cię wypchnie. Poczem, znów przywoła —A ty powracasz. — Ależ, krzyczę przecie:— „Jam wolny!“ Cóż to — nie śmiesz? Boś już zgołaDał sobie na kark lichej wsiąść kobiecie,A ta, czcząc w tobie bezrozumne bydlęJak chce, twą wolność wodzi na wędzidle.
Jeśli ty, z gębą nieraz rozdziawioną.W rzeźbę lub obraz patrzysz — toć ja ponoNie wiele głupszy, jeśli się w szynkowniPrzyglądam desce. Ludzie tam szykowniPomalowani, a człek aż się dziwi —Bo tak hulają właśnie, jakby żywi.Jam za to próżniak, godzien swych współbraci —Pan zaś czas drogi pożytecznie traci.Że mi piekarni zapach w nosie kręci,już kij w robocie. Ty zaś, czy bez chęciBieżysz uraczyć twoję grzeszne ciało,Byle z komina kędy zapachniało?Jam znów łakomieć — więc potrzeba, żebyBokiem wrodzone wyszły mi potrzeby!Lecz, w swej przewadze, czyż to raz wypadło,Żeś ty się za mnie pomścił sam na sobie?Skisło ci w kiszkach źle strawione jadło,Albo ci pilną służbę nogi obieWypowiedziały. Że drąg od drapakiUkradłszy z głodu, za to zjada flakiPachołek chudy — to mu wstyd i biada!Lecz wara dotknąć pana, co przejadaSwe majętności — W końcu, któż zaprzeczy:Że ty najlichszy pędzisz byt człowieczy,Że ty sam na sany z sobą ani chwiliNie możesz wytrwać? Więc, czy we śnie, czyliW szklance pociechy szukasz — tak cię nudziJestestwo własne, że wnet brak ci ludzi.Lecz z nich, któż nie jest rad unikać człeka,Który przed sobą próżno sam ucieka?— Nie ma tam kija? — O ho! A to na co?— Hej! Kija — mówię. Słyszysz ty ladaco?— Koło mej skóry widzę coś nie tęgo.Zły albo wiersze robi. (głośno) Proszę panaToćże to żarty. Rzecz jest przecie znana,Że w Saturnalia... — Idź precz niedołęgo!
Comentarios
Cargando comentarios…