Wędrówka ziemska artysty

Traducido del alemán por Stanisław Budziński

Artysta (ustawia na stalugach portret otyłéj, szkaradnéj, pełnéj pretensyi kobiety; lecz za pierwszem pociągnięciem pędzla zdejmuje go).Ta twarz szkaradna pędzel mi wytrąca.

Mamże porzucić ten poranek boski,Gdy spoczywają przedmioty méj troski,Me drogie dzieci, żona kochająca.

Jutrznio! twym blaskiem ziemia się ożywia,Serce młodzieńczém czuciem się roztkliwia,I łzą cię błogą wita oko moje.

(stawia na stalugach obraz Venus Uranii naturalnéj wielkości).Bogini moja! Gdy przed tobą stoję,Pierwsza młodości radość mnie przenika.Twój kształt niebiański tulę na me łonoSiłą uczucia, jakby narzeczoną.Tyś moją wszędzie, gdzie pędzel cię tyka;Nie! jam jest twoim, bo ja żyję tobą,Piękność piękności, ty świata królowo!I za monetę oddać cię zdawkową!W mieszkaniu głupca będziesz ścian ozdobą,Któremu nie żal dać lichą zapłatę,Byle przed okiem mieć cacka pstrokate.

O! będzież dziatwa ma uradowana,Gdy się odemnie przeniesiesz w dom pana,Za opłaceniem do mych rąk daniny:Dostaną chleba zgłodniałe dzieciny!Ty mię opuścisz! Nie! on cię mieć będzie;Lecz, zdroju życia! on cię nie posiędzie!Pociecho moja! kiedy w tobie tonę,Lubą rozkoszą zmysły upojone!

Aj! aj!

Mój Boże!

Żona artysty (obudziwszy się).To już i dzień biały!Nie spisz?... Mój mężu rozpal ze dwie szczapki,I przystaw wodę w ten garnuszek mały,Bo muszę dziecku przygotować papki.

Artysta (zatrzymując się na chwilę przed obrazem).Moja bogini!

Starszy syn artysty (wyskakuje z łóżka i przybiega boso).Może pomódz tacie?

To przynieś drzewa lub wiórków, co macie.

Ktoś do drzwi stuka, zobaczno tam Franio!

To ten pan, ojcze, z tą otyłą panią!

Artysta (stawiając ów ohydny portret na stalugach).

Udam, że niby robię to ladaco.

Skończno go tylko, to dobrze zapłacą.

A przecież robię!(wchodzi pan z żoną)

To nam się udało!

Dzisiaj mi jakoś niedobrze się spało.

Pani tak zawsze prześlicznie wygląda.

Ten obrazek w kąciku widziéć mi się żąda.

Pan się zakurzy.(do pani)Niechaj pani siada!

Lecz naprzód dobrze ją pojąć wypada:Bo choć to nieźle, ale niech pan wierzy,Że podobieństwem w oczy nie uderzy.

Właśnie téż na to już się dawno silę,

Pan (biorąc w rękę jakiś obraz w kącie stojący).To pański portret jeśli się nie mylę?

Lat temu dziesięć! byłem wtedy młody!

Dosyć podobny.

Jak dwie krople wody!

Tak!... dziś ma zmarszczki, twarz więcej zarasta.

Żona artysty (z koszykiem w ręku, do artysty po cichu).Daj mi pieniędzy, muszę iść do miasta.

Niéma!

To dziatwa z głodu poumiera!

Ha!

Teraz to lepsza jest pańska maniera.

Tak, naturalnie, bo coś znaczy wprawa.

Brawo! to trafił te na nosku garby!Trza tylko oczom dodać żywszéj farwy

Ten człek nieznośny żółcią mię napawa!

Muza (niewidzialna dla innych zbliża się do artysty).Cóżto? już wątpić zaczynasz me dziecię?Każdy ma jarzmo, dzwigać je nie snadno!Kiedy ci płaci, mniejsza że — szkaradną!Niech sobie stary trzy po trzy ci plecie!Będziesz się cieszyć w wytchnienia godzinieDziełem, co z pędzla twojego wypłynie.Kiedy się człowiek ciężkim trudem zmęczy,Tém się mu miléj spoczynek uwdzięczy.Niebo szlachetnie używać nie broni,Gdy kto za życia uciechami goni;Lecz czyż to szczęście twéj duszy potrzebą?Nie! tyś ukochał świat sztuki i niebo!

Comentarios

Cargando comentarios…