II

Podczas pobytu swego pana w Sourabayi Wang zajął się uporządkowaniem gruntu przed głównym domem. Gdy Heyst wynurzył się z trawy, porastającej wybrzeże w miejscu skąd zaczynał się pomost, ujrzał szeroką, wolną przestrzeń, czarną i gładką — z jednym czy dwoma stosami zwęglonych gałęzi — ogołoconą z roślinności przez ogień od frontu domu aż do najbliższych drzew lasu. — Odważyłeś się podpalić trawę? — spytał Heyst. Wang kiwnął głową. Na ramieniu białego, przed którym stał, wspierała się dziewczyna zwana Almą; ale ani z oczu Wanga, ani z jego wyrazu twarzy nie byłby nikt odgadł, że Chińczyk ją widzi. — Porządkując plac w ten sposób, oszczędził sobie pracy — wyjaśnił Heyst nie patrząc na dziewczynę, której ręka spoczywała na jego ramieniu. — To jest cały nasz personel służbowy. Mówiłem ci że nie mam tu nawet psa, któryby dotrzymywał mi towarzystwa. Wang odmaszerował w kierunku bulwaru. — Podobny jest do garsonów w tamtym zakładzie — rzekła. Tamten zakład, to był hotel Schomberga. — Chińczycy niewiele różnią się między sobą — zauważył Heyst. — Ten się nam tutaj przyda. A to jest dom. Stali niedaleko od sześciu płytkich stopni prowadzących na werandę. Dziewczyna puściła ramię Heysta. — To jest dom — powtórzył. Nie ruszyła się od jego boku, stojąc ze wzrokiem utkwionym w schody, jak gdyby były czemś jedynem w swoim rodzaju — czemś nie do przebycia. Czekał chwilę, ale nie poruszyła się wcale. — Czy nie zechcesz wejść? — zapytał, nie zwracając głowy w jej stronę. — Słońce pali za mocno, nie możemy tu zostać. — Usiłował zapanować nad pewnego rodzaju lękiem, pomieszanym z niecierpliwością i zniechęceniem, i głos jego brzmiał szorstko. — Wejdź lepiej — zakończył. Oboje ruszyli z miejsca, ale Heyst zatrzymał się u stóp schodów a dziewczyna szła prędko dalej, jak gdyby nic już teraz nie mogło jej powstrzymać. Minęła szybko werandę i weszła w półcień wielkiego środkowego pokoju sąsiadującego z werandą, a potem w głębszy jeszcze cień następnego pokoju. Zatrzymała się nieruchomo w półmroku, gdzie olśnione jej oczy ledwie mogły rozróżnić kształty przedmiotów, i odetchnęła z ulgą. Wrażenie słonecznego blasku, morza i nieba trwało w niej wciąż, niby pamięć o przykrej próbie, przez którą przejść musiała — a która skończyła się wreszcie! Tymczasem Heyst wracał zwolna ku bulwarowi, ale nie doszedł do wybrzeża. Przemyślny Wang o automatycznych ruchach wyciągnął jeden z małych, dwukołowych wagoników, których używano do przewożenia koszów z węglem wzdłuż bulwaru, i zjawił się, pchając przed sobą taki wózek naładowany lekką torbą Heysta i rzeczami dziewczyny, zawiniętemi w szal pani Schomberg. Heyst zawrócił i szedł obok zardzewiałych szyn, po których się toczył wagonik. Wang, zatrzymawszy się naprzeciw domu, zdjął torbę i umieścił ją troskliwie na ramieniu, a potem wziął do ręki zawiniątko. — Zostaw te rzeczy na stole w wielkim pokoju — słyszysz? — Ja wiedzieć — mruknął Wang, odchodząc. Heyst patrzył za Chińczykiem znikającym z werandy. Dopiero gdy się Wang zjawił z powrotem, Heyst wszedł w półcień wielkiego pokoju. Wang znalazł się tymczasem z tyłu domu, gdzie był niewidzialny, ale skąd mógł wszystko słyszeć. Uszu jego dosięgnął głos człowieka, którego nazywano Numerem Pierwszym, gdy na Samburanie było jeszcze wielu ludzi. Wang nie był w stanie zrozumieć słów, ale ton go zainteresował. — Gdzie jesteś? — krzyknął Numer Pierwszy. Potem doszedł Wanga głos znacznie słabszy, nigdy przedtem nie słyszany; pod wpływem tego nowego wrażenia przechylił lekko głowę na bok. — Jestem tutaj, w cieniu. Nowy głos wydawał się daleki i niepewny. Wang nie słyszał nic więcej, choć stał nieruchomo, czekając jeszcze czas jakiś, przyczem wierzch jego wygolonej głowy znajdował się na jednym poziomie z podłogą tylnej werandy. Twarz jego ani drgnęła, zachowując nieprzenikniony wyraz. Nagle schylił się i podniósł pokrywę od drewnianego pudełka po świecach, leżącą na ziemi u jego stóp. Złamał ją w ręku i skierował się ku szopie kuchennej, gdzie przykucnął i wziął się do rozpalania niewielkiego ognia pod bardzo okopconym czajnikiem — prawdopodobnie aby ugotować herbatę. Wang posiadał pewną znajomość najbardziej powierzchownych rytuałów i ceremonij z życia białych — życia, które wydawało mu się skądinąd niezmiernie trudną zagadką, kryjącą nieprzewidziane możliwości dobra i zła. Tę zagadkę należało śledzić uważnie a ostrożnie.

Comentarios

Cargando comentarios…