Rabbi Ezra

Święto Chanuka. Rozpalam ramiennyŚwiecznik zwyczajem ludu Izraela.Dla innych błogi wieczór ten, promienny,Mnie włos siwizną zawczasu ubiela;Trzydziestą północ wkrótce czas wydzwoni,Gdy ja w rozmyślań pogrążam się toni.Brzaski poranku, świty zórz płomienneZnajdą me oczy pełne łez — bezsenne.Nieszczęsny starcze! jedno miałeś dziecię,Jak błędny żeglarz gwiazdę na zenicie,Jedną latorośl, wody zdrój przezroczy;Skupiłeś miłość całą w tej istocie...Dziś próżno wołasz, wypłakujesz oczy,Stojąc, jak palma bez dżdżu na spiekocie...Uśmiech jej dla mnie był, jak te podmuchy,Co z wiosną niosą ku nam kwietne puchy;

W oku jej tlała wszystkich żądz osnowa,Boć wzorem piękna stworzył ją Jehowa.Gdy te wspomnienia przed oczy me stawię,Kolczastym cierniem serce sobie krwawię.

Raz karawana w blaskach zórz wieczora,Poczet wielbłądów, mułów w złocie mnogi,Do mego zbacza z gór nędznego dwora,Szukając pewnej do Damaszku drogi.Co to? Judyta?! Nie, ja nie śnię przecie,Z wodzem drużyny onej tuż przy bokuSiedzi w kulbace na wielbłądzim grzbiecie.Dziecinna radość jaśnieje w jej oku...Strojni w turbany, zawoje, orężni,Mieniąc się w blaskach złotem tkanej szaty,O śniadych twarzach, jacyś dumni, mężni,Stają przybysze u wrót mojej chaty:

— „Obcy derwiszu! po raz pierwszy głowę„Przed nędznym giaurem moją upokarzam„I biorę córkę za mych żądz królowę;„Wzamian skarbami za nią cię obdarzam.„Allah skierował dziś mnie w te bezdroża,„Bym oną dziewkę, godną mego łoża,„Uśpioną znalazł opodal mej drogi„I wśród huryski wiódł w pałacu progi.„Kiedym ją ujrzał pod cieniem palm śpiącą,„Uczułem miłość wielką dlań, gorącą

„I czekać będę już tych chwil z tęsknotą,„Gdy na mym dworze zalśni się to złoto,„Gdy lekką stopą po drogim kobiercu„W takt przebiegając, wzbudzi zachwyt w sercu.„Z całego państwa Iranu pod nogi„Najdroższe perły, barwne rzucę kwiaty,„Na jej skinienie tłum niewolnic mnogi„Namaści ciało, zrosi wonią szaty...„Lecz jeśli spełnić nie zechcesz próśb moich,„Moim rozkazom wnet stanie się zadość:„Ja z serc podwładnych mi współbraci twoich„Wyplenię wszelką nadzieję i radość!“

To Abdul-Malik był, pan mnogich rzeszy,Władca Damaszku.Czytam z dziecka twarzy,Że ją ta nagła zmiana losu cieszy,Że w myślach tworzy szereg snów, miraży,Dziecinną była. Ot, myślę, majaczy!A tu mi serce miota się w rozpaczy.Brew ani drgnęła. Zda się skamieniałemI na wielbłądy patrząc, niemy stałem;A w tem milczeniu korny, władcy wolęSpełniłem, dziecko dając mu w niewolę.Wtem, jak ta iskra, gdy żelazo zgrzytnie,W głowie mi nagle pewna myśl zaświta,

Wołam: — „О możny! Choć żal serce tłoczy,„Zwracam błagalnie ku tobie me oczy:„Biedny mój naród pełen smutku, trwogi,„Nie ma dotychczas dla modłów świątyni;„Gdy nas jak zwierza wiecznie tropią wrogi,„Jehowie musim składać hołd w jaskini,„Niech się twa wola staje: dziecku harem„Otwórz, a wzamian zbuduj nam dom Boży;„Ojcu wykupne spłacisz onym darem,„A lud się cały przed tobą ukorzy.“

Mamy świątynię. Gmina nasza całaPrzed moją chatą tłumnie się zebrała,Okienka moje zdobi w liście palmy,Ów mi winszuje, ten mój czyn wychwala,A tu się serce moje wciąż rozżala,Bom dziecko sprzedał gwoli pana sławy,A sobie żywot zgotowałem krwawy!Zdrożne me myśli serce w strzępy darłyI byłem niemy i napół umarły.

Jak las wyniosły stał przybytek onyWspaniały, wielki, hojnie wyzłocony.Już sieć rusztowań zdjęto do połowy —Jutro poświęcę go na cześć Jehowy...Radosnej pieśni z miasta płynie echo,Ale nie dla mnie pieśń ta dziś pociechą,

Chociaż trzydzieści dni na modłach trawię,Nie wiem azali duszę moją zbawię...Spróbuję jeszcze: postępku szkaradęNa szalę win mych ostatni raz kładę.Wdziawszy ofiarne szaty me kapłańskie,Na skroń koronę, przykazania PańskieWłożę i spalę Panu stos za grzechy...............W noc rabbi wybiegł z szalonymi śmiechy...Jasno dokoła, jak w południa porę...Świątynia w ogniu! Dom Jehowy gore!

Comentarios

Cargando comentarios…