Allegorya (Kazimierz Przerwa-Tetmajer, 1887)
Na łożu leżał senny, czy zemdlony,Młodzieniec blady śmiertelnie, skrwawiony.Nad nim schylony siedział człowiek drugiI leżącemu lodem skroń okładałI patrzał pilnie, czy ten sen się długiPrzerwie — lecz życiem? śmiercią? darmo badał,Bo oddech słaby bardzo, konający,Nie wróżył, aby przebudził się śpiący.W tem spostrzegł człek ów w rannym lekkie drgnienia,Może przedśmiertne? i jakby westchnieniaŻywsze — zwolna się powieki otwarłyCiężko, jak gdyby ołowie je parłyW dół — przymknęły się znowu, silnie ścisły,Otwarły wreszcie, źrenice z nich błysłyCzarne i duże i ożył wpół zmarły.Powiódł do koła wpół przymgloném okiem,Jakby się dziwił obecnym widokiem,Jakby coś sobie chciał przypomnieć ... w liceCzuwającego utopił źrenice,Chciał coś rzec — w ustach zasnęły mu słowa,Chciał głowę dźwignąć — lecz opadła głowa.
Jako tonący, który ręce obieWytęża z całém w nich siły skupieniem,By chwycić deskę, która jest zbawieniem:Tak on, co jeszcze dzierżył mocy w sobie,Skupił ją, całą swą wolę natężył,By dźwignąć głowę, kark gwałtem naprężyłI przełamawszy bezsilność grobową,Wydobył z gardła ciche: »Ktoś jest?« — słowo.»Odpowiem późniéj, przyjdź tylko do siebie,Podam ci wody, to orzeźwi ciebie«.Życzliwą ręką napój mu podanyWypił młodzieniec i znowu złamanyWysiłkiem, czyli cierpienia wspomnieniem,Które się nagle, zda się, odezwało,Gdy się zwątlone pokrzepiło ciałoI duch wraz odżył z ciała ożywieniem;Opadł na łoże i minął czas długi,Za nim powieki otwarł po raz drugi.Tym jednak razem odetchnął głęboko,Powieki rozwarł zwolna, lecz szeroko,Wsparł się na ręce i w takie się słowaOzwał: »Niechaj cię Bóg w łasce zachowa,Jeźli On jest tam na błękicie żywy?Lecz jeśli twój los ma być tak straszliwy,Jak mój był, lepiéj, stokroć lepiéj w tobie,By twa kochanka chodziła w żałobie,Jeśli masz jaką, tak, jak mą ja miałemI jeśli kochasz tak, jak ja kochałem ...Nie znam cię — widzę, żeś dobrym człowiekiem,Życieś mi wrócił — przysłonisz mię wiekiem
Trumnianém: za to będę ci wdzięczniejszy,Niż za wrócone życie, choć trud mniejszyBędzie dla ciebie ... Po coś ty mię cucił?Po coś mi pamięć, po coś pamięć wrócił?!Tyś mój zbawiciel? Nie! Tyś mój morderca! ...«Tu osłabiony zamilkł chwilę, potémZnowu się ozwał: »Tyś mi tym powrotemDo życia — śmierć dał ... Wiem, z dobrego sercaTyś to uczynił — więc cię nie przeklinam —Lecz weź mi pamięć, niechaj nie wspominamTych chwil okropnych ...Mówisz, bym milczał? Czuję w sobie siłę,Czuję chęć dziwną rozkopać mogiłę,Zobaczyć trupa méj boleści ... DuszęNęci wspominać przebyte katusze ...Nie — jest mi dobrze, będę mówił jeszczeDługo, chyba że śmierć mowę mi przetnie —Widzisz te krwawe na méj skroni deszcze,Co tak purpurą ubrały ją świetnie?Ha? W takiéj, w takiéj to krwawéj purpurzeChodził ów tyran! ...Słuchaj człowieku, słuchaj méj powieści,Nie bój się, serce nie pęknie z boleściWe mnie, jeżeli dotychczas nie pękło ...Czemu ty patrzysz z twarzą tak wylękłą?Słuchaj, co powiem ...Widzisz te góry śnieżne i skaliste?Chmury się falą na ich szczyty garnąI w chmurach stoją wpół jasne, wpół mgliste,Tu lśniące śniegiem, a tam skałą czarną —
Czujesz woń sosen i jodeł? Tam byłaMoja ojczyzna, tam ma droga żyła,I tam jest mojéj kochanki mogiła ...Jeżeli skonam, zanieś moje zwłokiTam i grób wykop głęboki, głęboki —Może, gdy ziemia przywali mnie wiele,Pamięć się moja przygłuszy ciężarem ...Słuchaj człowieku, patrzaj na mnie śmiele,Nie jestem zbrodniarz: krwią, ani pożaremJam się nie zmazał ...Pamiętam noc tę tak — bory szumiały,Księżyc się niebem wlókł srebrny szerokiem,A przy mnie był mój anioł — anioł białyZ czystém, anielskiém tak, błękitném okiem ...Jeźli ją spotkasz, powiédz, że ja o niéjMyślałem, zanim do grobu mnie rzucą ...Ha! ha! Myśli się me zamglone kłócą —Cień tylko, imię pozostało po niéjI to wspomnienie — ha!Już jej nie spotkasz; ona cicha leżyI śni o szczęściu, co naszém być mogło —Mogło być! — Głupi, kto swéj sile wierzy!Czyż przeznaczanie kogo z nas nie zmogło? —Pamiętam noc tę: do się przytuleniObjęliśmy się miłości uściskiem —W świetle księżyca srebrzystych promieni,Ona się zdała nadziemskiém zjawiskiem,Serce przy sercu, a przy ustach usta —Myśl nasza była tak młoda, tak pusta,Taka szczęśliwa! — za kilka tygodni
Myśmy się wiecznym węzłem spoić mieli,Kochaliśmy się tak ... byliśmy godniSiebie nawzajem i sami anieliTego nam szczęścia chyba zazdrościli,Jakieśmy czuli w téj ostatniéj chwiliNaszego szczęścia ...Tam, nieopodal, na wysokiéj górzeStoi zamczysko; warowne przedmurzeJest do owego zamczyska przystępem.Tam mieszkał tyran ten, co krwawym sępemSpadł na tę moję ptaszynę przemiłą ...Gdyby zeń ścierwo przeklęte nie gniłoW ziemi już — chciałbym zębami je kąsaćI krwawe strzępy w cztery strony świata,Jako okropne przykłady roztrząsać,Co być powinno z tyrana i kata!A jeźli jeszcze za grobem duch żyjeJeźli wraz z ciałem nie kona i gnije,Niech go tak szarpie i tak żre wspomnienie,Że aż się sami przerażą szatani!Niech mu się w hydrę przemieni sumienie! —Jeżeli mają sumienia — tyrani! ...A ona — ona już tam w niebo wzięta,Jeźli jest niebo ... ha! myśl moja mniema,Że albo Boga na tém niebie niéma,Albo przez Boga ludzkość jest przeklęta! ...Noc była cicha: ona mi objęłaSzyję rękoma, głowa jéj spoczęła,Jej jasnowłosa głowa na tém łonieDziś tak boleści pełném, wówczas szczęścia,
Po raz ostatni — lice jéj tak płonie —Prawie ją widzę ... Swojego zamężciaChwili z tęsknotą taką wyglądała,Bo była moją, sercem, duszą, ciałem —Ona, jak Wolność Lud, tak mnie kochała,Jak Lud Wolność, tak ja ją kochałem ...I kiedyśmy się objęciem spoiliI tylko z sobą i dla siebie żyli,To nam się zdało, że jak świat obszerny,Nikogo prócz nas nie było na świecie —I tylko wiatr tam bywał nasz powiernyI tylko jodły i liliowe kwiecie,I tylko fale jeziora tajemneI niebo złote i obłoki ciemne ...I jak zazwyczaj, już się księżyc mruży,A słońce błękit i ziemię czerwieniMy jeszcze do się siedzim przytuleni —I już się księżyc gdzieś w przestrzeni nurzyI już gra słońce w dębowych koronach,A ona jeszcze trzyma mnie w ramionachI tak się do mnie przytula serdecznieI tak całuje .., O! Bodajby wiecznieNajokropniejsze darły go tortury!Bodaj mu sępie wieczyście pazurySzarpały serce to jego dyabelskie!On z objęć moich wyrwał to anielskie,To moje dziewczę, dla którego małoChoćby dać życie mi się wydawało ...O świcie jechał polować zwierzynęPrzez tę, co biegła mimo nas, drożynę
Tyran ów — zanim myśmy go spostrzegliI nim ukryć się w gąszczach my pobiegli,Zoczył nas, konia powstrzymał i wlepiłOczy w kochanki mojej białe liczkaI wzrokiem lica jej się tak uczepiłTakim okropnym jakimś wzrokiem gada,Że się spłoniła najpierw, jak różyczka,A potém stała się, jako śnieg, bladaPod tém spojrzeniem — on zaś ręką skinąłNa świtę, ruszył i z oczu nam zginął.A długo jeszcze myśmy nieruchomie,Jakby rażeni gromem, w miejscu stali;I gdyby szatan był stanął widomiePrzed nami, jeszcze by nas tak nie strwożył,Jako ów tyran w orszaku wasali.Na ziemim moją jedynę położyłI rzekłem do niéj, by jéj dać pociechy:»Nie bój się — książe dobry pan ...« uśmiechyNa twarz jéj bladą wybiegły różowe,Podniosła we łzach oczy lazurowe,A ja mówiłem: »Niech się uspokojąTwoje oczęta i rosy pozbędą,Bo pókim ja twój, a ty jesteś moją,To cię szatani sami nie zdobędą!« ...Widzisz, wspomnienia te się tak w mózg tłocząI w usta — a dziw, że usta nie brocząOd nich — tak krwawe ...Domostwa nasze były siebie zdala,I łódkę moję codzień niosła falaKu jej domowi, kiedy dzień usycha,
A noc rozkwita czarna, senna, cicha.I zawsze w nocy o jednej godzinieJeziorem szybko łódź z obojgiem płynieDo lasu tego, kędy siedząc społemZwiązani z sobą ręką, piersią, czołemPiliśmy miłość z serc sobie nawzajem —Las ten nazwaliśmy «przedgrzesznym rajem»A w nim się przecież urodziło piekłoDla nas, gdy tyran swą źrenicą wściekłąKochankę moję tam o świcie zoczyłI zdradną siecią swej żądzy otoczył. ...Kiedym wieczorem pod jej dom podpłynął,Zawołał na nią — głos bez echa zginął,Bo ona zawsze była mojem echem,Odpowiadając mi srebrzystym śmiechem.Dziś cisza — wołam raz drugi — daremnie —Wołam raz trzeci — cisza! Co się we mnieDziało podówczas, wypowiedzieć trudno!Nagle mi fala jeziora przejrzystaStała się mętną w oczach, krwawą, brudną,I ta opona niebieska, tak czysta,Stała się pełną brudu; gwiazdy oweStały nie złote się, lecz purpurowe. ...Wybiegłem na brzeg i błądzę po lesie —Wołam — głos echo puste, martwe niesie —Biegnę do domu jej — zdala już słyszęPłacze i jęki zmącające ciszę,Wpadam — «Gdzie ona?» — Straszny być musiałem,Bo mróz milczenia siadł na kole całemRodziny — «Gdzie jest?» krzyczę trwogą wściekły,
A gdy i teraz nic mi nie odrzekłyNiczyje usta, chwyciłem za ramięMatkę i krzyczę: »Zginie, kto mi skłamie,A nie powie mi prawdy, gdzie jest ona?«Targnąłem starą silnie za ramiona,A ona dławiąc się ciężkiemi łzamiJękła: »Pod wieczór porwali ją zbiry....«
Puściłem matkę, w oczach mi się wiryTak zakręciły — wszystkimi nerwamiTargnęło mi coś! Czułem, jakby mózgiKtoś mi rozbijał kamieniem na druzgi —I musiałem się aż oprzeć na sprzęty,Tak krwawe w głowie uczułem zamętyI w sercu krew, krew ....
Chciałem biec — niewiem dokąd, ani poco?Ale tak kamień wyrzucony procąNie leci szybko, jako ja wypadłemZ domu i łódki u brzegu dopadłemI z dziką pasyą uderzyłem wiosłyW fale, a fale ciche mnie poniosłyNa środek wody. Tam padłem w dno łodziNie wiem, jak długiem tam przebył godziny,Tysiąc mi myśli strasznych w głowie chodzi:Zda się, że słyszę głos mojej jedynej,Jak mnie ku sobie woła, to znów w ciszyJej krzyk o pomoc wołający słyszyUcho.... I takem tam leżał bez ducha,A wkoło była cisza straszna, głucha,Niezamącona niczem, cisza grobu....
Prawda? Winienem był zaraz ją gonić,Wpaść w zamek, z rąk ją tyrana wybronić?Prawda? Lecz człowiek nie znajdzie sposobuOd razu, gdy go wieść taka uderzy,Której i niechce wierzyć i nie wierzy. —Gdy piorun nagle blizko kogo runie,To chwilę stoi ów wpierw osłupiały,Zanim od miejsca ciosu się odsunie,Zdrętwiony strachem — tak jam był zdrętwiały.I nie wiedziałem, czy tak śnię straszliwie?Czy to na jawie takie sny mię dręczą?I czułem tylko, jak się po ogniwieOgniwo wpija jakiegoś łańcuchaRozpalonego w głąb mojego ducha,A te łańcuchy strasznym dźwiękiem brzęczą:«Pomścij się! Zemsta!»I nagle wszedłem w moje dawne siły,Gdy mi łańcuchy te słowa wybiły,I zerwałem się z dna łodzi, jak wściekły,A łańcuchy się za mną brzęcząc wlekły:«Pomścij się! Zemsta!» —Gdy się z zmąconej zbytnio uczuć toni,Najgwałtowniejsze uczucie wyłoni,Zabije wszystkie inne: pierzchła żałość,Została tylko okropna mi stałośćZemsty, lecz zemsty takiej, tak piekielnej,Jakiej nie doznał jeszcze nikt śmiertelny! ...Chwyciłem wiosła, dobiłem do brzeguI w jeszcze szybszym puściłem się bieguKu wiosce naszej — chęć zemsty mnie parła
I jeszcze silniej, niż boleść mnie żarła.Dopadłem do wsi — a już było ranoI właśnie zboże na polach zbieranoI wszyscy mieli i sierpy i kosy.Tam ja wydałem z piersi silne głosy,A gdy zdumieni w koło się zebraliI kiedym ujrzał błysk kos ich ze staliOtucha we mnie wzmogła się — wszak to sąDruhowie moi, każdy zbrojny kosą —Taka ich mnogość, a jedna wystarczy!Niech tylko dadzą ją w te moje dłonie,A ten pies podły wnet ducha wyzionieI krwawym zębem więcej nie zawarczy! —Krótkiemi słowy rzecz opowiedziałem,Prosiłem, aby mścić się zemną biegli,Może ratować jeszcze — lecz błagałemPróżno i w krótce oni się rozbiegliKrzycząc, że nie chcą nawet podejrzeniaŚciągać, iż mego słuchali bluźnieniaPrzeciwko panu — podli niewolnicy!Ilem miał tylko pogardy w źrenicy,Pogardy ja im tam rzuciłem tyle;Boleść i zemsta przygasły na chwilęPod owej strasznej pogardy strumieniem,Jaką cisnąłem ja im tam spojrzeniem.Byłem sam jeden; boleść, wzgarda, zemsta,Jak jaka chmura dusząca i gęstaMózg mi obsiadła — patrzałem bez celu —Bezwiednie — czułem, jak się kruszą siły —Szczęśliwy — stałem pośród braci wielu,
W nieszczęściu — wszystkie serca opuściły....A wszakżesz moja porwana kochankaTo była krewna ich i ich ziemianka:Hańba ta, chociaż padła na nią jedną,Wszak była hańbą ludności powszedną!A jednak psy te nie śmiały zaszczekaćZłowrogo, ale wolały poczekać,Aż znowu który uczuje obrożę,Aby ją przyjąć cicho i w pokorze! ...Byłem sam jeden — nagle w słońca błyskuWzrok mój poleciał tam, tam, ku zamczysku;I znowu boleść przymarła i wzgarda,A zemsta wstała tak straszna, tak twarda,Taka niezłomna, że choć czułem w sobie,Iż cóż sam jeden temu władcy zrobięCo miał tysiące straży — przecież nagle,Jakbym u ramion z wichru poczuł żagle,W takim okropnym poskoczyłem pędzieKu zamku, z myślą, niech już co chce, będzieNiech już, jeżeli jej tam nie odbiję,Pierwsza mnie lanca na wylot przeszyje....I patrz, co to jest, gdy uczucie goniNa zbyt potężne: ja nie wziąłem broniNawet ze sobą! Żołnierz stał u bramyI chciał mi włócznią robić w drodze tamy,Lecz jam, jak powódź na niego uderzył,Odbiłem włócznię — i żołnierz już nieżył.Wbiegłem w krużganki — ludzie mnie widzieli,Lecz dziwny wyraz musiałem mieć w twarzy,Bo żaden kroku się dostać nie waży
I wszyscy z drogi pierwsi mi pierzchnęli.Nie wiem, gdzie lecę? Wszędzie mi się zdało,Że widzę twarz jej, marmurową, białą,Że widzę moją kochankę — shańbioną!Boże! Jeżeli złote gwiazdy płonąZ Twego rozkazu, jeśli jesteś w chmurze,Toś Ty przyglądał się mojej torturzeI Ty milczałeś — niechaj zmażę grzechemDuszę, lecz powiem: Tyś milczał z uśmiechem! —Wreszcie mi drogę zabiegli żołnierzeI pochwycili mnie, jak dzikie zwierzęI nie wiem ilu ja ich tam powalił,Bo mnie szał zemsty wściekłej w mózgu palił,A w sercu miałem krew, krew....
Związany, tłumem zbirów otoczony,Z zawiązanemi usty, bym nie wołał,Stałem tak zbity, niewolą spodlony.A nie wiem, ktoby wypowiedzieć zdołał,Jak mi tam serce targała okropnieMyśl, że sam może popsułem me dzieło,Żem działał na zbyt szybko, nieroztropnie —Mnóstwo mi planów do myśli płynęłoJuż nadaremnych, a każdy się zdawałTak łatwy, prosty, prawie się poddawałSam ... A nic takiej nie budzi rozpaczy,Kiedy cię jakie nieszczęście opadło,Jak myśl, że wszystko mogło być inaczejI że na zawsze już wszystko przepadłoZ twej własnej winy....
I niewiem czego więcej we mnie było:Bolu, czy żalu, czy żądzy wściekłejZemsty? Wiem że mi serce młotem biło,Jak żar gorącym — godziny się wlekłyDługie okropnie — ja łańcuchem spiętyStałem od ludzi i Boga przeklęty.Za co? Za miłość! Za to, że kochałem!Boże! Tyś miłość wszczepił w nasze serca,Tyś miłość zrobił naszem szczęściem całem,Sam Ty, Okrutny, przemocny szyderca! —Wzięto mnie wreszcie z tamtąd, wprowadzonoDo wielkiej sali, co lśniła się złotem:Tam pod purpury i złota oponą,Jak pod kapiącym krwią jasnym namiotemStał — ów szatański pies....
Wszystko zaległo milczeniem głębokiem:Mierzyliśmy się długo, długo okiem,A przecież, przecież, choć jam ludu synem,A on był władcą po nad całym gminem,Gdy oko moje o jego uderzyI nienawiści w nie wyrzuci jadyI całą żądzą zemsty je przemierzy,Nie dostał kroku i cofnął się blady.A przecież on był w złocie i szkarłacie,A ja w podartej, prostej, chłopskiej szacie;A przecież za nim tysiączne dziryty,A jam był jeden, pokrwawiony, zbity,A przecież jego i władza i mściwość,A moja była tylko — sprawiedliwość....
Pokrył zmieszanie książęcą powagą,Zbliżył się ku mnie z tyrańską odwagą,Bom był związany, a przy nim tuż stałyDraby zbrojone w włócznie i kindżałyI tak się ozwał: »Twoja ukochanaJest u mnie — władcy twojego i pana.Widzisz, co złota i drogich kamieniW moim pałacu? To wszystko jest dla niej,Będzie książęcą kochanką ...« Szatani!Kiedy wspominam te słowa, tak targaCoś strasznie w sercu — wściekłość krwią je szarga!...On mówił dalej: »U mnie tu zostanie,Będzie dzieliła moje panowanie,A chciałżebyś ty sam popsuć jej szczęście?Daszże jej tyle i srebra i złota?Cóż ty masz więcej, jak tylko dwie pięście?I cóż ją z tobą czeka? Znój, robotaI nędza! Cóż ty dasz jej nędzny chłopie?A ja ją w srebrze i złocie utopię!«Zmilknął i patrzał na mnie pełen pychy,A jam stał przed nim milczący i cichy,Bom miał związane usta, tylko wzrokiMe nań ciskały trucizny potoki....On mówił dalej: »Chciałbyś ją z mych szponówWyrwać? Tak cenisz ty majestat tronów,Co uświęcone są Bożą opieką?A zresztą probuj, a wnet cię powlekąNa pal i skonasz w okrutnej torturzeI pójdziesz skarżyć Panu Bogu w górze —Prawda? Ha! ha! ha!« — Zaśmiał się przeklęty,
A ja milczałem łańcuchami spięty,On mówił daléj szydząc: »Cóż kochanku?Żal ci, że ona nie chodzi już w wianku?A czemużeś go tak niedbale chronił?A któż go zerwać ci samemu bronił?Miałeś dość czasu,chłopie głupi, ciemny!Dziś już za późno i gniew nadaremny,A zresztą ona chętnie mi uległaI do łożnicy mojéj sama legła ...«Sam nie wiem, co się w téj chwili mi stało,I niewiem, zkąd się tyle sił nabrało,Ale gdym targnął się — choć kości jękły —więzy mi wszystkie od razu rozpękłyI wykrzyknąłem rwąc się na tyrana:»Kłamiesz psie podły! Bękarcie szatana!Hańbę jej w krwi twéj utopię tygrysie!Ujrzysz, jak we mnie lud shańbiony mści się!Krwi! Krwi twéj! Krwi! ...«Tu, jakby siły mu opowiadanieZłamało, ciężko upadł na posłanieI długo leżał nieruchomy, zbladły,Dręczony wspomnień okropnych widziadły.Wreszcie się ozwał: »Zdało mi się prawie,Że on przedemną ubrany jaskrawieStoi ...« Znów zamilkł i znów rzekł po chwili:»Zbiry o ziemię gwałtem mnie rzucili,I choć tam kilku z nich upadło trupem,Znów mnie związano, postawiono słupemMartwym, w około stanęli strażnikiKu mojéj piersi wymierzając piki.
Ha! Gdybym wtenczas mógł mieć tyle siły,Żeby raz jeszcze potargać te pęta,Piersi by same się na ostrza wbiłyI krew na marmur z piersi wypryśniętaO pomstę Bożą wołała by wieki —Lecz Bóg był wtedy odemnie daleki —A jeźli blizkim był ...Tyran ze strachu ochłonąwszy wrzasnął:»Ujrzysz mą zemstę, ty psie!« — W dłonie klasnął,Drzwi się otwarły — i ... Jezus Marya!Wspomnienie chwili téj wciąż mię zabija,A czemuż zabić już raz mnie nie zdoła? —Przyprowadzono mojego anioła ...«Tu znowu zamilkł, krew z twarzy uciekłaDo reszty, trupia bladość ją powlekła.Po chwili mówił: »Jak lilia podcięta,Tak ona była, moja cudna, święta,Tak blada strasznie ... Ha! Ta moja żonaStała przedemną shańbiona! shańbiona!O straszny Boże! O! ...Stała przedemną cicha i milcząca,I zapłakana tak — i taka drżąca —W hańbie, bladością okropną pokryta,Ona — ta wolna niegdyś, ta kobietaDziś zamieniona w sukę! ...A taka piękna i biała śmiertelnie ...O gdzieście były wy zemsty piekielnieWtenczas, gdy Boga nie było nad nami ...Podniosła na mnie oczy pełne łzami,A potem na pierś opadła jéj głowa
I wymówiła tylko te dwa słowa:»Jam twoja ...« potem runęła zemdlona,A ja prosiłem Boga, niechaj skona,Lecz nie wysłuchał Bóg ...Boleść szaloną na méj twarzy widząc,Ozwał się znowu ten syn piekieł, szydząc:»Ha! Widzisz, widzisz, jaka ona ładna,Jaka wymowna i jaka układna?Widzisz, jak z wdziękiem upadła i całeOdkryła piersi twarde, krągłe, białe?Ty je znasz dobrze — co?« — A co już daléjSzczekał, ja nie wiem — zdało się, że waliCały się na mnie świat — hańba mię paliJeszcze w téj chwili ... Czemuż nie skonałemWówczas, nimem to ujrzał, co musiałemWidzieć, gdy mi ją ...Zbiry porwali ją z ziemi zemdloną,Odkryli całe jéj dziewicze łono,I wszystkie zdarli z niéj nieszczęsnéj szatyI rzucili ją na miękkie makaty,Związali ręce jéj, a mnie podwójnieDali okowy, aby mógł spokojnieHańbić ją pies ten! ...Zamknąłem oczy, ale mi do uchaWbiegł krzyk i palnął mnie na kształt obuchaW skronie — spojrzałem — ona zbezwładniona,Przez jego wstrętne trzymana ramionaI w moich oczach przez niego hańbiona! —O słuchaj człeku! Co ja wtenczas czułem,To nie uczujesz ty przez żywot cały ...
Milczałem — piołun ze krwią w ustach żułem,Nie chciałem patrzeć, a oczy patrzały.Ha! Co ja czułem, to się nie da w słowieZamknąć — to szarpie w duszy, w sercu, w głowie,To się krwią mówić da ...«Tu wycieńczony przerwał, milczał długo,A krew mu z rany rzuciła się strugą.Wreszcie ocknąwszy się, rzekł: »Przyjacielu,Mnie już nie liczyć na ziemi chwil wielu,Lecz chcę, byś poznał całe me cierpienie,Jest w wspominaniu boleści ponęta,Jakieś dla serca i duszy ulżenie ...Życia mojego gałąź już uschniętaI grób mnie czeka — wiesz, gdzie mnie masz cisnąć,I wielkim, wielkim ciężarem przycisnąć ...Wyprowadzono mnie z sali i w ciasnéjZamknięto celce, gdzie nigdy dzień jasnyJeszcze nie doszedł, a okno więzienneTam wychodziło na zamku ogrody.Tam mnie zamknięto — i popadłem w senneMarzenia: myślą do dawnéj swobodyWróciłem, czułem przy sobie kochaną,I czułem pierś jéj miłością wezbranąI szczęściem, szczęściem ...Zdziwiony tylko byłem, czemu z łonemStała przedemną nagiem, obnażonemZ szat ... Nagle zdało się, że ją odemniePorwano w jakieś krainy podziemnieŻe tam szatani siedzieli w purpurzeI że tam rosły śliczne, białe róże,
Lecz com wyciągnął rękę po z nich którą,Krwi się w mych rękach zlewała purpurą,Lub więdła zaraz — wiesz: co ten sen znaczył?On dolę szczęścia ludzkiego tłómaczył.Nie wiem, jak spałem długo? Gdym się zbudził,Księżyc już srebrnym mrozem kwiaty studziłI były blade. Z trudem się podniosłem,A miałem ciężkość w głowie jakąś dziwną,I jakąś taką głupotę naiwną,Żem nie pamiętał prawie, co przeniosłem?I nie wiedziałem dobrze, gdzie ja jestem?Lecz gdym usłyszał, jak drzewa z szelestemLiściem łopocą i jak gdzieś w krzewinieNucą słowiki, a śpiew w dali ginie,Wszystko, com przeszedł, do razu odgadłemI tak się nagle żółć we mnie wzburzyłaI tak krew mi się do głowy rzuciła,Że na pół martwy na podłogę padłem.I przeleżałem tam nie śpiąc do ranaNajstraszniejszemi dręczony zmorami.A kiedy słońca tarcz krągła, rumianaTam ukazała się po za górami,Znowum się dźwignął, oparł o framugiI tak przestałem czas, nie wiem, jak długi,Tak wyczerpany, że aż obojętnyI znów niczego w świecie nie pamiętny.Aż nagle, nagle ujrzałem z daleka,Zbliżającego się jakiegoś człeka,A na ramieniu jego wsparta postaćSmukłością zdolna górskim jodłom sprostać.
A gdy cokolwiek ku mnie się zbliżyliPoznałem — ona! Tak, wzrok mnie nie myli —Ona oparta na jego ramieniu! ...Czy ty znasz, co jest w okropnem cierpieniuZdradzonej wiary? Jak się serce kruszy?Nie masz na świecie straszniejszej katuszy,Jak podeptane i wzgardą okryteSerce przez sercu najdroższą kobietę....Trucizna wzgardy we mnie się rozlała:Ha! Ona uwieść się temu psu dała!Dała się skusić złocistem mamidłemI dobrowolnie ramieniem przebrzydłemDaje się opleść temu szatanowiI idzie tutaj, aby mnie więźniowi,Com dla niej popadł w tę straszną niewolę,Stokroć pomnożyć targające bole!Więc, com miał siły, wrzasłem: »Bądź przeklętą!«Ona się zdała tym krzykiem dotkniętą,Podniosła głowę — i wraz nagłym wzrotemOswobodziła się z rąk, co ją splotemOwiły, ręką sięgnęła ku pasuI ani krzyknąć tyran nie miał czasu,Nim mu z za pasa puginał wydarłaI przed oczyma mu tą stalą błysłaI całą siłą w pierś przeklętą wparła.A krew z psa tego strumieniem wytrysła.Runął i skonał, a ona ku wieży,Gdziem był, z sztyletem krwią dymiącym bieży,Staje pod oknem i woła: »Jam twoja!A krew tyrana — to purpura moja!
Wychodź — uciekniem — chociaż mnie shańbiono,Ty nie odepchniesz mnie przecież od siebie,Bo ci przysięgam, że jak Bóg na niebie,Tłumem strażników byłam otoczonąI zabić siebie, nimby mnie zgwałconoNie mogłam ... Ty mnie nie potępisz — mężu!Wiesz, żem niewinna. Uciekniem obojeZdala od świata — o tym krwawym wężuZapomnim. Spróbuj złamać kraty twoje —Spiesz się — nim przyjdą« ... Chwyciła za kratęRękoma i wraz siliła się ze mnąRozłamać pręty: krew wytrysła na teBiałe rączyny jej — lecz nadaremnoUsiłowaliśmy skruszyć....Więc wysilona cofnęła się krokiem,Spojrzała na mnie załzawionem okiem,Patrzała długo i nic nie mówiła,Ale w jej oczach taka żałość była,Taki ból straszny! ...Podjęła sztylet ze ziemi i rzekła:»Tyrana tego pchnęłam wprawdzie w piekła,Lecz ciebie wyrwać ztąd już nic nie może....I choćbyś cudem wyszedł z tąd swobodnyKiedyś, to wnet ci nałoży obrożeNastępny tyran, poprzedniego godny,Mszcząc się. Dla ciebie zbawienia już niema« ...Sztylet rękami ujęła obiemaI wbiła w łono....Czemuż nie padłem w tę okropną chwilę,Gdy ta kochanka moja leżąc w pyle
I we krwi, jeszcze do mnie cicho szepła:»Jam twa na wieki — a ta krew zakrzepłaWkrótce, to moja książęca purpura ...Umieram wolna gór i lasów córa,Umieram twoja... Dla kogoż bym żyła,Gdy ciebie więzi, choć żyjesz, mogiła?Ni ja bez ciebie, ani ty bezemnieŻyć nie możemy, a jednak wśród świataŻyć razem chcielibyśmy nadaremnie ...Tyś w więzach — a choć ja zgładziłam kata,To już te więzy niewoli na tobieWiecznymi będą — wolność tylko w grobie....«Boleść mnie taka ogarnęła sroga,Że kląłem siebie i ludzi i Boga!Chciałem się zabić — nie miałem pod rękąNic, nic! Więc kraty zimne gryzłem szczękąI darłem dłońmi, by dostać puginałCo tkwił w jej piersi, lecz się nie rozginałPręt kuty z stali — więc rozpaczą zdjętyRozpędziłem się, com jeszcze miał mocyI uderzyłem głową w mur przeklętyI potem nie wiem już, co do tej nocyZe mną się działo....«Ów czuwający rzekł: »Precz cię rzucono,Przypadkiem szedłem właśnie tamtą stroną,Podjąłem ciebie i mija dwie doby,Jako się krzątam koło twej choroby.«Odparł mu ranny: »Gdybym w Boską wierzyłDobroć, to błagałbym Go, aby dzierżyłCiebie w Swej łasce ... Mnie już kończyć trzeba,
Nie dbam, czy pójdę do piekła, czy nieba,Bylem się tylko z tą moją jedyną,Z tą moją śliczną, anielską dziewczynąNa wieki ciałem i duszą połączył ...«Przerwał na chwilę, a potem tak kończył:»Zanieś mnie w góry, a może kto tobiePowie, gdzie ona leży pogrzebiona,To grób mój wykop tuż, tuż przy jej grobie,Niechaj śpi wiecznie ze mną moja żona ...«A potem, jakby gorączką rozgrzany,Urywał mowę i z ust toczył pianyKrzycząc: »Niech groby te zdala od świataBędą, niech nigdy człek tam nie postoiI niech zwłok naszych nogą nie przygniataPodły niewolnik ten! Ja obok mojejSpać chcę kochanki wolny — bo już w trumnie!Zgnije wnet drzewo — ona przyjdzie ku mnieI obejmie mię bielutkiem ramieniemI przytuli mnie do swojego łona,Do dziewiczego ... ha! nie — pohańbiona!Nie chcę jej! Nie chcę!« — I z strasznem spojrzeniemZerwał się z łoża, lecz padł zaraz na nieWydając z piersi ciężkie oddéchanie,Jakby już konał — i plątał się w słowach:»Róże nam krwawe położysz przy głowach ...Ona tuż przy mnie, bo ona niewinna ...Lecz czemu naga, biała tak i zimna?Kochasz mnie? Jam twój — tyś moja jedyna ...Czemu krew broczy? Kto tu tak przeklina?Kto Boga wzywa? ... Precz błogosławieństwo! ...«
Tu, jakby zgrzytem słowo mu zaszczękłoW ustach: »Boże Ty, jeźli jesteś żywy,Tyś widział, jak ja byłem nieszczęśliwy —Ludzie widzieli — Przekleństwo! Przekleństwo!« ...Chwycił się za pierś — serce w nim rozpękło,Skonał. — Człek podjął zimne jego zwłokiI poszedł z niemi do jego ziemicy;Tam grób shańbionej odnalazł dziewicyI obok jemu wykopał głęboki.A gdy zasypał go ziemią, boleśnieWestchnął i rzekł tam: »Spoczywajcie we śnieWiecznymi spokojni, wolni i szczęśliwi,Na wieki wieków wolni — bo nie żywi.« —
Skończyłem powieść. Kto wynaleźć umieMyśl główną, skrytą w bocznych myśli tłumie,Ten treść tej mojej powieści zrozumie. —
Comentarios
Cargando comentarios…