Marzyciel (Ujejski)
Jemu od skroni wiatr włosy odegnał,Gwiazdy ku niemu migały wesoło;On stał na wietrze — a blade miał czoło,I takiem okiem potaczał w około,Jakby konając świat żegnał.
I z białą twarzą jak posąg nagrobnyOn patrzał w niebo — a z bólu omdlewał;A kiedy nocny chłód, co nim powiewał,Strzeźwił mu zmysły — on gwiazdom zaśpiewał,A głos miał drżący, żałobny:
„I nigdyż ciszy nie znajdę dla serca!Jak Arab w puszczy ku widmu ogroduStąpam pragnący w ramiona zawodu —I tracąc wiarę, czyż mam już za młoduUrągać jako bluźnierca?
Czego się dotknę w ręku mi się kruszy;Ciemnieje droga kędy stopy zwrócę;Blednieje gwiazda gdy na nią wzrok rzucę;Zmarłym nadziejom pieśń pogrzebu nucę,Z nową nadzieją w mej duszy!
I czuję niechęć ku dniowi białemu;W ciemnej ustroni samotny usiadamI z tamtąd z jednym tylko Bogiem gadam —Lżéj mi gdy duszę przed nim wyspowiadam,A jednak smutno samemu!
I znowu sercu cięży jakieś brzemię,Rwę się do świata, samotność mię nudzi.„Tyś śpiewak ludu, więc idź między ludzi —„O biedny ptaku! jeźli lot cię trudzi„Zlatuj z błękitu na ziemię.»
To ziemia, ziemia! — jaki gwar w tym wirze,A gwar niesforny, a wir ciemny, mętny,Rzucam się w niego miłością, namiętny —Obco w nim jakoś i chłodno; — i smętnyOpieram głowę na lirze.
Śpiewać im będę — mam ja pieśni z nieba;Słuchaj mię ludu, słuchaj! — gdzież jest rzesza?Ona wesoło do cyrku pospiesza,Tam gdzie ją skoczek najemny rozśmiesza —Jej smutnéj pieśni nie trzeba.
Więc jako pielgrzym gdy między skałamiZbłąkany spyta o drogę — i słucha,A głos mu nazad powraca do ucha,Nikt go nie słyszał! — i znów cisza głucha —Jak on zalałem się łzami.
Kilku zostało — na moją pieśń czeka —Śpiewam! — o! jak się im źrenice palą,I płaczą zemną, wraz zemną się żalą —Odeszli — jutro pieśniarza pochwalą,Ale potępią człowieka!
Bo śpiewak jeźli chce ujść od potwarzyNiechaj przed ludźmi stoi niewidomie,A pieśń niech swoją zwiastuje im w gromie,Niech ją jak morze rozleje w ogromie,Niech ją jak wulkan rozżarzy.
I niechaj będzie jako Bóg na niebieŚwiętą tajnicą zakryty dla świata,Bo człowiek nawet i Bogiem pomiataJeźli w tym Bogu ujrzy swego brataI podobnego do siebie.
A więc uciekam przed zawiścią braci,I znów mię cisza grobowa oblega,Gdy w serc tysiącu mój głos się rozlegaNiemam nikogo! — li po ścianach biegaCień mojéj własnej postaci.
Serce, którego uczuciem gorącemLudzkość jak swoją własnością frymarczy,Nie może spocząć gdy ból go obarczy,Niby gladiator skrwawiony na tarczy,Na drugiem sercu bijącem.
I wiecznie tęskne za jakąś istotąCoby mą głowę do piersi stuliła,I jako miękki powój się owiłaO moją duszę — i równą mi byłaSercem, natchnieniem i cnotą.
A jeźli wieniec cierniowy mi splotąA ból do grobu zepchnie mnie przedwcześnie,To żeby ona złamana boleśniePrzy mojej urnie, — świeciła mi we śnieJak anioł z koroną złotą.
Nieraz się rzucam zaślepiony w wierzeGdzie mię zawabi blask jasnego czoła,Gdzie mię głos srebrny do siebie przywoła:Zaczynam kochać — i zamiast aniołaZnajduję potem półzwierze!
A jeźli kiedy szczęśliwym trafunkiemZnajdę na świecie bliźnią duszę taką,Którą Bóg z moją tą samą oznakąZwiązał, — i natchnął ją myślą jednaką:Świat je rozdziela — rachunkiem.
I wagą złota każdą duszę zważąI pójdą w targi — kto da więcej za nią,Każdą z osobna rozedrą, poranią,I jak kwiat słaby skryją sklanną banią —A potem zapomnąć każą.
O straszno patrzyć w dalszą drogę ciemną!Codziennie oczy do światła otwieraćBy niemi tylko w noc czarną pozierać,Cierpieć za życia, a w końcu umieraćBy nikt nie płakał nademną....?
A wszak do szczęścia równe miałem prawoRazem z drugiemi; — za cóż mię Bóg karze?Może w tej chwili kiedy ja się skarżę,On srogi wyrok zmienia dla mnie;... marzę...Ta gwiazda świeci tak mgławo...
Chcę się w nią wpatrzyć, — niechaj oko wieszczeJasnym promieniem ciągle na nią leci;Jeźli ta blada gwiazda się roznieciI nagłym blaskiem na niebie zaświeci —To będę szczęśliwym jeszcze.“
I patrzał w gwiazdę — czekał od niej hasła,I patrzał długo nieruchomem okiem,I drżał jak listek pod uczuć natłokiem —I padł na ziemię — bo gwiazda pomrokiemMgliła się, mgliła — i zgasła.
Comentarios
Cargando comentarios…