W Tarnawce

On mi dłoń ścisnął — i noc spokojnąNawiał nademną życzeniem;Pocóż wy mary wspomnień tak rojnoBieżycie w serce z cierpieniem?

Czemuż szarpiących myśli boleśnieNie wyrwie z czoła noc bladaRazem z tym włosem, co tak przedwcześnieZ bolałej skroni wypada?

On mi dłoń ścisnął — i poszedł zasnąćŚród woni trojga aniołów,A ja się boję światło zagasnąćChoć głowa ciężka jak ołów.

Anioł-stróż wieje nad jego domemSkrzydłem go słoni przed chmurą,To ja wędrowiec pędzony gromemPod jedno wkradam się pióro.

I do tej świętej czepiam się strzechyJak grzesznik do szat kapłana.Aby tchem wciągnąć zapas pociechyNim w podróż wyruszę z rana.

Kiedy poglądam na jego dzieciPamięć się zwodzi zdradziecko,Serce świetleje i myśl się kwieci —Bo mi się zdaje — żem dziecko.

I w tem marzeniu długo się nurzęDługo się myśli plątają,Zanim przypomnę, żem przetrwał burze,Że nowe na mnie czekają.

A gdy się oko z mroku oddymiWidzę stojący u progaKij mój święcony, kij mój pielgrzymi,Co ma wieść ludzi — do Boga.

Comentarios

Cargando comentarios…