Jak śnieg
Jeśli będziesz schodził z Czerwonych Wierchówprzez Zawrat, albo szedł z Doliny Pięciu Stawówna Kondratową, spotkasz go na pewnona szczytach lub pod wilgotnymi butami.Jest tam zawsze, co roku inny, śnieg.Jego kryształy drobne i delikatne jak płatkikaliny lub sasanek, a on jest silnyjak lawina, jak śmierć, jak lodowce Grenlandii.Ulotny i bezbronny na rzęsach dziewczyny,topi się w wargach chłopca,leży na jego włosach, policzkach, kapturze.To w nim znaleziono naszego bratasprzed 40 tysięcy lat z kamiennym nożemi on okrył czarny zarost i oczy Karłowiczabielą i bielmem.
Jeśli idziesz w góry nie potrzebujesz brać blaszanki z wodą,chłodny śnieg topnieje w ustach lub w miedzianym kociołku.Na wiosnę płynie strumieniami i zmartwychwstaje podmokła hala,ożywa ozimina na czarnych polach i bazie w wąwozach;bez niego śmierć obejmuje w posiadanie ogrody i klasztory,w nim stoją górskie hiacynty i kaczeńce,tartaki i pałki Mazur, olchy i buki Mazowsza.
Nie myślisz o nim w czerwcu, a on spływapo mchu i czarnych skałach krop-kap krop-kap krop-kaplśniący i chłodny, aż zmieni się w sadzawkę wśród głazów,mgły nad Kościelcem, skrzydło orła, łuski rzek.W miastach jest czarny od sadz i błota,na wsiach rudy od obornika i krwi cieląt i gęsi,a potem znowu biały o świcie, niedotykalny, jednoczącyprzestrzeń i czas: sanki na wzgórzu z grobem brata,Czarny Staw i Bory Tucholskie.
Czym byśmy byli bez śniegu, bez zimowychulic wydeptanych o poranku słonecznym choć mglistym,białych topoli, jak na kliszach rentgenowskich, w mrokach grudnia,bez Ojca, niosącego przez podwórko jodełkę do domu, ze śniegiemna brwiach i kapeluszu, bez pierwszego szronu na brzozach,drogi na sankach do szkoły albo wolnej jazdy po ośnieżonej szosiewśród gór, gdy z szelestem osypuje się z szyby.
Różowe policzki syna, bałwany, śnieżne kule,jego śmiech i pies brnący przez zaspy lub tańczącyz radości na śnieżnym trawniku,białe płatki jak mleko na schodach i dywanie.Na obrazach Friedricha jest niemy,zamyślony jak kamienie nagrobków, które okrywa,u Bruegla wilgotne płaty lepią się do złotejściany, rozwalonej flamandzkiej obory,gdzie Matka ukazuje klęczącym Królomszeroko otwarte oczy, czaszki owiniętejw pieluchy.
Czasami zjawia się w nim śnieżny człowiek,lub wędrowiec idzie obok nas kamienną drogą do Emaus- śnieg okrywa słomianą strzechę gospody,hełmy żołnierzy Herolda, martwe młyńskie koło,sine wargi i ręce związane drutemrozstrzelanych na ulicach Warszawy, niemychz białym gipsem w ustach i śniegiem czerwonymna szyi. Śnieg jest tak lekki, tak drobnyjak nasze codzienne słowa i sprawy,nie jest nawet gęsim puchem, źdźbłem w oku, a jednakto on zniszczył pychę Napoleona i Hitlera.
Jeśli patrzysz na śnieg wirujący w świetle latarni,albo w zadymce, wśród promieni księżyca na leśnej polanie,to i w tobie opadają białe płaty na lufcik w dziecięcym pokoju,na szkolne boisko, na zamieniony w barykadę tramwaji Marszałkowską błotnistą, bez chodników, na wszystkoco było i co nie topnieje na ciemnej wstędze sosnowego lasui mchu, tylko wiruje, wiruje w tobie jak śnieg.
7 10 1994
Comentarios
Cargando comentarios…