Odkupienie
Traducido del francés por Antoni Lange
Dziewica na perłowym wozie, uśmiechnięta,Z rozwianym płynie włosem z mórz na firmamenta —Przez mgły oparów, pełne złotych strzał. Jej dłoniePowstrzymują różane rozpędzone konie.Płynie nad sine góry, wieczne śniegów cisząI nad doliny, gdzie się na palmach kołyszą —Ptaki z czerwoną szyją, z ciałem dyamentowem,Co dzwonią w ciepłych gniazdach śpiewaniem godowem.Wszystko budzi się w boskim odrodzeń kolorze,Wszystko skrzy się i śmieje: gaj — dolina — morze —I gardło, którem ryczał dziki tygrys wczoraI kielichy lotosów pośród fal jeziora.Bambus szumi w powietrzu. Ciemny mech dąbrowySłucha swych niewidzialnych mieszkańców rozmowy,Pszczoła z brzękiem ulata, a lasy dziewicze,Pełne szumów nieznanych, ciemne, tajemnicze,[Gdzie mędrcy, w ascetycznych usnąwszy pragnieniachNie rachuję już ranków na niebios sklepieniach] —Czując świat lśniący ogniem i płynący sokiem,Powstają odmłodzone błękitów widokiem.Tak to jutrznia, promienna niby oceany —
Rozlewa swoje fale — po ziemi różanej.Jak stada białych owiec na zielonej łące,I rzuca w świat spojrzenie, różami płonące —I prowadzi ze sobą w blasku swych narodzinNa progi mieszkań ludzkich troski z rojem godzin.Wszystko się dla jej oka staje przezroczystem —I — tylko — rozmarzony pod niebem srebrzystem,Wolny od próżnej żądzy widzieć przyszłe świty.Mędrzec czyste swe serce unosi w błękity:Wie on bowiem, że Maya, wieczne kłamstwo świata,Drwi z tego, co po ziemi chodzi, płacze, lata —I że w tysięcznych formach ta płodna ułudaPrzed czasami wszechbytu wymarzyła cuda.
Pod niską swą warangą, pod cieniem jujuby,Czcigodny Riszi kończy swe modły i śluby.Opuszcza rękaw na swych ramionach z bursztynuI obwiązuje lędźwia swe pasem z muślinu,I krzyżuje swe nogi — i z zamkniętem okiemRozmyśla, nieruchomy w milczeniu głębokiem.Żona mu na obrusie złożyła w tej chwiliZsiadłe mleko i miarkę ryżu i daktyli —I natychmiast odchodzi, by jeść w oddaleniu.Trzej ludzie stoję obok, przy starcu, w milczeniu.Trzej synowie, najstarszy z prawej; z lewej stronyNajmłodszy; średni pości — naprzeciw — schylony.Średni jest najpiękniejszy, choć najmniej kochany.Jego mankiet w manele srebrne przyodziany,A po karku mu nagim, silnym bujnie spływaRozwiana — czarna — gęsta — gładkich włosów grzywa
I na pół przymrużywszy bronzowe powieki,Patrzy na wschód różany, na wzgórek daleki.Gdzie skroś jutrzni porannej złoto i korale,Różnobarwne ptaszęta błyskają w sandale;Kędy dziewczę, gazeli podobne, go czeka,Rwące się do niej serce wzywając zdaleka.Ale dziś świt i wieczór powoli przeminą,A młodzian się nie spotka na wzgórzu z dziewczyną.Więc marzy z smutkiem w sercu, pogrążony w ciszę.A figa i jujuba z szumem się kołysze,A nad rzeki błękitnej spokojną głębinąKrokodyle wesołe przez sitowia płyną.
Surya, jak gdyby kryształ olbrzymi, przezroczy,Na przestwór lazurowy wschodzi — rośnie — kroczyI obłoki bieleją w mgłach na Boga łonie,A Ocean niebieski złotym ogniem płonie.Cichną szumy. Ptak skrzydła znużone opuszcza.Milkną śpiewne gałęzie śród bambusów kuszcza,Kwiat mdlejąco zamyka złoto, co go wieńczy,A zabłąkana pszczoła, snu spragniona, brzęczy;A niebiosa i ziemia, kędy krąży płomię,Milkną naraz przed Bogiem, co gore widomie.Cisza... Lecz oto nagle wzdłuż rzecznych wybrzeży,Jak biały wir, galopem pędzi stu rycerzy.Wozy — o kolach zbrojnych kosami — mkną z tyłu,Podnosząc, jak chorągiew, gruby tuman pyłu.Na słoniu, co, stąpając, wstrząsa drżącem polem,Strojny złotem, okryty wielkim parasolem,Zkąd źrędziami spalają girlandy kwieciste,
Z czołem ozdobnem w ciemne kamienie ogniste,Sędziwy Maharadża, król ludów szlachetny,Niby Indra słoneczny, promienisty, świetlny —Przed warangą, gdzie święte modlą się braminy,Zatrzymuje się w gronie rycerskiej drużyny.
„Riszi, devasom miły, — rzecze — mędrcze stary,Ty, który-ś wyrozumiał chwil płynących miary,Słuchaj mię: serce moje chmurna mgła zatrważa,Bogi mię obraziły, jak Sudrę nędzarza.Ja im ludzką ofiarę składałem w pokorze,Bramin wznosił już rękę, zbrojną w święte noże,Gdy bogi, zdjąwszy ciało ze słupów ofiarnych,Chwałę mą zamroczyli w swych zamysłach karnych.Obiegłem lasy, góry, miasta i równiny,Aby znaleźć człowieka, wolnego od winy,Coby krwią swoją obmył błąd mój mimowolny,I świat od gniewu bogów oczyścić był zdolny.Bo Indra na me gorzkie łzy nielitościwy,Wyschłej ziemi odmawia kropli deszczu żywej,I żary jego zemsty wypalę nam ziemię,A głód srogi wytępi całe ludzkie plemię!Lecz dotąd mi człowieka brak przeznaczonego.Dzieci twoje są liczne. Daj mi najstarszego,A ja, dziękując tobie, Riszi, najgoręcej,W zamianę i w nagrodę dam krów sto tysięcy!“
Rzecze bramin: — „Nagrodą nie znęcisz bramina.Nie ustąpię ci, królu, najstarszego syna.Na tego, co się kryje w wszechrzeczy pozorach,Co się porusza w mózgach i świata przestworach,Gdyby ziemia, jak listek wichrami pomięty,Miała skonać w agonii i spłonąć na szczęty
Radżo! ja chcę zachować rodziny mej głowę.Pomiędzy wszystkich istot formy jednodnioweMój pierworodny syn mi jest najdroższym.ŻonaCałem ciałem swem drżąca, woła pochylona:„Na czerwoną boginię, o królu nad króle,Najmłodszego ja syna kocham nazbyt czule.“
Naówczas Sunasepa wstaje i nie blednie,I mówi: — „Widzę, śmierci mej błysło przedednie.Mój ojciec mię opuszcza, matka zapomina.Lecz zanim mię u słupa zwiąże dłoń bramina,Pozwól mi jeszcze jeden przeżyć dzień na ziemi!Radżo, jutro, gdy w morze lśniące skry złotemi,Surya w promieniach wóz swój zatoczy wspaniały,Będę gotowy!“„Dobrze! rzecze król.CymbałyGrają. Powietrze dzwoni miednych kół turkotem,Ze wszech stron słychać rżenie i krzyki. A potemCały tłum brzegiem rzeki uchodzi w galopieI znika w mgły, i ognia, i kurzu potopie.
A młodzian, stojąc wobec siwych swych rodziców,Spokojnem patrzał okiem na bladość ich liców,A gdy ci stali niemi, on rzecze boleśnie:— „Jam jest, jako liść dębu, co pada zawcześnie,Co go burza wiosenna porywa w powietrze,Zanim chłodny wiatr zimy na nicość go zetrze.Żegnaj mi, matko moja! Żyjcie, bracia mili,Niech Indra was od złego broni w każdej chwili
I niech krew mą wypije pod słupem ofiarnym.“
A Riszi mu odrzecze: „Wszystko snem jest marnym!“
Był zielony pagórek, strojny w jasne kwiaty.Z doliny nań wieczorne tchnęły aromatyI zbiegały się stada gołębi — wędrowców,By tulić się na giętkich gałęziach palmowców,Co, kwitnąc w gronie roślin barwionych wzorzyście,Odświeżały powietrze, kołysząc swe liście.Sunasepa na wzgórzu, siadłszy śród trawnikaSpoglądał, jak spokojnie dzień na niebie znika,I, dłońmi przyciskając serce pełne troski,Płakał dni swych skazanych na śmierć z woli boskiej.On płakał was, o lasy szumne, nieprzejrzyste!Was, zielone pagórki, doliny cieniste!Rzeko, devasom miła, której boskie tonieNieraz pierś jego męską czuły w swojem łonie!Pola maisu, wiatrem kołysane! SzczytyŚnieżnych gór oddalonych morskich fal błękity!Was, gwiazdy, złotopłynnych kołyski promieni,Co błądzicie śród niebios spokojnych przestrzeni!Lecz bardziej niż swej śmierci, niźli cudów świata,Płakał ciebie, o Santo, ptaszyno skrzydlata,Ciebie, przeczysta czaro nadziemskiego trunku,Z której pił nieśmiertelną rosę pocałunku!Skarbie jedyny, Santo, promieniu miłości,Przy której dlań świat cały równa się nicości.I kiedy cię zbolały wzywał z smutkiem w głosie,Tyś przybiegła, dziewczyno, przy nim siąść na rosie.
Długie rzęsy twe oczy kryły. Biegłaś prędka,W białej sukni, wysmukła, niby trzcina giętka,I otoczyłaś szyję jego swem ramieniem,Co dzwoniło manelą i złotym pierścieniem.Później głosem podobnym do ptaków śpiewania,Kiedy je w ciepłych gniazdach budzi blask zaraniaLub szumu, którym dźwięczę przezrocza źródlane,Mówiły doń wilgotne twe usta różane:— „Otom jest, oto jestem! miły mój kochanku,Lata od wczorajszego naliczyłam ranku!Nigdy wbrew mojej woli czas nie był tak długi;Lecz zaledwiem ujrzała, jak srebrnemi smugiDrżąca gwiazda zabłysła na niebie wysokiem,Porzuciłam swe łoże i stół jednym skokiem.Nie tak szybko gazela strwożona pomyka...Ale twarz twoja smutna, oczu mych unika.Ty płaczesz. Czyż przezemnie płyną łez twych zdroje?O, mów! Ja pocałunkiem bóle twe ukoję.Mów mi, dlaczego płaczesz? Wszakże kocham ciebie,Więcej niż swego ojca, matkę mą i siebie?“I nagiemi ramiony łagodnie obwije,Jak sznurem bursztynowym Sunasepy szyję.Chce odgadnąć przyczynę jego niemej skargiI przypadkiem na wargach mu składa swe wargi.On, chwiejny wobec tyla miłości i wdzięków,Milczał z chmurą na czole, z sercem pełnem jęków,Ale wkrótce wezbrała mu pierś od goryczyI rzekł: Santo, dzień jeden tylko jeszcze liczyMój żywot. Jutro muszę, gdy nadejdę cienie,Indrze piorunowemu iść na poświęcenie.Mój ojciec (niechaj szczęsny dni przypędzi stare)Młodość mą braminowi sprzedał na ofiarę!Dotrzymam jego słowa. Siostro ma, me życie,
Pójdź — spójrz na mnie. Mniej blasku jest w porannym świcie,Niż w twych oczach. Mniej czyste szkło jezior przezroczy,Niż one, gdy jaśnieją w cieniu twych warkoczy,A twa mowa ma dla mnie stokroć większe czary,Niż w cieniu boskiej figi pieśń białej Apsary!O, przemów do mnie! Warga twa jest róży kwiatem,Którą słońce już w pączku całuje szkarłatem,Albo kwiatem asoki o zapachu miodnym,Gdzie ptaszę w zapomnieniu usypia pogodnem:Niech przycisnę raz jeszcze twoje usta wonne,Które od dziś na zawsze maję być mi wzbronne,A ponieważ dni szczęścia mego jutro miną,Ostatni raz na sercu mem zapłacz, dziewczyno!
Jako drżąca gazela w zasadzkę schwytana,Wije się w gęstej trawie, własną krwią oblana,I oczy swe zamyka z bolesnem jęczeniem,Tak omdlewa dziewczyna i z jednem westchnieniemU nóg kochanka pada, niby martwe ciało.W przerażeniu, całując jej wargę zsiniałą,Sunasepa zawoła: Nie umrzyj, na bogi!I na ręce porywa ten swój ciężar drogi,I budząc ją z omdlenia uścisków tysiącem,Zimne czoło jej oblał piersi swej gorącem.— „Nie umrzyj, o, nie umrzyj! Słuchaj, kocham ciebie!Ani żyć, ni umierać nie umiem bez ciebie.Ona oczy otwarła. Gorzkich łez kryniceWnet napełniły wielkie, czarne jej źrenice.— „Pójdź, kochanku, uchodźmy! O, świat jest szeroki.Będziem iść przez wąwozy, gdzie szumią potoki;Przez ciernie i przez głogi puszczę borów głuchą,
Gdzie nie sięgnie nas wraże oko ani ucho.Spieszmy się. Noc pokrywa cieniem sklep niebieskiZnam w lesie skryte — ciasne — tajemnicze ścieżki,Które wiodę od rzeki na pobliskie góry.Tam nieraz błądzi tygrys albo niedźwiedź bury;Lecz dziki zwierz wart więcej, niźli człowiek srogi.Pójdź! Spieszmy, jeśli cenisz miłość mą; o drogi!
Sunasepa, stroskany u jej stóp uklęknie.Nigdy nie wyglądała tak jak dzisiaj pięknie.W czarnych oczach jej lśniły łzy dyamentowe,Drżały jej załamane rączki lotosowe,Drżały od snów cisnących się jej ust korale,A boleść jej rozwiała gęstych włosów fale.
— „Że kocham ciebie, Santo! wiedzą Duchy świata.Ale cóżby powiedział król, syn Dasaratha?Więc bramin sto tysięcy ma ukraść jałowic?Więc ma synem mieć kłamcę i nędznika? Powiedz!Nie, lepiej umrzeć! Słowom dał — dotrzymać muszę.Radża mię czeka. Jeszcze dzień. W drogę wyruszęI krew ma się rozleje w purpurowe fale.Osusz łzy twe, me dziecię! Po co próżne żale?O, luba, w bezpowrotne czas płynie odmęty.Lecz, gdy mój wzrok na wieki zostanie zamkniętyBądź zawsze uwielbiany, kwiecie mojej wiosny,Oblewaj wonią ziemię, gdziem pił czar miłosny!— „Kochasz mię a chcesz umrzeć! rzecze ta boleśnie,Nóż twój spotka się z moim nożem jednocześnie.Pójdę za tobą. Mogłażbym widzieć co rana,Pusty świat, gdy go zorza budzi mgłą oblana?Przez siebie ja weselne słyszę gwary świata,Przez ciebie mi gromada ptaków brzmi skrzydlata,
Przez ciebie zieleń budzi serca mego bicie,Przez ciebie ja oddycham i miłuję życie.“
Łzy jej głos przydusiły. W sercu młot kołatał.
Naówczas ptak olbrzymi, co nad borem latał,Jak gdyby czarna chmura na niebios sklepieniu,Na wielkiej palmie skrzydła swe złożył w milczeniu.A w jego oczach złota płonęła źrenica,I przebijała nocny mrok jak błyskawica,A na potężnym grzbiecie pióra najeżoneW ciszy mroku chrzęściały, jak miecze ostrzone.I ku dwojgu kochankom, których, zda się, badał,Nachylił się z wyżyny, i tak do nich gadał:
— „Nie lękajcie się mojej postaci straszliwej!Jeślim nie mądry, stary-ć jestem, nieszkodliwy.Ja to walczyłem niegdyś przez niebieskie szrankiZ nieśmiertelnym Rakszasem, dzikim władcą Lanki.Gdy ten wichrem, gdzie żądze najgorsze ukryte,Porwał najcudowniejszą pośród kobiet — Sitę.Szponami żelaznemi i żelaznym dziobemW krwawy deszcz mu zmieniłem ciało. Był nad grobem.Lecz on mi złamał skrzydło. Nie wyrwałem Sity,I, padając ze szczytów gór na górskie szczyty,Myślałem, że umieram. Jam sępów odwiecznyKról. Żal mi was. Słuchajcie. Kiedy Bóg słoneczny,Złoty Surya, gór szczyty ogniem swym przenika,Visvamitry szukajcie w lesie, pustelnika,Którego ascetyczny żywot zmienił w boga.On was zbawi. Żegnajcie. Na mnie czas i droga!...
I, odpychając nogą szczyt palmy wysoki,Rozwinął swoje skrzydła w północne obłoki!
Wreszcie Noc przez błękitów przestwór lazurowyW czarnej szacie, ozdobnej w haft błyskawicowy,Na hebanowym wozie, zaprzężonym w konieAgatowe, o oczach z opalu, w koronieZłotej — pod harmonijnych tchnień przestworza kołem —Zwolna, cicho rozwija nad swem chmurnem czołemGirlandy gwiazd i szarfy obłoków świetlane —I schodzi w ciemne morza, tylko bogom znane.I wschód się stał srebrzysty, złoty i płomiennyI świat poznał, że jeszcze lśni Surya promienny.
Przez lasy nieprzybyte, głębokie, szumiące,Gdzie w czarnej gęstwi źródło wytryska błądzące,Gdzie, jak wąż stuwęzłowy zwinnemi obroty,Ljany ciężkie gałęzie wiążą w swe zaploty,I spuszczają z wierzchołka drzew do ich korzeniPurpurowe swe kwiaty śród bujnej zieleni;Przez ścieżki mchem pokryte i strojne różami,Gdzie trwożne, pstre jaszczurki suną tysiącami;I budzą swemi kroki zwiędłych liści chrzęsty,Pod cieniem wielkich klonów, zbitych w szereg gęstyGdzie lotem strzały biegnie strwożona gazela,Gdzie czasami lamparta złote oko strzela:Oni szli bladzi trwogą, nadzieją weselni,Świętego Visvamitry szukając pustelni.
I gdy dzień, krocząc zwolna na górne błękity,Rozpalił wiecznych sklepień pośrodkowe szczyty,Na gołaźni bez cienia, w słonecznej kąpieli,Pustelnik nieruchomy stał: tak go ujrzeli.Wklęsłe oczy na słońca blask wiecznie otwarte,Gorzały; chude ręce, od upału żarte,Zwisły mu wzdłuż tułowiu. A nogi kościsteŚród żwiru i śród trawy powiędłej — sprężyste,Nieporuszone stały, jak żelazne pręty.Ciało krwawił paznokieć długi a wygięty.Na chudych jego barkach i kościstym grzbiecieAż do kolan mu zwój się długich włosów plecie,A w tym nierozwikłanym, pełnym cierni zwojuSieć jakaś — zda się — czarna trawy, błota, gnoju,Gdzie, jako w zgniłym szlamie glisty obrzydliwe.Niezliczone robactwo porusza się żywe;Znieczulonego ciała mieszkańce bezładne,Co wysysały soki jego żył bezwładne.I zachowując wiecznie tę postać surowąMarzył, jak bóg zaklęty w skałę posągową.
Santa, czując pobożnej bojaźni omdlałość,Drżała. Ale młodzieniec, zwalczywszy nieśmiałość,Pełny szacunku mówi: Visvamitro, święty!Nie prowadzą mię do cię weselne momenty;Czarne mię Przeznaczenie ściga jak jelenia:Młodość, miłość i szczęście — i żywota tchnieniaTracę naraz. Ratuj mię! Wiem, że na twe słowoNiebo jaśnieje słońcem lub huczy gromowo.Ty możesz silą modłów i potęgą wiaryPrzeważyć przeznaczenie, złamać klęsk ciężary.Ty możesz unicestwić radżów zamysł czarnyI stępić na mem sercu krwawy nóż ofiarny!
Mów więc. Jeżeli sępie wróżby są prawdziwe,Ja żyć będę. Ty stworzysz dwa życia szczęśliwe“.
Ten słuchał, nie słuchając, zda się w głaz zaklęty.A młodzian zadziwiony, mówił: Ojcze święty,Czy mi nic nie odpowiesz? Aż ów starzec chudy,Nie zmieniając postawy swojej drętwej złudy,Mówi: Ciesz się. mój synu! Choć cieszyć się — próżno,Próżno płakać i kochać. Umrzeć — zawsze późno.Uświęcony ofiarą idziesz w świat nadziemny;Opuszczasz namiętności i zmysłów kres ciemny.I młody jeszcze płyniesz świetlanemi wrotyDo treści treści bytu, do istot istoty!Życie jest falą, kędy ciężkie ciało pada,Mały krąg się w niej tworzy, składa się, rozkłada,Rośnie, rośnie i znika w ogromie bez granic.Maya cię łudzi. Silne miej serce, a za nicUznasz życie. Jak dymy ujrzysz uchodzące,Gniew, miłość, strach, rozkosze i pragnień tysiące.A formy tego świata o łudzącym blasku,Rozpadną się przed tobą, niby wzgórze piasku.
„Starcze, jeśli me serce trwożne myśli gniotą,Nie lękam się dla siebie. Ja umrę z ochotą.Umrę tak, jakdybymjakgdybym był ze spiżu lub z głazu,Bez drżenia, bez modlitwy, bez skargi wyrazu.Ale, starcze, ja kocham i jestem kochany!Czy widzisz ten kwiat leśny, woniami owiany,Ten promień, co mi w duszy zaróżowił świty,Którego wzrok mój zawsze pełny, nigdy syty!Krew moja nie jest moją! Santa umrze zemną!
Na to mędrzec: Falami, które pianą ciemną
Wieńczy wicher, gdy toń ich tchnieniem swojem burzy;Lasami, które mroźny, ciemny tuman chmurzy;Jeziorami, co Ahur skrzydłem je dotyka,Aż białość ich lotosów w wirze mułu znika;Niebem, gdzie grzmią pioruny — mniejsza burza miota,Niźli synem człowieka, co ma serce z błota.Idź! Świat to mara. Człowiek — żyje dzień na świecie,A boska nicość nie zna, co miłości kwiecie.
A Sunasepa: Dzięki, mistrzu. Nazbyt długoChwiałem się. A więc umrę. Dzięki! Byłem sługąNamiętności, wzbudzonych przez wiosenną zieleń,I chciałem duszę swoją uwolnić od wcieleń.Ale na bogi, ona tak piękna! Braminie,Błagam, czuwaj ty nad nią w każdej dnia godzinie,Bym usnął, błogosławiąc twoje święte imię!A Santa z roziskrzonem okiem: O, nie! Ty mięZwodzisz! O, ty próbujesz, czy w nim jest odwaga.Boska dobroć jest w tobie. Słuchaj, Santa błaga!O, ratuj go, ratuj mię! Całuję twe nogi,Ojcze! Życie tak dobre! Świat jest taki błogi.Niech spłynie ci od bogów najwyższa nagroda,Święty mistrzu, o, spojrzyj! Ja kocham — jam młoda!
Tak Santa, padłszy na twarz, płacze — błaga — wzdycha.A starzec, z okiem w przestrzeń, mówi zwolna — zcicha.„Słyszę śpiewanie ptaków lat mych młodocianych,A gąszcz lasów, wiosenną pogodą owianych,Szemrze mi, jako wonczas, kiedy byłem dzieckiem —Czyliż spałem wiek cały, jak z skarbem zdradzieckimZ pamięcią ludzkich pragnień, pełną żywej siły?Czemuż ciało drży moje — i czemuż me żyły
Czują, jak lody tylu zim we krwi im tają?Ale dość już! O, źródło wszechistnienia. Mayo.Dość żyłem!... Ty, niewiasto, piękna jak boginie,Co biegną lasem! Oraz ty, młody braminie,Słuchajcie mię, stanie się według waszych życzeń —Ale mi nie mięszajcie mych pobożnych ćwiczeń.Gdy, pod słupem fatalnym — twardym węzłem z łykaSiły twoje poskromi ręka ofiarnika —Ty, siedemkroć przepowiedz Indry hymn zaklęty:W obłokach wnet zahuczy straszny Piorun święty,Więzy twe same przez się od Pioruna pęknąAż się ludy zebrane zdumią i przelękną.A krew rumaku bogów ukoi pragnienia —I będziesz żył, jeżeli chcesz zaznać cierpienia.Żegnajcie. Ja w Milczenia wieczyste otchłanieIdę, jak kropla, która ginie w Oceanie!
Tron był lany ze złota, lany był ze złotaPawilon Maharadży. Obraz lwa migotaW powietrzu, ponad świętem — promienisty, dumny!Pawilon podpierają srebrzyste kolumny,A z tronu wieję frendzle w haft z drogich kamieniOzdobne, błyskające ogniem stu promieni.A na stopniach z agatu i masy perłowejLeży rozfałdowany dywan purpurowy.Naprzeciw ołtarz z głazu, postaci sześciennej,Zbudowany jak każe zwyczaj nieodmienny,A na nim słup miedziany stoi z bykiem białymO czterech złotych rogach. Powolnym, wspaniałymTonem — bramin mający uśmiercić ofiarę,
Szepcze formuły Somy świętobliwe, stare.A księża wokół, niżąc paciorki wzdłuż sznuru.Mówią sto modlitw Rigu, sto wierszy Jadżuru.A na równinie ludu tłumy — jak roztopyMorza — szumią, aż ziemia tętni pod ich stopy.Ludzie krwi czystej, cery białej, niby zorza,Którzy żyją na górach i nad brzegiem morzaI dzierżą twarde łuki w swych rękach walecznych,I to plemię wyklęte od bogów słonecznych,Które wielbi Złe Duchy, plemię lasów czarne:Wszyscy przybyli patrzeć na święto ofiarne!I posyłają w niebo okrzyki radosnePełne oczekiwania, jako burza głośne!Więc miedziane cymbały, konchy z mórz głębiny,Bębny o głuchym dźwięku i piszczące vinyZabrzmiały po równinie, jak wichrów huczenie.Aż oniemiałe ludy powstrzymuję tchnienie.Chwila nadeszła — Bramin podnosi ramiona.Zwolna się doń ofiara zbliża wyznaczona.Młodzian, w wieńcu lotosów, blady, nietrwożliwy,Bez wahania wstępuje na kamień straszliwy.Wnet Kapłan jego członki do słupa przytroczyI za chwilę mu w łono święty sztylet wtłoczy.Wówczas on Visvamitry słowa przypomina.Błaga Indrę, co gromy tworzy i wyklina —I hymn, który siedemkroć wszyscy pieję chórem,Walia nożem zabójczym, wstrząsa słabym sznurem.I nagle z cichych wyżyn jasnego błękituSpada Grom i uderza w podstawy granitu.W gorący strumień słup się rozlewa miedziany,A Sunasepa skacze z głazu — rozpętany:Jest wolny! I przez ludu tłuszczę, oniemiałąZ podziwu i przestrachu — lotną pędzi strzałą,
Błyska promień. Na granit ofiarniczej chwałyNagle upada dziki rumak śnieżnobiały —I rży — bramin go wiąże — i krew jego składaNa ofiarę bogowi, co piorunem włada!
Słońce, które przez nocy naszych błyskasz cienie,O szczęście, jakże rychło gasną twe promienie!A gdy złudzenie, źródło twoich blasków, mija,Bardziej gorzka się rozpacz w ludzkie serce wpija.Lecz jakież łzy i jakież najsroższe cierpieniaOpłacą krótką rozkosz twojego złudzenia!
Powietrze było świeże, pełne boskich woni.Barwny rój ptasząt śpiewnie nawzajem się goni.Kolibry i bengali i papużek krocieI ptak dyament — strzała o cudownym locie —W złotych gajach, pod cienieni starożytnej figiSzczebiotały, latając z łodyg na łodygi.A trawa się kołysze w jakiś szmer wesoły,A wokół miodu kwiatów niezliczone pszczoły,Opuściwszy pracowne swoje ule rojneZ brzękiem się gromadziły. — I wszędy spokojne,W aromatach natury po przez lasów tchnienie,Płynęło nieskończone melodyjne pienie.
Na upojonem sercu lubą przyciskając,Pocałunkami róże warg jej wysysając,Sunasepa czarowne śnił — zda się — marzenieO szczęściu, co mu w sercu włada nieskończenie.
A Santa mu w najsłodsze upadła objęcie —I nic nie przerywało w tym świętym momencie,Gdy życie jest dniem jednym, gdy czas skrzydeł niemaMiłości, co płonęła jak bogini niema.
Comentarios
Cargando comentarios…