Pieśń IX
Traducido por Zofia Trzeszczkowska
Luzyady
1. Próżno czas tracą dwaj wysłańce Gamy,By zawrzéć pokój próżno dni marnują;Chytrość im pogan wszędzie stawi tamyI ich towary zbytu nie znajdują;Ich ofiar, namów skutek wciąż ten samy,Ale odkrywców Maury zatrzymują,Zanim się zjawi z krainy dalekiéjFlota corocznie płynąca tu z Mekki.
2. Tam, gdzie nad fali Erytrejskiéj łonemPtoloméj dźwignął Arsynoi ściany,Zowiąc imieniem siostry ulubionemGród z biegiem czasu Suezem przezwany,W miejscu od portu niezbyt oddalonem,Dziś leży Mekka, któréj muzułmanyWsławili w świecie kąpiele i imięZ czcią zabobonną śląc tłumy pielgrzymie.
3. Jedda się zowie najbardziéj bogatyZ czerwonomorskich portów, który słynieHandlem — skąd niegdyś niemałe intratyBrali Sudany władce w téj krainie.Stąd handlowemi związana traktaty,Do Malabaru co rok flota płynieI — oceanu przebywszy przestrzenie —Zabiera Indyj wonności, korzenie.
4. Na tę to flotę rachował Maur dziki,Na jéj potęgę i statków rozmiary,Że ona Luzy — swe współzawodnikiW handlu — wyniszczy mieczem lub pożary; —I tak zaufał w one pomocniki,Że już nie zważa na Luzów galary,Pragnąc jedynie przytrzymać żeglarze,Zanim się flota od Mekki ukaże.
5. Lecz Ten, co rządzi ziemią i niebiosy,Który wszechwiedzą swoją niezmierzonąTrzyma w swych ręku śmiertelników losy,Wiodąc do kresu, jak im przeznaczono:Litości w jednym z Maurów zbudził głosy,Natchnął współczuciem Monsaida łono —I Maur z przestrogą pośpieszył do GamyA sobie przez to otwarł raju bramy.
6. Inni nie strzegli przed nim tajemnicy,Mając za swego jednéj z niemi wiary,Słuchał, co knuli owi okrutnicy,Przeniknął podłe, srogie ich zamiary:Nieraz stojące długo na kotwicyZwiedzał on statki — dziś z żalem bez miaryMyśli nad zgubą, jaką bez ich winyGotują Luzom saraceńskie syny.
7. On roztropnego Gamę ustrzedz śpieszy,Że tu Araby co rok płyną z flotą,Że jak narzędziem zemsty Maur się cieszyPrzyjściem tych ludzi, którzy Luzów zgniotą:Że na tych statkach prócz żołnierskiéj rzeszyGromy Wulkana pociskami miotą;Wobec nich statki drogą skołataneMogłyby uledz i ponieść przegrane.
8. Gama uważał, że właśnie pogodaSprzyja podróży i do drogi skłania,Zwątpił już, by się dała zawrzeć zgodaZ królem dzielącym mahometan zdania;Tylko mu Diega i Alwara szkoda,A więc powrotu śle im rozkazania,Lecz — aby wrogi zawad nie stawili —Każe z tém kryć się do ostatniéj chwili.
9. Próżno. Mkną wieści mimo tajemnicyI w krótkim czasie po grodzie rozbrzmiały,Ujęci obaj Gamy wysłannicyWłaśnie gdy miejskie opuszczali wały.Lecz na słuch o tém Gama z błyskawicySzybkością — kupców porywa tłum cały,Co k’niemu zysku nadzieją znęceniPrzybyli z kupią kosztownych kamieni.
10. Byli to ludzie szanowni, bogaci,Z domów odwiecznych znanych w Kalikucie;Wnet poczuł cały gród, jak drogo płaciIch uwięzieniem za Luzów okucie.Tymczasem w łodziach śród żeglarskiéj braciRuch — skrzypią windy i bloki w obrocie,Ą silne barki i dzielne prawiceŚciągają liny, zrywają kotwice.
11. Inni po sznurach wdrapują się żwawoI hałaśliwie żagiel się rozpina;Aż wieść do króla leci z wielką wrzawą,Jak szybko flota zbierać się zaczyna.Żony i córki jeńców jęcząc łzawoZ krzykiem obiegły dworzec Samorina;Cały tłum prośby do pana kołata;Tym grozi ojców, tym małżonków strata.
12. Wnet uwolnieni luzyjscy żeglarze,I z wielkim żalem Maurów zagniewanychWszystkie towary król im wydać każe,Byle mu jego zwrócono poddanych:Nawet z wymówki śle swe dygnitarze.Wódz chętniéj przyjął swych druhów oddanychNiźli wymówki; w części wraca stratę,Gdy z resztą pędzą w dal statki skrzydlate.
13. Płyną żeglarze zdala od wybrzeży,Zrozumiał Gama, że próżno czas trwonił,Szukając z władcą pogańskim przymierzy,Związków handlowych, których wróg mu wzbronił..Lecz wié już teraz kędy Indja leży,Już kraj Jutrzenki przed nim się odsłonił,I z dobrą wieścią ku ojców krainieZ pewnemi odkryć swych dowody płynie.
14. Kilku uwozi téż Malabarczyków,Zabranych gwałtem posłów Samorina,Co odwozili Luzów niewolników.Ma pieprz palący, jest dziwna roślinaZ wysp Bandy — gałka i kwiat — dość gwoździków,Z których Moluckich wysp słynie kraina,Jest i wonnego zapas cynamonuBogactwo, chluba i krasa Cejlonu.
15. Całéj téj sprawy obrót tak szczęśliwyMonsaidowi głównie zawdzięczano,Co poznał, natchnion anielskiemi wpływy,Treść w Ewangielii księgach zapisaną.Synu Afryki, jak Bóg miłościwy K’tobie!Jak z mroku duszę twą wyrwano!Jak bez ojczyzny długo los cię miota,Aby w prawdziwéj w końcu przywieść wrota.
16. Rzuciwszy kraje, gdzie skwarzy żar słońca,Szczęśliwe łodzie kierują swe przody,Gdzie kres południa z natury znacząca„Dobréj Nadziei“ ziemia sterczy z wody;Lecz flota wieści pomyślne wiozącaLizbonie z wschodnich ziem — jeszcze przeszkodyWielkie ponosi od pogody zmiennéj,Dzisiaj burzliwéj, a jutro promiennéj. —
17. Słodkaż to radość wrócić do ojczyzny,Powitać krewnych i drogie penaty,Gwarzyć o ludach dalekiéj obczyzny,Malować różne kraje i klimaty;Zbierać nagrody za trudy i blizny,Plon prac i przygód wysłużony laty,I czuć w słuchaczach śród wątku powieściZachwyt, którego zda się pierś nie zmieści. —
18. Przez długie lata stróżka i mistrzyni,Za życzliwego gienjusza przydana,Przychylna Luzom Cypryjska boginiDzisiaj z natchnienia Wszechmocnego Pana,Chce im dać uczuć, jak słodką się czyniPo długich trudach sława pozyskana,Pragnie im obraz dni szczęścia przedstawićI serca smutnych wędrowców zabawić.
19. Za to iż długo przeciwność zbyt srogaPrzez mórz szerokich goniła ich łona,Za to, co znieśli od gniewnego Boga,Co zrodzon w Tebach, grodzie AmfijonaDawno w jéj sercu powstała chęć błoga,By ich wytrwałość była nagrodzona,By odpoczynek dać im w państwie wodnémNa fal krysztale płynnym i łagodnym.
20. Niech w końcu wytchną, użyją ochłody,Co wycieńczonym dawne siły wraca,Niech dziś żeglarze doświadczą nagrodyZa trud, co życie, i tak krótkie, skraca.Wnet przez boginię przyzwan syn jéj młody,Którego władza byt ludzki ozłacaI bóstwa zmusza zstępować na ziemię,A zaś w niebiosa wznosi ziemian plemię.
21. Już plan gotowy i boska WeneraNa oceanu rozległéj przestrzeniWyspę cudownéj piękności wybiera,Zdobną kobiercem kwieci i zieleni.Jedną z wysp, jakich niemało zawieraKraj wschodu, który jutrzenka rumieni,Ale zdaleka od owych wybrzeży,Gdzie Herkulowych wrót granit się jeży.
22. Tam czekać będą piękne wód dziewice,Nim bohaterów przygonią k‘nim losy,Wszystkie prześliczne, każdéj cudne liceRozkosze oczom — sercu niesie ciosy;Śród tonów, śpiewów, przy słodkiéj muzyceWenera skrycie budzi uczuć głosy,I w sercach dziewic nieci czułą tkliwość,Która podnosi wybrańców szczęśliwość
23. Tak gdy Eneasz, syn Anchizesowy,Na swych okrętach płynących z pod TroiStanął na dworze przebiegłéj królowéj,Co skórą wołu kres dzierżawy swojéjZnaczyła — Wenus władzy KupidowéjRównież przyzwała, którą jéj moc stoi,I chcąc, by przybysz był godnie uczczony,Skrę ognia w serce rzuciła Dydony.
24. Teraz zaprzęga ptaki, z których łonaPrzy skonie pieśń się cudowna wydziera,I one drugie, w których kształt zmienionaRwąca stokrocie młoda Perystera.Gdzie przemknie pani ich skrzydły ciągnionaEchem całunków tętni cała sfera:Gdzie rydwan przejdzie, uciekają chmuryI wiatry cichną i świecą lazury.
25. I już zawisła nad wierzchołkiem Idy,Gdzie syn jéj Łucznik właśnie miał zabawę,Kędy mnogiemi otoczon KupidyPrzeciwko światu gotował wyprawę;By skarcić grzechów światowych ohydy,Przeciw miłości występki nieprawe;On, który miłość dał ludzkości w darze,Pomści skalane czci swojéj ołtarze. —
26. Patrzy — tam młodzian jak Akteon nowyPędzi do dzikich igrzysk tak namiętny,Że byle ścigać zwierza — już gotowyGardzić miłością, rząd ludźmi mu wstrętny:Padnie nań wyrok, słodki lecz surowy,Wdzięk mu Dyany targnie serca tętny:A szczęśliw jeszcze, gdy nie zginie marnieRozszarpan przez swą ukochaną psiarnię.
27. Tam, jak szeroki świat, widzi książętaMało troskliwe ku publicznéj rzeczy;Jak każdy tylko o sobie pamięta,W sobie się kocha, siebie ma na pieczy:Jak mnoga rzesza po dworach przyjętaKala się fałszem, świętéj prawdzie przeczyPochlebstwem, które niby zielsko głuszyLedwo wykwitły kłos monarszéj duszy.
28. Ci, co lud garnąć winni, żyć z biedotąI miłosierdzie pełnić każdéj pory,Sięgają tylko po władzę i złoto,Sprawiedliwości słoniąc się pozory:Obłudą jest ich surowość, nie cnotą,Głos ich praw zawsze do ucisku skory;Milkną nikczemnie w obliczu koronyIch tak niezłomne dla gminu zakony.
29. Słowem, gdzie spojrzéć, nikt cnoty nie strzeże,Niecne jedynie krzewią się zamiary:Ha! więc czas wreszcie, iż ludzkość odbierzeWielce surowe, ale słuszne kary.Amor ministry zwie, zleca rycerzeW bitne zastępy zebrać pod sztandary,Ufny, iż dzielność ich walecznych dłoniNiekarne tłumy znów do stóp mu skłoni.
30. Wielu z téj drobnéj a skrzydlatéj śwityJuż przygotowań jęło się roboty:Jeden stalowe zaostrza dziryty,Inny osadza na drzewcach strzał groty.I chór cudowny wzbija się w błękity,Pieśni przy pracy dodają ochoty;Dźwięczna melodja z słów pięknością równąTworzą harmonją anielską cudowną.
31. Gdzie nieśmiertelna iskrzy się kuźnica,Kują cię ciągle strzał ostrza raniące;Tu się nie drzewem ognisko podsyca,Tu płoną serca żywe i drgające;A ta, gdzie groty hartują, krynica,To łzy kochanków nieszczęsnych ciekące:Tu wre żar ciągły, który swoim skwaremPali nas wiecznie nie niszcząc pożarem!
32. Jedni zawczasu doświadczają ręki,Na sercach grubych, nieczułych jak skały:I wnet w powietrzu rozległy się jękiZ piersi ranionych okrutnemi strzały:Więc biegły cudne nimfy koić mękiAle ich dłonie w serca rannych lały,Wraz z życiodawczym, kojącym balsamemUczucia dotąd nieznane im samym.
33. Jedne z nich piękne, inne szpetne były,W miarę jak różny rodzaj ran wymaga;Cierpki antydot zatryśnięty w żyły,Przeciwdziałaniem nieraz jad przemaga.Wielu kajdany krzepkiemi obwiłySłów czarodziejstwa jak zaklęcia maga:A takich zwłaszcza, którym się dostałyW sok tajemniczych traw nurzane strzały.
34. Te na los szczęścia pociski miotane,Te srogie groty w ręku nazbyt miodem,Pomiędzy nędzny tłum ludzki zbłąkane,Dziwacznych uczuć stają się powodem:W starożytności już przykłady znane,Zdrożnych popędów między ludzkim rodem;Byblis i Myrra świadczą to z kolei,Młodzian w Asyrji i w ziemi Judei.
35. O możni świata! przeciwko pasterceNieraz daremnie pierś zbroją kryć chcecie;Gminny kochanek umié zdobyć sercePań — kiedy Wulkan rzuci na nie siecie.Ci łakną nocy w miłosnéj rozterce,Ci się po murów, po dachów pną grzbiecie;Lecz mojém zdaniem, onych zboczeń wina,Grzechem Wenery jest raczéj niż syna.
36. Już na łąk zieleń spuściły kolasęSrebrne łabędzie ruchy łagodnemi,Z śnieżną lic bielą łączącą róż krasąBogini — szybko zstępuje ku ziemi.Łucznik, co niebian śmie wyzywać rasę,Wita ją wesół z Kupidy swojemi,Którzy gromadnie skupiają się przy niéj,Całując ręce swéj ślicznéj władczyni.
37. Cypryda chwili nie chcąc tracić marnie,Ufne do syna wyciąga ramiona,I tkliwie szepce i w objęcia garnie:„O ty, na którym moc ma utwierdzona,Źródło potęgi méj, ty co się bezkarnie,Najgrawasz z gromu, który zgniótł Tyfona,Dziś się z ufnością uciekam do ciebie,Byś mi był wsparciem w szczególnéj potrzebie.
38. „Znasz ciężkie losy Luzów. Dawno jużby,Musieli zginąć bez mojéj opieki.Strzegłam ich, mając Park niemylne wróżby,Iż mię czcić będą i wielbić na wieki;A przeto jeszcze miłe mi ich służby,Iż Rzymian widzę w nich obraz daleki;Więc ku ich szczęściu złączmy, synu miły,Nasze potęgi, wszystkie nasze siły.
39. „Za to, co w Indjach znieśli przez pogany,I przez ohydne zasadzki Bachowe,Lub kiedy morskie wzburzone bałwany,Im otwierały otchłanie grobowe:Niech ten sam, wiecznie groźny, rozhukany,Ocean — łodzie przytuli Luzowe;On, świadek trudów walecznych żeglarzy,Niech dziś ich szczęściem i chwałą obdarzy.
40. „Dlatego pragnę, byś się ich użalił,I groty twemi w córach NerejowychOgień miłości ku Luzom zapalił,Ku tym odkrywcom mórz i światów nowych;Zwij je ku mężom, których los ocalił,Na wyspę, com ją z wód oceanowychGłębi — dźwignęła wysoko nad fale,A Zefir z Florą odzieli wspaniale.
41. „Niech Nimfy uczty zastawią rozliczne,I wonne wina i kwieci bez miary,I w kryształowych dworcach łoża śliczne,Lecz mniéj ponętne niźli ich lic czary;Niech wynajdują niezwykłe a liczneRozkosze — płonąc miłosnemi żary,Niech w końcu wszystko czynią w szczeréj chęci,Co urok rzuca i źrenice nęci.
42. „Niech kraj Neptuna, ta moja kołyska,Wyda ród dzielny a piękny z oblicza,Niech stąd ma przykład złośliwa i nizka,Ziemia — przeciwko tobie buntownicza;Niech wié, iż nic tu obłuda nie zyska,Iż mur z djamentu tarczy nie użycza:Bo jakież siły oprzéć-by się śmiałyTobie, coś zatlił nawet mórz kryształy?“
43. Gdy tak mówiła — zachęcon jéj słowySyn — już do walki wre pełen ochoty;IKażeKaże podawpodać łuk z kości słoniowéj,swojeI swoje strzały z złoconemi groty.Matka go wzywa na wóz już gotowy,Z rozkosznym giestem, z słodkiemi pieszczoty,I puszcza cugle ptakom, co przed latyPieśnią płakały Faetona straty.
44. Lecz Amor rzecze, iż trzeba koniecznieWprzód zjednać słynne bóstwo dla wyprawy,Farmę, co chociaż nieraz staje sprzecznieLecz nieraz dzielnie wsparła jego sprawy.Jest to olbrzymia postać, w locie wiecznie,Organ kłamstw, prawdy, i hańby i sławy,Stuoczna, skrzydłem o wszystko potrąca,A czego dojrzy — głosi z ust tysiąca.
45. Ledwie przyzwana a już świat obiega.Jéj głos donośny z dźwięcznéj trąby tonyBrzmi sławą Luzów od brzega do brzega,Jak dotąd jeszcze nikt nie był wielbiony.Już po mórz głębiach jéj głos się rozlega,I w ciemnych jaskiń przedziera się schrony:Wraz z prawdą głosi to, co z wieści słyszy,A łatwowierność w ślad jéj towarzyszy.
46. Ten świetny rozgłos, tak wielkie pochwały,Gdy wnikły w morskich mieszkanek siedliska,Niechęć przez Bacha wzniesioną złamały,Już z Nimf niejedna ku miłości blizka.Pierś niewiast łatwo uczuwa zapały,Gdy bohaterstwem kto cześć ich pozyska;Dziś już srogością zwą i okrucieństwem,Uciskać zacność a pogardzać męstwem.
47. Tymczasem z ręki zdradnego chłopczynyLecą strzał grady, że aż jęczą tonie:Ta w lot burzliwe przebija głębiny,Ta krąży, ślizga się, nim w głąb utonie:Bronią westchnień ognistych secinyRanione Nimfy, żar czujące w łonie;Nie znają lubych swych jeno po sławie,Lecz ta maluje ich jakby na jawie.
48. Coraz potężniéj napina łuk białyNiepowstrzymana, silna dłoń łucznika,Bo piękną Tetys chce zranić zuchwały,Zgniewany na nią, iż mu wciąż umyka.Już mu z kołczana wyszły wszystkie strzały,Lecz tylko ranne Nimfy wzrok spotyka,I jeśli w piersiach ich skra życia gości,To — by czuć miłość i konać z miłości!
49. O! dajcie dostęp, wy modre kryształy!Oto z lekami Wenera przybywa,Wskazując w dali wzdęty żagiel biały,Co po Neptuna fal grzbietach nadpływa:A ty miłości, wzmóż wrzące zapały,Przed tobą skromność niewieścia wstydliwa,Niechaj ustąpi — jéj lęk w dziewic duszySłodką namową niech Wenus zagłuszy.
50. Już się zebrały wdzięcznym korowodem,Córy Nereja — i liczną drużyną,W uroczych pląsach za pani przewodem,Ku ukazanéj przez nią wyspie płyną:Piękna udziela rad w tém gronie młodem,Dla niéj tysiące przygód nie nowiną,A w téj zwalczonéj przez miłość gromadceNietrudno posłuch miéć Amora matce.
51. Po oceanu niezmiernéj bezbrzeżyMknie chyża flota do ojczyzny miłéj,Jeszcze zaczerpnąć pragnie wody świeżéj,By jéj zapasy na drogę starczyły:Gdy nagły widok wędrowców uderzy,Cudną źrenicę ich wyspę zoczyły,Nad którą matka Memnona z przestrzeniGórnych — rozkosznym blaskiem się promieni.
52. Jak biały żagiel, który wietrzyk goni,Popycha Wenus po morskiém przezroczu,Ten ostrów pełen zacisznych ustroni.By go żeglarze nie tracili z oczu;By upragniony port dojrzeli oni,I nie rzucili szczęścia na uboczu,Do biegu naw ich po wodnéj otchłani,Kieruje wyspy ruch wszechmocna pani.
53. Lecz gdy żeglarzy wzrok już przykowała,Wnet ją tak stałą, nieruchomą czyni,Jak przed Latoną niegdyś Delos skała,Kolebka Feba i Djany łowczyni.Wnet krając nurty pędzi flota cała,Do portu wyspy, jak życzy bogini,W zatokę wklęsłą, cichą, gdzie zwirżwir białyBarwiste muszle gęsto usypały.
54. Na téj rozkosznéj wyspie i wesołéjTrzy spore wzgórza wystrzelają śmiało,Różnobarwnemi przyodziane zioły,Urocze kształtem, z postawą wspaniałą:Przezrocze strugi spadają na doły,Z ich czół, zielenią strojnych wybujałą:Śród białych głazów z szumem mkną daleko,Aż w końcu wszystkie w jedno miejsce ścieką.
55. W cudną dolinę, kędy się rozlewaWielkie jezioro w skalistym basenie,I w nadzwyczajne wdzięki się odziewaI wszystkie w siebie przyjmuje strumienie:Ponad brzegami gęsto rosną drzewaI chylą czoła nad modre przestrzenie,I zakochane we własnéj urodzie,Pragną się przejrzeć w kryształowéj wodzie.
56. Inne strzelają w górę; tu jabłonieWonnym owocem przynęcają oczy,Tu pomarańczy złota kula plonie,Koloru Dafny złocistych warkoczy,Tu znów cytryna pochyliła skronie,Tak ją do ziemi złoty ciężar tłoczy;Owdzie woń zioną limony nadobne,Okrągłe, piersi dziewiczéj podobne. —
57. Niby kędziory zieleni gęstwinaKryje wzgórz czoła, krzewy leśne, drzewa,Wawrzyn, kochanek boga Apolina,I Alcydowa topola powiewa;Mirty Wenery, Cybeli sośnina,Co Atysowe przygody opiewa:Wreszcie cyprysy smukłe, których szczyty,Rzekłbyś, iż pragną wzbić się aż w błękity.
58. Tu, pod tém niebem, hojna dłoń przyrody,Tutaj Pomona mimo darów wiela,Nie zna, co trudów uprawy zachody,Lecz owoc smakiem wytrawnym obdziela;Tu kraśna wiśnia, tam smutnéj przygodyPamiątka — morwa żałobna wystrzela;Tam znowu jabłka perskie, co tu rodząLepiéj niż w kraju, z którego pochodzą. —
59. Granat odkrywa szkarłat swego łona,Przy którym rubin przygasa zaćmiony;Tam z objęć wiązu winorośl zwieszona,Z szmaragdowemi łub kraśnemi grony. —I ty, o gruszko cienka, wydłużona,Któréj smak wielce ptakom ulubiony;Ich to ukłócia, ich chciwość zażarta,Zdradziły smak twój, wskazały, coś warta.
60. Rzekłbyś, iż w całéj dolinie usłanyKobierzec kwiaty haftowan cudnemi,Stokroć cudniejszy niż miękkie dywany,Utkane w perskiéj oddalonéj ziemi.Tu narcyz w krasie własnéj rozkochanyGłówkę nad wody pochyla jasnemi:Tam syn i wnuczę Cynira rozkwita,Po którym dotąd wzdycha Afrodyta.
61. Jednakie barwy na ziemi i niebie,Że trudno było rozeznać w téj dobie,Czy jutrznia kwiatom daje blaski z siebie,Czyli przeciwnie odbija je w sobie?Przez cię, o Floro, Zefirze, przez ciebie,Barwa miłości gra w fjołka ozdobie,A róża płonie uroczym rumieńcem,Jaki zwykł błyskać na licu dziewczęcem.
62. Wstydliwe lilje, ranną rosą zlane,Waszém są dziełem, i kwiat macierzanek,I ten, na którym żale wypisaneFeba — hijacynt — Febowy kochanek:Tak wyspę w owoc i kwiaty wiośnianeNiby na wyścig stroi dłoń niebianek:W powietrzu ptastwo tnie piosnki w zawody,Po łąkach skaczą rozigrane trzody.
63. Nad brzegiem stawu łabędź pieśń swą roni,Z pod drzew gałęzi słowik wdzięcznie wtórzy:Na widok rogów swych odbitych w toniWodnych zwierciadeł — Akteon nie tchórzy:Trwożna gazela w gąszcze się nie chroniI rączy zając hasa u stóp wzgórzy;Ptaszęta, których tu strzały nie płoszą,Do gniazd wesoło żer pisklętom znoszą.
64. Do tego raju — na swoich galarach —Jak nowe Argonauty Luzy wchodzą,Gdzie po dąbrowach i kwietnych obszarachNiby niedbale piękne bóstwa brodzą:Te przygrywają na słodkich cytarach,Te z harf i fletni wdzięczny ton wywodzą,Owa — na zwierza niby — spina złotyŁuk, chociaż nie ma do łowów ochoty.
65. Przez doświadczoną wprawione mistrzynię,Tak w rozproszeniu po dolinie błądzą,Wiedząc, iż chłód ich na rycerzy wpłynie,Aby tém żywszą zapłonęli żądzą.Są, — co w harmonję form ufne jedynie —I co się na to dość pięknemi sądzą,Aby bez osłon na prześlicznych ciałach,Kąpać się nago w przezroczych kryształach.
66. A marynarze za ziemią stęsknieni,Już się wybrali na wyspy wybrzeże,I polowania nadzieją znęceni,Do leśnych łowów gotują się szczerze;Ach, nie wiedzieli, jak będą zdumieni!Ze na nic arkan, na nic im obierze,Bo inna zdobycz, bo czary i wdzięki,Czekają na nich z Erycyny ręki.
67. Ufni w swe kusze i muszkiety celne,Z których się wkrótce nie jeden strzał pośle,Gotując łaniom pociski śmiertelne,Jedni się śmiało rzucają w zarośle,Innych cień nęci i ścieżki udzielneŚród ciemnych gajów wybujałych wzniośle,I kręte strugi, co cicho, uroczo,Po srebrnych żwirach na łąkę się toczą.
68. Wtém między drzewy mignęły kolory,Wpośród zieleni coś nagle zaświeci;A wzrok rycerzy mógł wydać sąd skory,Iż to nie barwy róż, ni innych kwieci;Lecz miękka wełna, jedwab’ różnowzory,Strój, co podnosi wdzięk i miłość nieci,Więc go przywdziewać zwykły ludzkie róże,Chcąc sztucznym wdziękiem przyjść w pomoc naturze.
69. Velloso zdumion radośnie wykrzyka:„O towarzysze, dziwneż tutaj łowy!Jeśli się bóstwa na ziemi spotyka,Jak w dawne wieki — to im te dąbrowySłużą. — Zaiste, umysł śmiertelnika,Co chwila jakiś dziw odsłania nowy;I tysiąc cudów nieraz zazdrościwaPrzed niebacznemi przyroda ukrywa.
70. Ścigajmy bóstwa! W pogoń, przyjaciele!Złudą czy prawdą są? — dojść nam należy.“Rzekł — i wnet szybszy nad rącze daniele,Skacze przez strugi, po dolinie bieży.Już wszyscy Nimfy śród drzew gonią śmiele;Te umykają niby od rycerzy,Ale nieznacznie ze śmiechy i żarty,Zwalniają biegu przed takiemi charty.
71. Téj wietrzyk rozwiał splot złoty warkoczy,Innym unosi cieniuchne sukienki:Żar pała w sercach, gdy staną przed oczyTe ciał śnieżystych odsłonione wdzięki:Jedna upadła niby, znów poskoczy,Słodycz nie gniewy świeci z ócz panienki,Kiedy ścigana śród piaszczystéj smugi,Przed prześladowcą swym staje raz drugi.
72. Niektórzy trafem zabłądzili w stronę,Gdzie bez szat piękne Nimfy się kąpały:Wnet się rozległy krzyki przerażone,Jakby je zdumił napad tak zuchwały.Jedne, udając przestrach, obnażone,Na wstyd nie bacząc w zarośla leciały,Lecz je ciał białość zdradza przed pogonią,Przed żądném okiem i spragnioną dłonią.
73. Inna z rumieńcem Dyany wstydliwéjGłębiéj pod wodę zanurza swe ciało,Téj znowu pilno schwycić niecierpliwéjOdzienie, które na brzegu zostało.Wtém, jeden junak młody, urodziwy,Jak stał w odzieży, (dużoby zabrałoCzasu zwlec odzież,) śmiało skacze w tonie,Niosąc w nie ogień, którym sam już płonie.
74. Jak wyżeł zmyślny a wrzącéj natury,Co postrzelone ptastwo na jeziorze,Zwykł brać — pogląda bacznie w lufę, z któréjKaczkę lub czaplę łowiec na cel bierze,I nim strzał padnie, pewien łupu z góry,Skacze w głąb’, płynie i szczeka — tak szczerze,Junak po fali goni za dziewicą: —Szczęsny — nie była Febową siostrzycą.
75. Leonard, żołnierz dzielny i waleczny,Zręczny, rycerski, w uczuciach namiętny,Choć mu w miłości los dotąd był sprzeczny,Zawsze jednako przetrwał ku niéj chętny;Wierzył on stale, iż w sprawie serdecznéj,Był nieszczęśliwy, Kupidowi wstrętny,Jednak nie tracił téj nadziei błogiéj,Iż swą stałością przemoże los srogi.
76. I teraz szczęścia chciał probować goniącEfirę, wdzięków jaśniejącą zbiorem,Lecz co najsroższa z dziew, pragnęła stroniąc,Wartość wrodzoną podwyższyć oporem.Rycerz znużony biegiem — skargę roniąc —„O ty — zawoła — coś jest wdzięków wzorem,Srogość niegodna ciebie, czyżbyś chciałaDuszę oddaną tobie wygnać z ciała?
77. „Znużone biegiem na łaskę się zdały,O czysta nimfo, wszystkie drużki twoje:Ty jedna pędzisz — czyjeż usta śmiałyZdradzić ci los mój, iż dręczysz nas dwoje?Jeśli zły gienjusz, co zawsze wytrwały,Gdzie się obrócę, dąży w ślady moje,O! nie wierz, piękna, w kłamliwe wyrazy:On mnie samego zwodził tysiąc razy.
78. „O nie chciej dłużéj mnie ni siebie dręczyć;Jeśliś się bała, że-ć śmiałek uściska,Nie znasz méj doli — mogę ci zaręczyć,Iż los mi nie da dosięgnąć cię zblizka.Gdybyś ty sama pragnęła się zmiękczyć,Los jakieś nowe wymyśli igrzyska,I na ostatku tém się zawsze skończy,Iż mur zazdrośny z szczęściem mię rozłączy.
79. „O nie uciekaj, nie uchodź przedemną!I niech czas za to wiosnę dni twych zdłuży!Wstrzymaj krok lekki — tém jedném moc ciemnąZłamiesz, tę siłę, co me szczęście burzy.Mocarz, przed którym moc wojsk jest daremną,I do złamania przeznaczeń nie służy,Jeśli się zechcesz powstrzymać w zapędzie,On tak potężny — wnet porażon będzie.
80. „Czyż tobie wzmagać srogość jego ciosów?Grzechem jest pomoc silnym udzielona.Wolne me serce z woli wzięłaś losów,Puść je — a szybcej pomkniesz wyzwolona.Czyż ci nie cięży u złotych twych włosów.Ta nędzna dusza moja uwieszona?Czy może szczęścia godzina się zbliża,I ciężar mniejszy, iż pędzisz tak chyża?
81. „Ta mię jedynie nadzieja dziś żenie,Że albo sprzykrzysz tak wielkim ciężarem,Lub smutną gwiazdę, czarne przeznaczenieMoje — lic cudnych zdołasz zmienić czarem?Ty zwalniasz biegu — O! czy nie złudzenie?Czyżby cię Amor dotknął swoim żarem?O dziewo śliczna — ten grot w piersi twojéj,Niżem śmiał marzyć, więcéj mnie upoi.“
82. Wzruszona smutkiem tego, co ją goni,Już coraz wolniéj ucieka dziewica,Chce słuchać pieśni, co tak słodko dzwoni,Skarga miłosna ucho jéj zachwyca.Z lubym uśmiechem, z pogodą na skroni,Jasne, niebiańskie, zwracając doń lica,U stóp się swego zwycięscy zachwiała,Który nadziemską miłością k’niéj pała.
83. O ileż błagań rozniosło się z echy,I pocałunków namiętnych śród cieniaDrzew! ile gniewów skończonych uśmiechy,I niewymownych pieszczot upojenia!Ranek w uciechach i dzień niósł uciechy,Które rozkoszą Wenus rozpłomienia,Lepiéj ich doznać niźli w pieśni świadczyć,Lecz ten opiewa, kto nie mógł doświadczyć.
84. Tak śliczne Nimfy urocze godziny,Spędzały zgodnie z swemi ulubieńce,Włosy im zdobiąc w zielone wawrzyny,W złote korony i kwieciste wieńce;Aż uroczyste czyniąc zaślubiny,Jako małżonkom dały białe ręce,I obie strony zaprzysięgły sobieWieczystą przyjaźń w każdéj życia dobie.
85. Najstarsza z grona, Tetyda, przed którąCała Nimf rzesza korzy się dziewicza,Jako jest Westy i Coelusa córą,Co snadnie poznać z boskiego oblicza;Ta, co ląd, morze, świat z całą naturą,Cudy napełnia, — dziś Gamie użyczaŁask, jak zasłużył — sobie go wybrała,I jako pani przyjmuje wspaniała.
86. Daje mu poznać łagodnym wyrazem,Wdzięk niewymowny łącząc do wymowy,Iż jest zesłana za wyższym rozkazem,Z woli wyroku niezmiennéj osnowy;By ziemi bezmiar odsłonić mu razem,I mórz nieznanych i niebios budowyOdkryć tajniki — i przyszłość wywróżyć,Na co mógł tylko jego lud zasłużyć.
87. I dłoń podaje i wiedzie z ochotąNa szczyt wyniosłéj a cudownéj góry,Gdzie gmach z kryształu przybrany we złoto,Cudnemi kształty wznosi się w lazury.Tu im w zachwytach niebiańską pieszczotą,Większa połowa dnia zbiegła bez chmury,Tetys we dworcu tonie w upojeniu,Gdy inne Nimfy śród łąk i drzew cieniu.
88. Tak bohaterstwo przy boku piękności,Dzień prawie cały w upojeniu spędza,Słodkiéj, rozkosznéj, nieznanéj radości,Którą się długa wynagradza nędza:Tak zawsze w końcu męstwu i zacności,Świat ten wysokich nagród nie oszczędza,Darząc tém, na co zasługa ma prawo,Głośném imieniem i szeroką sławą.
89. Te śliczne Nimfy mórz z Tetydą razem,Anielska wyspa na wodnym błękicie,Nie są czém inném jeno czci obrazem,Co bohaterskie opromienia życie:Sławy zdobytéj zwycięskiém żelazem,Tryumfów, laurów wierne to odbicie,I palm zasługi emblemat wspaniały,I wielkich czynów i promiennéj chwały:
90. Ci nieśmiertelni, którdchktórych StarożytnośćŚród gwiazd Olimpu umieszczać lubiła,Aż tam się wznieśli przez dzieł swoich szczytność,Które po świecie Fama rozgłosiła:Przez męstwo, jakiém znaczyli swą bytność,Przez trudy wielkie — a ścieżka im miła,Był to szlak cnoty, tak twardy dla nogi,Lecz w końcu gładki i łatwy i błogi.
91. Im się to jasne otwarły lazury,Za nieśmiertelnych czynów dokonanie,Za dzieła, kunszta już boskiéj natury,Lecz przez nich w ludzkim dopełnione stanie:Jowisz, Apollo, i Mars i Merkury,Enej, Kwirynus i obaj Tebanie,Juno, Pallada, Ceres, Djana śmiała —Wszyscy nosili wątłe ludzkie ciała.
92. Lecz trąba Famy tysiącznemi głosy,Dziwnemi w świecie ochrzciła ich miany:Bogi, pół-bogi, gienjusze, herosy,I opiekuny krajów i tytany.O wy, co sławy cenicie rozgłosy.Gdy chcecie słynąć pomiędzy ziemiany,Wstańcie, próżniaczy sen strząśnijcie z powiek,Przez który w więzy okuty duch-człowiek!
93. Chciwości waszéj rozłóżcie wędzidło,Uśmierzcie pychę obmierzłą, złowrogą,Co tysiąc razy swą mocą obrzydłąPodłej tyranji popycha was drogą:Czyż złoto, czyliż zaszczytów mamidło,Prawdziwą wartość ludzką podnieść mogą?Wzniośléj jest stokroć miéć u losu długi,Niż wszystko posiąść bez własnéj zasługi.
94. W pokoju słuszne stanówcie statuta,Co przed możnemi ubóstwo osłonią;Lub rzesza w zbroje błyszczące zakuta,Niech Saraceny dzielną gromi dłonią:Utwierdźcie wielkość państwa — a odczutaBędzie przez wszystkich; — losy ku wam skłonią,Wedle zasługi, skarby i oklaski,Co życie w takie oblekają blaski.
Kochacie króla — wzmóżcież blask korony:Czy go wesprzecie roztropnemi rady,Czyli orężem, co w świecie wsławiony,Unieśmiertelni was jak wasze dziady:Nie zna duch wielką wolą umocniony,Co niemożliwość. Tak między gromadyHerosów — własne zapiszecie imię,A na swą wyspę Wenera was przyjmie.
Comentarios
Cargando comentarios…