Pieśń VII

Traducido por Zofia Trzeszczkowska

Luzyady

1. Oto nakoniec ona ziemia witaTak pożądana mocarzom od wieka,Ind ją i Gangies objęły w koryta,U których źródeł leżał raj człowieka.Hejże wojacy! tu niech dłoń laur chwyta,Tu chwała zwycięstw na walecznych czeka,Oto przed wami brzeg Indyjskiéj ziemiZdawna słynącéj skarby obfitemi.

2. A ty, o plemię Luza, garstką małąJesteś na świecie — nieliczny narodzie,Lecz ci zrządzenie niebios zgotowałoPoczesne miejsce w świętych Pańskich trzodzie;Tobie nietylko nic-by nie zdołałoDo walk z niewiernym stanąć na przeszkodzie,Niekarność, pycha, nic cię nie odwołaOd twéj niebiańskiéj macierzy-kościoła.

3. Wy, którym liczbę zastępuje męstwo,Co bohaterstwem słabość nagradzacie;Co aby wierze zapewnić zwycięstwo,Na tysiąc śmierci piersi wystawiacie:Słusznie śród mocnych wam słabym pierwszeństwo,Dają niebiosa — gdy zasługi macieWobec chrześćjaństwa, tak wielkie, bezsporne:Tak to, o Chryste, wywyższasz pokorne!

4. Patrzcie na dumne Giermanji syny,Śród pól szerokich rozsiadłe przestworzy,Jak przeciw Piotra bunt wznoszą dziedziny,Nowy im pasterz nową sektę tworzy:Jak świętokradzkie boje ich drużynyToczą — (błąd jeden tysiąc innych tworzy)Zamiast pysznego karcić Ottomana,Im cięży jarzmo Najwyższego Pana.

5. Patrzcie na władcę angielskiéj ziemicy,Króla świętego grodu ma on miano,Grodu, gdzie władną Saraceni dzicyA gdzie tak długo prawdzie cześć składano!Henryk zamknięty w swéj mglistéj dzielnicy,Przekształca wiarę przez Zbawcę nadaną:I sługom bożym śle wyroki zgonuMiast bronić Pańskiéj kolébki — Syonu.

6. Królu fałszywy, obyś nie królował!Nie dla cię w ziemskiéj tron Jerozolimie,Kiedyś niebieskiéj praw nie uszanował.A tobie, Gallu, jakież nadam imię?Arcychrześćjańskim świat cię tytułował,Gdzież twe zasługi, lub prace olbrzymie?Miast ku obronie chrześćjan wznieść sztandary,Przeciw nim idziesz z wrogiem twojéj wiary.

7. Jeśli państw swoich pragniesz rozszerzeniaZamiast się żywić chrześcijan łupami,Czyż nie masz wrogów bożego imieniaPonad Cynifu i Nilu brzegami?Tam twoję szpadę niechaj wsławią pienia,Niech nad pohańców połyska głowami:Karol i Ludwik dali ci dostojneDziedzictwo swoje i niesłuszną wojnę.

8. A cóż rzec o tych, co w rozkoszy toną,W podłém próżniactwie trawią swoje lata,Marnując życie — w których pierś spodlonąPamięć dawnego męstwa nie kołata?Tyran do reszty wyziębia im łono,Zbrojąc morderczo brata, przeciw brata:K’tobie ja wołam, ty z łonem skalanemItaljo — sobie będąca tyranem.

9. Nędzni chrześćjanie, skąd ród wasz pochodzi,Czy go wydały Kadmusa nasiona,Że tak z was każdy, w piersi bratnie godzi,Chociaż z jednego zrodzeniście łona?A w grodzie świętym niewierny przewodzi,Władną psy podłe, bo moc ich złączona:Bo w téj od wieków wam należnéj ziemiOni się sławią czyny rycerskiemi.

10. Patrzcie, pohańce zwyczajem i prawy,Które czcić zwykli, ku swym wspólnym celomŁącząc się w wielkie wojenne wyprawyPrzeciw Chrystusa wiążą się czcicielom:A śród was zawsze krzewić zatarg krwawyBędzie Aleto — biada wichrzycielom!Ginąc — ujrzycie własnemi oczami,Że prócz niewiernych — wasz wróg — to wy sami!

11. Jeżeli chciwość magnatów nie sytaW obce was kraje goni na podboje,Zaliż nie wiecie, że Hermu korytaZeŻe złotem płyną Paktolowe zdroje?W Asyrji, w Lidji odzież złotolita,Afryka złoto kryje w żyły swoje:Niech żądza bogactw będzie wam przynętą,Gdyście niezdolni iść za sprawę świętą!

12. Nowe, wymyślne wojowań sposobyZ śmiercionośnemi artylerji działy,Niech w Turcji złożą dzielności swéj próby,Niechaj Bizancjum rozbijają wały.Do Scytji chłodnéj przyjcie jednéj dobyI w gór Kaspijskich jaskinie i skałyTo plemię Turków — nim zdepcą ich stopyCywilizacją i skarby Europy.

13. Grek, Trak, Armeńczyk, Kolchidy mieszkaniec,Wołają ku wam, że gwałtem ich synyDo Alkoranu nagina pohaniec,Biorąc dań z dzieci (straszliwe daniny)!Szukajcież sławy, kładąc złemu kraniec,Karząc nieludzkie barbarzyńców czynyZamiast po laury walk domowych sięgaćI słabszych braci do jarzem zaprzęgać.

14. Lecz gdy wy chciwi w zaślepienia szaleKrwawym obłędem kroki swe znaczycie,Luz ze swéj ciasnéj ojczyzny — wytrwaleNiesie chrześćjaństwu ramię swe i życie:W portach Afryki już panuje stale;W Azji wpływ jego urósł znakomicie;Już w nowym świecie łan orze ochoczo;Znajdźcie świat inny — Luzy i tam wkroczą!

15. Tymczasem patrzmy — oto żeglownicyJuż coraz bliżéj celu swéj podróży,Odkąd z rozkazu Wenus białolicéjOsłabły wściekłe huragany burzy;Za długą stałość — IndyjskiejIndyjskiéj ziemicyWnet ląd szeroki z wód im się wynurzy,Aby nań wnieśli wraz z Chrystusa prawyNowy rząd, zwyczaj i nowe ustawy.

16. A gdy u brzegów szukają ostoi,Lekkie rybackie łodzie pomkły przodem,I do przystani znaczą drogę swojéj,Do Kalikutu, skąd rybacy rodem:Ich śladem flota kryształ wodny kroi;Boć najcelniejszym w Malabarze grodemJest ów Kalikut — i to go zaszczyca,Iż w nim monarchy mieści się stolica.

17. Między Gangiesu i Indu ramionyZaległ kraj wielki sławy znakomitéj,Morze go kąpie od południa strony,Z północy grodzą Emodyjskie szczyty:Mnodzy tu władcy, więc téż był zmuszonyDo różnych wyznań lud przez nich podbity:Ci Koranowi, ci bożkom cześć dają,Inni zwierzętom, co śród nich mieszkają.

18. Z pod gór wyniosłych, których pas szerokiPrzeżyna Azję od brzega do brzega,(A rożném mianem zwane te opokiWedle ziem, jakie ich łańcuch przebiega),Tryskają źródła — spływają w potokiI w bystre rzeki dwie, których nurt zbiegaW morze Indyjskie i co swemi skrętyCzynią z krainy półwysep odcięty.

19. To między rzeki wciśnione przestworzeKształt wywróconéj piramidy bierzeI ostrym klinem zapędza się w morzeMając naprzeciw Cejlonu wybrzeże.A nie daleko miejsca, gdzie swe łożeRozszerza Gangi es — (jeżeli na wierzePodań polegać) — żył lud, który kwiatówKarmił się wonią, treścią aromatów.

20. Dziś inne tu już miano i zwyczajeI innych plemion widzimy istnienie:Delhy i Patan najludniejsze krajeI najbogatsze posiedli przestrzenie:Dekańczyk, Orjas — którym się wydajeIż nurt Gangiesu niesie im zbawienieW swych szumnych falach, — i ziemia Bengali —Żyzna, jak żaden kraj się nie pochwali.

21. Tu i Cambaja wojownicza leży(Niegdyś mocarza Porusa dzierżawy)I kraj Narsingi, mniéj z męstwa rycerzyZnany niżeli z bogactw swoich sławy:Tu zdala, z morza, dojrzysz, jak się jeżyGór niebotycznych łańcuch; jak podstawyDla Malabaru są jak mur forteczny,By od kanarskich ludów żył bezpieczny.

22. Górami Gates krajowcy je zową,U stóp ich wązki pas ziemi — poddanySrogości morza, co walkę surowąCiągle z nim stacza wściekłemi bałwany —A wszystkich grodów bezsprzecznie tu głowąKalikut z bogactw i piękności znany;Stolica państwa — świat jéj piękność głosiA król jéj tytuł Samorina nosi.

23. Zaledwo flota dotknęła wybrzeży,Wnet jeden z Luzów został wyprawionyDo pogan władcy, by mu jak należyZwiastować przyjazd swój z dalekiéj strony.I poseł łódź swą wraz rzece powierzyZ gardzielą morską korytem złączonéj,A jego postać, pleć, nieznane strojeNa brzeg ściągnęły mnogie ludu roje.

24. Między tym tłumnie skupionym narodem,Co stał na brzegu, jeden się znajdowałMahometanin z Berberji rodem,Kraju, gdzie niegdyś Anteusz panował.Ten, jako sąsiad, pacholęciem młodemZnał niegdyś Luzów i z niemi obcował,Gdy się jak jeniec dostał im przed laty;Dziś los go zagnał w te dalekie światy.

25. Ten Maur z uśmiechem podszedłszy do posła.Pyta w hiszpańskiéj znanéj sobie mowie:„Jaka was dola aż w ten świat zaniosłaWdał od ojczyzny waszéj, o Luzowie!“ —„Nieznane morza krają nasze wiosła,Kędy nie postał człowiek — Luz odpowie —Płyniemy szukać wielkiéj Indu rzeki,By nad nią prawdę zaszczepić na wieki.“

26. I słuchał Maur ów, Monsaidem zwany,Powieści Luza — zdumieniém przejętyNad tą podróżą, jaką LuzytanyŚród burz odbyli przez morskie odmęty;W końcu oświadczył Luz, iż jest wysłany,By król znał, jakie przybyły okręty —A Maur mu na to: „Król nie w swéj stolicy,Lecz niedaleko mieszka w okolicy.

27. „A nim te wieści do niego dolecąO twém przybyciu dziwném — bez obawyDo domu mego zajdź odpocząć niecoI społem spożyć krajowe potrawy;A gdy spoczynkiem siły się podniecą,Razem na wasze udamy się nawy;Boć to jest radość nad wszelkie biesiadyW ziemi wygnania witać swe sąsiady.“

28. I Portugalczyk przyjął z szczeréj chęci,Co Monsaida święcą mu ofiary;Rzekłbyś, iż dawną przyjaźnią sprzęgnięci,Za stołem siedzą i spełniają czary:Potém ku flocie dążą — Maur w pamięciMiał z dawnych czasów luzyjskie galaryA dziś przez wodza i całą drużynęJak najuprzejmiéj przyjęty w gościnę.

29. Sam Gama powstał i rozjaśnił czoło,Gdy piękną mowę usłyszał Kastylji,Przy sobie sadzi, uściska wesołoGościa, i pyta o kraj, gdzie przybyli:Jak się w Rodopie gięły drzewa wkołoKu Eurydyki kochankowi — w chwiliGdy złote struny potrącał swą dłonią,Tak się Luzowie wokół Maura kłonią.

30. On rzecze: „Męże, których przyrodzenieOjczyźnie mojéj za sąsiadów dało,Jaki los wielki i jakie zrządzenieNa tak odległe drogi was zagnało?Boć nie bez przyczyn i nie przywidzenieI Tag i Minho rzucić wam kazało,I przez te morza wiosłem niezbrużdżoneW taką daleką mogło popchnąć stronę?

31. „Bóg was zapewne wybrał za narzędzie,By jakieś wielkie przez was spełnić dzieła:On tylko wieść mógł i chronić was wszędzie,Wróg czy wiatr groził, czyli głąb’ chłonęła.Otoście w Indji, która w swe krawędzieLudy bogate, szczęśliwe objęła,I lśniące złoto i drogie kamienie,Kosztowne wonie, palące korzenie.

32. „Kraj, gdzieście weszli, Malabarem zwie się,A lud, co tutaj buduje ołtarze,Starym zwyczajem ku bałwanom rwie się,Które cześć biorą w całym Malabarze.Niegdyś tu jeden był król (jak wieść niesie),Teraz rozliczni panują mocarze:A ostatniego, co dzierżył kraj cały,Ludy Saramą — Perimalem zwały.

33. „Za jego czasów do Indji przybyliJacyś z zatoki arabskiéj mężowieI Mahometa wiarę rozszerzyli,W jakiéj mnie moi chowali ojcowie.Jakoż niedługo króla nawrócili,Dzięki mądrości swojéj i wymowie,I wnet Perimal żarliwością zdjęty,Chce tron porzucić, by umrzéć, jak święty.

34. „Więc zbroi statki, — rzadkiemi towaryŁadować każe — i sam już gotowyPłynąć do Mekki ze swemi ofiary,Gdzie leży Prorok, co dał zakon nowy.Lecz zanim święte wypełni zamiary,Kraj ulubieńcom dzieli pradziadowy,Bo syna nie miał; tak czyni wybranychZ biednych możnemi, wolnemi z poddanych.

35. „Ten w Kochinchinie, ów siadł w Kananorze,Ten dostał wyspę Pimenty, ów Chale,Inny Kulao, ów pan w Kranganorze,W miarę, jak służył i wiernie i stale.Najpóźniéj stanął na królewskim dworzeMłodzian najmilszy królowi — ten w dzialeObjął Kalikut — to miasto szlachetne,Takie handlowe, bogate i świetne.

36. „I król go w godność najwyższą oblekaImperatora, — by innym rej wodził;Co wypełniwszy z odjazdem nie zwleka,By sam do śmierci ścieżką świętych — chodził.A Samorinów potężne od wiekaImię — ów młodzian wzniósł, królom przewodziłI cne potomstwo jego przez lat wielePo dziś dzień stoi imperjum na czele.

37. „Religja, jaką gmin i możnych klasaWyznają — jest to baśni gmatwanina:Chodzą wpółnago, tylko ich od pasaGwoli wstydowi lekki szal opina:Dwie są tu kasty: cała ludu masaPaleasami zwie się, a drużynaSzlachty Nairów otrzymała miano,Wszelka zaś łączność kast jest zakazaną.

38. „Aby rzemieślnik pozostał w swym stanie,Z innego stanu nie może brać żony;Syn ma ojcowskie przejąć powołanie,Do śmierci jego pracą zatrudniony.Nair tak za grzech uważa spotkanieZ człowiekiem z gminu, że przezeń dotknionyZ mnóstwem obrzędów oczyszcza swe ciałoW kąpieli — jakby skażoném zostało.

39. „Tak w Jeruzalem Jehowy czcicieleSamarytanów niegdyś unikali.Jest tu i innych obyczajów wiele,Co więcéj dziwią, niż je kto pochwali.Nairy tylko na nieprzyjacieleIdą — i tronu bronią ostrzem stali,Zawsze bark lewy puklerz im osłania,W prawicy oręż gotów do działania.

40. „Urząd kapłański pełnią braminowie,Nazwa ta dawną jest i szanowaną:Mistrzem ich mędrzec, który w jedném słowieDał wiedzy ludzkiéj filozofji miano,Mięs im użycie wzbronione surowie,Zabijać żywe twory zakazano:Lecz dla rozkoszy, dla czarów miłościWięcéj swobody, mniéj tu surowości.

41. „Tu i byt niewiast dosyć jest swobodny,Byleby żyły w mężów swych plemieniu.Szczęsne warunki! lud zawiści godny,Tak niedostępny zazdrości cierpieniu!Taki tu ustrój dziwny, różnorodnyW tym Malabarze: — lecz kraj we znaczeniu,Rozległy bardzo — a handel mu składaWszystko, czém ziemia od Chin po Nil włada“.

42. Tak Maur powiadał; tymczasem powoliPo mieście jęły krążyć głuche wieściO cudzoziemcach — i z królewskiéj woliIdą wysłańcy dojść prawdy ich treści;W ulicach tłumy ciekawości gwoliRóżnego wieku, płci męskiéj, niewieściéj —I uroczyście śród téj tłumnéj rzeszyPoselstwo króla spotkać Luzów śpieszy.

43. Gama królewskie słysząc przyzwolenie,By wylądował — zbiera cnych rycerzy;Szybkich przyborów daje im zlecenie,Wnet każdy w drogiéj świetnieje odzieży:Szat różnobarwność, kształt ich i odcienieRadują oczy ludu u wybrzeży:Miarowym ruchem uderzają wiosłaI wnet łódź z morza w rzekę się poniosła.

44. A tu Katual (tak pierwszy indyjskiMinister zwie się) w orszaku swéj śwityZ najpierwszéj szlachty — wyszedł na brzeg blizki,By czynić Gamie niezwykłe zaszczyty.Wychodzącego pochwycił w uściski;Dają palankin jedwabiami krytyWielce kosztowny, — by zwyczajem WschoduNa barkach ludzkich był niesion do grodu.

45. Tak wódz z ministrem swojemi lektykiDążą przed dworca monarchy podwoje;Inni Luzowie zebrali się w szykiWojenne — jako zwykli chodzić w boje:Lud krąży, słychać zmieszane okrzykiNa widok obcych — wnet padłyby rojeZapytań, gdyby nie chybiały celuNiezrozumiałe, jak u ścian Babelu.

46. Minister z wodzem prowadzą rozmowęO wszystkiém, co ich w téj chwili otacza:Monsaid słów ich wykłada osnowę,Obudwu służąc dzisiaj za tłómacza.Tak przez ulice krążyli miastoweDo gmachu, co się wieżami odznacza,Jest to świątnica: — stanąwszy przed bramąKatual powstał i wkroczył doń z Gamą.

47. W świątnicy stały bóstw licznych figury,Rzezane z drzewa, ciosane z kamienia,Różne z oblicza, różnéj malaturyUosobione szatańskie zmyślenia;Straszne, obrzydłe tych figur kontury,Jakby chimery potworne rojenia:Chrześćjanie, zwykli dawać swemu BoguKształt ludzki, tutaj osłupieli w progu.

48. Jedna poczwara łeb jeży rogami,Jak Jowisz Ammon w Libijskiéj pustyni;Tu kadłub jeden, lecz z dwiema twarzami,Jak Janus w rzymskiéj odwiecznéj świątyni:Ten zaś mnogiemi włada ramionami,Co go podobnym do Brjareja czyni;Inny z psią głową — pół człowiek, pół zwierzę,Niby Anubis, co w Memfis cześć bierze.

49. Gdy barbarzyniec złożył hołdy bogomZ zabobonnemi swojémi obrzędy,Nie zwłócząc dłużéj — ku królewskim progomPoszło poselstwo, a lud krąży wszędy.Tłum rośnie, żadnym nie przepuszcza drogom,By ujrzéć Gamę, gdy będzie szedł kędy: —Zajęte okna, zajęte balkonyPrzez starców, młodzież, dziewice i donny.

50. Już się zbliżają, już ujrzeli z blizkaWonne ogrody, w których cieniu leżyKrólewski pałac, co przepychem błyska,Chociaż bez murów wysokich i wieży:Bo tutaj możni wznoszą swe siedliskaWśród pysznych krzewów i zieleni świeżéj:Tak potrafiły te królewskie rodyŁączyć z wsi wdziękiem miastowe wygody.

51. Drzwi pałacowe misternéj robotySztuki Dedala poświadczają szczytność:Przeszłości Indji tu biegłemi dłutyPrastarych wieków utrwalono bytność:A takiém życiem tchną wszystkie przedmioty,Że kto chce poznać oną starożytnośćI w znawstwie dziejów posiąść doskonałość,Tu niech się wpatrzy, a pozna ich całość.

52. Tu widzisz wojsko, co tłoczyło kołemKraj Wschodu falą Hidaspu zroszony;Wiedzie je rycerz z jasném, szczerém czołem,Miast miecza w kwietny tyrsos uzbrojony:Jego to Nysa wzniesiona mozołemNad bystrą rzeką; cudnież on trafiony!Gdyby Semele ujrzała te dziwy,Rzekłaby pewnie: toć jest syn mój żywy.

53. Tam inna armja wypija do suchaRzekę: — to liczne Assyrji woje,Wodza-kobiety cały ten tłum słuchaSłynnéj przez piękność i wybryki swoje.Obok niéj wrzący rumak ogniem bucha,Ona utkwiła weń swych oczu dwoje;Tuż syn młodzieniec, który tę wyrodnąMatkę zapalił chucią kazirodną.

54. Daléj rozwite widać na uboczyWojenne znaki Grecji pełnéj chwały,Trzecia monarchja to, co jarzmem tłoczyKraje oblane Gangiesu kryształy:Wiedzie te szyki młodzieniec ochoczy,Któremu boje palmy zwycięstw dałyI co jest godzien, zwieńczon tak wawrzynem,Zwać nie Filipa, lecz Jowisza synem.

55. Patrzyli Luzy na pamiątki owe,Kiedy Katual ozwał się do Gamy:„Przyjdzie czas wkrótce, że zwycięstwa nowePrzyćmią to wszystko, co tu oglądamy:I wielkich dziejów wysnuje osnowęJakiś lud obcy, co go dziś nie znamy;Tak mądre magi, którym przyszłość jawna,Z księgi przeznaczeń czytają nam zdawna.

56. „I daléj jeszcze ich wiedza powiada,Żeby w przyszłości uniknąć tych oków —Na nic się zręczność ni opór nie nada,Bo człowiek niebios nie zmieni wyroków.Lecz twierdzę, że ten lud, co tu zawłada,W czasie pokoju, czy wojennych krokówTakie okaże cnoty niesłychane,Iż nie wstyd z jego rąk ponieść przegranę“.

57. Tak rozmawiając wkroczyli na salę,Kędy monarcha na łożu spoczywaTakiém kosztowném, rzeźbioném wspaniale,Że mu już chyba żadne nie zrównywa.W obliczu pańskiém świeci okazaleZ wielką powagą pogoda szczęśliwa:Pas ma złocisty — czoło mu promieniOgnisty połysk najdroższych kamieni.

58. Tuż obok łoża, padłszy na kolana,Starzec szanowny, ale kornie zgięty,Podaje wonny betel w ręce pana,By żuł, jak zwyczaj na Wschodzie przyjęty.Bramin — osoba wielce szanowana —Zbliża się; Gama pod ramię ujętyWiedziony przezeń przed monarchą staje,Który — by usiadł — skinieniém znak daje.

59. Więc Gama łoże bogate zasiada,Gdy jego orszak staje w oddaleniu,Tymczasem książę rysy Luzów bada,Ich nieznanemu dziwi się odzieniu;Wódz uroczyście, głosem, co mu nadaWkrótce przewagę w całém otoczeniu,W opinji króla, i we czci ludowéj,Temi przemowę swą zagaił słowy:

60. „Jest za morzami kraina daleka,Gdzie słońce w ruchu swym niepowstrzymaneZda się na drugą półkulę ucieka,Ziemi noc czarną zsyłając na zmianę;Król tych ziem słyszał, jako wieść orzeka,Iż kraje Indji tobie są poddane,Więc śle nas w posły do twoich wybrzeżySzukać przyjaźni z tobą i przymierzy.

61. „I przez swojego wieści wysłannika,Że tyle skarbów w państwie jego leży,Ile ich ziemia i morze zamykaOd brzegów Nilu, do Tagu wybrzeżyI od Zelandji chłodnéj do Równika,Gdzie słońce dzieciom Etjopji mierzyDzień równy nocy zawsze bez różnicy;Wszystkiego zadość jest w Luzów ziemicy.

62. „Gdy między wami przymierze się ziściI jeśli przyjaźń święta was pobrata,Z handlu niezmierne wynikną korzyściI dla państw obu zysk przez długie lata.Dochód twój wzrośnie i najoczywiściéjZa trud ludowi zwiększy się zapłataW twojém mocarstwie — i co idzie za temNowy blask chwały nad twym majestatem.

63. „Jeśli się taki traktat zaprzysięże,I jeśli trwały związek was połączy,Skoro cię jaka przeciwność dosięże,Nasz król ci zastęp przyrzeka ochrończy,Statki i wojsko i dzielne oręże,Jakbyś mu bratem był — tak Gama kończy —Oto jest wola i głos mego pana,Niech mi odpowiedź pewna będzie dana”.

64. Tak wódz poselstwo sprawia uroczyście,A król pogański na to odpowiada:„Miłe mi wielce takich posłów przyjście,Dla méj korony zaszczyt stąd nielada;Lecz na odpowiedź czekać powinniście,Zanim się zbierze przyboczna ma rada,Nim o twym kraju i królu, co władnieNad twym narodem –— dowiem się dokładnie.

65. „Po trudach pora wspomniéć o wywczasieIdźcie więc spocząć, a wkrótce posłowiOdpowiedź słuszna i przyjemna da się,By ją wesoło wiózł swemu królowi“.Właśnie noc zeszła, jak zwykle w tym czasie,By dać po pracy wytchnąć człowiekowi,Strudzone członki ukołysać mile,Znużonym oczom dać spoczynku chwilę.

66. Wnet wiedzie gości minister wspaniały,I w dworcu jego najświetniéj przyjęciGama i orszak portugalski cały;Gospodarz uczty przybycie ich święci,Ale na rozkaz pana swego dbałyKatual pragnie, gwoli jego chęci,Pewną wiadomość miéć w jednéj godzinieO Luzów wierze, zwyczajach, krainie. —

67. Toż ledwie dostrzegł na złotym rydwanieFeba, co wznawia ranny świt na niebie,Chcąc o przybylcach rozpocząć badanieWnet Monsaida przyzywa do siebie.Jedno za drugiém rzuca mu pytanie,Chce pewnych wieści i świadectw w potrzebie,Kto są ci obcy, o których wieść szerzy,Iż kraj ich, blizko jego kraju leży.

68. Chce, by królowi usłużył w téj dobie,Mówiąc o wszystkiém szeroce i szczerze,Bo król niepewien, jak ma począć sobieWzgardzić czy przyjąć to z Luzy przymierze?Monsaid na to: „Cóż rzec twéj osobie,Czegobyś w równéj sam nie wiedział mierze?Wiem tylko, iż to blizcy nam HiszpanieZ stron, gdzie się słońce kąpie w oceanie.

69. „Zakon im nadał Prorok, co poczętyZ bożego tchnienia w żywocie dziewicyI co zszedł na świat — onéj swojéj świętéj,Nie pozbawiwszy dziewictwa Rodzicy.Znają ich męstwo i upór zaciętyRodacy moi, a ich przeciwnicy;Znają oddawna, jak błyska w ich dłoniOręż, co nieraz do stóp ich nas kłoni.

70. „Gdy bohaterstwem wyżsi nad ziemianyNam wydzierali żyzne okolice,Tag złotodajny, brzeg chłodnéj Gwadjany,Wielkiemi dzieły wsławiając prawice:Nie dosyć na tém — brną przez oceany,Burzliwe morza — Afryki dzielnicePrzed ich najazdy dziś nie są bezpieczne;Burzą nam twierdze i mury odwieczne.

71. „Niemniéj ich męstwa i sprytu dowodyStwierdziły innych krwawych walk koleje,Gdy je toczyli z bitnemi narodyOd brzegów morza aż po Pireneje:Nim się za oręż wezmą, znają wprzódy,Że tryumf ziści wszystkie ich nadzieje:I żaden jeszcze, twierdzę to najśmieléj,Tych Annibalów nie złamał Marcelli.

72. A jeśli więcéj wiedziéć ci należy,Jeśli nie możesz poledz na mém słowie,Spytaj ich samych, są to ludzie szczerzy,W ohydzie mają fałsz wszelki Luzowie:Opatrz ich statki, broń, paszcze moździerzyNiezwyciężonych — to ci prawdę powie;Poznasz, jak ze swą dzielnością bezspornąLud ten w pokoju łączy grzeczność dworną.”

73. I zapłonęła żądza w poganinieUjrzenia tego, o czém Maur mu gwarzy:Każe sposobić łódź, w któréj popłynie,Gdzie stoją statki luzyjskich żeglarzy:Odbił od brzegu z Maurem, a drużynieNairów kazał płynąć jako straży:I wnet stawają przy wodza okręcie,Gdzie Paweł Gama czyni im przyjęcie.

74. Lśnią się kobierce, sztandary szkarłatneTkane z kosztownéj przędzy jedwabnika;Na nich malarstwa ułudy udatne,Obraz wojennych dzieł oko spotyka:Bitwy na polu, krwią obficie płatne,Srogie wyzwania, bojów scena dzika.Poganin, zdumion tak dziwnym widokiem,Uważnym wodzi po tém wszystkiém wzrokiem.

75. Wyjaśnień pragnie, lecz wprzódy go społemGama i Luzy do biesiady prosząWielce wykwintnéj — o! za takim stołemEpikurejczyk usiadłby z rozkoszą.Trunek Noego między gości kołemZ waz zapienionych czerpany roznoszą;Katual gardzi onych uczt ofiary,Co mu wzbronione prawem jego wiary.

76. Drgnęło powietrze. Pamięć bitw budząceW czasie pokoju — ryknęły trąb zgrzyty:Piekielnym ogniém zioną spiże brzmiące,Huk o dno morskie szerzy się odbity. —Z ócz poganina znać chęci gorąceDojść tych obrazów treści rozmaitéj,Gdzie farb poezja niema wielkie dziełaW tak ciasne ramy kunsztownie zamknęła.

77. Więc wstał na nogi i wraz z Pawłem kroczy,(Maur i Coelho idą z drugiéj strony),Gdzie bohaterska postać zwraca oczy,Starzec szanowny wiekiem ubielony.O! tego imię w cieniach się nie zmroczy,Póki ród ludzki nie będzie zgładzony!Zwyczajny Grekom ubiór go odziewa,W ręku miast berła gałązka powiewa.

78. Wziął ją w prawicę... Lecz gdzież myśli biegą?O ja szalony, ślepy! Czyliż mogęBez was, o Nimfy Tagu i Mondego,Puszczać się w długą i tak trudną drogę?!Bez waszéj łaski, bez wsparcia waszego,Na wielkich morzach czyż burzę przemogę?Zejdźcie mi w pomoc, bo się srodze trwożę,Iż łódź ma wątła wnet zatonąć może.

79. Wejrzcie, jak długo głos mój się rozlega,Co wasz Tag sławi, waszym Luzom pieje,A los mię goni od brzega do brzegaNa nowe trudy, nowych klęsk koleje:To łódź zatonie, to Maurom ulega.Podobne moim Kanacei dzieje:Ja, z tą skazaną Eolową córą,Miecz w jednéj ręce, w drugiéj dzierżę pióro. —

80. To mię ubóstwo do szpitala wciska,Bym żył z jałmużny bez innego środka:To, gdy nadzieja choć na chwilę błyska,Wnet jeszcze cięższy zawód mię napotka:A gdy, rozbitek, chwytam się urwiskaW rękach zbawienia rwie mi się nić wiotka;Jak ów Ezechjasz, król w Judzkiéj krainie,Jeżeli wskrzesam, — to cudem jedynie.

81. O Nimfy moje, tego jeszcze mało,Że w ciągłéj nędzy dni znękany wiodę:Ci, których w pieśniach okrywałem chwałą,Taką mym rymom sądzili nagrodę:W miejsce spoczynku, jakby należało,W miejsce zaszczytnych laurów — na mą szkodęTyle udręczeń, mąk znaléźć umieli,By mię pogrążyć w téj nieszczęsćnieszczęść topieli.

82. Tacy, o Nimfy, światli tu wielmoże!Wejrzcie na swoich z nad Tagu rycerzy,W takiéj to u nich cenie i faworzeWieszcz, co swém pieniem sławę ich dzieł szerzy!Jakiż stąd przykład potomność brać może,Piewcy lub mędrcy, gdy który zamierzyPodać pamięci przez rymy wspaniałeTo, co na wieczną zasługuje chwałę?

83. Wy mi zostańcie, skarbie mój jedynyW ucisku — Muzy, niechaj przy was stojęZwłaszcza, gdy pragnąc sławić wielkie czynyKu chwale mężnych pieśń moje nastroję.Wam ja przysiągłem, iż nigdy w wawrzyny,Niegodnych ręce nie uwieńczą moje:Gdybym pochlebstem tę klątwę naruszył,Oby mnie gniew wasz złamał i w proch skruszył.

84. Nigdy z mych pieśni chluby miéć nie będzie,Kto gwałcąc boże i ludzkie ustawyWłasny interes ma na równym względzieZe sprawą bożą i monarchy sprawy:Co kiedy wpływy i władzę posiędzieCiemięży naród przez wyzysk nieprawy,I po to pragnie być wśród silnych pierwszyBy swym występkom mógł dać zakres szerszy. —

85. Ni ten co władzę osiągłszy — rozumie,Iż winna służyć nizkim żądzążądzom gwoli,Kto aby zyskać paklaskpoklask w głupim tłumieJak Protej zmienia postać wedle roli:Kto się w powagę, zacność oblec umieA schlebia książąt rozrzutnéj swawoli,Niedoświadczonych do ździerstw wiodąc chytrze,By z krzywd ubóstwa brać zyski obfitsze.

86. Ni ten, co między stróże praw się liczyI pilnie strzeże monarchów zakonyA nie dba o to, by lud wyrobniczyZa znoje ciężkie był słusznie płacony:Ni ten czyj umysł ciasny i zwodniczyPo cudzéj pracy chciwie sięga plony,Łapczywą dłonią zagarnia trud cudzy,Sam nie zaznawszy znoju jako drudzy. —

87. Innym ty służysz, o pieśni natchniona!Kto w sprawie Boga lub króla pozbędzieMiłego życia — ten między imionaSzlachetne wliczon wieczyście żyć będzie!A sam Apolin i Muz jasne grona,Co mię wspierają w śpiewaczym zapędzie,Zdwoją mój zapał, gdy po krótkiéj zwłoceZ rzeźwiejszém sercem do méj pieśni wrócę. —

Comentarios

Cargando comentarios…