Portrety literackie — Tom II — VII
„O żono, droga żono, matko moich dzieci!Może mnie tam nie jeden błąd w twych oczach szpeci,Możem nie dość twym cnotom winnéj składał cześci,Nie dość kwiatów pociechy wplatał w cierń boleści? —Téj jednéj krzywdy przecie nie wyrządzę tobie,Bym łzy żalu na twoim nie zostawił grobie.Niechaj inni od przykrych im pamiątek stronią,I by uciec wspomnieniom, za nadzieją gonią;Dla mnie całą rozkoszą opłakiwać ciebie,Tu cię szukać mym żalem, a nadzieją w niebie!niebie!“
Kto wszystkie życia już wypił trucizny,I nic, prócz męki, nie czuje —Ten w rozdzieraniu rozjątrzonéj bliznyJedyną rozkosz znajduje.
Nie znam już słodszych pociech jak łzy żalu sączyć,I już innéj nadziei, jak się z tobą złączyć.“
Tu leży z łaski BoskiKsiąże Józef Poniatowski.Przechodniu! jeźli tędy wypadnie ci drogaZmów Ojcze nasz, zmów Zdrowaś, zmów i Wierzę w Boga.
Czy, powiodę w kwietniu, w majuSzyki niczém nie wstrzymane,
Czyli z groźnego SerajuPorwę nową Roksolanę;Czyli z Raczyńskich przykładuLepiéj się poznam z Turkami,I czy wreszcie dojdę ładuZ Mickiewicza Sonetami?
Złe, co największe zniweczą umysły,Złe, panujące nad brzegami Wisły,Złe, które w zimnym żarcie utworzyły nieba,Lenistwo — gdy koniecznie wymienić je trzeba —Zdolne przez swoją miękkość niebezpiecznąOstudzić przyjaźń półwieczną,Taką mi niemoc w wszystkie członki wlało,Że jakby się Jaksoskiego Gorsetu słuchało,
Ciąglem tylko ziewał, wzdychał,I nudę nudą popychał.Nic dla mnie żadnéj już nie miało ceny:O nic nie dbała dusza zmordowana;Niechciałem nawet gasnącéj już wenyOrzeźwić rymem Koźmiana.Tak ciemny poczet nudnych dni się skupiał,Schło serce, stygły myśli i — Morawski głupiał....
Nie jeden wprawdzie wielki mąż nas zdumiałMężném wytrwaniem, albo świetnym zgonem,Lecz kto wie, czyli samby Kato umiałW każdéj chwili być Katonem?
Śmieszny zbiór wszystkich nauk w jednym mózgu zbity:Homery, kalendarze, kantyczki, Tacyty.
Co nowych miast stołecznych niezmiernie ciekawy,Przelata wszystkie bruki Berlina, Warszawy,Londynu i Paryża porachuje wieże,Rozsiewa miliony, zdumiewa oberże,I na to w swéj latance cały czas utracaŻe dość głupi wyjechał, a głupszy powraca.
Zbrojny rządową potęgą,Z lśniącą gwiazdą; sutą wstęgą,Lub téż z orszakiem Parnaskim.Cnota w sercu, laur na skroni,Prawda w uściech, Flakkus w dłoni,Miedzy synem a Morawskim,Tak niech będzie! A świat całyKrzyknie: Koźmian dosknałydoskonały!“
Comentarios
Cargando comentarios…