Jeden nazywał się: «Skoczek» drugi «Nadziejnik» a obadwaj byli złodzieje. Mieszkali na przedmieściu w zapadłej chacie, która wyglądała raczej nie na przytulisko ludzkie, lecz na norę, czy też skład gnoju. Proceder swój prowadzili oni w najbliższej wsi, bo w mieście trudna była kradzież. Ludzie przedmieścia wszyscy bez różnicy byli bardzo ubodzy. Przyjaciele w wykonywaniu swego rzemiosła odznaczali się nadzwyczajnym sprytem i ostrożnością. We wsi, w której skradli kawałek płótna, płaszcz, siekierę, kapelusz lub uprząż na konie, nie pokazywali się później nigdy. Pomimo swej ostrożnej roboty, znani byli bardzo dobrze wieśniakom. Groźba tychże, że ich po schwyceniu na uczynku zabiją, nie przestraszała ich wcale i dotąd jakoś uchowali się cało, pomimo, że od sześciu lat ta straszna groźba, zawisła nad ich głowami. Skoczek, był mężczyzną czterdziestoletnim, wysokim i chudym, prócz tego zmysłowym, czego niepodobna było domyśleć się z jego trzymania się pochyło. Włosy nosił strzyżone krótko, gdy tymczasem dolną część twarzy zdobiła gęsta broda. Lewą nogę miał skrzywioną, właściwie była ona krótsza od drugiej nogi. Przy chodzeniu ciągnął po ziemi lewą nogę i temu to przypisać należy przydomek: «Skoczka». «Nadziejnik», o pięć lat starszy od swego towarzysza, był nizki i szeroko-pleczysty. Twarz miał żółtawą, wystającą, szczególniej kości jej uwydatniały się wyraźnie, włosy miał czarne, ale już gdzieniegdzie przeplatane siwizną. Jego wielkie oczy miały coś w sobie, jakby przekonania o szkodliwości jego życia. Idąc, ciągle gwizdał, z zaciśniętemi ustami, melodye zwykle bardzo posępne i melancholijne. Na ramionach nosił kaftan podarty, na którym sterczały strzępy aż ku dołowi. Tymczasem Skoczek, nosił długi, szarej barwy kaftan, opięty na biodrach skórzanym pasem. Nadziejnik pochodził z chłopów; Skoczek, syn zakrystyana, był przedtem lokajem. — Zawsze ich obu widziano razem, a skoro ich spostrzegli chłopi, mówili: — Przyjaciele znowu idą. No, no, niech tak nie paradują! — Bodaj przepadli, bodaj zginęli wkrótce. Przyjaciele idąc drogą wciąż się oglądali, unikając o ile możności spotkania się z ludźmi. Nadziejnik zwykle kasłał i gwizdał zwykłe melodye. Skoczek ciągnął za sobą nogę, jakby chciał nieco przystanąć, czy też iść z tyłu za swoim towarzyszem. W jakiejś głębinie lasu lub w rowie zwykli przyjaciele zatrzymywać się i odpoczywać, tam też równie naradzali się, gdzieby mogli coś ukraść, dla zaspokojenia dotkliwie dokuczającego im głodu. W zimie przyjaciele mocno cierpieli, prowadzili życie na sposób głodnych wilków. Włóczyli się dokoła, kryjąc po jarach, kto ich ujrzał, odczuwał obawę, oni zaś sami wiedzieli, że nikt się nad nimi nie ulituje i że im na każdym kroku śmierć grozi. Gdy im głód zbyt dokuczył, wchodzili przyjaciele nawet do wiosek, aby coś wyżebrać, zawsze strzegąc się spotkania z policyą. Tylko bardzo rzadko zdarzało im się coś ukraść. Niewygodnem i bezcelowem było odwiedzanie wsi w zimie. Śnieg zdradzał ślady, z drugiej zaś strony i przystęp nie był łatwy. Przyjaciele w zimie czuli, że im ustają nogi, że opuszczają ich siły, głód był straszliwą męką, oczekiwali jak jaskółki z wielkiem utęsknieniem na zbliżenie się wiosny. Teraz przyjaciele szli wprost przed siebie. Obaj głodni i znużeni wypełzli z nory, w której byli ukryci, spojrzeli wesoło po polach, na których śnieg pospiesznie topniał, a zamiast niego tworzyły się kałuże i obszerne łachy błota. Przyjaciele z rozkoszą grzali się na słońcu i myśleli nad tem, jakby skorzystać z przyjaznej sposobności i dostać się do jakiej wioski. — Wstawaj, wołał jeden do drugiego. Pojawiły się już jaskółki! — Naprawdę? — Naprawdę, czy nie słyszysz ich ćwierkania? Obadwaj tedy opuścili chałupę i długo, długo wpatrywali się w owych posłów wiosny, które już tworzyły sobie gniazda, napełniając wesołym krzykiem powietrze. — Teraz kolej na przybycie skowronków — rzekł Nadziejnik — i zajął się naprawianiem sieci. Wyszli i rozciągnęli sieci, a raczej samołówki. Bardzo łatwo zapadały w nie ptaki, szukając pożywienia. Pochwycone sprzedawano po pięć i dziesięć kopiejek, jak się udało. Nizano je na długim kiju, aby tym sposobem były widoczniejsze i wabiły kupujących. Prawie codziennie ułowiono ich kilka, było zatem za co żyć nędznie, ale się jakoś żyło. Nasi przyjaciele korzystali ze wszystkiego. Jagody, grzyby i inne rośliny należały także do przedmiotów, przynoszących dochód. Po każdem ćwiczeniu żołnierzy, zbierali po polach kule, za funt otrzymywali dwanaście kopiejek. Tym sposobem żywili się, chociaż nie było dnia, w którym mogliby śmiało powiedzieć, że są syci. Pewnego razu, w kwietniu, skoro drzewa okryły się już pełnym kwiatem, a na polach zieleniły się trawy i kiełkujące zboża, przyjaciele szli drogą paląc papierosy i rozmawiali: — Ty ciągle kaszlesz? — mówił spokojnie i poważnie w rodzaju przestrogi Skoczek. — To nic nie znaczy. Niech-no tylko słońce ogrzeje ziemię i ja odżyję, odpowiedział Nadziejnik. — Ba! prędzej chyba dostaniesz się do szpitala… — Cóż robić! Jeżeli mam umrzeć, nadaremnie myśleć o ratunku. — Naturalnie. Szli wzdłuż szosy, pod cieniem drzew. Ptaszki przelatywały, śpiewały i ćwierkały radośnie. — Nie jesteś w stanie iść dalej, — bąknął Skoczek. — Bo mię dusi w piersiach. Z trudnością oddycham ciężkiem powietrzem. Znowu zaczął kasłać. Skoczek stał obok niego, puszczał kłęby dymu i spoglądał. Nadziejnik dostał okropnego ataku; tarł piersi ręką, twarz jego przybrała barwę niebieskawą. — Strasznie mię dusi, rzekł. Poszli jednak dalej. — Teraz skierujemy się na drogę do Machiny, mówił Skoczek, odrzucając niedopałek papierosa i spluwając. Potem przejdziemy przez mały gaik do Kosuczycha. Ztąd skręcimy do Markowki i znajdziemy się w domu. — Będzie tego ze trzydzieści wiorst, zauważył Nadziejnik. — Żebyśmy tylko nie szli daremnie. Po lewej ich ręce ciągnął się ciemny, nieprzyjemnie rysujący się las. Na drzewach nie było widać ani jednego zielonego listka. Pod lasem pasł się chudy koń, wyglądający jak szkielet. Obaj stanęli i przypatrywali się, jak ów rumak chciwie skubał trawę. — Wygląda bardzo zbiedzony, — rzekł Nadziejnik. Skoczek zaczął przywabiać do siebie konia. Koń spojrzał, pokręcił ogonem, jakby mówił nie, i spuścił głowę. — Nie chce cię słuchać, mówi Nadziejnik. — Chodź. Możnaby owego konia sprzedać na targu za siedm rubli, rzekł zamyślony Skoczek. — Co znowu? — Może nawet za skórę dostałoby się ze trzy ruble. — Skóra mało warta. — Zawsze jednak coś się może dostać. Skoczek odezwał się: — No, jakże? — Wszystko zależy od szczęścia. — Bodaj cię z takiem gadaniem. — Wreszcie na mokrym gruncie łatwo wykryją nasze ślady, i dowiedzą się, gdzie uprowadziliśmy konia. — To też kopyta owiniemy szmatami. — Jak sobie chcesz. — Ukryjemy się w lesie z koniem, albo lepiej jeszcze wejdziemy do jakiego dołu. W nocy zaprowadzimy go do Tatarów, wszak to niedaleko, nie będzie więcej jak trzy wiorsty. — Dobrze, ale jednak obawiam się… — Nie bój się, nic nam się nie stanie. Zeszli tedy z drogi i zagłębili się w las, oglądając się nieustannie poza siebie. Koń poszedł z nimi, pogryzając trawę. W dole było i wilgotno i ciemno. Ciszę nocy przerywało pluskanie płynącego opodal strumienia, zwieszały się nad nim konary, tworząc rodzaj naturalnego schroniska. Las wyglądał ponuro i przerażał swoją głuszą i ciemnością. Długo siedzieli w rowie pod sosnami. Założyli ognisko i grzali zziębłe ręce i członki. Tu i ówdzie spadały połamane gałązki, które dorzucali do ognia, żeby nie zagasł. W ich sąsiedztwie stał koń, którego łeb owinięto szmatami i przywiązano go do drzewa. Nadziejnik klęczał przy ogniu, wpatrując się w płomienie, śpiewał ulubione melodye, gdy jego towarzysz usiłował z drobnych gałązek upleść koszyk i milczał zajęty robotą. Pluskanie wody strumienia harmonizowało się z smutnemi melodyami Nadziejnika, były to jedyne oznaki i ślady życia w tym ponurym lesie. Czasami trzaskała przepalająca się gałąź, czasami sypnęły iskry, jakby westchnienie ze zbolałej piersi. — Czy prędko stąd ruszymy? — pyta Nadziejnik. — Jeszcze bardzo wcześnie — musimy czekać, aż się nieco ściemni, odpowiedział Skoczek, niechętnie przerywając robotę. Nadziejnik westchnął i począł kasłać. — Czy ci zimno? pyta towarzysz po niejakiej chwili. — Nie, tylko mi się przykrzy. — Więc? — Coś mię uciska na sercu. — Pewnie choroba. — Niewątpliwie. A być może, że to z innej jakiej przyczyny. Skoczek milczał, wnet jednak rzekł: — Z czego? — Ze wszystkiego. — Głównie z tego, że rozmyślam, mówił Nadziejnik. Skoro np. spojrzę na tego konia, przypominam sobie, że i ja na swojem gospodarstwie miałem takiego. Koniecznie go potrzebowałem, bo było wiele do roboty. — No i cóż ci przynosiła ta robota? pytał krótko Skoczek. Powiadam ci, że byłoby mi bardzo przyjemnie, gdybyś raz zaprzestał utyskiwać. Co to wszystko pomoże? Nadziejnik dorzucił gałąź do ogniska i wpatrywał się w pryskające iskry, które nikły i przepadały w wilgotnem powietrzu.. Oczy jego były smutne, jak również na twarzy malował się ból. Odwróciwszy się, długo wpatrywał się w konia. Ten jednak stał ze spuszczonym łbem, jakby wrósł w ziemię. Zawinięcie, nadawało mu jakiś dziwny wygląd. — Musimy rozpocząć lżejsze życie, odezwał się Skoczek. Będzie nam milej, gdy się uda jako tako spędzić dzień. Jeżeli znajdzie się jadło, wystarczy nam. Skoro jednak ty zaczniesz na nowo labidzić, nie będzie bardzo wesoło. Wprawdzie winna temu i choroba. — Prawdopodobnie choroba, odpowiedział cicho towarzysz, a wreszcie dodał: Być może, mam za miękkie serce. — Miękkość serca także pochodzi z choroby, rzekł stanowczym głosem Skoczek. Złamał gałąź, zaczął nią poruszać i rzekł: — Ja nie cierpię na coś podobnego, bo jestem zdrów. Koń, stąpiwszy na gałąź, złamał ją, wpadła do strumienia część ziemi z brzegu i rozległo się plusnięcie. Jakiś ptak odleciał od swego gniazda i przelatywał ponad rowem ćwierkając, jakby wzywał pomocy i ratunku. Nadziejnik zwrócił uwagę na ptaka i odezwał się: — Zapewne to będzie szpak. — Nie, nie zdaje mi się. One powracają później. Wreszcie można je napotkać tylko w sosnowym lesie. Będzie to prędzej drozd. — Pojedynek? — Najniezawodniej, odparł Nadziejnik, wzdychając. Skoczek wkrótce dość zręcznie zakończył swoją robotę. Już dno kosza było gotowe, należało tylko dokończyć boki. Nadziejnik kolejno wpatrywał się to w konia, to w swojego towarzysza, lub też kierował wzrok ku ciemnemu, ale błyszczącemu gwiazdami niebu. — Właściciel konia pewnie go zgubił i będzie go szukał na wszystkie strony, rzekł Nadziejnik, przeciągając ręce nad ogniskiem. — Dlaczego mi to znowu mówisz? bąknął niechętnie drugi, — Co takiego? Myślałem w tej chwili o pewnej historyi. — O jakiej? — Myślałem o tem, jak niegdyś mojemu sąsiadowi Michajłowi skradziono konia. Kiedy zaś po długiem poszukiwaniu przekonał się, że już koń przepadł, rzucił się na ziemię i płakał jak małe dziecko. Zdaje mi się, że nawet z żalu wywichnął sobie nogę. — Więc cóż? — Bardzo długo i żałośnie płakał. — Cóż to cię obchodziło? Nadziejnik obrócił się gniewnie i rzekł nieśmiałym głosem: — Tak sobie to jakoś przypomniałem. Niepodobna istnieć gospodarzowi, rolnikowi bez konia. — Bądź tak dobry, zaczął surowo Skoczek, zaprzestać tych wcale niewesołych historyi. Przez to nie będzie nam lżej. Zamilcz Michałku. Sprawy te nas wcale nie dotyczą. — Ale mogą przynieść szkodę innym, odpowiedział Nadziejnik, wzruszając ramionami. — My przecież nikomu nie dokuczamy. — To prawda. — A więc cóż chcesz? No, teraz trzeba zbierać się do drogi. — Prędko? — Zaraz. «Nadziejnik» przysunął się jeszcze bliżej do ogniska, poprawił palące się drzewo kijem i spojrzał z boku na Skoczka, który ciągle zajęty był swoją robotą. — Zostawmy lepiej tego konia, rzekł cicho, błagalnym głosem. — Człowieku bezrozumny — odpowiedział Skoczek pogardliwie. — Zastanów się nad tem, że koń musi przejść aż cztery wiorsty, co jest bardzo niebezpieczne, mówił towarzysz. I co z nim zrobimy, jeżeli go tatarzy od nas nie kupią? — Już to moja głowa. — Jak chcesz! Jabym jednak wolał zrzec się konia, wygląda bardzo nędznie. Skoczek nie odzywał się wcale. — W najlepszym razie sprzedamy konia za nędzną cenę. Byłoby korzystniej użyć nocy na powrót do Dubienki i tam poszukać dla nas coś odpowiedniejszego. Monotonna mowa Nadziejnika drażniła wielce jego kolegę. Milczał jednak zaciskając zęby, ale też pręciki ciągle w jego rękach pękały. — Teraz właśnie kobiety bielą płótno na blichu. Koń parsknął. W ciemności jeszcze chudziej i nędznej wyglądał. Skoczek spojrzał nań z boku i splunął ze złością. — Można też obecnie zapolować na ptaki na stawie. — Czy też raz przestaniesz, dyable wcielony, krzyknął. — Nie gniewaj się Stepanie. Zrób to dla mnie i puść konia swobodnie. — Czy dziś co jadłeś? — Właściwie nic — odpowiedział Nadziejnik zawstydzony i onieśmielony groźnym głosem kolegi. — Tak? To wkrótce zdechniesz mojem zdaniem. Ja sobie z tego nic nie robię. Nadziejnik patrzył na niego w milczeniu. Ze złością Skoczek prowadził dalej swoją czynność. Kolega odwrócił się od niego, głęboko wzdychając. — Dla mnie cała ta sprawa jest zupełnie obojętna. Możesz robić, co ci się podoba. Muszę ci tylko oświadczyć, że jeżeli dłużej będziesz wytwarzał takie rzeczy, nie chcę przyznawać się do twojego koleżeństwa. Znam cię już dobrze. — Szczególny z ciebie świętoszek. — Niech i tak będzie. Nadziejnik przykucnął i zaczął kasłać. Potem mówił ciężko oddychając: — Odradzam ci to dla tego, że sprawa jest niebezpieczna. — To dobrze. Wziął wiązkę pręcików i na pół ukończony koszyk i powstał. Nadziejnik spojrzał na towarzysza i zbliżył się powoli do konia. — Bądź cicho, mówił zwracając się do konia. Musimy iść. Skoczek patrzył i niecierpliwił się. Chodźmy, rzekł, zwracając się na drogę. — Idę, odpowiedział Nadziejnik. W milczeniu szli przez zarośla i wzdłuż wąwozu; dokoła panowała ciemność. Koń szedł za nimi. Nagle usłyszano, że koń kroczy przez strumień. — Ach jakiż to głupi zwierz! zawołał Nadziejnik. Jego towarzysz nie odezwał się wcale. W ciszy słychać było, jak się poruszały krzaki. Zdala widać było dogasający ogień, jakby groźny wzrok potwora. Tymczasem zajaśniał księżyc i oświetlił wąwóz. Drzewa rzucały cienie, a w lesie jeszcze bardziej zrobiło się ponuro. Białe, posrebrzone światłem księżyca brzozy, w środku czarnych dębów, wyglądały jak pochodnie. Koledzy szli ciągle wąwozem. Droga była uciążliwa. Ziemia ślizga, w niektórych miejscach nawet szlamista. Nadziejnik ciężko oddychał, z jego piersi dobywały się jakby świsty. Skoczek szedł przodem, zasłaniając sobą kolegę. — Idziemy, nie wiedząc dokąd, rzekł Skoczek. Co tu teraz można znaleść? Nadziejnik milczał i wzdychał. — Noce takie krótkie. Zanim dojdziemy do wsi, będzie widno. Przytem idziemy tak wolno, jak spacerujący panowie. — Ciężko mi przyjacielu, rzekł cicho towarzysz. Ciężko! — Wyglądasz jednak nie źle. — Nie mogę wcale oddychać. — Temu winna choroba. — Gdzie tam. Tą przyczyną jest twoja nieroztropność. Skoczek zatrzymał się, odwrócił do kolegi, skinął mu ręką, winna temu twoja, nie moja głupota. Nadziejnik spuścił głowę. — Niech i tak będzie. Chciał coś jeszcze mówić, ale napadł go znów kaszel, musiał się oprzeć o drzewo. Skoczek obojętnie na wszystko spoglądał. — Tym kaszlem zbudzisz wszystkie złe duchy w lesie, rzekł. Skoro Nadziejnik przestał kasłać i odetchnął swobodniej, rzekł Skoczek głosem imponującym: — Siądź i odpocznij. Obadwa usiedli na mokrej ziemi pod krzakami. Skoczek skręcił papierosa, zapalił i zaczął mówić: — Gdybyśmy w domu mieli co do jedzenia, chętniebym wrócił. — To prawda, odrzekł Nadziejnik. — Ponieważ zaś w domu nic nie znajdziemy, musimy iść dalej. — Bo też nic innego nam nie pozostaje. — Nie mamy żadnego celu, jesteśmy głupcy, głupcy skończeni. Chrapliwy głos Skoczka przeraził towarzysza. — Okropny odczuwam głód, rzekł Skoczek. Nadziejnik nagle wyprostował się. — Dokąd chcesz iść? pyta Skoczek. — Chodź! — Gdzie mnie prowadzisz. — Chodź tylko. — Z mojej strony owszem. Nic sobie jednak z tego nie obiecuję — bąknął. — Ja, tak samo. Zabierzemy, co znajdziemy odpowiedział Nadziejnik i opuścił ręce. — Bądź-że raz przecie energicznym. — Cóż mam czynić. Ciągle mię dręczysz. — Bo dlaczego jesteś tak lekkomyślny. — Dlaczego? — Tak. — Bo mi to sprawia przykrość. — Bo ci sprawia przykrość? — Człowiek! — Człowiek? Ach ty sentymentalna duszo! Nie masz za grosz oleju w głowie. Co ciebie obchodzi człowiek? Jeżeli go zaczepisz, ubije cię, jak płaza. Możesz mu opowiedzieć o swoim losie. Na śmierć cię zadręczy, pomimo twego litościwego serca. Będzie cię torturował, a ty będziesz błagał Boga, aby cię jak najprędzej zabrał z tej ziemi. Tfu! Skoczek był oburzony. Jego chrapliwy, ironiczny głos rozlegał się po lesie, gdy tymczasem szelest drzew, odpowiadał szeptowi Skoczka. Nadziejnik zupełnie zgnębiony wyrzutami kolegi, szedł z opuszczoną głową, kolana uginały się pod nim. — Bądź cierpliwym, rzekł wreszcie. Muszę nieco odpocząć. Potem sam pójdę do wsi, aby tam zabrać co mi wpadnie pod rękę. Pójdziemy do domu. Będzie mi ciężko z powrotem. Mówił cicho, oddychał z wielkiem wysileniem i rzężał. Skoczek patrzył na niego podejrzliwie i szedł dalej. Szli dość długo. Jakiś ptak, kracząc, przeleciał nad ich głowami. — Zdaje się, że to pewno kruk, albo wrona, mruknął Skoczek. — Posłuchaj mię, rzekł Nadziejnik, padając na ziemię. Idź sam, ja tu pozostanę, bo nie mogę postąpić ani kroku; coś mię trzyma na ziemi, głowa mi cięży jak ołów. — Cóż znowu? Czy rzeczywiście nie jesteś w stanie iść dalej? — Nie! — Winszuję, do stu dyabłów! — Jestem całkowicie wyczerpany z sił. — To nic dziwnego. Od świtu idziemy cały dzień, nie mając nic w ustach. — Czuję, że zbliża się nareszcie mój koniec. Czy nie uważasz, jak mi krew płynie z gardła? Nadziejnik pokazał towarzyszowi rękę zlaną krwią. Ten zapytał przyciszonym głosem: — Cóż tedy będziemy robili? — Idź sam. Ja tu zostanę. Być może, polepszy się mi. — Dokąd mam iść? Chyba pójdę teraz do wsi, i opowiem ludziom, że chory leży w lesie. — Tego nie czyń, bo zarobisz tylko na kije. — Masz słuszność. Nie wypada ludziom pokazywać się na oczy. Nadziejnik kasłał i pluł krwią. — Czy krew płynie? pyta towarzysz. — Całym strumieniem, odpowiedział zaledwie dosłyszalnym głosem i zaczął na nowo kasłać. — Możeby wreszcie kogo sprowadzić? — Kogo? — Może wstaniesz i pójdziemy. — Niepodobieństwo. Skoczek przypatrywał się koledze uważnie. Ten nierówno oddychał i rzężał. Oczy mu wyszły na wierzch, zęby szczerzył, z ust płynęła krew. — Cóż, nie ustała jeszcze? Twarz chorego zadrgała. — Płynie ciągle. Skoczek opuścił głowę w milczeniu. Wody strumienia lśniły niby przeźrocza w cieniu nocy. Drzewa poruszające się rzucały cień to na jedną, to na drugą stronę. Boczną część strumienia otaczała gęstwina krzaków. — Nie trwóż się, może nie będzie tak źle, jak myślisz. Daję ci słowo, że nie masz się czego obawiać. — Jezu Chryste! wyjęczał Nadziejnik. — Zbierz wszystkie swoje siły, nie poddawaj się. Być może atak minie, mówił Skoczek, nachyliwszy się nad towarzyszem. Nadziejnik na nowo zaczął kasłać, jakiś dziwny jęk czy ryk wydobywał się z jego piersi. Coraz ciężej oddychał, jak gdyby biegł prędko. Długo leżał nieprzytomny. — Daruj mi Stepanie, żem cię strofował o konia. Przebacz przyjacielu! mówił przerywanym głosem. — Ty chyba powinieneś mi przebaczyć, żem cię udręczał. Dokąd teraz pójdę i co mam czynić? — Niech ci Bóg dopomoże. Jęczał i milczał. Ciągle słychać było okropne rzężenie, ciało drgało, jakby podrzucane niewidzialną siłą, nogi wyciągał w całej długości, jakby się wytężał. Skoczek patrzył na niego przerażony. Każda chwila zdawała mu się wiekiem. Nadziejnik podniósł głowę, wnet jednak mu opadła. — Co tobie mój bracie? rzekł Skoczek, nachylając się nad nim. Żadnej odpowiedzi. Nadziejnik leżał bez ruchu. Skoczek jakiś czas pozostał przy towarzyszu. Potem powstał, zdjął z głowy kapelusz, przeżegnał się i poszedł w dalszą drogę. Twarz miał ponurą, brodę rozczochraną. Szedł takim silnym krokiem, jakby się mścił na gruncie, po którym postępował. Tymczasem rozjaśniło się. Niebo było szare i groziło niepogodą. W wądole panowała cisza, tylko cicho szeptał strumień, jakby modlitwę za konających. Nagle usłyszał jakiś odgłos. Kawał brzegu spadł w rów. Zbudzony kruk, kracząc, odleciał przerażony....
Dwaj złodzieje
Traducido del ruso por Stanisław Miłkowski
Comentarios
Cargando comentarios…