Przyjaciele (Gorki)

Traducido del ruso por Stanisław Miłkowski

Gorące lipcowe słońce błyszczało oślepiająco nad Smolkiną, zalewając jej stare chaty szczodrym potokiem jasnych promieni. Szczególnie wiele słońca było na dachu chaty sołtysa, pokrytej niedawno na nowo gładko wystruganemi deskami, żółtemi i woniejącemi. Była niedziela i prawie wszyscy mieszkańcy wsi wyszli na ulicę, porośniętą gęstą trawą i zasianą kępkami zeschłego błota. Przed domkiem sołtysa zebrała się wielka grupa chłopów i bab, jedni siedzieli na nasypie koło chałupy, drudzy wprost na ziemi, inni stali; pośród nich goniły się nawzajem dzieci, od czasu do czasu starsi krzyczeli na nie i odpędzali je. W środku gromady stał wysoki człowiek z wielkimi, opuszczonymi w dół wąsami. Z wyglądu jego twarzy, pokrytej gęstą siwą szczeciną i siecią głębokich zmarszczek, ze względu na siwe włosy, wyglądające z pod brudnego kapelusza słomianego, człowieka tego można było liczyć na lat pięćdziesiąt. Patrzył w ziemię, nozdrza jego wielkiego, chrząstkowatego nosa drżały, a kiedy podniósł głowę, rzucając spojrzenie na chatę sołtysa, widać było jego wielkie oczy, smutne, zamglone — głęboko osadzone w orbitach, a gęste brwi rzucały cień na ciemne źrenice. Ubrany był w cynamonowego koloru, podartą suknię klasztornego posługacza, ledwo zakrywającą mu kolana, podwiązaną sznurem. Na plecach miał węzełek, w prawej ręce długą laskę z żelaznem okuciem, lewą trzymał w zanadrzu. Otaczający oglądali go podejrzliwie, ironicznie, z pogardą, a nakoniec z jawną radością, że udało się im pojmać wilka pierwej, zanim zdążył wyrządzić szkodę ich stadu. Przechodził przez wieś i podszedłszy do okna sołtysa poprosił, aby mu dano napić się. Sołtys dał mu kwasu i zagadnął go. Ale przechodzień odpowiadał, wbrew zwyczajowi wędrowników, bardzo niechętnie. Sołtys zapytał go o papiery, a papierów nie było. I zatrzymali przechodnia, postanowiwszy odesłać go do powiatu. Sołtys dał mu za dozorcę sotskiego i teraz w chacie u siebie dawał mu wskazówki na drogę, zostawiwszy więźnia wśród gromady, bawiącej się nim. Więzień, jak stanął u pnia wierzby, tak stał, opierając się o nią garbatemi plecyma. Ale oto na schodkach przed chałupą zjawił się starzec z krótkim wzrokiem, z lisią twarzą i z siwą klinowatą brodą; opuszczał statecznie nogi w butach z stopnia na stopień, przyczem jego okrągły brzuszek kołysał się pod długą koszulą. A z za jego pleców wysunęła się brodata, kwadratowa twarz sotskiego. — Zrozumiałeś Efimie!? — pytał sołtys sotskiego. — Czego tu można nie pojąć? Wszystko zrozumiałem. Obowiązany jestem, znaczy, ja, smolański sotski, zaprowadzić tego człowieka do naczelnika powiatu i — więcej nic! — powiedział sotski z komiczną powagą i mrugnął do publiczności. — A papier? — A papier, mam w zanadrzu. — No, tak, tak! powiedział sołtys i dodał, drapiąc się mocno: — Z Bogiem, znaczy, hajda! — Chodźmy! Cóż, pójdziemy ojcze! — uśmiechnął się sotski do więźnia. — Dalibyście choć podwodę — odpowiedział im głucho na słowa sotskiego. Sołtys uśmiechnął się. — Pod–wo–dę? Widzisz go? Was tu dużo włóczy się po polach, po wsiach… nie starczyłoby koni dla wszystkich. Przejdziesz się pieszo. Tak! — To nic, ojcze, chodźmy! — powiedział zachęcająco sotski. — Czy myślisz, że mamy daleko? Ot tak z dwadzieścia wiorst! A może nawet nie będzie. Dowleczemy się, ojcze, prędko. A tam to i odetchniesz… — W chłodnej celi — objaśnił sołtys… — To nic — dodał szybko sotski — człowiek, jeżeli zmęczył się, to może i w więzieniu odetchnąć; po gorącym dniu, to i tam przyjemnie! Więzień oglądnął surowo swojego dozorcę — ten uśmiechnął się wesoło i otwarcie. — No, hajda, szanowny ojcze! Bądź zdrów, Wasyli Gawryliczu! Chodźmy! — Z Bogiem, Efimie! A uważaj! — No, no! Czy to ja małe dziecko, albo co? I poszli, trzymając się blizko chat, aby iść w cieniu. Człowiek w sukni klasztornej szedł przodem, kiwając się, ale szybkim krokiem istoty przyzwyczajonej do chodzenia. Sotski, z tęgą pałką w ręce, szedł za nim. Efim był mężczyzną nizkiego wzrostu, barczysty, z szeroką, dobrą twarzą w ramie rudej, kędzierzawej brody, zaczynającej się od jego szarych, jasnych oczu. On uśmiechał się czegoś zawsze, pokazując zdrowe, żółte zęby i tak marszcząc wyższą część nosa, jak gdyby chciał kichnąć. Ubrany był w płaszcz, którego poły zatknął za pas, aby mu nie plątały nóg; na głowie miał ciemną czapkę; z przodu była ona nasunięta do brwi i przypominała sobą aresztancką czapkę. Towarzysz jego szedł, nie zwracając na niego uwagi, jak gdyby zupełnie nie czuł go za sobą. Szli wązką drogą prowadzącą przez wieś, wiła się wężowało wśród falistego morza zbóż, a cienie podróżnych pełzały po złotych kłosach. Na horyzoncie błękitniała grzywa lasu, na lewo od podróżnych, bez końca, daleko w głąb rozścielały się zasiane pola, wśród nich leżała ciemna plama wsi, za nią znowu pola tonące w niebieskawej mgle. Na prawo za gromadami wierzb sterczał ku błękitnemu niebu obity blachą i jeszcze nie pomalowany szczyt wieży — błyszczał tak jasno na słońcu, że oczy bolały patrzeć na niego. Pod niebem dzwoniły skowronki, w zbożu uśmiechały się chabry i było gorąco — bardzo duszno. Z pod nóg podróżnych ulatywał pył. Efimowi nudziło się. Z natury wielki gaduła, nie mógł długo milczeć, więc odcharknąwszy, nagle zaciągnął falsetem: — He–ech — tak i z czego i to–o–o–o… Ta i dlaczego to smutek je moje serce? — Brak głosu. Tak… a bywało, śpiewałem… Wiszeński nauczyciel powiada — no Efimie, zaśpiewaj! Dobry to był chłop… — Kto? zapytał głuchym basem człowiek w sukni zakonnej. — A, wiszeński nauczyciel… — Wiszeński — to nazwisko? — Wiszeński… to, mój kochany, wieś. A to nauczyciel, Paweł Michalicz. Złoto, nie człowiek, umarł trzy lata temu. — Młody? — Nie miał trzydziestu lat… — Z czego umarł?… — Ze zmartwienia, zdaje się. Towarzysz Efima popatrzył z ukosa na niego i uśmiechnął się… — Było to, widzisz, mój kochany, tak — uczył on, uczył siedm lat z rzędu, no i zaczął kaszlać. Kaszlał, kaszlał, tak i smucił się, a ze smutku, wiadoma to rzecz, zaczął pić wódkę. A ojciec Aleksy nie lubił go, i kiedy ten zapił się, ojciec Aleksy podał do miasta skargę, — tak, powiada, a tak — nauczyciel pije, przecież to zgorszenie. A z miasta przysłano w odpowiedzi pismo i nauczycielkę. Taka wysoka, koszlawa, z wielkim nosem. Paweł Michalicz widzi że «schwach!» Zmartwił się, powiada, uczyłem, uczyłem… ach wy dyabły! Poszedł ze szkoły prosto do szpitala i po pięciu dniach oddał Bogu duszę… Tyle tego. Jakiś czas szli w milczeniu. Las ciągle przybliżał się do podróżnych z każdym krokiem, wyrastając w ich oczach, i z niebieskiego stawał się zielonym. — Pójdziemy lasem? — pytał towarzysz Efima. — Kawałeczek, tak, z pół wiorsty. A co? A? Widzisz go! I Efim zaśmiał się, kiwając głową. — Ty co? — pytał więzień. — A tak, nic. Ach ty! Lasem, powiadasz, pójdziemy? Głupiś ty, mój kochanku, drugi nie pytałby, jeżeliby był mądrzejszy. Tenby prosto przyszedł do lasu, a wtedy, tego… — Co? — Nic! Ja, mój kochanku, widzę ciebie na wskroś. Aj ty, mój kochany, — fujara z ciebie! Nie — ty tę myśl z lasem — porzuć! Czy mi dasz radę? Ja takich, jak ty, trzech wezmę, a z tobą pójdę na jedną lewą rękę… Rozumiesz? — Rozumiem! Głupiś! — powiedział więzień krótko i wyraźnie. — Co? Nie pojąłem twego zamiaru? — tryumfująco zapytał Efim. — Pokrako! Cóżeś pojął? — uśmiechnął się więzień. — A… z lasem… Rozumię ciebie! Powiada, ja — to niby ty — jak przyjdziemy do lasu, ubiję go — to znaczy mnie, — ubiję, a potem ucieknę przez pola, przez lasy. Tak? — Głupiś… — ruszył ramionami człowiek, którego zamiary odgadnięto. — No, którędy pójdę? — No już… którędy chcesz — to twoja rzecz… — Którędy więc? Towarzysz Efima nie gniewał się, ale koniecznie chciał usłyszeć od swojego dozorcy, gdzie właściwie mógłby uciec. — Mówię ci, gdzie chcesz! — powiedział spokojnie Efim. — Nie mam, mój kochany, gdzie uciec, nie mam gdzie! — powiedział cicho jego towarzysz. — No! — rzekł niedowierzająco dozorca i machnął ręką. Uciec można wszędzie. Ziemia jest wielka. Człowiek sam jeden zawsze znajdzie sobie na niej miejsce. — A tobie co? Chcesz, żebym uciekł, czy co — zażartował więzień, uśmiechając się. — Widzisz go! Ty uciekniesz, a zamiast ciebie, kogo zamkną? Mnie wtedy zamkną. Nie, ja tak, aby gadać… — Dobry z ciebie chłop, zdaje mi się, — powiedział towarzysz Efima, westchnąwszy. Efim zgodził się naturalnie na to. — Tak, niektórzy mówią, żem dobry chłop… tak, jestem szczery, to najważniejsza. Inni ludzie robią wszystko z podstępem i chytrością, a mnie na co to? Ja jestem sam jeden na świecie. Będziesz chytry — umrzesz, będziesz prawy — także umrzesz. To zawsze lepiej iść prostą drogą. — Dobrze mówisz! — zauważył obojętnie towarzysz Efima. — A jakże? po co mam postępować niegodziwie, kiedy jestem sam jeden na świecie. Jestem, mój kochany zupełnie swobodny. Żyję, jak chcę, tak. A jak się ty nazywasz? — Jak? No… Iwan Iwanow… — Tak! Czyś duchowny? — N–nie. — Tak? A ja myślałem, — żeś duchowny… — Czy po ubraniu, czy co? — To, to! Wyglądasz zupełnie jak zbiegły mnich, albo jak wypędzony pop… Ale z twarzy to wyglądasz na żołnierza… Bóg wie, co ty za człowiek? — Efim obrzucił podróżnego ciekawem spojrzeniem. Ten westchnął, poprawił kapelusza na głowie, otarł spocone czoło i zapytał sotskiego: — Palisz tytoń? — Ach, mój kochany, dlaczegoby nie! Wtedy wyciągnął z zanadrza zatłuszczony woreczek i schyliwszy głowę, ale nie przestając iść, zaczął nakładać tytoń do glinianej fajeczki. — No — zapal! Więzień stanął i nachyliwszy się do zapalonej przez dozorcę zapałki, wciągnął policzki. Niebieski dymek uniósł się w powietrzu. — Coś ty za jeden? Mieszczanin, czy co? — Szlachcic… — powiedział więzień i splunął w bok na kłosy zboża, mające już złoty blask. — E–e! Jakże ty chodzisz bez paszportu? — A tak, chodzę… — No, no! Nie przyzwyczajone to twoje szlachectwo do takiego wilczego życia. — No dobrze już… będzie pytlował — powiedział więzień. Ale Efim z wzrastającą ciekawością oglądał człowieka bez paszportu i zamyślony, kiwając głową, mówił dalej: — Aj, aj! Jak to los igra z człowiekiem, jeżeli pomyśleć! Może to i prawda, że ty szlachcic, dlatego to masz taką okazałą postać. Dawno już tak żyjesz? Człowiek z okazałą postacią popatrzył ponuro na Efima i machnął ręką, jakby chciał odpędzić natarczywą osę. — Przestań! Cóż tak naprzykrzasz się jak baba!? — Nie złość się! — powiedział uspokajająco Efim. — Ja tak z dobrego serca mówię… mam bardzo dobre serce. — Twoje szczęście… Ale to, że twój język miele bez przestanku — to moje nieszczęście. — Już będę milczał… można i milczeć, jeżeli człowiek nie chce z tobą rozmawiać. Ale ty złościsz się bez przyczyny. Czy to moja wina, że przyszło ci teraz żyć, jak włóczędze? Więzień stanął i tak ścisnął zęby, że jego kości policzkowe wyglądały jak dwa ostre rogi, a siwa szczecina na nich najeżyła się. Zmierzył ze złością Efima od stóp do głowy przymrużonemi oczyma. Ale zanim Efim dostrzegł tę mimikę, zaczął znowu mierzyć ziemię wielkimi krokami. Na twarzy gadatliwego sotskiego widać było zamyślenie. Patrzył ku górze, skąd spływał śpiew skowronków i poświstywał przez zęby, machając pałką w takt swoich kroków. Dochodzili do brzegu lasu. Stał nieruchomy, jak ciemna ściana — ani jeden dźwięk nie wychodził z niego na spotkanie podróżnych. Słońce już zachodziło, a jego ukośne promienie czerwieniły i złociły wierzchołki drzew. Drzewa pachniały wilgocią; zmrok i milczenie, napełniające las, rodziły dziwne uczucie.

Przyszedłszy na kraj lasu, Efim i jego towarzysz postanowili odetchnąć i usiąć na trawie koło szerokiego pnia dębowego. Więzień powoli złożył z pleców węzełek i zapytał obojętnie sotskiego: — Chcesz chleba? — Daj to zjem — odrzekł Efim, uśmiechając się. I milcząc, zaczęli jeść chleb. Efim jadł powoli i ciągle wzdychał, spoglądając gdzieś na pole, na lewo od siebie, a jego towarzysz ciągle uśmiechał się, jadł szybko i mlaskał głośno, oglądając swoją kromkę chleba. Pole pociemniało, zboże traciło już złoty koloryt i stało się różowo-żółte, na południowo–zachodniej stronie nieba pełzały chmurki, od których na pole padały cienie, padały i pełzały po kłosach ku lasowi, gdzie siedziały dwie ciemne ludzkie postacie. I od drzew powstał także na ziemi cień, a od cieniów wiał do duszy smutek. — Chwała Tobie, — Boże! rzekł Efim, zebrawszy z poły płaszcza okruszyny chleba i zlizawszy je z dłoni językiem. — Pan Bóg nakarmił, nikt nie widział, a kto widział, ten nie obraził się. Przyjacielu, posiedzimy tu z godzinę? Przecież przyjdziemy na czas do więzienia. Przyjaciel skinął głową. — No, tak… Miejsce bardzo ładne, pamiętne dla mnie miejsce. Ot, tam na lewo, mieli dwór państwo Tuczkowie… — Gdzie? — zapytał szybko więzień, zwracacając się w stronę, w którą Efim machnął ręką… — A, tam… tu wszystko do nich należało. Bogaci byli państwo, ale potem, po uwłaszczeniu włościan, zniszczeli… Ja także byłem ich, my wszyscy do nich należeli. Była wielka rodzina… Sam pułkownik, Aleksander Nikiticz Tuczkow. Były dzieci: czterej synowie, gdzie się oni teraz podziali? Tak, jakby ich wiatr rozwiał, jak liście w jesieni. Jeden tylko Iwan Aleksandrowicz został. Ot, prowadzę ciebie do niego, on jest u nas naczelnikiem powiatu… Stary już… Więzień zaśmiał się. Śmiał się głucho, jakimś dziwnym wewnętrznym śmiechem — piersi i brzuch jego trzęsły się, ale twarz była nieruchoma, tylko przez wyszczerzone zęby wyrywały się głuche, jakby gniewne dźwięki. Efim bojaźliwie najeżył się i przyciągnąwszy do siebie pałkę, zapytał go: — Co ty? Naszło co na ciebie? — Nic, to tak, przejdzie, — powiedział więzień urywanym głosem, ale łagodnym. — Opowiadaj dalej… — Tak… Byli państwo Tuczkowie i niema ich. Jedni umarli, drudzy przepadli gdzieś i ani słychu o nich. Szczególnie jeden był… najmniejszy. Nazywał się Wiktor… Wicio. Byliśmy przyjaciółmi. Kiedy uwłaszczyli włościan, mieliśmy po czternaście lat. Taki był miły, daj Boże spokój jego duszy. Tak zawsze skakał i krzyczał… Gdzie to on teraz? Żyje, czy już nie? — W czem był najlepszy? — pytał cicho Efima jego towarzysz. — We wszystkiem! — krzyknął Efim. — Był ładny, mądry, miał dobre serce… Żebyś wtedy zobaczył nas dwóch, aj, aj, aj! Jakeśmy się bawili, jakie to było wesołe życie! Bywało krzyknie — Efim! Idziemy na polowanie! Miał strzelbę, — ojciec dał mu ją na imieniny — i mnie bywało przyniósł strzelbę! Wracamy do domu, — on dostaje naganę, a ja kije; patrzysz, a na drugi dzień znowu. — Efim na grzyby! Ptaków nabiliśmy z nim — tysiące! Grzybów zebraliśmy — pudami. Nałapał motyli, chrabąszczy, bywało, nabijał je na szpilki i do pudełek… Zajmująca to rzecz! Uczył mnie czytać i pisać… Efim powiada, będę ciebie uczył. Chodź! I zaczął… Mów, powiada — a! Ja wrzeszczę — a–a! Śmiech! Zrazu była to dla mnie zabawka — ale po co to wieśniakowi?… A on stara się mnie przekonać: na to, powiada, masz głupcze wolę, abyś się uczył… Będziesz, powiada, umiał czytać i pisać, — poznasz, jak trzeba żyć i gdzie szukać prawdy». Wiadoma rzecz, że małe dziecko pojętne, nasłuchał się widocznie u starych takich rzeczy, i sam zaczął mówić to samo… Nauka w sercu, serce i prawdę pokaże… Ono ma bardzo bystry wzrok… Tak uczy mnie… tak zabrał się do tego, że nie daje mi odetchnąć!… Mordował mnie! Ja proszę: Wicio, powiadam, mnie nauka niepotrzebna, nie mogę uczyć się, zmęczyła mnie… A on jak nie wrzaśnie na mnie! Wybiję nahajką papy — ucz się! Ach ty zlituj się! Uczę się… Raz uciekłem z lekcyi! On szukał mnie ze strzelbą cały dzień — chciał mnie zastrzelić. Potem mówi mi, gdybym, powiada, spotkał ciebie w ten dzień, zastrzeliłbym. Taki był ostry! Nieugięty, ognisty, cały pan. Lubił mnie; płomienna dusza. Raz ojciec poprzecinał mi trzciną skórę na plecach, a jak on, Wicio, zobaczył to, przyszedł do nas do chaty, do mojego ojca, pobladł cały, zatrząsł się, zacisnął pięści i stawia się do ojca. Jakeś śmiał! — powiada. Ojciec mówi — przecież jestem ojcem! Aha! No dobrze, ojciec, będziesz miał takie same plecy, jak Efim. Zapłakał po tych słowach i uciekł. I cóż ty powiesz na to? Dotrzymał słowa. Widocznie podmówił dworskich, czy co? Raz ojciec przyszedł do domu, kwęka; chce zdejmować koszulę, a ona przyschła do ran na plecach. Rozgniewał się na mnie wtedy ojciec — za ciebie, powiada, cierpię, ty pański lizuniu. Dał mi ojciec za to… Ale co do pańskiego lizunia, to nieprawda, nie byłem takim… — Prawda, Efimie! nie byłeś! — potwierdzająco powiedział więzień i drgnął cały, — to widać i teraz, że ty nie mogłeś być pańskim lizuniem, — dodał jakoś spiesznie. — Tak, tak! — krzyknął Efim. — Po prostu lubiłem go, Wicia, niby… Wszyscy go lubili — nie ja jeden. Bywało, mówi, rozmaite rzeczy… nie pamiętam tego, trzydzieści lat minęło już od tego czasu… Ach Boże! Gdzież on jest teraz? A jeżeli żyje, to czy jest na jakiem wysokiem stanowisku, czy też… Życie ludzkie wre i wre, a nic dobrego nie ugotuje się… A ludzie giną… i żal ludzi, aż do śmierci żal! — Efim westchnął ciężko i spuścił głowę na piersi. Z minutę panowało milczenie. — A mnie żal ci? — zapytał wesoło więzień. Pytał rzeczywiście wesoło, cała twarz jego była rozjaśniona takim ładnym, dobrym uśmiechem… — A to z ciebie dziwak! — zawołał Efim. — Jakże ciebie nie żałować? Cóż ty jesteś, jeżeli nad tem pomyśleć? Jeżeli włóczysz się, to widocznie nie masz niczego na tej ziemi, ani kącika, ani trzaski… a może nosisz z sobą jeszcze jaki wielki grzech — kto tam wie? — Tak… — powiedział więzień. I zamilkli znowu obaj. Słońce już zaszło i cienie były gęstsze. W powietrzu czuć było zapach wilgotnej ziemi, kwiatów i leśnej pleśni… Siedzieli długo, milcząc. — Bardzo tu ładnie, ale trzeba iść… Zostało nam jeszcze ośm wiorst. Hajda, ojcze, wstawajcie! — Posiedźmy jeszcze chwilę — prosił więzień. — Dobrzeby było, ja sam lubię być nocą koło lasu… Ale kiedyż przyjdziemy do naczelnika powiatu? Wyłaje mnie, że późno… — Nie, nie będzie łajał… — Może ty wstawisz się? — uśmiechnął się sotski. — Mogę. — Naprawdę? — A co? — Figlarz! Da ci on pieprzu! — Czy on zły? — Zły i prędki! Jak da pięścią w kark, to tak samo, jakby kosą nogi podciął. — No, ale my damy mu radę — powiedział więzień, klepiąc swojego dozorcę po plecach. To było poufale i nie podobało się Efimowi. W każdym razie jest on przełożonym i więzień nie powinien zapominać tego, że Efim ma w zanadrzu miedzianą blachę. Efim wstał, wziął w rękę laskę, wywiesił blachę na samym środku piersi i powiedział ostro: — Wstawaj, pójdziemy! — Nie pójdę! — powiedział więzień. Efim zmieszał się i wytrzeszczywszy oczy milczał pół minuty, nie pojmując, dlaczego z więźnia zrobił się nagle taki figlarz? — No, nie ociągaj się, chodźmy! — powiedział już łagodnie. — Nie pójdę! — powtórzył stanowczo więzień. — Co to znaczy, nie pójdziesz? — krzyknął Efim ze zdumienia i gniewu. — Tak. Chcę tu z tobą nocować… No, zapal ogień… — Ja ci dam nocować! Ja ci rozpalę taki ogień, że aż miło! — groził Efim. Ale w głębi duszy był zdziwiony. Mówić — nie pójdę i nie okazywać niczem oporu, nie zaczynać bitki, leżeć na ziemi i więcej nic. Jakże tu bić? — Nie krzycz Efimie — powiedział spokojnie więzień. Efim umilkł znowu i patrzał na niego wielkiemi oczyma. A ten także patrzył na niego i uśmiechał się. Efim rozmyśliwał nad tem, jak ma teraz postąpić. Dlaczego ten włóczęga taki ponury i zły cały czas, rozbawił się teraz tak nagle? A co będzie jeżeli rzuci się na niego, zwiąże mu ręce, da parę razy w kark i koniec? I najbardziej poważnie rozkazującym tonem, na jaki tylko mógł zdobyć się, powiedział: — No, wstawaj! Albo zwiążę cię, a wtedy pójdziesz, nie bój się! Zrozumiałeś? No? Uważaj — będę bił! — Mnie? — uśmiechnął się więzień. — A ty co myślisz? — Wicia Tuczkowa, ty, Efim Gryzłow, będziesz bił? — Ach ty… łajdaku! — krzyknął zdziwiony Efim — czy ty naprawdę? Co ty mi gadasz? — No, nie krzycz, Efimie, poznaj–że mnie — rzekł więzień, uśmiechając się, i wstał. — Jak się masz? Efim cofnął się w tył przed wyciągniętą ręką i szeroko rozwartemi oczyma patrzył na twarz swojego więźnia. Potem zadrgały mu usta, a cała twarz zmarszczyła się… — Wiktor Aleksandrowicz… i to pan? — pytał szeptem. — Chcesz? — pokażę papiery. Ale to lepsze od wszystkiego — przypomnę ci stare czasy… Pamiętasz, jak wpadłeś w Rameńskim lesie do wilczej jamy? A jak ja polazłem za gniazdem na drzewo i zawisłem głową na dół? A jakeśmy kradli śliwki u starej mleczarki Piotrowej? I jak ona opowiadała nam bajki? Efim siadł na ziemi i uśmiechnął się. — Uwierzyłeś? — pytał go więzień i także siadł obok niego, zaglądając mu w twarz i położywszy mu na plecy swoją rękę. Efim milczał. Wokoło nich zrobiło się całkiem ciemno. W lesie powstawał smutny szum i szept. Daleko, gdzieś w gęstwinie, odezwał się ptak nocny. Chmura pełzała ku lasowi ledwo dostrzegalnym ruchem. — Cóż, Efimie, nie zadowolonyś ze spotkania? Czyś też bardzo rad? Aj ty… dobra duszo! Jakim byłeś będąc dzieckiem, takiś i teraz… Efimie? Powiedz–że co, kochany dziwaku! Efim zaczął usilnie ucierać nos w połę płaszcza… — No, mój kochany! Aj, aj, aj! — pokiwał głową więzień. –Cóż ty? Wstydzisz się? Przecież idzie ci już na piąty krzyżyk, a zajmujesz się taką drobnostką? Daj spokój — i objął sotskiego w ramiona i potrząsł nim lekko. Sotski zaśmiał się drżącym śmiechem i przemówił nakoniec, nie patrząc na swego sąsiada: — Ta przecież co?… Rad jestem… To pan? Jakże mnie w to uwierzyć? Pan –Wicio… w takim stanie! Do więzienia… Nie ma paszportu… Chlebem się żywi… Niema tytoniu… Czy to jest porządek na świecie? Gdybym to ja był… a pan, żeby choć sotskim… to byłoby lepiej! A teraz cóż? Jak ja mogę panu popatrzeć w oczy? Zawsze myślałem o panu z radością… Wicio, myślisz, bywało… aż serce drży z radości. A teraz. Mój Boże… gdyby tak ludziom powiedzieć, nie uwierzyliby… Mruczał oderwane zdania, patrząc uporczywie na nogi i ciągle łapał się to za piersi, to za gardło. — A ty ludziom o tem wszystkiem nie mów, nie potrzeba. I przestań… czyś ty temu winien? Nie niepokój się o mnie… Mam papiery, ale nie pokazałem ich sołtysowi, żeby mnie tu nie poznali… Do więzienia mnie brat Iwan nie wsadzi, przeciwnie, pomoże mi postawić się na nogi… Zostanę u niego i będziemy znowu chodzili na polowania… Widzisz, jak wszystko układa się ładnie. Wicio mówił to uprzejmie, takim tonem, jakim dorośli pocieszają zmartwione dzieci. Naprzeciw chmurze z za lasu wschodził księżyc, a brzegi chmury, posrebrzane jego promieniami, przybierały miękkie opalowe odcienie. W zbożu odzywała się przepiórka i trzeszczał gdzieś chruściel… Nocna mgła stawała się coraz gęstszą. — To prawda — zaczął cicho Efim — Iwan Aleksandrowicz poradzi rodzonemu bratu. I pójdziemy na polowanie… Tylko to wszystko nie tak… Ja myślałem, że pan coś zrobi w życiu! A tu — ot co… Wicio Tuczkow zaśmiał się. — Ja. mój kochany Efimie, zrobiłem dość… Puściłem majątek, byłem potem aktorem, byłem kupczykiem w handlu lasami, potem sam trzymałem aktorów — potem spaliłem się do szczętu, zostawiłem masę długów, wmieszałem się w jedną historyę… ech! Wszystko było… I — wszystko przeszło! Więzień machnął ręką i zaśmiał się. — Ja, mój kochany Efimie, teraz już nie pan… wyleczyłem się z tego! no ocknij się! — Ja przecież nie… — powiedział Efim zdławionym głosem, tylko wstyd mi. Mówiłem panu tu różne takie słowa… Przecież ja chłop… To powiada pan, zanocujemy tu? Rozpalę zaraz ognisko… — No rozpal… Więzień wyciągnął się na ziemi, do góry piersią, a sotski znikł w krzakach leśnych, skąd natychmiast rozległ się trzask suchych gałęzi i szmer. Wkrótce zjawił się Efim z wielką wiązką chrustu, a po minucie, po małym pagórku z drobnych gałązek pełzały już wesoło ogniste węże. Starzy przyjaciele, zamyśleni, patrzyli na nie, siedząc naprzeciw sobie i paląc po kolei fajkę. — Zupełnie jak wtedy, — mówił ze smutkiem Efim. — Tylko już nie te czasy — powiedział Tuczkow. — Tak, życie jest gorsze… jak ono pana złamało. — No, to jeszcze nie wiadomo — czy ono mnie, czy ja je… — uśmiechnął się Tuczkow. Zamilkli. — A? Mój Boże! Wicio! — zawołał Efim gorzko. — E, dość tego! Co było — to przeszło — pocieszał go filozoficznie Tuczkow. Za nimi wznosiła się ciemna ściana, cicho szepczącego o czemś lasu, wesoło trzeszczał ogień, w koło niego pląsały cicho cienie, a na polu leżała nieprzejrzana ciemność.

Comentarios

Cargando comentarios…