Życia mego kwiat — całość
Za cmentarnym wzrósł murem — tam, gdzie nie dosięgaZ promieni srebrnych szczęścia ani jedna nitka,Gdzie gnieździ się rozpaczy jadowita, brzydkaŻmija — gdzie złych przeznaczeń rozpostarta księga.
„Z dziką radością namiętnego graczaRzuciłam kości — aby rozstrzygałyO moim losie. — Stało się — świat całyZda się ciężarem mnie swoim przytłacza,Przegrałam“.
„Śmiech we mnie fałszem wybucha i zgrzyta.Rażą mnie śmiechu głośne błyskawice“.
„Marzenia śniłam rozległe, kuszące,Jakiem życie tak obficie darzy;Ślub czynić chciałam u piękna ołtarzy,Na ukwieconej wznoszących się łące!“
„Dusza się moja łaknąca i głodnaBeznadziejności okryła żałobą,Rwie w Twoje ślady, źle mi — weź mnie z Sobą!“
„O, któż zna słodycz pocałunku Siostry,Której nie widząc, czuję koło siebie?“
Widzę, jak życia mego kwiat w cieniu usycha...Zakwitł późno — i znikąd opieka troskliwaNie wyjrzała ku niemu. Kwiat mój dogorywa;Sypią się bezszelestne płatki u kielicha.
Za cmentarnym wzrósł murem — tam, gdzie nie dosięgaZ promieni srebrnych szczęścia ani jedna nitka,Gdzie gnieździ się rozpaczy jadowita, brzydkaŻmija, gdzie złych przeznaczeń rozpostarta księga.
Inne przepychem kwitną w rozkosznym ogrodzieStrojne wonią, owiane szczęścia wiosną młodą:Słońce im jaśniej świeci, wiatr całuje słodziej.
Żyją piękne i drugim stają się osłodą:Kwiaty miłości. — Jakże to dziwnie się zdarza,Że tak blisko kwiat więdnie za murem cmentarza!...
Chaos i zamęt — skąd żadna ścieżynaNie wiedzie prosto do życia podwoi.Świat się ponurym płaszczem nocy stroiA groza sieć swą zdradziecko rozpina.
Gdziekolwiek spojrzę — widzę obłąkańczoŻądzą ratunku załamane ręce,Tłumione prośby, jak skargi dziecięce,Kłębią się rojną, rozliczną szarańczą.
Idę przez mroków labirynt zawiły,Złowróżbnych znaków zaklętą dziedzinęZ pewnością dziwnie jasną, że tu zginę,Bo z każdą chwilą słabną moje siły.
Gdy własnej śmierci stanę oko w okoOdetchnę z ulgą. Ciemnym drogowskazemDo bram nicości był mi ból. Z nim razemŁaknę się ciszą upoić głęboką.
Na rusztowaniu niezdarnem i kruchemMym ideałom wznieść chciałam świątynięWierząc, że moja myśl nigdy nie zginie,Lecz uwięziona tam — żyć będzie duchem.
Marzenia śniłam rozległe, kuszące,Jakiemi życie tak obficie darzy;Ślub czynić chciałam u piękna ołtarzy,Na okwieconej wznoszących się łące.
Nie wiem, czy padły złych oczu uroki,Czy upojenia poniosły mnie chore,Że gmach mój runął — a ja w świat szerokiWygnana — noszę jadowitą zmoręPamięci, zbrojnej szponami ostremi...Igraszka złudzeń — nędzna córa ziemi.
Z dziką radością namiętnego graczaRzuciłam kości — aby rozstrzygałyO moim losie. Stało się — świat całyZda się ciężarem mnie swoim przytłacza.Przegrałam. Wkoło współczujące twarzeWpatrzone we mnie. Precz! ja się nie skarżę.
Do domu zdążam — gdzie nikt mnie nie czeka,Nikt ze mną krzyża nie dźwignie sromoty,Bo któżby zechciał w dzień jasnością złotyKwilić nad dolą jednego człowieka?I tylko ujrzę w odbiciu zwierciadłaBezradę, która mną całą owładła.
Boję się spojrzeć w zimne prawdy lice.Pójdę, gdzie droga włóczęgom ubita.Śmiech we mnie fałszem wybucha i zgrzyta,Rażą mnie śmiechu głośne błyskawice...A za mną życie szumi w słodkim gwarzeTych, co wygrali — Nie! Ja się nie skarżę.
O, ty w swej bezwzględności niepojęte życieNie zwykłoś nigdy słuchać szmeru tych pacierzyCzłowieka-niewolnika, który jednak wierzy,Że za nadzieje zwiędłe zapłacisz sowicie.
W jarzmo trudów i znojów kwitnące istotyBierzesz — a nienawistne, gdy pragną okowyStargać — ty się uśmiechasz, że ich czyn jałowyI trwalej mocniejszymi zacieśniasz oploty.
Mnie w darze dało życie wolność — upragnionąMilionem tych potężnych, co się rodzą bujniMądrości skarbem i szukają szczęścia w spójni
Z równymi sobie — lecz im w losach przeznaczoneW zaprząg stanąć; gdy duch mój prawa sobie rościDo wzlotu — sił mi nie dano — więc cóż z wolności?
Znowu się ociężały dzień budzi powoliZ nocy, bez snów gwiaździstych, bez żalów słowika,Bez upojeń miłości i śmiechu swawoli;Senność ubezwładniła mózg, do krwi przenika.
Ołowiem w myślach waży — zasię pod jej wodząMrocznych godzin korowód pogrzebowy kroczy...Bez pocałunków słońca południa przechodzą,Patrząc ospale nudą w ludzkie ciche oczy,W twarze zorane czasem. — I znów dziś, jak co dniaPopchniemy doczesności taczkę ciężką — po to,By nas prędzej czy później przeznaczenia zbrodniaBezkarnie w grób rzuciła. Myśl zmęczona boli,Śmiertelnie ranna własnych wysiłków głupotąW ten dzień, co ociężały budzi się powoli...
Śpij serce! Burza zcichła, ucieka skrzydlata,W tryumfalnym pochodzie płoni się pożogąZachodu. — Już cię groźby straszyć nie mogą.Kołysanką ci będzie daleki gwar świata.
Może niebezpieczeństwo, jak chytra panteraZaczajone, nie weźmie w swoje posiadanieCiebie, bo na snu straży obojętność stanie,Której pierś marmurowa wszelki cios odpiera.
Kłamstwo krasą odziane i szczęścia ułudaUsypiających pragnień serca nie podsycą,Może się im w zachwytu szał porwać nie uda.
Śnie bez przebudzeń!... W długiej życia poniewierceStłukła się czara, złudzeń zdziałana skarbnicą;Obojętność ster wzięła i czuwa — Śpij serce!
Szare znużenie wlokąc ciężkie szatyI skrzydeł swoich olbrzymi cień śniady,Wkracza milczące wśród gwarnej biesiadyI rozpościera kir na stół bogaty.
Niedomówione słowo rzuca w przepaśćRuchem leniwym, co męczy i nudzi.A dusze łamie, choć w zuchwałym trudzieWalczą, ażeby nie runąć, by nie paść...
Wśród barwnych tłumów, przez świateł tysiąceKładąc na oczy niemocy ciężary,Zamyka serca rozkoszą drgające.
I chociaż chroni mnie beztroski zbroja,Stłacza mi piersi znużenia wzrok szaryI w twarz złowieszczy ciska syk: Tyś moja...
Rzuć w proch uliczny bogactwo twej duszy!I nie płacz po niej.Wierz, że potęga gwiazd ciemność rozprószy,Życie odsłoni.Powiedz, że hojność twa nie jest ofiarąI kwiat subtelny rzuć w codzienność szarą:
Jeśli rozkwitną z pod grubych warstw prochuPyszne kielichy,Oślepi zgraję sytego motłochuIch urok cichy.Głoś, że nie zawsze cud bańką mydlaną,Że prawdy z mglistych oparów powstaną...
Skarbem mym — dusza pokutnica,Która ból swój w głębinach ukryła,Żary pragnień na popiół zgasiła,Lodem wieje, jak głucha ciemnica.
A nadzieją czas ten, który zniszczyWątek myśli, w nicości topieleStrąca serce i jego weseleI odchodzi precz od onych zgliszczy.
A koroną mej zbolałej skroniRezygnacji i jadu przędziwa,Ciężar zwątpień i męka dotkliwa,Kwiaty, — sny już powiędłe, bez woni.
Berłem w ręku mi została pustaSnów łodyga, owoc jej zerwanyHen potoczył się — tylko drewnianyPręt pozostał — łzy ócz, żądne usta.
Błogosławion bądź, smutku, żeś zmiótł władczym giestemBarwne, ale bezduszne, przędze moich rojeń;Żeś odrzucił precz myśli od chorych upojeń.Dzięki ci, że chrzest wziąwszy twój — człowiekiem jestem.
Niejedna mi na serce żarem padła chwila,Rzucając smugę bolu w jasne tło pamięci.Błogosławię ci przecież — bo twoja głąb nęciDuszę i tajemnicy jej świętej uchyla.
Błogosławię ci, smutku, żeś na ciosy doliUczynił mnie jak głazów kamienne postacie,Niedostępną wszystkiemu, co rani i boli.Przed wielką się wszechmocą twego władztwa kłonię,Smutku wzniosły, dostojny, wielki majestacie,Któryś zszedł w mą szarzyznę w królewskiej koronie.
Nie wiem, dlaczego — gdy się słońce śmiejeCierpienie staje w progu mego domu:Przychodzi znikąd, pełza pokryjomu,Snuje po kątach dawnych zdarzeń dzieje.
Gdy bzów baldachim, jak w bajce, jak we śnieZ tęsknotą cichą uchodząc w pustkowie.Poruszą szeptem zwierzeń kochankowie.Czemuż me serce krwawi się boleśnie?
A kiedy chmurną płachtą się odziewaŚwiat, pod posępną kryjąc się kopułą,Gdy gną się smutkiem ociężałe drzewa.
Wtedy radosne w duszy drgają struny,Jakąś melodję rozlewną i czułąNucą spokoju mojego zwiastuny.
Przed zagadką twych oczu czuję dziwną trwogę —W zdumiewającej głębi odnaleść nie mogęJednego tchnienia myśli. Jak stojąca wodaTak mętne. Jakże pięknych twoich oczu szkoda!
Barwą mamią i kuszą — a kiedy się schylęNad ich pustką — jak mrące trzepocą motyleSkrzydłami swoich powiek, nie mając ochotyUkazać oczom drugim bezdennej martwoty.
Niepewność pytające mi usta zamyka;Ciekawość przezwycięża wysiłek szalony.Żadnego tajemnicy nie wydasz promyka?
Trwożę się niemych oczu nicością tajemnąSzukam, gdzie niewidzialnej początek zasłony?Obca, nieodgadnięta zagadka przedemną...
Niekiedy w rojnym tłumie, gdy się spotka dwojeSpojrzeń obcych — wyrzekną sobie w lot, bez słowa,Jaka czeluść piekielna w każdem z nich się chowa,Jakie niewyczerpane tęsknoty w nich zdroje.
W cudzej duszy Gehenna własnych mąk odbitaBraterskim węzłem łączy dwa ludzkie istnienia,Niechęć do ludzi w litość serdeczną się zmienia,Na jedną chwilę dobre współczucie wykwita.
Gorżka świadomość życia waży ból drugiego,Czarną wstęgę zadumy chciałbyś zdjąć mu z czoła —I płakałbyś z nim razem nie wiedząc dla czego.
Ale płynącej fali ludzkiej wir pochwyciPrzechodnia i poniesie — i już nic nie zdołaPo raz wtóry zgubionych spojrzeń związać nici.
W dusznej sali, gdzie blaski słońca ścian nie pieszczą,Miejsce twe cudzoziemcze. W oczach ci się żarzyTrawiący płomień, który goreje złowieszczoGwiazdami czarnych źrenic wśród kredowej twarzy.
Głucha zaduma wrosła w twe rysy z marmuru.Nie odgaduję całej twego życia treści,Lecz przeczuwam, że w piersi tej w pancerz munduruWtłoczonej — serce chore i smutne się mieści.
Nie idziesz w bój — w walecznych nie postaniesz rzędzie,Ramię się pod ciężarem ugnie karabinu;Ty w zapylonych murach giń! Zawsze i wszędzieSilni ozdobią skronie wieńcami wawrzynu.
Myśli twe jak spłoszone ptaki, kiedy wzlecąNad ziemią, w nieskończony szereg się rozwiną
I pędzą. Głowę ręką swą wsparłeś kobiecą.Czy za płomienno-oką tęskno ci dziewczyną?
Czy opuszczonej matki brak ci dobrej dłoni,Ojczystych pieśni echa, namiętnego tańca,Czy dalej gdzieś w obłoczne światy myśl twa goniI buja niepochwytna od krańca do krańca?
Czy wiesz, jak ręka doli dziwnie bywa psotną?Któż zgadnie, czy nie tęskni jak ty szereg całySerc — w twojej znów ojczyźnie — i drogą powrotnąCzy się z tamtemi myśli twe nie skrzyżowały?
Milczysz, choć może usta twe pragną spowiedzi.Pracą uciszasz duszę w bolesnej rozterce...I nie wiesz, że za szybą opodal — cię śledziDwoje oczu i bije cudzoziemki serce.
Pożółkły las ulewnym deszczem złotaPłaci za szczęście lata nazbyt rącze,Z jękami wichru jęk skargi się plącze,Śmierć nożycami tnie nici żywota.
Szum dumnych szczytów potęgą swą wołaLitości — szepce błagania żebracze,Olbrzym, złamany losem głośno płaczeI traci djadem królewskiego czoła.
Z każdą godziną urasta niestetyNiedocieczona wszechwładza zniszczeniaPrzepyszne drzewa w potwory przemienia,Upiorne wznosi ku niebu szkielety.
Jezioro — niegdyś drzemiące pod czułąOsłoną liści drży — bo w jego sieciJasnych dziwadeł padł hufiec, co świeciPod czarnych niebios sklepioną kopułą.
Widmo jesienną nocą w lesie chodzi,Zbłąkane o pień drzewa się owinie,Na każdej coraz przystaje ścieżynie,Po barwnej liści strąconych powodzi.
Konary drzew pod zimną z mgieł zasłonąGną się — z ich ramion czas resztki odziera,Opustoszały las milknie... umiera —Opadłych liści złote stosy płoną.
Miłości mocnym węzłem myśmy byli skuci...Dawno od nieświadomej ręki padłem kuli,Ostatnia moja myśl do piersi ciebie tuliJedyna — niech twa pamięć kwiat mi na grób rzuci.
Duch mój nad ziemią zawisł, powraca z daleka:Męka życia jest słodszą od grobowej ciszy —Skłoń nad mogiłą głowę — serce twe usłyszyJak cię tęsknota moja przyzywa i czeka.
Wreszcie mi pośród świateł klęknąć będzie możnaPrzy Tobie. — Wstał dzień, co umarłych żywym zbliża;Ulękniesz się mnie? Odpędziłaś znakiem krzyżaCiemne przeczucia śmierci. Pomnę — byłaś trwożna...
Z jasnego morza ogni wznoszą się obłoki,Pada blask na grób pusty z tablicą zatartą,
O, być godnym litości krótką chwilę — warto!Bo ty jaśniej zaświecisz mi na sen głęboki.
Czekam... Z wiązanką kwiatów przyjdź oblubienico,Białą wdziej szatę — smucić się dzisiaj nie chcemy,Kochanko ty, przy której białe chryzantemyRumieńcem spłoną — bielą się twoją zachwycą...
Niema cię. Żal się rzucił na mnie dziką zgrają.Czas wracać — bije duchów godzina złowroga —Przebaczyłem. Zostajesz mi nad wszystko drogą,Na grobach wieńce więdną — światła dogasają.
Wracasz tu do mnie — jesteś ciągle ze mną.Ledwie mnie nocy skrzydła ukołyszą,Spływasz z obłoków ścieżyną tajemną,Aby utulić mnie tchnień Swoich ciszą.
O, któż zna słodycz pocałunku siostry,Której nie widząc, czuję koło siebie?Gwiazdy zazdroszczą mi Jej w jasnem niebie,Bo świt zsyłają brutalnością ostry,
Aby Ją gasił — Ją lekką... powiewną...Odchodzi — śląc mi wzrok, co pada do dnaNajskrytszych tęsknot, O! Ty gwiazd królewno...
Dusza się moja łaknąca i głodnaBeznadziejności okryła żałobą,Rwie w Twoje ślady. Źle mi — weź mnie z Sobą!
Kiedy wiatr słotną porą zawodzi żałobnie,Zjawiają mi się źrenic Twych zgasłe djamenty,Gdzie czar tlił uwięziony — nigdy niepoczęty...Dziś na twojej mogile samotny kwiat rośnie.
Śpiewasz pieśń, którą kiedyś śpiewałyśmy obieMłodemi usty — z duszą wcześnie spopielałą,Jednako życiem ścięte — a żyjąc tak mało,Wiatr szlocha w mojej pustce i na Twoim grobie.
Mam splotów Twoich bujne, przecudne warkocze,Co drogą głowę wieńcem bezcennym stroiły;Wiją się w tych kędziorach słodkich wspomnień pyły,Gdy je pieszcząc — za Tobą w nieznany świat kroczę.
O! jak Cię pragnę ujrzeć w noc księżycem białą,Jak roję, abyś wstała powagą milczącaI tą gwiazdą-wysłanką, którą wola strącaZmarłych, wieść mi przesłała: co się z Tobą stało?
Panie! Wznieś na mnie ciężkie męczeństwem powieki.Oczy mi ślepną z trudu, z wysiłku czekaniaI rozszalałem łkaniem pierś mi się rozrania —Wszak Ty dla udręczonych masz kojące leki.
Smutek gnał mnie do Ciebie — tęsknota pędziła.Uzdrów serce trucizną po brzegi wezbraneW Twojej mocy, złych losów uczynić przemianę;Przy miłości zaś rządy Twe sprawuje siła.
Gorące tętno skroni u Twych stóp z marmuruChłodzę — krzyk rwie się w niebo i żal we mnie taki,Jakby mi pogrzebowy dzwon śpiewał do wtóru.
Całuję długo... długo ran bolesnych znaki —A Ty z krzyża ramiona rozpięte omdlałeZdjąwszy, bierzesz w nie duszy mojej brzemię całe.
Gloria! z pod stropu świateł wzbił się głos w błękityOd szczęścia upojniejszy i czystszy od bieli —Szarpnął sercem, gdzie ból się najtajniejszy ścieliI rozperlił gwiaździstych cudów rój obfity.
Spragnioną duszę grążę w ożywczą krynicę,Klęczę — a jasność razi przymknięte powieki.O, prochu ziemski, jakżeś odemnie daleki!Śpiew słyszę — a nie nazwę go i nie pochwycę.
Jak złote meteory w przecudowną ciszęIskrzą się wzniosłej, słodkiej Prefacji rozdźwięki,Ścielą się równo, biało, jak śniegu puch miękki.Czuję, kocham i wierzę — bo śpiew Boży słyszę...
Hostja kwiatem rąk bledszych od lilji wzniesionaRwie wzrok gdzieś w pozaświaty, pod słońca sklepienie,
O! Niech się w wieczność chwila ulotna przemieni!...Mglista mi się na oczy z łez kładzie zasłona.
Światło świec w górze pełza, wzrasta lub zamiera.Błogosławieństwo spływa na schylone głowy,W przepastnych mrokach duszy rodzi się hymn nowy:„Fiat voluntas Tua in coel’ et in terra...“
Cicho już. Rząd świetlany jasność swą utracą,Jak konających kwiatów daremne nadziejeZ obłoków kadzielnicy smutna żałość wiejeA moja niepojęta męka znów powraca.
Comentarios
Cargando comentarios…