Koniki Tadzia, Stróżak, Lekcja Emilki — całość

Nie było dla Tadzia większej uciechy, nizniż kiedy mu mama pozwoliła iść do Jagodzińskich. Stary Jagodziński, wysoki, pochyły, kaszlący, z wielkęwielkimi aż do ziemi kieszeniami, w których chował tytoń, fajkę, nóż składany i różne rupiecie, był ogrodnióiemogrodnikiem w Bronowie, gdzie mieszkali rodzice Tadzia.Stara Jagodzińska, chuda, śniada kobiecina, była niezmiernie żywa i bardzo gospodarna.Mieli oni wnuczkę Felcię, domek tak schludny, tak biały, że go i za dworek wziąć można było. Na wiosnę domek ten ginął prawie wśród rozkwitłych drzew owocowych, między któremi brzęczały pszczoły i świergotały wesołe sikorki. W lecie stały przed nim, jak pochodnie, proste wysokie malwy, których ogniste kwiaty podobne były do jerzącychjarzących płomyków.Jesienią wszakże było tam namilejnajmilej. Nietylko bowiem złociły się wyborne gruszki, rumieniły jabłka, ale na wysokich tyczkach wisiały całe pęki na wpół już suchych łodyg i stręków fasoli.— Mamusiu — mówił Tadzio — jabym chciał do Jagodzińskich!— Kiedy Jagodziński teraz w ogrodzie zajątyzajęty. Niema czasu.— To do Jagodzińskiej!— Ocho! wtrąciła Rozalia, piastunka młodszej dziewczykidziewczynki, stara Jagodzińska poszła na jarmark do yniejowaUniejowa. Prosięta sprzedaje.— No to do Felci.— Ale Felci już niema: kaczątek swoich pilnuje! płótno bieli!— No to, moja mamusiu, to może choć tak tylko pójdę i posiedzę sobie, kiegykiedy niema nikogo. Moja złota!Co było robić? Mama pozwalała nieraz, a tadzioTadzio szedł do domku ogrodnika, siadalsiadał sobie na progu, i pa rzyłpatrzył to na wróbelki, to na kokoszki czubate, to na króliki, co się z pod przysieni wymykały w pobliżkąpobliską kapustę; to wreszcie na drogę, czy też nią ksokto nie wraca. Tak ogromnie chłopczyna tych ludzi kochał.— To idź, Tadziu, ale uważnie a gdyby Jagodzińska wkrótce nie przyszła, to wróć tutaj.Tadzio pobiegł.Właśnie wracała Jagodzińska i spostrzegła go pierwsza.— A, mój złoty! kochany! — wołała zdaleka. A mój królewicz najśliczniejszy! To siedzi sobie na prożku, siegzisiedzi! I czeka aż stara Jagodzińska z jarmarku się wróci? A, moje dziecko kochające, najmilsze! ŻarazZaraz ja tu stancyę otworzę. A psik, Mruczek! A pójdziesz Kurta!... Nie moglićciemogliście to panicza bawić, nicponie, kiedy JagodzińkiejJagodzińskiej nie byłr?było? — To wy tak się na honorze znacie?Czekajcie!... Nic wam nie dam, darmozjady jakieś — i otwierała z kłudki drzwi, a Tadzio maszerował przez wysoki próg do czysta wybielonej, chłodnej, pełnej kwiatów stancyi; Jagodzińska zacżynała zaczynała się krzątać.— A, żebym ja wiedziała, że takigotakiego tu gościa zastanę, to bym choć z połowę Uniejowa w fartuchu przyniosła.A tak, to tylko pierniczek...I dobywała z koszyka piernik ślicznie lukrowany i jeszcze potrząśnięty białym, różowym i niebieskim macckiemmaczkiem. Zaraz też chciała Tadzia posadzić, to na krzesełku drewnianem, to na ławce, to nawet na stole, żeby sobie okienkiem patrzał; ale Tadzio najlepiej lubił śiąśćsiąść na środku izby, na czyściuchno wymytej podłodze. Siadał, nożyny wyciągał i pytał cienkim głosikiem:— A koniki?Jagodzińska uderzyła się ręką w czoło:— A prowda! koniki!... O głowo, stara głowo!... Żem ja też o konikach dla mego królewicza, dla mego złotego pana zapomnieć mogła! Zaraz będą... zaraz!... A psik Mruczek, a pójdziesz Kurta!Biegła kobiecina do komory, brała przetak, i przynosiła w nim kilka garści prześlicznej, kolorowej fasoli.— Ot koniki — wołała od próguprogu — są! Nie poginęły! Kurta pilnował! Dobry pies.— Dobry — powtarzał Tadzio, i głaskał małą rączkęrączką nadskakującą mu psinę. Zaczynała się teraz zabawa.Najpierw wybierał Tadzio czerwone czerwoneczerwone fasolki na konie fornalskie. Fornalek czterokonne bywało po osiem i po osiem i po dwanaście nawet, a wszystkie tak równe, lśniące.lśniące, aż miło na nie patrzeć! Przy każdej fornalce brykał jednjeden maleńki źrebaczek. Z wyszukaniem tych maleńkich była wielka bieda, bo fasole ogromnie dorodne rodziły się u Jagodzińskich. Ale też kiedy fornalki ustawione już były to zajmowały całą deskę podłogi, od ztołustołu, do zielonego kufrekufra starej JadodzińskiejJagodzińskiej.Patrzał na nie Tadzio z dumą i uśmiechem. Ani w Biernacicach, ani w Zbytczycach, ani w Gostowie, nigdzie takich ślicznych fornalek nie było!Potem szły różnej maści źrebce. Tych bywała cała kupa, a wszystko to jeszcze młode i nieoprzęgane. Tych źrebców pilnował żółty piesek, Gać, na którego Tadzio wybierał co najmniejszy groszek. Ten psiak to miał prawdziwą mękę z temi źrebakami! Co ten się nie naujadał, nie nagonił, czy to na pastwisku, koło komina, gdzie cegły tylko były, czy w stajni, za pudłem, w którem Jagodzińka Jagodzińska czepki swoje chowała, czy wreszcie przy pojeniu, u cebrzyka, na którem błyszczały obręcze jak złote — ciągle te sięźrebcsię źrebce ozbiegałyrozbiegały, a Tadzio aż się zapocił nieraz tak musiał za gasiaGacia spędzać je, a dobywać głosu: Ham! ham! Ham! ham! aż zachrypł nieraz.Teraz trzeba było wybierać cuganty. Szły na nie największe fasole i najokazalsze. Z temi już nie było takiej biedy, bo w zaprzęgu chodziły wybornie. Tu dopiero podziwaćpodziwiać można było prześliczną czwórkę bułanków, szpaków, tarantów, złotogniadych, karych i gniadych jak mleko.Tak dobranych koni trudnoby i na jarmarku znaleźć, choćby w Łęczynie, choćby w Łowiczu, albo w Skaryszewie!Cóż dopiero kiedy wierzchowce zaczęły brykać, wstajni!w stajni!Te pojedynczą maścią szły najosobliwsze, uderzające figurą, ślicnemiślicznemi odmianami, a także dzielnością!Tu Szronek jak skra żywy, to Biało-nózkanóżka z czarną odmianą na czole, tu Arab gniady wysmukłwysmukły, tu Bułanek okrągły z czarnym orzełkiem, tu znów siwek prześliczny z czerwonym. Jakże się to wszystko rwało z uzdy, spiuałospinało, jakie szczupaki w powietrze dawało! Tadzio musiał je dobrze trzymać, a ciągle: a prr!... a prr!... wołać. Takie ogniste były te wierzchowce.— A gdzież to mój pan złoty na tych złotych koniach pojedzie? — pytała Jagodzińska, robiąc pod oknem pończochę.— A na wojnę! — odpowiadał chłopczyna.Jakoż zaczynała wojna. Fornalki szły pod furgony, cugowe pod armaty, wierzchowce pod kawalerję, a nawet z młodej stadniny co większe szły podkonnicępod konnicę, bo to wojna nieprzeciera, co zbrzegu to dalej! Dopieroż to jak Tadzio nie zatrąbi w złożoną piąstkę, jakże się te konie ze sobą nie zetrą! Jak nie wpadną na siebięsiebie!.. Jak nie zaczną brykać, wierzgać! Tu kawalerja na kawalerję, tu armaty na armaty, tu furgony na furgonufurgony. — I hu ha! I hu ha! Krzyk, halnshałas, zamieszanie, rżenie takie, że to aż w podwórzu słychać!Skan zawiera grafikę. Aż wtem, w największym tumanie, w największym warze bitwy jak się zlęknie tego rzeniarżenia Kurta, jakże nie wpadnie na Mruczka, jak się oba nie zwiną w kłębek, jak się nie potoczą w sam środek batalii! RozproszylisięRozproszyli się konnice i swoją i cudzą, armaty poszły w puchruch, furgony się poprzewracały do licha, cały obóz het, precz, po wszystkich kątach się rozleciał.— A psik! A pójdziesz! Krzyczy, zerwawszy się, Jagodzińska, kłębek jej z kolan spada; Kurta i Mruczek rzucają siesię na niego, a tocząc po izbie, resztę wojennego bagożubagażu zapądżajązapędzają w kąty.Już Tadziowi blizko płaczu, już mu tylko te rzęski ciemne u oczów mrugają, kiedy wtem wpada Felka z bielnika, z półbią świeżo bielonego błótnapłótna.— A pójdź-że tu, Felka! A ratuj! — woła stara Jagodzińska, napróżno goniąca za kłębkiem.— Konie nam się oto rozbiegały i nasz królewicz złoty nie ma na cżemczem jechać.— No, to ja będę konikiem! Dobrze TadzienkuTadzieńku. I Felka rzuca w kąt polewaczkę, — płótno ciska na kufer, chwyta chłopczyka w pół i na ramiona sobie sadza.Jeszcze się Tadzio nie spostrzegł, już koniuna koniu siedzi.— Na stronę kot — woła Felka — bo przeskoczę! Na bok psiak, bo cię przewrócę!A ci obaj za nią! Kurta zaczyna szczekać, za sukienkę jóją chwycił i ciągnie, kot miauczy i pazurkami się trzyma. Nie było innej rady, tylko stara Jagodzińska złapała Kurtę, złapała MyuczkaMruczka, TaddzowiTadziowi dała jednego pod jedną paszkę, dtugiegodrugiego pod drugą, i dopieroż jazda koło stołu.

— A co tam za hałas?— To stróżak wrzeszczy!— Coż mu się stało?— A nic. Tak, z rozpusty!— A kto tę szybę wybił?— To stróżak kamieniem cisnął.— A kot czego tak miauczy?— Stróżak go poturbował!— Cóż to za urwis z pod ciemnej gwlazdygwiazdy! a to bić, a kija nie zdjmowaćzdejmować z niego!...I nic innego nie było słychać w całej kamienicy o tym stróżaku, tylko takie mowy.Tak się ten chłopak wszystkim dał we znaki!Raz konewkę praczce chwycił, w kąt schował. Praczka chodzi lamentuje, wymyśla, a stróżak — patrzy i śmieje się jej w żywe oczy.— Franek mówi praczka — ty pewno wiesz, dgziegdzie moja konewka!— Ja? — Skądbym wiedział!— Boś ją schował!— Ja ją schował? Widzieliście jakem ją chował?I tak się nastawił, jakby mówił najprawdziwszą prawdę.Praczka do izby, a Franek po konewkę i na drodze ją stawia. Praczka wychodzi, patrzy, jest konewka.— W Imię Ojca i Syna! A toć konewka! A takem naglądała i nie było! Czy tuman jaki, czy co?A Franek aż się za boki bierze i pokladapokłada od śmiechu.Innym razem patrzy, wylagujewyleguje się pudel panny Gertrudy na oknie od podwórza na dole. A taki tłusty! muchy mu chodzą po nosie, a on nawet łapą nie ruszyłruszy!Ogromny pieszczoch z tedotego pudla, na somychsamych łakotkach wychowany. Frankowi już psota przyszła do głowy: próbuje ręką dostać i w ogon go uszczypnąć, ale zawysoko. Wtym nawija się kot maglarki. Ten kot także jest faworytem i także tak samo prawie tłusty, jak pudel panny Gertrudy. Spostrzegłszy kota, stróżak czwytachwyta go za yrzednitprzednie łapy, buja przez chwilę dla lepszego rozmachu, poczym bęc kotem o pudla.Naraz powstał wrzask i pisk, że opowiedzieć trudno! Kot był pewny, że to pudel go napadł, bronił się tedy zębami i pazurami. Pudel rozumiał że to kocia sprawka, a nie mogą napastnikowi dać rady, wrzeszczał w niebogłosuniebogłosy. Wkrótce ukazały się w oknach właścicielkwłaścicielki bijących się uluhieńcówulubieńców. Panna Gertruda chwyciła korakota za kark i przyłożyła mu parę klapsów.— masz!Masz! A masz!...— Proszę nie bić mojego kota! — wołcławołała maglarka. — Proszę go zaraz puścić!— A, to pani kot?... Dobrze że wiem! Pieska mego w mieszkaniu mojem napadł! Może jest wściekły!— Co?... mój kot wściekły? To chyba ten stkaradnyszkaradny pudel pani jest wściekły!— Mój pudel szkaradny?... Jak pani może tak się o moim Filonku wyrażać?I zaczęły się wymówki coraz głośniejsze a Franek aż się tarztarzał ze śmiechu. Taki był ten chłopak złośliwy i psotny!Na wołowej skórze nie spisałby wszystkich jeojego sprawek.Ojciec, jako ojciec, mało w domu siedział; to wodę nosił, to ulicę zamiatołzamiatał, to śnieg wygarniał, niewiele mógł wdawać się w te rzeczy. Ale co ta matka przeszła z tym chłopakiem, to strach! Kochał ją, bo kochał; ale cózcóż, kiedy jednej chwili nie usiedział spokojnispokojnie! Dnia nie było, żeby piekła jakiego nie zrobił. A jak ubranie darł! Nastarczyć mu nie można było. Ledwo mu matczysko uszyło koszulinę albo i kurtechkękurteczkę, już z niej w tydzień szmaty!— A czy się też pali na tobie, chłopcze! — wołała matka, załamując ręce. — A cóż z ciebie za łachmaniarz, że tak drzesz ten przyodziewek? Czy ty mysliszmyślisz, że ojcu, matbematce, z nieba kapie? TóTo ty nie wiesz, że ciężko, że każdy grosz trudny, że dobrze się trza napracować, nim się co kupi? Gdzieżeś to tak rozdarł ten rękaw?— Mamusiu złocista, ja sam nie wiem! Tak się oto rozdarło...— Nie wiesz? Ty nie wiesz?... A kto po drzewach łazi, jak nie ty? — Patrzcie ludzie! Koszula taka jeszcze dobra co z rękawami porociłporobił! Aj, chłopaku, chłopaku! Gdzie ty sumienie masz?... A toć ty nas ze wszystkiem zmarnujesz!— Mamuchno zlotazłota, ja się już poprawiepoprawię!— Poprawisz ty się wisusie, poprawisz! Z pieca na łeb! Już ja znam twoją poprawę! Codzień obiecujesz, a zawsze to samo!I prawda! Co się ten chłopak nie nacałował matki, co się nie naobiecywał, że już będz ebędzie lepszy — wszystko na nic. Ledwo przez próg przejdzie, już mu w głowie nowa psota, nowa wanturaawantura. Ojciec możeby temu i dał rady, bo miał porządny pasek rzemienny, co nim opasywał kożuch. Ale matczysko nie skarżyło się nigdy. Jeden tylko był, więc jak mcgłamogła, tak zapobiegała. Połata, wypierze, wyburczy, no i tak szło, a poprawy żadnej nie było.Ale i jej było coraz trudniej i tylko ręberęce załamywała, myśląc, co z tego będzie?Kuma i sąsiadka, Pawłowa, nieraz z nią o tym radziła.— Moja kumo złota! — mawiała stróżka — co z mego urwisa wyrośnie to ja nie wiem!A kuma na pociecępociechę:— Co ma cyćbyć, sznbicnicznikszubienicznik i tyle!Aż raz umarła w tej kamieuicykamienicy uboga wyrobnica, wdowa — i zostawiła sierotkę, małego Karolka, co jeszcze roku nie miał. ZlożyłiZłożyli się ludzie na trumętrumnę, na pogrzeb, bo tam grosza u tej wdowy ze świecą by nie znalazł, pochowali; ale kiedy przyszło o sierocie radzić, co znim począć, każdy westchnął tylko.— Ja sama czworo mam! — mówiła jedna z kobiet.— U nas też biedbieda aż piszczy! — mówiła druga.— Żeby tak większy, tobym wzięła — mówiła trzecia — posłużyłby, zakołysałby mego Jaska. Ale cóż! toż to i piastowaćby jeszcze trzeba!Więc kiedy tak stoją i radzą, EranekFranek matkę w rękę całuje i prosi:— Mamuchno złota! Weźmy tego Karolka!— Co ci w głowie?... Ja na ciebie, ty urwisie, nastarczyć nie mogę, a będę obce brała?...Ale Franek nie ustawał molestować matkę...— Mamuchno złota! Mamuchno jedyna! On taki biedny! Taki mały! Tak tam piszczy, jak ten wróbelek!Matka broniła się, jak mogła.— Daj mi ty spokój i z twoim Karolkiem! Dość ja z tobą jednym mam biedy!Franek się wyprostował, zabłysły mu oczy.— Mamo! — zawołał, bijąc się kułakiem w podartą kamizelczynę — słowo honoru mamie dajęjdaję, że jak mama Karolka weźmie, to ja się poprawię. No, już ja mamie powiadam! Ma mama moje słowo! Jak ja się nie poprawię — tom kiep!Jeszcze się w piersi bił, kiedy wszedł ojciec i postawiwszy w kącie mitłęmiotłę, rzekł:— A wiesz, matka, że ja bym tego tam bąka, tę sięrotęsierotę ze suteryny wziął...A Franek buch ojczojcu do nóg.— Tatuńciu złocisty! Tatuńciu serdeczny, jedyny!...— A tobie co chłopaku? — pyta ojciec.Ale FrrnkaFranka już w stancji nie było. Jak iskra prysnął do suteryn, dzieciaka na ręce porwał i przyniósł.

Od tego dnia trudno było poznać, co się ze stróżakiem stało. Jeszcze szaro, on już się zrywa patrtećpatrzeć, czy Karolek okryty, a jeżeli śpi, to czy mu nie zimno. Da matka śniadanie albo objad, to go nie tkniesamtknie sam, póki nie nakarmi karolkaKarolka. To myje chłopćzynęchłopczynę, to go czesze, to go piastuje, huśta, piosenki mu śpiewa, to go chodzić uczy, to siądzie z nim sobie pod słońce na progu i opowiada mu Bóg wie co, to mu latawca z deszcułekdeszczułek i papieru klei...Matka aż w głowę zachodzlzachodzi.— Moja kumo! — mówi do sąsiadki — ten chłopak, to jakby mi go kto przemienił, taki teraz spokojny, taki dobry!A kuma:— Ej! Nie dowierzać! Nie dowierzać! Niedługo to tego będzie!A nieprawda! Czas mijał, a stróżak nie ten, jakby go miodem smarował, taki posłuszny, tak uległy, taki cicyycichy.Dziwią się wszyscy w domu, aż głowami kręcą.Nikt już szyb po sieniach nie wybijał, nikt ninie dudni piętami po schodach, konewkę gdzie postawią, tam dostoi, kot z pudlem nawet już się nie biją. Aż miło! A matka tylko ręce składałskłada, a Bogu dziękuje.Nawet koszule Franek przestał drzeć; a kiedy mu matka nową sprawić chciała:— I... nie, mamuchno! — mówi — Jeszcze mi te stare wyłatajcie! A te nowe, to niechby już nena Karolka szły. Z mojej jednej dwieby miał.Sam też się czesał, mył, matczyne stare trzewiki, co mu je dała, porządniaporządnie sobie na nogach wiązał, złego słowa nikt od niego nie usłyszał.— A czy cię też Pan Jezus natchnął z tym sierotą! — mówiła stróżka do męża — Ten nasz chłopak, to się tak ze wszystkiem odmienił, taki siesię akuratny zrociłzrobił, że to daleko szukać takiego!— Dusza, nie chłopak! — mówiły o nim kobiety z podwórka.Już nawet nikt go „stróżakiem“ nie naazywałnazywał. Wszyscy mu grzecznie mówili: EranuśFranuś, Franeczek!Tak było ciągle.Aż raz, w pół roku może, siedzi ojciec przed kominem i fajkę pali, a Franek... puc go w rękę!— Cóż tam nowego? — pyta stróż.— Jabym tatuńcia prosił, żeby mnie na książce uczyć kazał, tobym potym, jak będę mądry, Karolka też uczyć mógł!Zabłysły na to ojcu łzy w oku, i matka prędko twarz fartuchem otarła, a nazajutrz Franek, uśpiwszy swego wychowańca, zasiadł nad... elementarzem.Ciekawa rzecz, jak mu też to pódziepójdzie!..

— Proszę siedzieć spokojnie i uważać na wszstkowszystko co mówię. Żadnych minek, żadnych szeptów! bo to nie żarty, to lekcja! Chińczyk! Czego się śmiejesz. Otwiera elementarz na chybi trafi. Młode osoby w waszym wieku, moje panny, powinny znać litery alfabetu na chybi trafi. A więc T. Proszę się przypatrzeć, jak wygląda ta litera alfabetu! Wszak ładna? Wiele dobrych rzeczy zaczyna się od tej litery. I tak:...Truskawki: Śliczne, rumiane są już z jednej strony, rosną w ogrodzie naszym zaraz za porzeczkami... Chińczyk! Czego się śmiejesz? Że wiem gdzie rosną, to jeszcze nie dowód, żebym tam biegała rwać je! Łakomstwo, mówi mama, jest brzydką rzeczęrzeczą. Czasem tam przechodząc schylę się po którą, ale tylko po dojrzałą; a jeśli mi droga często tamtędy wypadnie, to nie moja wina! O czemżeśmy to mówili... Ale T....Tabakierka! Jestto małe pudżłeczkopudełeczko z ciemnego drzewa, wysadzane masą perłową, z którego dziadzio zażywa tabakę. Tabakierka nie zawsze jednakowo wygląda. Stary Paweł, gajowy ma tabakierkę z brzozowej kory, z rzemyczkiem do podnoszenia pokrywki, a ksiądz proboszcz ma tabakierkę grającą, która, gdy się ją nakręćinakręci, wygrywa krakowiaki i mazurki. Ale czy z takiej, czy owakiej, tabaki zażyć, zawsze w nosie zakręci i... psik! trzeba kichnąć. Chińczyk! Cóż tam za śmiechy znowu? Nie byłeś jeszcze jak widzę, w żadnej porządnej szkole, na żadnej porządnej lekcji! MieNie umiesz się przyzwoicie zachować! Pfe... Wstyd mnie za ciebie!Moje panny, spodziewam się, że żad-zżadna z was tabaki zażywać nie będzie. Dla młodych osób w waszym wieku nie jest to stosowne.Trzeba jednak żebyście wiedziały, że kiedy dziadzio lub ksiądz proboszcz zrobi: Apsik! — CińczykChińczyk!... znowu? — to wypada grzecznie dygnąć i powiedzieć: Na zdrowie dziadzi! Na zdrowie księdzu proboszczowi! Możecie nawesnawet powiedzieć: Na zdrowie Pawłowi, bo Paweł mi obiezałobiecał królika przynieść, albo też zajączka z boru.T... T... Cóż to na T?... Turek! Pies karbowego, jest biały w żółte łaty, zły i szczeka na dziadów. Nasz Mruczuś go niecierpi i parska na niego. Tego psa, moje panny, wystrzegajcie się bardzo, bo on mi już jedną lalkę na nic roztargął. Wszystkie trociny z niej wytrząsł! Ach, jak ta lalka wyglądała, po tym wypadku, moje panny to strach! Wziął ją też JulakJulek na stracha, kijami rozparł i postawił w ogródku swoim, w maku, żeby się jej wróble bały. Ach cóż to za smutna rzecz, kiedy młoda panienka zamieni się w stracha na wróble! Chińczyk! Czego się smiejeszśmiejesz? Zdaje mi się, że zamiast na stole, będziesz musiał siedzieć pod stolemstołem! A jak i to nie pomoże, to cię osrócęobrócę na wycieraczkę do piór! WłasnieWłaśnie mówił Julek, że mu potrzeba. Na fajce taty jessjest także Turek. Nazywa się on Turcja, i ztamtąd są tureckie orzechy. Henia powtórz!... Bardzo dobrze. Bardzo dobrze.T... T... Trzcina. Jestto giętki ptętpręt, którym Marjana trzepie krzesła, dywany, a także szlafrok dziadzi i kurtkę tatusia. Służyć on także może do przetrzepania niektórych rozpustnych Chińczyków, co się ze wszystkiego śmieją. Proszę to sobie zapamiętać. Jest jeszcze trzcina gruba, gałkąz gałką srebrną ugóryu góry, na której się opiera dziadzio, kiedy idzie w pole. Nuci on sobie wtedy zazwyczaj piosneczki ztarestare, bardzo stare i podkręca wąsa.Dla młodych osób, w waszym wieku, mojęmoje panny, podpieranie się trzciną nie jest konieczne. Trzcina rośnie także nad naszym stawem, tam gdzie tatuś chodzi na polowanie na kaczki dzikie, z wyżłem swoim, Bekasem. Ta trzcina ma brunatne pałkrpałki, z których JulemJulek umie robić bardzo ładne niedźwiedzie, wetchnąwszywetknąwszy w pałkę cztery kijki zamiast nóg, a głowę z robiwszyzrobiwszy z chleba. Mówię wam, moje panny o tem, dlatdgodlatego abyście spotkając takiego niedźwiedzia, nie myślały że to prawdziwy i nie uciekały. Chińczyk, ty nicdobrego! Czego się znów śmiejesz? Spotkanie się z niedźwiędziemniedźwiedziem wcale nie należy do rzeczy śmiesznych! Nie czytałeś chyba nigdy książki z podróżami z której mi Julek opowiadał o takiem spotkaniu. Zdaje mi się, że ja cię już niedługo ztąd wyrzucę. Patrz jak Nini grzecznie siddzisiedzi, albo Lili! Po oczkach jej widać że uważnie słucha! A ty co nieuku!Cóżby tu jeszcze na T?... Tomaszowa! Niania! Bardzo ją kocham! Ona mnie piastowała, gdy byłam malutką... ot, tak jak my, moje panny! Śliczne bajki opowiada! A co ich umie, to i nie policzyć! O zaklątejzaklętej królewnie, o trzech braciach, icoich było dwóch mądzychmądrych, a jeden głupi; o barenimbaranim kożuszku. Chińczyk! Czego się śmiejesz? Czego się żeza nogi trzymasz? Czy to jest przyzwoita pozycja na lekcji? Zaraz zapiszę w dzienniku! Gdzie pióro?... Chińczyk przez całą lekcję śmieje się i trzyma za nogi! Złe sprawowanie! pałka! tak! Masz teraz! Widzisz czegoś się doczekał!Tomaszowa bardzo mnie też kochakocha. Jak robią sery, to mi zawsze daje twarożku. Ale twarożek! To także na T. Bardzo smaczny! Dostajemy go czasem do chleba na podwieczorek. Tomaszowa nosi gużądużą chustkę białą na głowie z haftowanym rogiem; mówi że to po krakowsku. Mnie zaćzaś nazywa swoją trajkotką! Chińczyk! Znowu śmiechy? A to nie do wytrzymania! Do kąta! Godzinę będziesz tu z książkami w kącie stał, rozumiesz? A my moje panny do pudełka! Lekcja już skończona! Zaraz zapiszę stopnie: Mimi — piątkę! Lili — piątkę. Dobre sprawowanie.

Comentarios

Cargando comentarios…