»Gli uccelli«

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV

Ledwie ranny promień strzeliPrzez bluszczowy liść ukosem,Krzyczy Pietro wielkim głosem:— »Gli uccelli!... Gli uccelli!«

Stara kurta zdarta srodze,Grzbiet pochyły, głowa drżąca...Pietro — kamień, ot, przy drodze,Który bieda nogą trąca.

Dookoła siwej głowyBrzęczy ptasiej gwar kapeli...Kos czarniawy, szpak perłowy...— »Gli uccelli!... Gli uccelli!«

Niegdyś Pietro młode lataDał Lombardji, miłej matce;Dziś ptaszęta nosi w klatceI tak oto się kołata.

Po kamieniach stuka szczudło,Miasto kipi przy niedzieli...Wzdyma Pietro pierś wychudłą:— »Gli uccelli!... Gli uccelli!«

Prawą rękę ma uciętą,Lewą nogę ma urwaną,Het, precz, aże po kolano,Pod Turbigo, czy Magentą.

Byłaż bitwa to szczęśliwa!Nogi za pas Szwaby wzięli,Aż do Mincio krzyk: Evviva!...— »Gli uccelli!... Gli uccelli!...«

Na lombardzkiem polu w daliMałe wzgórki sterczą z trawy...Idź i pytaj, gdyś ciekawy,Komu je tam usypali...

Przeleciała zawierucha,Ludzie o niej zapomnieli,Ani wroga, ani druha...— »Gli uccelli!... Gli uccelli!...«

Comentarios

Cargando comentarios…