Sen Jermaka

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom VIII

Wszedł i soboli kołpak cisnął z głowyPod pułap nizki, zczerniały, dębowy,Z którego ciężkie zwieszały się chmuryDymu kadzideł i ciemnej purpury.Kołpak podleciał, jak ptak krasnopióry.

Chwycił go Jermak nad czołem golonemI do nóg cara uniżył pokłonem.Car na prestole siedział. Ten był krytyW kościelne lamy, w blachy, w aksamity,Łup na Inflantach i Litwie zdobyty.

Car na prestole siedział. Drzemał może,Bo puścił z ręki kolczastą obrożęBrytana, co miał przednie łapy sparteNa szubie pańskiej; lecz oko przetwarteNa Sudiebnika car wbite miał kartę.

A palec jego pożółkły i mgławy,Powolnym ruchem przez »statja« i »gławy«Słowo: śmierć — wskazał i przez sen je ciśnie.Zbladł Szujski... Zda się ku niemu umyślnieZ sennej powieki raz po raz wzrok błyśnie.

Stoją bojary ważne. Delje, szuby,Krasne kaftany, na futrach zwierz gruby,Strzyżone brody, włos nizki u czoła,Tak jako nosił prześwięty Nikoła.Wszedł Jermak, szmery powstały dokoła.

Dziwnie-bo hardo ten wkroczył watagaW próg pański! Szabla brzęknęła mu naga.Co? Czy nad Wołgą-matuszką, nad siną,Mniema ze swoją łupieżyć drużyną?Drzeć z kupców łyka i słodkie pić wino?

Ten Timofiejka za głośno coś dmucha!Czas-by mu przyciąć sełedec od ucha...Wtem z drzemki pańskiej podniosła się głowa.Spojrzał car chytrze w bok na StrogonowaI skinął.Jermak w te ozwał się słowa:............»Śnił ja, Caru-Hosudaru,— Daj tobie Boh wszystkie lataWrogów, coś ich zbił ze świata! —Śnił ja, że z bożego daru,— (Pokłon mu i krzyż na czole!) —Jak ty siedzisz na prestole,

Co jest w złote lamy krytyI w cerkiewne aksamity,Na Połocku łupem wzięte,I w ikonów blachy święte,Z litewskiego wzięte kraju,Tak ja siedział na Ałtaju!

Boh-mi! Jak tę szablę w rękuNad kozackim trzymam Donem,Takem siedział, jak na łęku,Na lodnisku wysrebrzonemW podmiesięczne światło białe...Z jednej strony miałem strzemięZłote: Ałtaim-Oałę,Z drugiej strzemię djamentowe:Ektag-Ałtaj, w perły tkane,A pod sobą wielkie ziemie,A nad sobą gwiazdy szklane...Chroń Boh w sławie twoją głowę!

A nie skazać tego w skazkachNa najdłuższej wieczornicy,Com ja widział z tej stannicy...Biełki stają tam w zapaskach,Ze szczerego szytych śniegu,A gdzie brakło szwu i ściegu,Tam się ruda szczerozłotaOgnistymi blaski miota...Góra strzymać-bo nie możeSkarbu, co jej boki porze,I wypuszcza poprzez żebraGarście złota, garście srebra.

Tylko iść i zbierać w szłykiI bić jasne grywienniki.

A nademną miesiąc siny,A podetnną trzy doliny.

Przez tę jedną Irtysz bieży,Nad Amurem druga leży,A Jenisej trzecią płynie...Jak wzrok puścić po dolinie,Tak wzdłuż każdej rzeki bieguLudy leżą na noclegu.

Bajgaryńskie tam KirgizyU kibitek wiążą chmyzyI swe mleczne klacze doją;Tam Iszyńce jurty stroją,Na mamuta kościach wsparte,Gdzie do wnętrza patrzą gwiazdy...A jest owo pokolenieNa troisty szczep rozdarte,Od uprzęży i od jazdyZwane konne, psie, jelenie.

Tam się koszem Czukcze kładą,Tam Ostjaki z twarzą bladą,Tam Tatary mają harce,Tam Woguły i Bucharce,Samojedy i KałmukiSuszą skóry, troczą juki.Tam Baszkiry i WotjakiPrzez miesięczne ciągną szlaki,

Tam Burłaty, CzeremisyOstrzą noże, kują spisy,A po jurtach gęsto wisiSobolowy szłyk a rysi.

Hu! Co mocy w owych ludach,Co chyżości w końskich udach,Co w kibitkach dobra zdybie!Hu! Co tłuszczu w rzecznej rybie,Co białości gronostajówW oczy bije z onych krajów!

Pojrzę w zachód — Irtysz płynie,A na prawym jego brzegu,Na Ałtajskiej wierzchowinieAż do nieba leży śniegu...Spisą dotknąć tam miesiąca...A na lewo step bez końcaI kirgizkie białe czuchyI jelenie ostre słuchy.Inorodce koczowniczePoklaskują w śmigłe bicze,Od Sajańskich gór gdzieś klaszczeEcho wolne i hulaszcze.

Sto mil płynie Irtysz rzekaPod zachodnią nieba zorzę,W siny Dżajson, co z dalekaWe mgłach stoi, niby morze...Sto mil modre lenty wije,Aż w Ałtajską wpadnie szyję,

Aż go w bryzgach jasnej tęczySam Boh-Gospod z Obią zwieńczy.

Patrzę na wschód — tam uciekaW wielkich szumach Amur rzeka...Pogarbione wzgórza płowe,Bory ciemne, modrzewiowe,Niby czerńce w kutach stoją...Mnogie jurty aż się roją!Po oboim Leny brzeguNaśleg dymi przy naślegu.To Żegański Ułas sławny,Gdzie Jakuty i TunguzySzyją z renów swe kapuzyI stadami kraj bogacą,Haracz płacąc starodawny,Lecz nie tobie haracz płacą!

Chan tam Kuczum siedzi carem,Mnogie dobro bierze darem,Mnogim ludom śle rozkazy.Car-gród jego, Iskier zwany,Nad Irtyszem budowany,W pnie cedrowe, taj w ałmazy!Car tam Kuczum chanem siedziNa sobolich futer szłykach,Na jedwabnym rysim puchu...Prestoł ma na niewolnikach,Na iskrzącej gołoledziPereł nogi trzyma obie,Przed nim stoją złote szczoty,Przy nim niedźwiedź na łańcuchu.To po grzbiecie chan go skrobie,To znów szczot przesunie złoty.

Ile razy miśkę głaśnie,Tyle topór łbów utrzaśnie;Ile razy ruszy szczota,Tyle kies mu niosą złota.I puściłem oczy kołemI ostrogą Ałtaj spiąłem,I wyniosłem się na łękuNad te wody, nad te ziemie,I ścisnąłem szablę w ręku,Aż mi złote trzasło strzemię!

I machnąłem od zapadu,I dobyłem Iskier-gradu;I machnąłem od wostoku,I powiodłem jasyr w troku...I machnąłem od północy,I chan Kuczum pozbył mocy...I machnąłem z jużnej strony,I padł jego łeb golony!

I potoczył się dolinąZa tą Wołgą, za tą siną...I potoczył się z pokłonemZa tym sinym, za tym Donem...I potoczył się skróś drogiPrzez trzy góry, przez trzy szczyty,Pod prestoła aksamity,Taj pod carskie twoje nogi!

Jak daleko, jak szeroko,Zabujało teraz oko...Aż do nieba szło milczenie,Aż do ziemi pokorenie,

Wilk na pełnię zawył siry,Zakrążyły orle skwiry,Syty szakal wabił głosemPod Czukockim samkę Nosem.

— I puściłem oczy kołem,I ostrogą Ałtaj spiąłem,I wyniosłem się na łękuNad te wody, nad te ziemie,I ścisnąłem szablę w ręku,Aż mi drugie pękło strzemię!

Hej, co stepu! Hej, co głuszy!Co zdobyczy dla karmana...Hej, zahulać ruskiej duszyOd tumana do tumana!Hej, wypuścić konia-dońcaPo gwiazdami bitej drodze,Po miesięcznej tej srężodzeDo samego oceana,Do samego świata końca!

I uderzył wichr z wysokaOd obłoka do obłoka,I wyjące puścił głosy,I rozwichrzył blask perłowy.I roztargał złotogłowyI pokazał dalsze ciemnie;I stanęło serce we mnie,I stanęły na łbie włosy!

Siność wielka i drgająca,Wyłupione oczy słońca,Ani życia, ani śmierci.Tylko pustka w mózgu wierci,Tylko sen, a sen bez końca...

Ej, ty Boh mój, ej, Hospody,Tam... tam były wieczne lody!

Żebyż wieja a śnieżyca,Żebyż tucze i tumany!Nic, tylko ten obzor szklany,Wyiskrzony do księżycaUpiorowym, sinym błyskiem...Tylko cichość przeraźliwa,W którą nie śmiesz puścić słowa,Tylko sen, a sen głęboki...A nad owem lodowiskiem,Ni to martwa, ni to żywa,Z pod ikrzastej pawołoki,Głowa carska się tam kiwaNa obiedwie świata strony,Hosudarska twoja głowa!

I zacząłem bić pokłony,I wybiłem dwa soroki,

I stuknąłem w Ałtaj czołem,Aż skry poszły, taj przecknąłem.

Ej, Batiuszka ty rodzony!Sen to, sen był nawidzony...Nie odleciał kruczem piórem,Nie odleciał złotą czajką,No opętał głowę durem,Ni to prawdą, ni to bajką,Ni to widem, ni to cieniem,Ni niebieskiem zajawieniem!............I śnił, Caru-Hosudaru,— Daj Boh sławno bić twe wrogi! —Że z ziemnego świata szaruSzły w te kraje cztery drogi.A ta jedna — łzami zlana,A ta druga — kośćmi siana,A na trzeciej — krwi w kolana,Czwarta droga była pusta.Niewidzialne tylko usta,Miljonowe, ciche głosyJęk w nią słały pod niebiosy...I nie na tej łzami zlanej,I nie na tej kośćmi sianej,Lecz najwięcej było lękuNa tej wielkiej drodze jęku!

I otworzył się mir bożyOd tej zorzy do tej zorzy,I pokazał wnętrze sine,W dal bezmierną i w głębinę...

A w bezmiernej sinej dali,Siewierna się łuna pali,A w bezmiernej sinej głębiKrwawy opar się tam kłębi...

I śnił, Caru-Hosudaru,— Daj tobie Boh moc i sławę! —Że z sinego gdzieś oparuWyszły jakieś widy mętne,Jakieś mary obłąkane,Bladościami śmierci smętneI czerwienią męki krwawe...I szła na mnie ciżba całaPodniesionych rąk w powietrze,Rozwichrzonych włosów siwych,Oczu zgasłych i nieżywych —I myślałem, że mnie zetrze!

I szła na mnie ciżba cała,Od śmiertelnych twarzy biała,Od śmiertelnych tchów dysząca,Od śmiertelnych potów drżąca...

A nie same tam junaki,I nie same bohatyry;No i didy, no i żaki,No i księdzy laszej wiry,No i dziewoczki, taj matki,Taj u piersi małe dziatki.

I zaczęli iść...— Hospody!Różnem widział już pochody,Pochorony, taj i gody,A takiego nie widziałem!

I szli, szli tak... morzem całem...

Zgasłe twarze, białe brody,Włosy krucze, lniane, siwe,Zaciśnięte niemo pięście,Aresztancki szmat przez pleco,Ogolona na pół czaszka...Mary nędzne, ledwie żywe,Ledwie tchnące resztką duszy,W zmarzłych śniegów szli tak chrzęście,W wyiskrzonych lodów głuszy,Obracając na jug oczy...A nad niemi śwista szaszka,A za niemi kruki lecą,Lecą kruki od Urala,Zawywają wilki zdala...

Co i raz to kozak skoczyI nahajką grzbiety liczy.Co i raz tam padnie któryZ zamarzniętą ślozą w oku,I ustami niemo ruszy...Jeden jęk — i cisza głucha.Taki ciągną z sobą trupa,Zakutego u łańcucha,Aż do wiorsty, aż do słupa,Co tam czeka swej zdobyczy...Dół rozgrzebią i do dziury!Wiatr wygładzi, śnieg przyprószy,I nie zgadnie o pół kroku,Że tam leży trup człowiekaI carskiego sądu czeka.

I szli, szli tak, szli...Nie znaju,

Czy godziny, dnie, czy lata,Czy wiekowe pokoleniaZe swojego gnani krajuAż na kraniec, na zrąb świata,Na pustynne posielenia...No, ja patrzał tam z Ałtaju,No i widział naród cały,Jak go lody połykały...No, ja widział twoje wrogiSkróś tej wielkiej jęku drogi,Od prestolnej twej stolicy,Aż do lodów twych granicy,Walące się martwem ciałem,No, a końca nie widziałem!

Za dziadami poszły ojce,Za ojcami poszły syny,Za synami poszły wnuki.A jak padły te mołojce,I ugryzły syrej gliny,Pchały same matki-suki,Swe najmłodsze pacholęta,Nie mające kłów szczenięta...I odkryły się ciemnice,Jak szeroko i głęboko...I stanęły szubienice,Jak daleko i wysoko...I zabłysnął popod nowiemRudnik złotem i ołowiem...I skrzypnęły smolne słupy,Czekające na swe trupy...

Cichy miesiąc srebrem śnieżyPo Ałtajskiej wierzchowinie,Głucho, martwo Irtysz płynie

Skróś lodowych gdzieś wybrzeży...Głucho, martwo biją młoty,W taczki kując ręce, nogi...Wzdłuż usianej kośćmi drogiAresztanckie ciągną roty.Ciągną roty, taj śpiewają,Słowa sobie podawają,Nie tak słowa, jako łkanie,Ni to wycie, ni śpiewanie.

— »Ej ty maty, moja maty,Lepiej by się utopiła,Niż mnie, syna, porodziła!« —

Barabańszczyk w bęben bije.— »Wy gdzie?«—»W Sybir!«—»Wy skąd? Czyje?«— »Bez dosługi my sołdaty!« —

I śnił, Caru-Hosudaru,Że tam jeden chłopiec drobny,Nie mogący znieść ciężaruKazionnego karabina,Do mojego — Boh-mi! — synaKozaczońka dość podobny,Runął twarzą w śnieg do ziemi...Jak to drewno, padł na pował,Sztywne ręce rozkrzyżował,I tak został za innemi.

Poskoczyli we trzech razem,Taj feldfebel, oficery,Ten nahajką, tamci płazem...— »Trzysta pałek, marudery!« —

Barabańszczyk w bęben bije...— »Stój! Formuj się!... Marsz!«— Nie żyje.

I zjeżyły mi się włosy,I zaczułem zimnej rosy...Gwiazdy tam nad światem stały,Zimną rosą zapłakały.............I ujrzałem nad Amurem,Nad Irtyszem, nad TobolemJak żórawim leci sznuremRząd kibitek śnieżnem polem...Nad rysakiem knut zawiśnie,Dzwonek głuchy brzęk dobędzie,I pod miesiąc bagnet błyśnie,I kajdany szczekną w pędzie. —

Lecą długim korowodem...

A w kibitce na barłogu,Wywleczony gdzieś z ostrogu,Pod pałkami niedobity,Niedomorzon twardym głodem,Posieleniec w Sybir leci...

Łeb golony żółto świeci,Burą czuchą grzbiet nakryty,Sterczą kości skutej nogi,Skóra przyschła mu na ręku;Skóra przyschła na języku,Sine usta zapomniałyCzłowieczego dobyć jęku,Człowieczego dobyć krzyku,Zapomniały nawet głosu...

Hurra-ho! Szczęśliwej drogi!Szczęśliwego tobie losu!Na pohybel carskie wrogi!...

Sam tu, wołki! Sam tu, wrony!Będzie wołcze weselisko!Będziem tu gdzieś hasać blizko,Taj przepijać winem, miodem,Taj się nowym cieszyć rodem!Posieleniec w Sybir leci...Niechno się odliże trocha,Niech zapomni, a pokocha...Posieleniec posielony,Chce — dostanie cztery żony,Byle tylko płodził dzieci,Dla tej ziemli naszej dawnej,Dla tej wiry prawosławnej!

Nad kibitką, w śnieżnym stepie,Jastrząb we mgłach skrzydłem trzepie,Zakołuje, taj zakraka,Taj uderzy w łeb junaka.Nie odgadnie oko ptasze,Czy człek żyw, czy padło lasze.Hu! Nim dojrzy, nim odleci,Już izwoszczyk drugi, trzeci,Już dziesiąty, już i setny,W kraj gdzieś pędzi pozaświetny...

Przelecieli długim sznuremNad Irtyszem, nad Amurem;Przelecieli śnieżnem polemNad Angarą, nad Tobolem.Nie nadarmo jastrząb kracze!

Poczuł trupa! Tfu, do bisa!Będzie w księdze czarna krysa...Posielenna będzie chataNa młodszego czekać brata.

Zimna głowa zesztywniała,Po kibitce się kołacze,Jak rozbity czerep pusty...Twarz surowa, cicha, biała,Z otwartemi niemo usty,Szklistem, zimnem patrzy okiemPo tem niebie, po głębokiem,Gdzie polarna gwiazda świeci...A izwoszczyk śmiga biczem.Durny! Nie wie nic o niczem,Na rysaka pokrzykuje,Trupa wiezie, taj nie czuje...— Posieleniec w Sybir leci! —

Nie do gładkiej Kałmyczychy,Ni Jakutki, ni Burłatki,No przysieli się on, cichy,Do tej syroj ziemi-matki...I nie będzie jemu w głowiePłodzić tobie mnogie synyPod kazionne karabiny,Prawosławne płodzić dzieci,No wypłodzi czerwia mrowie...No wyjącym tym sobakom,Ciało da sybirskim brakom...Posieleniec w Sybir leci!...............I zerwałem się ockniony,

I spojrzałem na ikony,I wybiłem trzy pokłony...

No pokojnik ten, ta głowa,Zimna głowa pokojnika,Głowa cicha i surowa,Z okiem, co się nie zamyka,I zamarzłą w ślozach rzęsąProsto patrzy w Hospod-Boga...No kibitka ta, ta droga,Gdzie się kości suche trzęsą,No ten bagnet praporszczyka,Co tej trupiej ręce grozi,No pijany głos jamszczyka,Co po stepach miertwca wozi —Te widziane w śnie obrazySzły, a szły, a szły na głazy...

I prekrestiłsia trzy razyW imia Otca, Syna, Ducha...A wtem jakaś zawierucha,Jakieś pieśnie, jakieś głosy,Jakieś wielkie błyski kosy,Jakieś klątwy, jakieś krzyki,Jakieś echa i muzyki,Jakieś ognie i tententy,I wołania i lamentyZawichrzyły się przedemnąNagłym szumem, nagłym wzdorem,I pomknęły w pustkę ciemnąNi to widem, ni upiorem,

Ni to marą, ni to cieniem,Nie niebiesnem zajawieniem!

I widział ja świat ruszony,I widział ja gród czerwony,I spękane widział spiże,I zrąbane szaszką krzyże...

I widział ja czasy znojne,Ni to boży mir ni wojnę,Tłumy wielkie a spokojne,Po ulicach poklęknięte,Taj modlitwą swą pijane,Taj w wichrowy hymn porwane,Tłumy straszne, taj i święte!

I widział ja świat ruszonyI bijący grom w korony...A z korony orzeł leci,Błyskawicą w niebo świeci,I upada przed twym tronemSkrzydłem białem i skrwawionem.

Jak daleko, jak szeroko,Krew i ogień bije w oko...Aż do nieba tam zniszczenie,Aż do ziemi pokorenie...

I pobielał świat od trwogi,I do carskiej przypadł nogi;I leżała u twej stopyPołowina Europy...I łeb kładły ci Azjany,W pawie pióra przetykany...

I błysnąłeś ponad światemBerłem mordu, krwi bułatem...I błysnąłeś lodów panemNad siewiernym oceanemI nad polem, kośćmi sianem...

I zagrzmiałeś w kajdan szczękuWskroś katorżnych rabów jęku,I zajawił ty swe przyścieW stuku pałek, w kuta świście,I zajawił ty się w głodach,W morach, ogniach, taj w pochodach,I zabłysnął ty nad wrogiemCarem-katem, carem-Bogiem!

I śnił, Caru-Hosudaru,— Sławna tobie żyźń u Boga! —Że z całego tego gwaru,Z tej burzliwej zawieruchy,Wstała jakaś cichość sroga,

Z pustki, z cienia gdzieś idąca,Cichość groźna i dysząca,Cichość dziwna, rozszeptana,Tu, tam, gdzie to ponad głową,Gdzie to ziemią wskróś surową,Z mogilników gdzieś przywianą,Kiedy w północ szepcą duchy...I rozeszły się, rozwiodłySzmery ciche w całem carstwie,W prawosławnem hosudarstwie,Od szelestu czarnej jodły,Co gdzieś w borów stoi głębi,Aż do wielkich, białych grodów,Gdzie dworjany domy stroją...A od grodów do ziemlanek,Gdzie mużyka bieda gnębi,I po wszystkich twoich czynach,Po wyżynach i głębinach,Do prestolnej twej stolicyI do carskich twych ogrodów,Gdzie się drzewa ruszyć boją,I do carskiej twej świetlicyI u łoża do firanek...

I widziałem głowę twoją,Hosudarską twoją głowę,Co się, by cerkiewne dzwony,Na dwie świata chwieje strony,Tu w połowę, tam w połowę,Jak z niej siny strach wybija,Jak wysadza oczy z dołów,Jak twarz blednie, gdyby ołów,Jak się pod nią kurczy szyja,Wyciśnięta z krwi i pusta,

Jak ziewają białe usta,Jak ci na łbie wstają włosy...

No, a szepty te i głosyIdą chyłkiem nocnej ciszy.No, a strach tam z cienia dyszy,Wskróś carskiego twego gmachuNietoperzem bijąc skrzydłem...A dokoła pustka głucha,Ani człeka, ani ducha,Ani domu, ani grodu,Ani ludu, ani rodu,Ani syna, ani brata,Tylko wielkie śnieżne pole,Tylko trup twój na prestole,Tylko w rasie pop z kropidłemW cztery strony kropi świata...

Comentarios

Cargando comentarios…