Tarcza Scypiona (Konopnicka, 1915)
...eximiae formae virginem aetatis adultae,et iuvenis et caelebs et victor ...arcessitisparentibus et sponso inviolatam tradidit.(Valerius Maximus IV, 3, 1).
Przeszłość zwinięta, jak pergamin stary,Z kipiącem życiem nie wytrzyma miary.
Kielich łez swoich i swoich zachwytówWypiła do dna i jest jako słońce,W ogniach zachodu cicho zstępująceZ purpurowego tronu, z góry szczytów...Chwila obecna stopę swą młodzieńcząStawia na bluszczach, co jej groby wieńczą,I wznosząc puhar upojeń dla świata,Jak orzeł, w skrzydła potężne uderza,Porywa ludy, walki i przymierzaI z hasłem wieku swojego ulata.
Przeszłość — ruina, rozsypane grody,Zagasłe gwiazdy, przeżyte narody,Zatarty napis, co tłumy odstręcza...Lecz niechaj śpiewak rękę nań położyI tchem swym wskrzesi pierwiastek ów boży,Co się w ludzkości, jak nić złota, wije:A oto dawno zapomniane słowoNabiegnie barwą, niby krwią serdeczną,I będzie, jako ta wiosenna tęcza,Nagle rzucona w chmurę brylantową...Gwiazdy zapłoną, ruina ożyjeI duch poczuje, że przeszłość jest wieczną.
W drżącej, błękitnej Rodanu zatoceDrobna się łódka, jak ptaszek, trzepoce...
Wiosenne wody przybrały z gór stokówI z rozpłakanych deszczowych obłokówI nowe wiry zerwały się z szumem,Kręcąc się, niby zaklęte wrzeciona,Co przędą tęcze i promienie słońca...Piany się na brzeg cisną białym tłumem,A odepchnięte od skalnego łona,Drżą i rozbite w lekkie, srebrne puchy,Błądzą po fali, jak te chwiejne duchy,Które i ziemia i niebo odtrąca.
Na brzegu wiosło porzucone leżyI szmat ubogiej, rybaczej odzieżyI sieć zmoczona węzłami lnianemiGniecie puszyste mietlice i trawy...A słońca promień, padając jaskrawyPomiędzy lśniące, jako jedwab, skręty,Perełki wody na sznurach jej drżące,Które w Rodanie były błękitnemi,Tak ubrał w dziwnych kolorów tysiące,Że wydawały się, jako djamentyI jak opale i jako rubiny,W bajecznym jakimś cudownym połowie,Na jasność dzienną dobyte z głębiny.Perły te, w okach rozwieszając tęcze,Były, jak srebrne owe mgły pajęcze,Które jesienią majaczą w dąbrowie...Lub jak łzy wielkie, w źrenicy stojące,Któremi płaczą w milczeniu tysiące.
A sieć i wiosło i odzież rybaczaI łódka, która o spienioną falęTrącając lekko, pierś swą ledwo macza,Niby w pieszczocie oddanej niedbale,Wszystko to, nad czem błękit nieba świeci,Jak tajemnicza zasłona ołtarza,A na co w dumy poczuciu głębokiem
Przechodzień ledwo chciałby rzucić okiem —Wszystko to biedne, zużyte, wytarteI tylko tyle, co krwawa łza, warte,Wiosło i odzież i łódka i sieciSą wielkim skarbem — wielkiego nędzarza.
On się docisnąć wśród ludzkiej gromadyNie mógł do chleba innego; więc, cichy,Odszedł na stronę. I gdy godownicyŻycia wznosili kipiące kielichy,Stał nagi, głodny, spragniony i blady...Aż związał sieć swą i zbił łódkę małą,Wystrugał wiosło i odtąd wśród trudu,Z kapryśnej fali wyławiał kęs chleba...I tylko śledząc wiecznie tajemnicyW głębiach wód rwących, źrenicą zdrętwiałąOdwykł spoglądać na lazury nieba,Tylko pracując, przestał czekać — cudu.
Lecz cud się właśnie stał! Tu, dziś, przed chwilą...Tam, kędy Rodan, jak ptak biały, leciPrzez skalne progi, co próżno się siląNamiętny nacisk ten powstrzymać wody,Blady nasz rybak zarzucił swe sieciI w smutnych myślach tonął nędzarz młody.Ach, kiedy starość zgrzybiała i drżąca,Z dala od życia rozkoszy i bólów,Jako roślina żyje wkorzenionaSiłą nałogu do ziemi tej łona,Nic już nie pragnąc prócz chleba dla ciała,Mniej to jest strasznem... Lecz gdy młodość świeża,Z której sam Bóg chciał dać swej ziemi królów,By jako orzeł leciała do słońcaI świat ten piersią własną naprzód pchała,
Gdy taka młodość kwitnąca, swobodna,Zamiast żyć duchem, musi nakształt zwierzaWyłącznie o tem myśleć, że jest głodna —To tak jest smutnem, jak gdyby skowronki,Co się trzepocą nad pola i łąkiI błogosławią pieśnią nasze skiby,Nagle wprzęgnięto do pługa... jak gdybyGwiazdy zebrano na ognisko z nieba...Jakby kto duszę sprzedał za kęs chleba!Zadumanemu ociężał sznur w dłoni;Sieć poszła głębiej, a łódka skrzydlata,Siostra jaskółki tej, co nad nią lata,Już jej błękitnym gościńcem nie goni,Lecz okręciwszy się około wiosła,Jak tanecznica na gibkiej swej nodze,Nagle, jak gdyby schwytana za wodze,W cichej zatoki srebrne piany wrosła.
Zdumiał się rybak. Tam, na dnie głęboko,Jakoby wielkie, wpół zamknięte oko,Księżyc w swej pełni utopiony leży...I twarzą martwą, senną i pobladłąWskróś srebrzy jasne zatoki zwierciadło,Jak dla lepszego odbicia wybrzeży...Zerwał się rybak, sznur sieci napręża,Dwie sine smugi wzeszły mu na czoło,W tył przegiął ciało, całą siłą młodąSieć swą prowadzi, jak nurka pod wodą...Zrazu szerokie zakreśliwszy koło,Brzegi jej coraz zaciska i zwęża,Aż pochwyciła gwiazdę niby w dłonieI dziwny połów wyniosła przez tonie.
Rybak plon srebrny ciągnie na brzeg ślizgi,Z ramion młodzieńczych pozbywszy siermięgiI wiosło w trzciny rzuciwszy niedbale...A fala, gniewne zataczając kręgi,
Szle za nim posły swoje, białe bryzgi,I pękające w miljon tęcz opaleWzdętych kropelek, które mu na głowęIście królewskie, bo jednochwilowe,W promieniach słońca zwijają korony.
Tajemną zdobycz uwolniwszy z sieci,Spojrzał i z dziwu skamieniał, jak głazy...Przed nim, pamiątka odległych stuleci,W napisy jakieś ryta i obrazy,Leżała srebrna tarcza, oplątanaW długie, jedwabne porostów włókienka...Tarcza błyszcząca, jakoby ulanaZ promieni, które w pełnię do okienkaCicho się w nocy skradają i psotne,Całują usta senne i wilgotne.
Czyją pierś kryła przed laty? — Któż zgadnie?Milczą dla tłumów jej zatarte godła...Może tam kiedyś w chłodnej głębi na dnieZ Rodanem ciche rozhowory wiodłaI rapsod jakiś bohaterski, staryDo jego szumów dostrajała miary.Lecz tu pod okiem ciekawych tysiąca,Co się cudowi przypatrzeć zlecieli,Leży bez głosu, sztywna i milczącaW swojej dziewiczej hardości i bieli,I tajemnicą od siebie odtrącaBrzmiących zagadek ciekawych czcicieli.Tylko, gdy rybak powrócił do chatyI srebrną tarczę postawił przy proguI senny upadł na twardym barłogu,Wtedy, jak gdyby chór duchów skrzydlatyWzleciał wśród ciszy tej nędznej ustroni...Jakieś się szepty i szmery rozwiały,Dalekie głosy, bojowe okrzyki,Wojenne hasła, strzał błyski, szczęk broni,
I w jeden akord stopiwszy się dziki,Wśród szumu orłów lecących muzykiPieśń grzmiącą starej, zapomnianej chwałyW srebrzystych blaskach tarczy tej śpiewały.
Noc. Kartagina, jako stos, się pali,Ciskając w niebo iskry, gwiazdy, słońcaI rozwichrzone komety z korali,Które, jak ptastwa ciżba latająca,Tłumnie się w niebo skrzydły płomiennemiRwą z gniazd ognistych, syczących przy ziemi,I krzesząc smugę poza sobą jasną,W głębinach morza toną, pełzną, gasną.
O nocy! małoż tobie srebrnych globów,Co drżą wśród cieniów twoich tajemnicze?Trzebaż ci jeszcze rozpłomieniać grodyI z zwyciężonych ludów palić zniczeI na stos rzucać wolność, krew, swobodyI łuną zdradzać czarną nicość grobów?...O nocy, krwawa wspólniczko płomieni,Mordów, podstępów i nieszczęść i zbrodni!Czyż nigdy blade światło twych pochodniZgrozą i wstydem się nie zarumieni?Czyż zawsze, w płaszcz swój owinięta blady,Kołysać będziesz drzemiące plejady,Jako ta matka z rozpaczy szalona,Co trupa dziecka przytula do łonaI zasłuchana w śmierci martwą ciszę,Śpiewa mu piosnki i do snu kołysze?...
Gród zwyciężony, w ogniów swych koronie,Płomiennych wężów opasany pękiem,Jak król boleści w straszliwej purpurze,Zasiadł na zgliszczów i rumowisk tronieI wsparł się, chwiejąc, na zgwałconym murze,Na wyłamanych bramach i okopachI był, jak gdyby skamieniałym jękiem,Jakby krwi plamą, rzuconą w przestrzenie,Która tron Boga plami w straszne cienie...Morze, rozdarłszy pian swych szatę białą,Jak niewolnica, tuż przy jego stopachNiepocieszone w żalu swoim, łkało,Wzniesioną piersią tłukąc się o brzegi...
Komu ty, nocy przerażeń i klęski,Tulisz dziś oczy w sen cichy, w sen błogi?...Zwyciężonemu u bezsennych powiekMigają widma rozpaczy i trwogi,A tam, gdzie orzeł ulata zwycięski,Nad rzymskich legii błyszczące szeregi,Gwar pieśni, śmiechów, okrzyków wybucha,Jak oddalona burza jakaś głucha...Tak idzie, walcząc, przez życie swe człowiek:Tryumf i rozpacz, szczęście i tęsknotaJednakim wichrem duszą jego miota;W rozkwicie złudzeń, w nadziei pogrzebieNigdy nie zdoła posiadać sam siebieI chyba wtedy ukoi się w duchu,Gdy cichy spocznie, bez głosu, bez ruchu,Jako szermierze, co szańców tych strzegąŚmiertelną strażą aż do dnia sądnego.
W białym namiocie, co skrzydła swe dumneRozwinął zdala od gwaru i szumu,Patrząc na zgliszczów dymiącą kolumnę,Stał Scypjon, wzniosły samotnik wśród tłumu.Blaski tryumfu na czole mu gasną,
W źrenicy iskry ostatnie się palą,Krew w pulsach bije chłodniejszą już falą,Pierś uciszona spoczynku pożąda,Głębszem, pełniejszem unosząc się tchnieniem...Wódz młody czuwa i orlem spojrzeniemW noc tę, od ogniów, jak dzień krwawy, jasną,Z szlachetnym smutkiem zwycięzcy pogląda.
On stoczył dzisiaj dwie walki zacięte:Jedną z tym ludem, zrozpaczonym klęską,Którego łuki zdały się napięteWściekłością piersi, broniącej swobody,Którego strzały, parte przez cięciwę,Od bicia serca łuczników drgającą,W legjony Romy leciały, jak żywe,A każda była żmiją kąsającą,Przekleństwem, pomstą, rozpaczą, zwątpieniemI strącającem w noc wieczną ramieniem...A drugą walkę bohater ten młodyStoczył sam z sobą, z własną piersią męską,Walkę okropną, straszną, choć milczącą.
Afrykańskiego słońca płowe żary,Co leją złoto roztopione w żyłyI w mózgu dziwne wywołują maryI w piersiach budzą żądzy głuche siły,Żary te straszne, namiętne, złowieszcze,Co, odrzuciwszy obłoków zasłonę,Drżą na lazurach nagie i spłonione,Ssąc oddech ziemi i wilgoć jej łona,W dziewiczej piersi młodego ScypjonaZbudziły dziwne płomienie i dreszcze.Jakaś potęga zawładła nim nowa,Istotę jego łamiąca we dwoje...Jakiś bóg, dotąd nieczczony, nieznany,
Rył mu na sercu nagiem prawo swojeI objawiał się w oddalonym gromieI niósł ze sobą wichrów niepokoje...A tak potężną była jego mowa,Ze Scypjon w ciszę nocy zasłuchany,Przestawał myśleć o wojnie, o Romie,O Kartaginie, co jak męczennica,Na wielkim stosie dziejów się paliła,I drżał i szeptał przerywane słowaI tak się płonił, jak młoda dziewica,Co po raz pierwszy »kocham« wymówiła.
Czy znasz tę chwilę srebrzystą, różową,Gdy wschód unosi zasłonę nad głowąŚpiącej jutrzenki i zwolna odchylaObłoczki lekkie, jak skrzydła motyla,Gdy ranek, w białe zasłony spowity,Dyadem rosy kładzie w ptasząt gwarze,Gdy ziemia, ze snu ockniona, marząca,Tęskne ramiona wyciąga w błękity,Z mgły wznosząc srebrne, dymiące ołtarze,Na cześć wielkiego bóstwa życia — słońca?...I czy znasz chwilę, gdy dziwna tęsknica,Której nikt nazwać, ni ująć nie zdoła,Łunami świtu wybija na licaI upojeniem opromienia czoła?...Czy znasz ty chwilę tę, przed burzą samą,Gdy wicher gońcem widnokrąg oblata,A słońce z twarzą bladą i zagasłąZda się upiorem zjawionym z za świata,Gdy grom daleki potężnych salw hasłoPrzesyła drżącej w wnętrznościach swych ziemi,Gdy cień zapada płachtami grubemi,A pierwsze krople dżdżu perłową gamą
Rozsypują się krągłe, ociężałeI od błyskawic łuny złote całe?I czy znasz chwilę ucisku i trwogi,Oczekiwania na zgrozę nieznaną,Gdy duszę, wężem płomiennym smaganą,Obłęd porywa w wir ciemny, złowrogi?
Taki świt cichy marzeń i tęsknotyI taka burza, w zawiązku swym wrząca,Jako dwie czary, z których jedna mieściNapój słodyczy i upojeń złoty,A druga, pianą rubinów kipiąca,Pełna rozkoszy szałów i boleści,W noc tę zmieszane, jak dwie wrogie siły,Usta Scypiona zarzewiem paliły.
Dumał i dziwne, bezsenne marzeniaPrzykuwały go do namiotu wnętrza...A ta noc klęski, łun pełna, bez cienia,Wydała mu się od ognia gorętsza,Od lwa potężniej za piersi szarpiącaI taka tęskna i taka bez końca,Że padł na łoże, zmęczony, omdlały,I czuł, jak w mroku oczy mu pałały.
Wtem gwar się rozległ u wnijścia i naglePurpurowego namiotu zasłonaWzdęła się, niby wichrem parte żagle...A legjonisty żelazne ramionaWepchnęły w ogniach schwyconą KartagiBrankę, co jako srebrna nocy strzała,Którą z błękitów księżyc ciska ziemi,Błysnęła w cieniach, rąbkami białemiKryjąc panieńskie wdzięki swego ciała,Tak, jak się w listki kryje pączek nagi...
— »Boski Scypjonie!« — rzekł pretor — »w zdobyczyNie wziąłeś części ni w srebrze ni w złocie;Niechże ten kwiatek ponętny, dziewiczy,Rozpędza nudy w samotnym namiocie...Piękna! patrz tylko!...« — I dziki atletaZ ramion jej szatę pochwycił przemocą...Scypjon, jak gdyby w tem białem zjawieniuPoznał niejasnych marzeń swych osnowęI mógł je wreszcie nazwać po imieniu,Rzekł głosem cichym, zdumionym: »kobieta!«I jakby wstydząc się przed ciemną nocąWzruszenia swego, spłonął... i w milczeniuSkłonił swą dumną, bohaterską głowę,Hołdem zeznając przed sobą i światem,Że piękność także bywa majestatem.
Pretor znikł w zmierzchu, który, jak wąż czarny,Opasał namiot mrocznymi kręgami,Błyskając ognisk złocistą źrenicą,A gwar obozu burzliwy, niekarnyBył tłem jaskrawem dla ciszy, co bladaZ palcem na ustach milczących zapadaPonad namiotu drgające szkarłaty,Gdzie wódz młodzieńczy z porwaną dziewicąW tej nocy zgrozy zostali się sami —Siła i piękność: dwa berła, dwa światy.
Scypjon głębokiem, gorącem spojrzeniemObjął tę białą, co nagle spłonionaMłodej krwi swojej królewską purpurą,Na piersi nagiej złożyła ramionaI osłoniła się wstydem, jak chmurą,Walcząc z tajemnem, nieznanem wzruszeniem...Scypjon drgnął, spojrzał, zgryzł wargi młodzieńcze,
Wyciągnął dłonie przed siebie, jak we śnie;Wzrok mu zasnuły djamentowe tęczeI nagle w miljon iskier się rozprysły...I poczuł dziwne w żyłach swoich szumyI świat lecący przez otchłań błękitnąI zaostrzone, jako strzały, zmysły...Nieznane wonie, mar dziwacznych tłumy,Kwiaty ogniste, co w otchłaniach kwitną,I upajał się z wrzącego kielicha,Którego nigdy nie dotknął ustami...Było mu czegoś błogo i boleśnie.I stał tak niemy, chwiejący się, blady,A noc, zgasiwszy gwiazd swoich mirjady,Tuliła zdradnie czarnemi skrzydłamiDwa te walczące duchy, szepcąc z cicha:»...Jesteście sami!... Patrz! Jesteście sami!...
I w tym samotnym dotychczas namiocieStanął duch straszny, w płomieni koronie,I podniósł czoło pałające żarem,Cały w błyskawic i piorunów złocie,I rozprzestrzenił ponad ziemią dłonie,A ziemia znikła, jak bańka zdmuchnięta...I w niebo wionął skrzydeł swych sztandarem,A niebo znikło, jak karta zwinięta...I dźwignął swoje ciało gorejąceStłumionym ogniem, jak zgaszone słońce,I zapełnił niem czas i przestrzeń całąI nic prócz niego nie było na świecie,A w tej nicości ich dwoje zostało...I zasłonił im mdlejące źrenice,Cały się w nagłe mieniąc błyskawice,W serca drżącego przyśpieszone tętno,W jakąś pieszczotę niepomną, namiętną,W woń, konającą na zdeptanym kwiecie...Ach! czemu w piersi, co ma być świątynią,Żądze budują sobie tron ponury
I zasiadają go burzliwą zgrają?...Czemu krwi fale, które wzruszać mająNajczystszych uczuć struny kryształowe,Wznosząc w niej dzikie i namiętne chóry,Wyziewem burzy oczadzają głowęI z wolnych duchów — jeńców sobie czynią?Czemu pragnienia powstają z przemocąNieubłaganą, tyrańską, straszliwą?Czemu się serca rwą w piersiach, trzepocąI chcąc ulecieć w błękity, spadają,Jak ptak zraniony z skrzydły złamanemi?Jaki duch ciemny z tych zdrojów wyschniętych,Z gwiazd spadłych, z pąków stoczonych w rozkwicie,Z mętnych porywów, z nędz jaskrawych ziemi,Z chwil upojenia rozkosznych, przeklętych,Z płomieni, które wypalają życie,Zbiera w wieczności gorejące żniwo?...Nagle w namiocie zjawił się duch drugi,A z nim ocknęły się poranne śwityI zaszumiały pieśnią srebrne strugiI z cieniów blade wyjrzały błękity...Senne marzenia powiały nad głowąZiemi, swą szatą mglistą i tęczową,Ognie przygasły, zastygły wulkany,Z cichym szelestem opadało morze.Jeleń u źródeł gasił swe pragnienie,Dziecię gdzieś przez sen wyszeptało: »Boże!«Ptaszki zbudziły drzewa swym szczebiotem,Od chłodu rosy drżała róża polna,Przejrzysta zorza purpurą i złotemWschód malowała na przybycie słońca...I ucisk serca, długo wstrzymywany,W ciche, ożywcze uleciał westchnienie...
Ocknął się Scypjon. Wyciągnął ramionaDo pięknej branki, co stała, milcząca,Jutrzennym świtem cała zróżowiona,
I blednąc, szepnął z cicha: »Jesteś wolna!«A wziąwszy tarczę bohaterską swoją,Osłonił ciało spłonionej dziewicy,Jakby czci własnej djamentową zbroją,I rzekł: »W pokoju idź do swego groduI powiedz mężom swojego narodu,Ze Scypjon uczcił wolność — w niewolnicy«.
Wyszła w milczeniu. Straże obozowe,Widząc ją wodza okrytą puklerzem,Zdumione, nizko pochylały głowę.Tak szła, chłód nocy pijąc tchnieniem świeżem,Aż tam, gdzie napół przepalona bramaPrzed jej stopami rozpadła się samaI gdzie wśród dymów, co mgłami sinemiOstatnie ognia przygasały słupy,Z wschodzącem słońcem weszła ponad trupy,Jak poseł ciszy i pokoju biały.
Ojciec jej, stary Celtyber, zsiwiały,Widząc ją w całej dziewiczej ozdobieWolną i czystą wróconą znów sobie,Kazał płatnerzom kuć ciężkimi młotySrebrzystą bryłę, aż z białego łonaWyszła przedziwnej siły i robotyTarcza, jak pełnia jasnego księżyca;A na niej pośród godeł tajemniczych,Kwietnych opasek i ozdób złotniczychRozkazał wyryć to słowo: »Dziewica«.I tarczę ową słał w obóz Scypjona.
Gdy orły rzymskie, latając po świecie,Gubiły pióra z swych skrzydeł potężnych,A modry Rodan unosił na grzbiecieTysiące statków i mężów orężnych,W nagłej przeprawie przez drogę tę szklaną,Spojrzeniem wodza, jak burzą, smaganą,Tam, kędy fale, jak dzikie brytany,W srebrnych obrożach uwięzione warczą,W śmiertelny uścisk przepaści schwytany,Statek zatonął z promienną tą tarczą.
I odkąd chłodne błękitne otchłanieZwarły się nad nią — jak gwiazda strącona,Spała snem cichym w szumiącym Rodanie...A nad nią burze ogniste latały,Maczając końce czarnych skrzydeł w wodzieI wyciągając błyskawic ramiona.A srebrne piany korowód swój białyWiodły, jak sylfy, w noc letnią tańczące,Kołysząc lekkim ruchem senne łodzie,Zanim poranne rozbudzi je słońce.I długi szereg burzliwych stuleciPrzemknął, jak fala, co u brzegu kona,I tak leżała tarcza ta Scypjona,Aż ją rybaczę wyciągnęły sieci.
Dziś do wielkiego przeniesiona groduI w świetnym gmachu, jak klejnot, złożona,Zda się być strofą starego rapsodu,Albo wyrwaną z starej księgi kartą,Której świat nowy nie rozumie prawie,Tak w treści swojej jest dla nas zatartą,A którą pra-prawnucze pokolenieMierzy i waży i bada uczenie,
Ukrytej myśli, co śpi tam zamglona,Przez chłodne szkiełka szukając ciekawie.
Lecz w wieku, w którym płomienne pochodnieŻądz przepalają wskroś piersi ludzkościI w swym ognistym, niszczącym pochodzieKrwawym pożarem podsycają zbrodnie;Gdy, jak dymiąca żagiew, przyłożonaDo podstaw gmachu, nurtują w narodzieŁamiące siły szermierzy przyszłości,Miljonem żądeł wypuszczonych skrycieObezwładniając myśli wzniosłe ruchy,Kiedy użyciem jest tylko to życie,Czyż chociaż pieśnią przypomnieć nie warto,Jak mąż zwycięża i jak walczą duchy?
Comentarios
Cargando comentarios…