Wichrem porwany (Konopnicka, 1915)
Jest jedno cudne wśród ludu podanie,O którem słysząc, gubiłam w przestrzeniWzrok smutny, jak ci, co napół uśpieni,Wpadają w ciche, błękitne dumanie.I zdało mi się, że widzę w oddaliGóralską wioskę, tę wioskę prostaczą,Co przechowała dawną, żywą wiarę,Co na swych krzyżach chusty wiesza stare,A na obrazach swych sznury koraliI wstęgi kraśne i kwiaty i zioła,A na swych piersiach szkaplerze czerwone,Które je piętnem płomienistem znaczą,A serce swoje trzyma zawieszone —Czyste i jasne — aż na niebios progu,Jak wotum srebrne w ołtarzu kościoła,Prostej roboty, ale dane — Bogu.
Wioska tuliła się w głębokim jarze,Na macierzankach, wrzosach i mchach cała...A widok miała aż na dwa błękity:Na skrawek nieba, gdzie jutrznia różanaBudziła pierwsze liljowe rozświty,Rozpłomieniając, jak złote ołtarze,Występy skalnych ścian i nagie szczyty —I na ten potok, skąd wodę czerpała
Każdego zmierzchu i każdego ranaI kędy także drżał błękit odbity.
Naraz nad wioską zrobiło się czarno...Chmury nadbiegły czeredą niekarnąI ołowiane skrzydła swe rozniosłyPonad wąwozem, jako burzy posły...Ogromnym hukiem zatrzęsły się skałyI jako działa, salwy podawały,A grzmiąc aż w głębi kamiennej posady,Zgrozą płoszyły dzień drżący i blady.
I zdało mi się, że widzę lecącąNa czarnych barkach wielkich nocnych ptaków,Z stalowym biczem skręconej w sznur wody,Ze złotą wstęgą wplecioną we włosy,Burzę upalną, szaloną, kipiącą,Która rzuciwszy z cuglami swe dłonieNa wolę swoich powietrznych rumakówI gdzieś na szczycie skalnym, nad Bieszczadem,Sznur pereł białym rozsypawszy gradem,W jaskrawych błysków królewskiej koroniePrzelatywała strwożone niebiosy,Jak amazonka przyrody.
Dwoma szczytami chwycony i wpartyW sam gardziel jaru, korowód straszliwyMiotał się, jako w ostępie zwierz dziki,Któremu w żebra nóż wbije myśliwy.Wiatry śmigały, jak spuszczone charty,A błyskawice — jak sokoły lotne;A gromy nakształt rogowej muzyki,Niosły pobudkę przez wirchy samotne...Nagle ucichło wszystko. — Burza miewa
Takie omdlenia wściekłości złowieszcze,Po których z siłą zdwojoną wybucha...Przestają wtedy giąć się z szumem drzewa,Srebrnemi skrzydły przestają bić deszcze,Ziemia umilka i bez tchu, drżąc, słucha.
W ciszy tej leci kędyś z biednej wioskiGłos niepokoju, głos trwogi i troski.Niewiasty w chatach, tuląc dziatwę małą,Szepcą pacierze do Marji Dziewicy;I w sinem, trupiem świetle błyskawicySchylają głowy: »A słowo się stało!«
Wtem nagle krzyk się rozległ przeraźliwy!Zmieszane glosy i płacz drobnych dzieciBiją w niebiosy, jakoby dzwon żywy...Góral, co zawisł u skalnej szczeliny,Gdzie ledwo orzeł śmie gniazdo pomieścić,Chwycony siłą gwałtownego prądu,Miota się, wichrem niesiony przez chmury,Wśród kiru niebios i błysków purpuryI huraganu szalonej zamieci,Skręconej w trąbę, na której dzień sąduArchanioł mógłby przepaściom obwieścić —Tak godną była miejsca i godziny!
Napróżno woła i wyciąga ręce,Patrząc na wioskę i na dach swój stary...Próżno się z burzą, jak z wrogiem szamoce...Próżno błyskawic dusi złote wężeI czarne chmury porywa za baryI pięścią wiry huraganu grzmoce...On nigdy, nigdy ziemi nie dosiężeI z wichrem latać będzie w wiecznej męce!
Ostatnie słowa baśni tej nad głowąPrzewiały, jakby echo konające,
Poza ostatnią chmurą piorunową,Kiedy już tęcza rozwiewa wstęg końce...Ja słucham jeszcze — i tonę w zadumie...— Ach! czemuż, burzą tęsknoty porwanaI uniesiona przez wichrów podmuchy,W wiecznej pogoni za widmem znikomem,W namiętnych marzeń i porywów szumie,Jako zaklęte latać muszę duchyPonad tą ziemią, która mi jest domem...I wiecznie pragnąć i wiecznie się smucićI tak się trawić, jak płomień skrzydlaty...Czemu nie mogę spocząć, ani wrócićDo mojej wioski i do mojej chaty?...
Comentarios
Cargando comentarios…