Kamienice
Kominy: wieże krótkie, dymiące, bez wiary — — —Rynny: przewlekłe blachy w których czas się pluszczei balkon: smętne gniazdo dla chorych i starych,wyścielone wilgocią, przystrojone bluszczem.
W podwórku, nędznym cyrku katarynek, śpiewów,chorych papug, ciągnących szczęśliwe numera,śpiewak z bożej niełaski, schyla się bez gniewu,i grosz odczepny w bruku jak pieczarki zbiera.
Na gankach krzywi żydzi z worami się wloką,jęczą: handel! i kaszlą w zzieleniałej sieni.— Noc latarnię księżyca podnosi wysokoi świeci w martwe oczy nieboskich kamienic.
Wśród tych myśli zwapniałych,tych sfinksów bez głowy,wiosna niepostrzeżenie jawi się i znika,deszczem się tylko znacząc,ciężkim, jowiszowym,którego złoto chłoną cytryny śmietnika.
Jaskółki kreślą w lociewiolinowe klucze,nietoperz — klucz basowy.Brzmi muzyka miasta.Niebo, róża zachodu, krwawa i pierzastazrzuca płatek w kałużęi z barwy go płucze.
Raz na najwyższym ganku, w pełnem słońcu, siadładziewczyna jak Zuzanna w słonecznej kąpieli.Blask jej odbiły oczu pokątne zwierciadłaPromień obleciał mury. Ludzie się zdumieli.
Migotały spojrzenia nieśmiałe, zawiłe,trzech pięter jak trzech starców, wśród zgorszenia troski,gdy ona trwała dalej, obrócona tyłemdo słońca co ją w uścisk pochwyciło boski.
Comentarios
Cargando comentarios…