Tutejszy

Na Wyszogrodzie pan — miał wiele ziemi i siły. Lubił łowy i boje, puhar i rumaki, więc dużo mu trzeba było obszaru. I tak za zwierzem i pastwiskiem zaszedł w strony mroczne i, zda się, puste. Gdy jednak klamor uczyniły jego zbrojne surmy i myśliwskie rogi, z borów wyszedł człowiek, odziany szaro — jak pień drzewa, cichy, jak głąb leśna niufny, jak zwierz, i począł się hufcom przyglądać. Pojmano go i przyprowadzono przed oblicze pana, a ten go pyta: — Ty kto? — Ja tutejszy. — Znasz granice krainy swojej? — Ta znam, ale przeorali jedni, przecięli drudzy, przekosili się inni. — Wiedź mnie po granicy. Ja pan. Gdzie mój znak stanie — całe będzie, a ciebie uczynię moim sługą — i będziesz pod mą ręką bezpieczny. Jak się zowiesz? — Ja? Kuźma! — odparł szary człek — i, jak mu rozkazane było, poprowadził. Pan, co rzekł, dotrzymał. Po granicach swe znaki i kopce uczynił — kto był się worał, wkosił, werżnął, tego przegnał lub zgładził, a Kuźmę za sługę wziął i kazał dla siebie kasztel zbudować. Potem zaś odjechał w inne boje i łowy — a Kuźmy kraj do swych dóbr wpisał i tak się to stało i zostało. W kasztelu zostawił swego namiestnika i ze swych ziem wysłał w owe bory różny naród, a z borów brał, co tylko bór dawał — ale innego pana nie puszczał w granice — i Kuźma spokojnie ziemię orał, bydło chował i pana słuchał, choć go ni znał, ni rozumiał, ni kochał. Dużo czasu minęło, i dużo się na świecie zmieniło, ale Kuźma to się nie zmienił. Jednako był szary, i milczący, i niezbadany. Bywał w kasztelu, gdy mu kazano, ale do wojaków, co tam orężnie się ćwiczyli, nigdy nie przystał — bywał w osadach nowych ludzi, gdy czego potrzebował, ale nie przejął ani ich obyczaju, ani mowy — pogardzono nim — za ostatniego mając — a on pogardę znosił — jarzmo i baty cierpiał — a w głębi duszy na przybyszów zgóry patrzał — choć tego ni słowem, ni wzrokiem nie zdradził. Aż raz wezwano go do kasztelu i ogłoszono, że pan na Wyszogrodzie umarł, a ziemię jego wziął inny pan, co się kniaziem zowie. Płakali po śmierci pana wojaki jego, namiestniki, osadnicy i sługi — ale Kuźma nie płakał, i nawet jakby podrósł, bo kniaź go przed oblicze swoje wezwał i dobrotliwie ugościł i przemówił: — Nie sługą, a synem mi będziesz. Cały kraj ten nasz będzie, a my sobie równi. Nie potrafił dziękować Kuźma i tylko co chwila czekał, żeby go w kniaziowskie szaty oblekli i dali tyle pić i jeść, ileby chciał. Ale tymczasem kazali mu granice wskazać, znaki pańskie kniaziowskiemi zastąpić, obdarowali go i w kniaziowskie barwy odziali — i potem kniaź odjechał, swoich namiestników osadziwszy — a Kuźma wrócił ziemię orać, bydło chować — i służbę pełnić. I tak przeszedł czas niemały. Uczono Kuźmę orężem robić — więc robił — czarne kreski na karcie kreślić — więc kreślił — kniazia swego sławić — więc sławił — a gdy kiedyś kniaź zjechał — przywołano go przed oblicze i ten go pyta: — Ktoś ty jest? — Ja tutejszy! — odpowiedział Kuźma. — Głupiś — kniaziowski sługa jesteś. Jeszcześ nie zrozumiał! — zakrzyczeli namiestnik i stróże. Wzięli go na naukę i jęli wykładać. Oto jakiś krewniak wyszogrodzkiego pana się zjawił i z kniaziem sąd rozpoczął. Jeden swych praw dowodził i drugi — jeden się Kuźmą świadczył i drugi. Dlatego kniaź tu zjechał. — Jakże, głupi, nie wiesz żeś kniaziowski? — Juści, wiem. — No, to gadajże tak na sądzie. — Juści, będę gadać. — Bo jak nie zaświadczysz prawdy, to cię stąd w pustynię wygonią. Rozumiesz — pamiętaj sobie! — Co nie mam pamiętać. Wyrwał się, wszystko przyobiecawszy i schował się w swe bory i tak się zataił, że jak przyszedł dzień sądu, ledwie go znaleziono. Przyprowadzono go do kasztelu — postawiono przed majestatem sądu. Lica tego, co sądził — nie mógł dojrzeć zrazu, tak się zląkł. Z jednej strony kniaź stał — i groźnie nań patrzał — a z drugiej strony jakiś młodzieńczyk stał — i skoro go spostrzegł, zagadnął: — Poznajesz ty mnie, Kuźma? Kuźma w kudły się podrapał. — To dziwo, że poznaję. — Któż ja taki? — Wiadomo — pan — wyszogrodzkiego wielmoży — panicz! — Nie pilnowałeś to granic mego rodzica? Nie stawiałeś znaków, nie sypałeś nam tego kasztelu? — Wiadomo, że ja wszystko robił. — A potem je poniszczyłeś — i przysięgałeś drugiemu i teraz świadczysz za nim? — Wiadomo, że świadczę. — Jakaż u ciebie prawda? — A taka, że mnie wolno moją ziemię temu dać — komu zechcę. — Jakto twoją? Moja jest — krzyknął kniaź. — Moja była! — krzyknął Wyszogrodzki. — Nie pamiętasz, chamie, jakeś memu ojcu przysięgał. — Nu, to co? — Czemu nie dotrzymałeś? — A wasz ojciec czemu nie dotrzymał? — Jakto nie? — A takto. Obiecał granicy strzec, com mu ukazał. On się u mnie za stróża zgodził, to było stróżować. — Ach, ty chamie! Mało cię mój rodzic bił, kiedyś taki hardy. — Otóż to — mnie bił, a byle świnia granice ryła. — Coś rzekł? — jak śmiesz tak mówić! — porwał się kniaź. — To ty, świnia, cham! — Nu, niech ja będę świnia. Wyście obiecywali, że mnie równym sobie uczynicie — dlategom was przyjął za stróża. — Ty — mnie! — No, a jakże — a któż tu pan? — wy — co przyszli — jeden z prawa, drugi z lewa — czy ja — co tu zawsze był — ja — tutejszy. — Ale byłbyś, gdyby nie ja! — co ty znaczysz! — krzyknął pogardliwie Wyszogrodzki. — Juści więcej od was — bo wy byli — a ja jestem. — Przez moją moc i ochronę! — krzyknął kniaź. — Iii — taka tam moc, kiedy się prawujesz — taka tam ochrona, kiedy ja, ot, świadczyć za tobą muszę. — Masz milczeć i spełniać, co każę. — To pocoś uczył i gadał, że my bracia i równi? Tamten mnie bił, to i jego pobili — a tyś mnie uczył i nauczył — to ty mnie już nie potrzebny. Ja tutejszy był, tutejszy zostanę — ot, co ja świadczę — w prawdzie. Od majestatu rozległ się głos potężny — jakby dzwonu: — Tutejszy był, tutejszy jest, tutejszy zostanie. A za nim drugi powtórzył donośny jak bojowa surma: — Kto był na początku, ten trwać będzie do końca. Kto przyszedł — odejść musi. Kuźma oczy podniósł ku majestatowi — i ujrzał, że siedziały tam w chwale i wyrok wydawały dwie niewiasty. I wtedy, nie wezwany, ani przymuszony pokłon im dał.

Comentarios

Cargando comentarios…