XI
Odczuł Adam Jaworski jakby uderzenie o piersi — kłębu czystego — mocnego, górskiego powietrza. Chwilę się czuł jakby pijany od tego wrażenia, a gdy oprzytomniał — ujrzał przed sobą ranek wczesny, na letni dzień pogodny — i stał na drodze idącej w góry. Mgły jeszcze nocne stały między nim, a dniem, który wschodził — a od zarania mgły te były opalowe, bursztynowe, różane, a przesiąkłe były wonią balsamu pąków i woni kwietnej, i rozśpiewane były ptaszym hejnałem. Stanął, i rozprostował się, w całą pierś wetchnął tę woń, tę rzeźwość poranku, aż mu zadygotało serce napływem siły i radości, aż wyciągnęły się ramiona w porywie szczęścia na to piękno, które oglądał, pił, chłonął całą duszą. A mgły opadały w doliny — i przed jego zachwyconemi oczami — góry występowały — całe w złote słońca — utkane w kwiaty — w zieleń, we wszelkie barwy skalistych pokładów. I stał na drodze, która ślimakiem — ponad zboczami wiła się ku szczytom — i tą drogą tłum szedł — mozolnie powoli — jakby niechętnie — a z musu. Rozejrzał się w tych ludziach — i począł witać rozpromieniony radością spotkania, bo długo ich nie widział. Pozdrowił Samolika zajętego łupaniem kamieni na szosę, i przysiadł przy nim na głazie. — Spocznij — daj mi młotek, pomogę ci! — rzekł. — Maszże jeszcze moc — po więziennym chlebie! — tamten z ubolewaniem, z niedowierzaniem rzekł: — Mam moc, że zda się, skały te bym nosił! Robiłbym za dziesięciu, tylko — że mi trzeba tam iść! W górę. A gdy bił kamienie z uciechą okrutną — przystanął przy nim Własow ze swą artelą, i poczęli mu ręce ściskać — radować się. — Karluszka brat! Wypuścili ciebie na wolę. Chwała Bogu. Zostań-że z nami. Mocny ty, kiedy cię robactwo turemne nie zjadło. O jakiem oni mówili robactwie, kiedy on się czuł taki czysty, zdrów, mocny — i tak go rwało — dalej! Nie mógł z nimi iść tak wolno — wyprzedził. I znowu spotkał Jankowskiego, siedzącego na brzegu drogi — i tak mu się ucieszył, że go ramieniem objął, uścisnął — i tak w objęciu spojrzeli sobie w oczy — przez mgłę z łez — i chwilę szli razem, aż się zgubili w tłumie — a wpodle siebie ujrzał Jaworski starego Lejbę Minca i Kacperskiego stolarza. Witał, śmiał się do nich, pytał, odpowiadał, ale nie mógł długo bawić, bo go coś pędziło, rwało, niosło — dalej — wyżej. A wreszcie zdało mu się — że cały tłum zna, kocha, każdego pozdrawiał, każdemu chciał usłużyć, każdemu pokazywał jasność — co się jarzyła na szczycie gór, i mówił: — Tam trzeba nam wszystkim być. — Gdzie? Nie widzę. Ciężko! Daleko! — odpowiedziały głosy. — Nic to! Dojdziem! — mówił i oczy mu pałały. Wyprzedzał ich, oglądał się, wołał — ale droga była zda się bez końca — tak nieznacznie się podnosiła — więc spojrzał w bok — na ścianę skalną, i zobaczył ścieżkę stromą — prostkę. Zatrzymał się. Moc miał, ale go chwycił chwilowy zawrót głowy — zawahał się. A wtem ujrzał obok siebie Władka Wojdaka. — Pomożesz mi! Stój tu przy skale. O ciebie się oprę — wskoczę — het — na tę ścieżkę. Tam mi trzeba, na szczyt. I znalazł się ponad wygodną drogą, wśród skalnych złomów i jął się piąć prostopadle, po gzemsach góry! Jakie tam kwitły kwiaty — i jakie wody były w źródełkach — i jakie ptaki w szczelinach słały gniazda — i był sam. Na szerszy próg się dźwignął i stanął. Dzień się już robił — i miał pod sobą obszar ziemi słońcem zalany — i miał w sobie pieśń ciszy! — Spocznij! — rzekł jakiś głos. Ujrzał postać z połą szaty, zarzuconą na oblicze i ramiona do niej wyciągnął. — Błogosławiony bądź — żeś mnie wiódł w ten świat, — rzekł przez łzy uszczęśliwienia, korząc mu się do stóp. A On mu ręce złożył na głowie, z której włos był zgolony — i która pokryta była wstrętnemi ranami, wyżartemi przez robactwo i brud. — Radujesz się życiem? — spytał. — Raduję, Panie. — Nie lękasz się śmierci? — Nie, Panie. — Nie trudno ci miłować wszystko i wszystkich? — Miłuję, Panie. — Nie masz się za lepszego — od tamtych — na dole? — Tyś, Panie z każdym. Doliny Twoje i góry! Zali wiem — kto mnie wyprzedzi? Ale wiem — że mnie do szczytu — jeszcze długa droga. — Nie trać mocy, idź. Atma będzie z tobą! A dam twym oczom, by mnie widziały w każdej rzeczy, w każdej chwili. Szatęś wybielił, synu! I przeszły dłonie po odzieży jego brudnej, cuchnącej, pełnej plugastwa, po członkach jego wychudłych, zeskorupiałych od niechlujstwa, stoczonych nędzą. Ale Jaworski czuł się czysty, mocny, radosny, jak ten letni dzień i ten błękit nieba, więc oczy do Niego podniósł i rzekł: — Błogosław, Panie, tak wszystkim, jakeś mnie błogosławił i niech cię każdy zrozumie, jako ja! I daj wszystkim moją radość czuć i szczęście. — Powiadaj ją, śpiewaj tym dolinom! — rzekł głos. I był Jaworski znowu sam na skalnym progu, wśród górskich kwiatów, w słoneczności i woni letniego dnia i począł śpiewać, jak ptak wśród błękitu. — Karliński! No, obudźże się — ktoś go trącał, wstrząsał, szturgał. Zdało mu się, że oczy zamykał, a on je otworzył i nie rozumiał, co się z nim stało, gdzie jest, kim jest, czego od niego chcą. Karliński? Kto to? Aha, to ten robotnik, pijak, co umarł w szpitalnej izbie, przy barakach w Zbylczycach. Prawda. Izba bielona, pusta, drewniana prycza, okno niewielkie, wysoko nad ziemię, a w niem łuna zachodu słońca. Karliński umiera, a za ścianą piskliwy głos Jagusi kucharki zawodzi:
O mój Jasinku, na rany Boga Słońce zachodzi, daleka droga!
— Karliński! Czort! Upiła się kanalia! Wstawaj! Wołają ciebie. Brutalna dłoń szarpnęła go za ramię, poczuł pięść na żebrach. Zerwał się. — Co to? Przecie po sprawie, po wyroku! Czego chcecie? Nie będzie już śledztwa? — Co ty? Chory, czy pijany. To ja, Semeniuk! Wstawaj, wołają cię. Masz odwiedziny! Żona do cię przyszła! — Żona! Usiadł na pryczy, oprzytomniał. Ujrzał wyraźnie więzienną izbę, towarzyszy skazańców, leżących pod ścianami, dozorcę Semeniuka. Żona! Prawda. W paszporcie Karlińskiego była adnotacya »żonaty« i miał Jaworski dotąd, ukrytą na sznurku na szyi obrączkę, wykupioną niegdyś przed laty, od żyda gałganiarza. Odziedziczył matkę, odziedziczył żonę. Jakże znalazła jego ślad w morzu szarej ćmy roboczej bezimiennej? Prawda, był mordercą, pisano o nim w gazetach, mówiono ze zgrozą, szeroko. Musiała się dowiedzieć wypadkiem i przyszła. Po co? Nie da jej schronu, ni opieki. Zresztą Ona nie ślepa. Ujrzy, że się omyliła, rada będzie, że ten zbrodniarz jej obcy. Wstał i poszedł za dozorcą. Semeniuk napowrót izbę zaryglował, i rzekł z cicha: — Idź sam. Kobieta czeka w izbie, przy sieni wchodowej. Ja mam robotę. Przyjdę za pół godziny. — Dziękuję wam! — odparł. — Nu, nic. Ja tobie wierzę! Jaworski minął korytarz — otworzył wskazane drzwi. Izba była niewielka, i za wyjątkiem jednej ławy pod ścianą, pusta. Teraz ją całą zalewał złoty zachód, bijąc w okratowane okno, i w tym blasku stała kobieta wpatrzona w drzwi. Gdy stanął w progu, odrazu się oczami objęli, i on pozostał skamieniały, ze wzrokiem jakby olśniałym — znowu, zda się, przeniesiony w ten inny świat, w którym był przedtem, nim go zbudzono. Jakiś wyraz poruszył jego wargi, bez dźwięku, całe złoto i szkarłat słoneczny miał w źrenicach. Czy to trwało minuty, czy życie całej wieczności istnień i wspomnień. — To ty... — rzekarzekła kobieta, bez dziwu, bez grozy, nie pytająca, nie wątpiąca — spokojna. — Atma! — wyrwał mu się głos, jak promień. Zatopili w sobie oczy, aż w dusze, w serca w głębie Boskiej ciszy, i nie mieli więcej słów. Usiedli na ławie — splotły się dłonie w uścisk — skroń o skroń się wsparła — zapatrzyli się w słońce za kratą, i mieli twarze skupione, w coś wsłuchane, wszystko widzące i rozumiejące. Na korytarzu rozległy się kroki, brzęk kluczy, na progu stanął Semeniuk. — Karliński, idź na swój numer. Zaraz wieczorna rewizya. Powstali. Wtedy przemówiła: — Kiedy stąd odchodzimy? — Pojutrze, rano — odparł i po chwili dodał: — Razem. — Już zawsze! — rzekła z promiennym uśmiechem.
Comentarios
Cargando comentarios…