VIII

W oknie u Kiwy fryzowano pięknego Wiktora. Czynił to jego lokaj, a pomagało dwóch żydków. W temże oknie siedział téż pan Józef i objaśniał, nazwiska przechodzących młodemu Zawirskiemu, uzbrojonemu w ostre szkła osadzone na wyłupiaste, baranie oczy. Tamże ogryzał sobie paznokcie, zgrany do szczętu, Ludwik Tedwin, rozmyślając, komuby wpakować wczoraj kupioną klacz z fałszywym regestrem, i tamże siedział Zygmunt Holanicki, gwiżdżąc przez zęby i myśląc, czy wygrane setki zawieźć do Tryskowa, czy téż zostawić pokusom miasteczkowym. Przed tém oknem przechodziły panie. Wiedziały one, że młodzież tam jest i patrzy, więc udawały, że tego nie wiedzą. Jedne przechodziły szybko, jakby spłoszone, inne śmiały się między sobą, inne stroiły miny pogardliwe lub poważne, a wszystkie myślały, że za tém oknem są tacy, którym się niezawodnie podobają. Za tém oknem tymczasem istotnie zajmowano się niemi. Pan Józef grał rolę introduktora. — Patrz pan — mówił do Zawirskiego — ta gruba panna z tą małą czarną, to Stocka i Wojniczówna. — Aha, te, co się dzielą Stachem Darowskim. Bestya używa jak sułtan — wtrącił Wiktor, nie odwracając oczu od zwierciadła. — A bogate to? — Zagadnął Zawirski. — Obiecują po dziesięć tysięcy za Stockie, a Wojnicz podobno złożył w banku posag, ale — tu pan Józef ręce rozłożył — ja przy tém nie byłem. — Wiesz co, Józefie? — wtrącił Ludwik Tedwin — załóżmy spółkę. Ożeń się ty z jedną, ja z drugą, a że jesteś człowiekiem romansowym, oddam ci i moją, ty mi zaś oddasz posag swojej. — Owszem, służyłbym chętnie, ale mam zobowiązania gdzieindziej, obowiązki! — odparł Józef tajemniczo się uśmiechając. — Och, te twoje zobowiązania! — burknął Zygmunt — na poczcie w Malewiczach: także jest co gadać. — A to kto? — zagadnął Zawirski. — Ta bryczka, to Janicki przecie! Caca dziewczynki! Może je każdy uścisnąć, byle mama nie widziała. — I byle ojcu pieniędzy pożyczyć — dodał Wiktor. — Ja raz za trzydzieści rubli — które mu dałem, dostałem starszą na kuligu zeszłéj zimy i woziłem całą noc nie prostą drogą. — Czy one niedaleko Malewicz? Niezły nabytek. Muszę sobie to zanotować! — rzekł Zawirski, szczerząc w uśmiechu swoje popsute zęby. — A oto grono tuzów! — syknął Józef, chowając głowę dyskretnie. — Stary Różycki ze swoją synowicą. Ten sobie nie zadaje przymusu, coś jéj szepce do ucha na ulicy, a za niemi ten kretyn synowiec i twoja siostra, Zygmusiu. Widzisz? — A mnie co to obchodzi? — burknął Zygmunt. — Wolę, żeby Jaga chodziła z Różyckimi niż z wami lub zemną! To — bo ochota tyle gadać o tych pannach i znać wszystkie! — Werbiczówna idzie! — oznajmił Józef po chwili. — Gdzie? która? — ciekawie spytał Zawirski, składając podwójnie binokle i mrużąc jedno oko. — O, ta, w granatowym płaszczu, wysoka, szczupła. — Pi, pi! To szyk! Jest posag? — Jest — mruknął Zygmunt — ale nie dla ciebie, dardanelu! — Posag! — zaśmiał się Wiktor — żeby był, ale są tylko pozory. Bankruty! — Szkoda! — westchnął Zawirski, goniąc oczyma smukłą postać. — Oto i dwie Zapolskie. — Te, co krowy doją w domu i same zajmują na szkodzie chłopskie świnie? Podobno myją się tylko raz na tydzień, pod studnią! — Nie, to Orlińskie. To podobno suchotnice; jedna ma krzywą łopatkę, druga miewa konwulsye. — Tfu, trzysta tysięcy! — zaklął z obrzydzeniem Zygmunt, wstając. — Dzięki Bogu, że ja w waszem towarzystwie nie żyję! — Dalibóg, Jawornicka jedzie! — Ta jedynaczka? Nie może być! — zawołał Wiktor, rzucając się do okna z na pół ufryzowaną głową. — Ależ czwórka kasztanów warta tysiąc rubli! — krzyczał Ludwik, wytykając téż głowę. — To ta panna gruba, ospowata, w żółtéj bryczce? — badał Zawirski. — Ta, ta! Sto tysięcy jak lodu i majątek złote jabłko. Téj wiosny skończyła wychowanie. Sam kwiatek! — mlaskał językiem Józef, trącając Wiktora. — Pojechała do kościoła. Trzeba będzie z blizka ją obejrzeć! — zdecydował piękny Tedwin, wracając do lustra. Zawirski spojrzał na niego z ukosa. — Szpetna! Ja mogę sobie pozwolić na piękną i bogatą! — rzekł. — A ja téż, ale osobno! — odparł Wiktor. Pan Józef znowu nieco od okna się odsunął. — Teraz już się msza zacznie, bo moja siostra poszła; syndyk kościelny! — szepnął. — I goście algierscy z nią i pani Zofia. — Ten Konstanty, to cielę! — zdecydował Ludwik. — I hołysz! Karty w rękę nie weźmie. — Dobry, kiedy aż tu go wiozą żenić; tam go widocznie zbrakowano! — Ja nie umiem z nim gadać; bardzo głupi! Tę ostatnią uwagę Wiktora podniósł Zygmunt. — Ciekawy jestem, co głupi głupiemu ma powiedziéć? To powiedziawszy, czapkę włożył i, trzasnąwszy drzwiami, wyszedł. Na ganku natknął się na Stefana, który ziewał i przeciągał się z nudów. — Coś ty nie spał? — Spałem, ale mi już tu dokuczyło. Wracajmy do domu! — Nie wiesz, gdzie mama mieszka? — U ciotki Stefanii. A ty wiesz, że Jaga za mąż idzie? — Idzie? Za kogo? — Sam nie wiem na pewno. Za Różyckiego podobno. — Kto ci mówił? — Mendel słyszał od Jurka furmana. — Et, brednie! — Nie brednie. A te trzy ruble, co on mi dał! — Co ty rozumiesz? — To rozumiem, że jeśli Jaga z Pryskowa pójdzie, to i ja długo nie zostanę. Błaźnica od nas chytrzejsza ma być? Oho, zobaczymy! — A warto i ciebie i ją światu pokazać. Rzadko się zdarza takie osobliwości darmo oglądać! Wyraziwszy w ten sposób swój sąd o rodzeństwie, Zygmunt wyszedł na ulicę. — Pójdę obejrzeć tego wyżła u doktora. Za mało psów u nas! — rzekł, odchodząc. Ale Stefan, zwykły jego cień i echo, nie ruszył za nim. W mózgu tym, który dotąd żył w stanie rudy, poczynało się coś budzić. Pozostał chwilę zamyślony, wreszcie czapkę swoją rękawem oczyścił i, uważając ten czyn za ostateczny wyraz elegancyi, poszedł do kościoła. Rzadko tam Stefan bywał. Do parafii z Pryskowa było mil siedm; za daleko na piechotę. Pani Zofia wymadlała się na cały rok z góry podczas kontraktów, a upewniona, że dzieci zostały ochrzczone i doprowadzone do pierwszéj spowiedzi, daléj kwestyi ich wiary nie pilnowała. Zygmunt i Stefan byli tedy chrześcianami na mocy chrztu; z własnej, dobréj woli nie uczynili w życiu swojem nic, aby to zademonstrować, chyba, że bywali czasem w kościele na Wielkanoc, albo na mszy żałobnéj za duszę ojca i gapili się po obecnych lub bezmyślnie wpatrywali się w ołtarz. Tak i teraz Stefan się gapił. U progu chciał się cofnąć, bo ujrzał za stolikiem z kwestą pannę Werbiczównę i Rytę, ale te panie udały, że go nie widzą, więc się prześlizgnął mimo nich i wpadł w tłok pospólstwa. Przeciskał się daléj, szukając kogoś i wreszcie dotarł do Konstantego, który, oparty o ławkę, górował wzrostem i osłaniał sobą Jadwisię, klęczącą i zamodloną. Stefan się przeżegnał i daléj nie wiedział, co robić. Tłum go otaczał, przeważnie kobiet, jak to zwykle bywa w kościołach; wonie kadzideł napełniały nawę, a w głębi brzmiały organy. Stefan rozejrzał się. Zobaczył matkę wzdychającą nad grubym modlitewnikiem, pannę Felicyę modlącą się bez książki, poznał Janickie rzucające oczyma na wszystkie strony, szpakowatą czuprynę pana Erazma i wielką łysinę Werbicza, i znowu powrócił oczyma do Konstantego, którego atletyczne bary i jasną głowę miał tuż obok siebie. Wtedy Stefan westchnął i począł rozmyślać. Naprzód o modlitewniku matki, w którym często przechowywała pieniądze i kwity, potém nad tem, dlaczego ciotka Felicya, modląc się, płacze zcicha, chociaż przecie niczego jéj nie brak, a w Algierze raj! Potém zastanowił się, dlaczego na starość pan Erazm posiwiał, a Werwicz wyłysiał i wogóle dlaczego ludzie z latami się zmieniają? Wreszcie spojrzał na Jagę i znowu westchnął. Bestya dziewczyna! Kpi sobie już z Pryskowa i z niego. Zabierze się i pojedzie, nie będzie nic robiła, a będzie używała. Żeby to jego tak ktoś zabrał! On nawet radby pracować, byle mieć coś swojego. Kostuś opowiadał, że w Algierze raj, ale i Kostuś do téj rozkoszy weźmie z sobą jaką pannę, a nie Stefana. Ot, los uśmiecha się kobietom! Stefan nigdy kobiet nie lubił, a teraz poczuł do nich nienawiść. A właśnie spostrzegł, że tuż za nim walczyła z tłumem jakaś pani młoda, daremnie starając się wydobyć z natłoku. Stefan jeszcze lepiéj się rozparł i zupełnie zatamował przejście. — Siedź! — pomyślał ze złością. Kobieta, napół zduszona, szepnęła: — Przepraszam pana, proszę mi dać trochę miejsca. Stefan udawał głuchego, ale na dźwięk tego głosu Kostuś obejrzał się i żywo go trącił, sam usuwając się z drogi. — Ustąp pani! — szepnął, pochylając zarazem głowę w ukłonie. — Mam każdéj ustępować widocznie! — zamruczał Stefan niechętnie, czyniąc jednak miejsce. Kobieta spojrzała na Kostusia i podziękowała mu ruchem głowy i uśmiechem. Ulokowała się tuż przed nimi i zaczęła się modlić; Kostuś nie zdejmował z niéj oczu. Teraz Stefan zauważył, że coś jest w kościele przyjemnego. Ogarnął go jakiś smutek i łagodność zarazem. Począł tedy znowu rozmyślać, co dzisiaj jest szczególnego w kościele i wreszcie podniósł oczy do chóru. Aha, to organy tak pięknie grają! Nie on sam to zauważył. Coraz ktoś w górę spoglądał i wielu myślało, dlaczego wczoraj Różycki zbierał składkę na organy, kiedy te stare umieją takie modlitwy i hymny aż do serca podawać? Stefan był z natury wrażliwy na dźwięki. Gdy go matka posyłała ze święconem na rezurekcyę, miał to sobie za wielką łaskę, gdy mógł z tłumem śpiewać przy wtórze organu; ale teraz, tutaj, organista chyba nie ten, co dawniej. Tak go to wreszcie przejęło i zaciekawiło, że się pochylił do siostry i rzekł: — Słyszałaś ty kiedy takie granie? Aż człowiekowi głupio się robi. Jadwisia podniosła głowę. — To pan Adam gra! — szepnęła. — Aaa! — zdziwił się Stefan i umilkł. Po chwili ukląkł obok siostry i znowu się odezwał: — Daj książkę, ja sobie litanię przeczytam! W téj chwili organ ucichł, dzwonki się rozległy, głowy i karki ludzkie pokłoniły się ku ziemi. Nastała cisza uroczysta. Stefan oddał książkę siostrze i szepnął, wstając: — Pójdę mu kalikować! Powstawali wszyscy. Kostuś zaraz poszukał oczyma młodéj kobiety i pomyślał: — Niech sobie co chce będzie, ale się ożenię! Już tak żyć z dnia na dzień nie godzi się. Nabożeństwo dobiegało końca. Tłum rzedniał, przed kościołem i u stołu kwestarek zbierali się znajomi, witano się i rozmawiano. Na tacę padały grube asygnaty, dar dla oka ludzkiego i stosunków; padały miedziaki, Boża ofiara nieznanych, Kościół wyludniał się, napełniał cmentarz, wszyscy odzyskiwali zwykły humor i wracali do spraw potocznych. Imię Adasia było na ustach. Wyglądano go, aby chwalić i winszować. Różycki uśmiechał się uradowany, promieniała szczęściem Ryta. Organ jeszcze brzmiał, a gdy ucichł i chłopaka długo nie było, panna Felicya, niecierpliwa, zawołała Kostusia: — Skocz na chór i sprowadź nam mistrza! — Kiedyż-bo ja, ciociu, na kogoś téż czekam! — Ach, mniejsza, idź, idź! Chłopak spełnił polecenie i przepadł. Zaczęto się niecierpliwić, gdy wreszcie ukazał się Stefan. — Gdzie pan Adam? Nie widziałeś? — spytała panna Felicya. — A jak widziałem, to co? Na co on ciotce potrzebny? — Chcemy mu powinszować, czekamy! — Możecie nie czekać! Potrzebne mu winszowania! Obędzie się! — Pójdę sama tedy po niego! — Niech się ciotka nie fatyguje. Albo on tam siedzi? Zaraz zlazł i poszli sobie z Jagą przez zakrystyę. Pewnie już są we dworku! — A zdrajca! W téj chwili Kostuś przemknął się koło nich i wypadł na ulicę. Dogonił młodą kobietę, wracającą samotnie, i pozdrowił. — Nie poznała mnie pani. Witam! Spojrzała nań i odparła sucho: — Owszem poznałam pana. Nie podała mu ręki i przyśpieszyła kroku, rzucając wokoło niespokojne spojrzenia. — Jakże się pani powodziło przez ten czas? Czy odnalazłaś pani tych, do których wracałaś? — pytał, towarzysząc. — Nie wracałam do nikogo. Znalazłam pracę i pragnę tylko spokoju! — odparła sztywnym tonem. — Widziałem wczoraj Tolę. Mieszkasz pani w domu mojéj krewnej. Dziecko zdrowe? — Zdrowe, dziękuję panu! — odparła łagodniej. — Odprowadziłam ją dzisiaj na cały dzień do doktorowej, gdzie ma rówieśnicę. Ciasno dziecku w jednéj stancyi, a tam jest ogródek. — Pani ciężko pracujesz! Ruszyła brwiami. — Ciężéj byłoby bez pracy. Skręcili w boczną ulicę; oficyna już była widoczna. — Pani pozwolisz złożyć sobie wizytę? — spytał. — Nie! — odparła krótko. Nie spodziewał się takiéj odpowiedzi; dotknęła go. — Dlaczego nie? — rzekł. — Bo nie przyjmuję nikogo. Jestém biedną szwaczką, niepragnącą żadnych stosunków towarzyskich. Stali u drzwi. Konstanty czuł, że go gniew ogarnia. — Mój kuzyn, Tedwin, jest więc szczęśliwym wyjątkiem! — rzucił przez zęby. Kobieta pobladła i rzuciła mu spojrzenie dzikie prawie. — Tak, jest wyjątkiem! — odparła, zamykając mu drzwi przed nosem. Zaklął i odszedł, poprzysięgając zemstę. Wałęsał się po ulicach czas jakiś, układając różne plany bezsensowe, wreszcie uczął nieprzepartą chęć podzielenia się swojemi wrażeniami z Rytą i poszedł do dworku panny Stefanii. Nie była to jednak pora do zwierzeń. Dworek był pełen gości. Weszło to oddawna w zwyczaj miasteczka, że po nabożeństwie niedzielnem znajomi schodzili się w dworku i zostawali na obiedzie. Teraz w dwójnasób się zebrali, a wszędzie było pełno i gwarno jak w ulu. Biedny Adaś, zaczerwieniony, zmęczony, rozstrojony do szczętu, słuchał ogólnych pochwał z miną męczennika; Różyckiego wzięła w obroty panna Zofia, rada z uprzejmego i potężnego pomocnika; stary Jawornicki przedstawił córkę, przekonany o szalonem wrażeniu, jakie uczyni; Zawirski prezentował syna, Werbicz politykował z panną Felicyą, panny oglądały kwiaty; młodzież, z pięknie ufryzowanym Wiktorem na czele, motylkowała około Jawornickiej; Tedwin zabawiał rozmową o swoich fabrykach Zygmunta, który przypatrywał się gołębiom na dachu i nie słuchał wcale. Był tam i Stefan, ale rychło się znudził, więc poposzedł w głąb domu i ofiarował swoje usługi pannie Stefanii, krzątającéj się w jadalni. — Niech ciocia tam pójdzie gadać, bo już zupełnie babcię odurzyli! — rzekł. — Ja tu wszystko pięknie przygotuję! Jadwisia trzymała się Ryty, która oglądała ciekawie wszystkich i gromadziła materyał do karykatur. Gdy Kostuś do niéj dotarł, rzekła zcicha: — Jakie ja tu pyszne pary pokojarzyłam w myśli! Patrz pan i uważaj. Piękny Wiktor z tą ospowatą milionerką, Zawirski junior z Janicką naiwną, Tedwin z panią Zofią, ten tłuścioch z panią Matyldą. Czemu to losy nie bywają trafne! Wyrysuję ich panu kiedy. — Kiedy? — powtórzył. — Niedługo nas ten sam los odrzuci daleko i zapewne na zawsze. — Coś pan tak żałośnie nastrojony! — Jeśli tu dłużéj pobędę, wstąpię do Trapistów. Po co ja tu przyjechałem? — Co się stało? Dostałeś pan rekuzę od wdowy? — Tak, okropną, bez apelacyi! Ale zkąd pani wiesz? — Ano, bo widziałam pana z nią na ulicy. — Więc się pani mną zajmujesz? — Ależ ogromnie! Poczekaj pan, byle obiad skończyć i pozbyć się tych ludzi, zaraz się tém zajmę i pogodzę was. — Alboż ją pani znasz? — Jeszcze nie, ale to nic. Do wieczora będzie dobrze. — Ach, jak ja panią ubóstwiam! — Wiém, wiém! Strzepnęła rękami i odeszła. Gwar i rozbawienie rychło orzeźwiły niefortunnego zalotnika. Po półgodzinie nie pamiętał wdowy i, zasiadłszy przy Janickiej, wyciągał ją na naiwne dwuznaczniki, ubawiony setnie. Ale przecie najlepiéj z całego grona bawiła się panna Felicya. Pomarszczona jéj twarz wygładziła się uśmiechem, ciemne policzki pokrył rumieniec, oczy błyszczały. Odnalazła tylu znajomych, odnowiła stosunki, dowiedziała się tylu nowin i wypadków! I zapomniała w téj chwili o minionych dwudziestu latach, a wspomnienie przybrało świeże barwy rzeczy zaledwie wczorajszych. — Pamiętasz pan! Pamiętasz pani! — brzmiało w około niej, a ona się śmiała uszczęśliwiona. Podczas obiadu Werbicz wniósł jéj zdrowie, a stary Jawornicki przypomniał: — Pamiętasz pani na redutach przed laty, jak to tańczyliśmy polkę mazurkę i upadli! Młodzież słuchała tego, śmiejąc się zcicha. Wiktor wodził szyderczem okiem po zgromadzeniu. — Ils sont ridicules! — wycedził zcicha do Ryty. Ta ruszyła ramionami. — Będziemy i my w tym wieku podlegali podobnemu zdaniu. Nic nowego pod słońcem. W połowie obiadu Różycki podniósł kieliszek. — Pamiętamy o sobie. Stare dzieje! Piliśmy zdrowie nas starych, co schodzimy z placu, wypijmyż i zdrowie młodych, którzy do życia wspólnego i pracy się zabierają. Panowie sąsiedzi i przyjaciele niech się ze mną ucieszą. Synowca swojego żenię, a łaskawa pani Zofia swoją jedynaczkę mu daje. Niechże tym kielichem spełni się zdrowie narzeczonych i niech im nie będzie gorzéj niż nam bywało! Niespodziana ta wiadomość osłupiła wszystkich. Pod wzrokiem tylu osób Adaś pobladł, Jadwisia pokraśniała, toast spełniono w milczeniu. Potém dopiero rozwiązały się języki, a gdy wstawano od stołu, wszyscy otoczyli pana Erazma i panią Zofię, rozpływając się w pochwałach i życzeniach. — Cóż to? Osiadasz w Rogalach na gospodarstwie? — zagadnął Adasia piękny Wiktor. — Ja? A cóżbym tam robił? — Więc może wyjedziesz do Algieru? — Zobaczymy. Ślub nasz dopiero za rok. — A daje co szanowna ciocia? — Daje mi córkę. — Tylko? To nie jesteś wymagający. Zlituj się, przyślij podobnych sobie idealistów do moich sióstr: niechby ten towar zabrali! Zawrócił się na pięcie i odszedł do Jawornickiej. Adaś był dla niego szczytem idyotyzmu. Jadwisię opadły panienki, dopytując się, gdzie będzie robiła wyprawę. Ruszyła na to ramionami. — Nikt z nas o tém jeszcze nie pomyślał! — odparła przez zęby tonem, odstręczającym od dalszéj gawędy. Panią Zofię obiegły starsze damy. — Tacy młodzi jeszcze oboje! — zaczęto delikatną krytykę. — On wygląda wątło i słabowicie; matka jego umarła z suchot! — Wywiozą jedynaczkę na kraj ziemi! Ale pani Zofia była po dobrym obiedzie, Różycki pognębił jéj prześladowcę, żyda; panna Stefania chwaliła Adasia; posagu i wyprawy nikt nie żądał: wojowniczo tedy napadła na krytykujące niewiasty. — Moje panie, ja, matka, wiem, co dobre dla mojego dziecka. Przy tém i pan Erazm ma głowę najlepszą w powiecie. My oboje postanowiliśmy, to dość! Panie, oburzone, odeszły, wznosząc oczy i ramiona. Powoli goście się rozchodzili. Podwórze rozbrzmiewało serdecznemi pozdrowieniami, zapewnieniami przyjaźni, życzeniami i komplimentami. Gdy za ostatnim gościem zawarła się furtka, Ryta odetchnęła głęboko. — Teraz dopiero będą mówili, co myślą! — rzekła. — A pewnie! — ozwał się za nią niespodziewanie Stefan. — Przyszli, najedli się, napili, a teraz was ogadają. Wskazał palcem siostrę i Adasia. — Za co? Co im szkodzimy? — zagadnął Adaś. — Ja nie wiem, ale ogadają. — Za to, żeście szczęśliwi! — odpowiedziała Ryta. — Cóż, panie Stefanie, rad jesteś ze szwagra? — Jeśli im z tém dobrze, to mnie wszystko jedno. Jabym sobie pewnie takiego kłopotu samochcąc nie nabierał! — No! mógłbyś być dla mnie choć dzisiaj uprzejmym! — zaburczała Jadwisia. — O, ty myślisz sobie, że zębami uchwyciłaś za księżyc i chcesz mi imponować! At, wielka sztuka, ja to samo potrafię! Zygmunt, który dotąd zamyślony palił papierosy na ganku, zeszedł do nich i zawołał Jadwisię. Odprowadził ją do furtki i tak rzecz zagaił: — Że się znalazł idyota, co ciebie chce brać, toś rozum do reszty straciła. Zkądbyś go zresztą miała? Jakże to idziesz za mąż: w téj spódnicy i tych trzewikach? Szykuj cały stos gałganów i fatałachów, które niewarte śmiecia, a kosztują sumy! Mówiłaś o tém z mamą? — Nie. Po co? Nie da grosza! — No, więc cóż? — Powiedziałam Rycie, że wyprawy nie będę miała. — At, piękne gadanie, a potém po całym kraju plotka pójdzie, że Holanicką Różyccy wzięli bez koszuli. Niedoczekanie ich! Ileż na te śmiecie trzeba pieniędzy? — Czy ja wiem? Pewnie tysiąc guldenów. — Do kroćset tysięcy! No, to masz, schowaj tylko przed mamą, bo odbierze, a ja drugich nie dam. A że i ty i Adam jesteście parą idyotów, to oddaj je téj czarnéj pannie, która ma rozum, jak mi się widzi, bo kpi sobie z całego świata. Zygmuś, obejrzawszy się, czy gdzie nie widać matki, wydobył z kieszeni obiecaną sumę i wetknął siostrze w rękę. — Dziękuję, Zygmusiu! — szepnęła Jadwisia, zupełnie oszołomiona. — Nie dziękuj, a schowaj! Aj, dalibóg, mama idzie! Na to hasło Jadwisia wsunęła pieniądze do kieszeni, a Zygmuś zniknął za furtką. Zaraz po nim wysunął się na ulicę Kostuś ze Stefanem. Szli jakiś czas w milczeniu, wreszcie Jamond ziewnął i rzekł: — Tu można z nudów oszaléć! — U was weseléj! — stęknął Stefan. — Pewnie, że weseléj, bo się pracuje, a w pracy dzień do dnia niepodobny i krótki. Oni tu powiadają, że téż pracują; wyglądałbym ja ładnie, gdybym tyle tylko robił! U nas taki tydzień kontraktów zrujnowałby fermę! — A przecie miałeś o czém tu przyjechać. — Ba! Ojciec zbierał na to dziesięć lat, a ja drugie dziesięć będę odrabiał. U nas, bracie, kredytém żyć nie można! — A droga tam dużo kosztuje? — Pięćset franków. — No, a tam pracując, można się czegoś dobić? Coś ty taki ciekawy? Może się téż wybierasz? — Pojechałbym! rzekł Stefan nieśmiało. Kostuś się roześmiał. — Wykradniesz się chyba z Pryskowa? — A cóż! Na co ja tam? Żebyś mnie z sobą zabrał, tobym ci potém koszt drogi odsłużył. — Ba, a starzy? Rozmów się z matką, z panem Erazmem, ja jestém gotów cię zabrać. — Et, mama! Byle nie chcieć od niéj pieniędzy, to jéj wszystko jedno. I mnie było dotąd wszystko jedno, a teraz, pogadawszy z tobą, z Adasiem — czy ja wiém? — jakoś mi się widzi, że trzeba inaczéj żyć! Zygmuś kpi ze mnie, nędza dojadła, a Jaga, błaźnica, zmyka z domu! Pójdę sobie i ja! — I dobrze zrobisz. Nauczysz się tam dopiero, co to praca, a nie tu! W téj chwili doleciał ich uszu żałosny płacz dziecka. Kostuś się rozejrzał. — Co to piszczy? — Coś pod chodnikiem! Zajrzeli obadwa w otwór w deskach, pod którym krył się rynsztok bardzo głęboki, i ujrzeli na dnie dziecko skulone w kupie stuletnich śmieci. — Tola! — krzyknął Kostuś, klękając nad dziurą i wyciągając do dziecka ręce. — Tak, Tola! — rzekł spokojnie Stefan. Ale już Kostuś wydobył na wierzch dziecko, brudne, rozczochrane, dygocące ze strachu i łkań. — Co ty tu robisz, Tolu? — spytał, biorąc ją na ręce i zawracając z powrotem. — Tola boi się mamy! — Mama wybije! — wyjąkała. — Za coż? — Bo Tola uciekła od Zośki i powalała sukienkę. — A dlaczegóż uciekłaś? — Bo my się pogniewały. Tu zaczęła się obszerna, a mało zrozumiała opowieść owego zajścia, któréj obaj młodzi słuchali, pokładając się od śmiechu. Tak doszli do furty panny Stefanii i Kostuś, ubawiony, doniósł dziecko do werandy. — Panno Ryto, oto co znalazłem! — zawołał, podnosząc dziewczynkę wysoko w ramionach. Ale zamiast Ryty, inny głos odpowiedział: — O Boże, Tola! Co się stało? I przed zdumionym Kostusiem stanęła pani Wojakowska we własnéj osobie, blada z przerażenia, a za nią powstali i skupili się wszyscy: pani Jamondowa, panna Stefania, panna Felicya, Różycki i Ryta. Siedzieli sobie na ganku i gwarzyli spokojnie. Teraz obstąpili Kostusia, a on, wobec nagłego widoku swojéj wdowy, zapomniał języka w gębie. Tola, przerażona widokiem tylu obcych, w poczuciu winy i obawie kary, zamiast garnąć się do matki, kurczowo objęła go za szyję, kryjąc twarzyczkę. — Gdzie ją pan znalazłeś? — zawołała matka. — Siedziała pod chodnikiem! — odparł Stefan — a on, ciekawy, że coś piszczy, zajrzał i wyciągnął. — Dajże mi ją pan! — Niech tylko pani jéj za to nie karze! Obiecałem jéj swoją opiekę i protekcyę. Maleństwo okropnie się zlękło, może to przechorować! — Warta kary, niesłychanie uparta i samowolna! — To dobrze, będzie miała charakter! — pocieszał Różycki, a panie jednogłośnie wzięły stronę dzieciaka. Tola, wydobyta nareszcie z objęć opiekuna, przechodziła z rąk do rąk. Gdy się znalazła na ziemi, była już czysta, uczesana, uśmiechniona i pod opieką Adasia i Jadwisi ruszyła do zabawy w trawie i kwiatach. Starsi wrócili na ganek. Po drodze Kostuś spytał szeptem Ryty: — Jakim cudem ona tu jest? — Poszła do niéj panna Stefania ze stryjem i przyprowadzili. — Pani jesteś aniołem, czarodziejką, bóstwem! — Bagatela! Tylko tyle? — zaśmiała się. — Śliczna ta pana wdowa, inteligentna, poważna, a ładna jak kwiatek. Masz pan dobry gust! Kostuś aż poczerwieniał z przyjemności. Tak mu ten sąd Ryty zawrócił głowę, że przysiągłby, iż od czasu, jak kochać zaczął, kochał tylko swoją wdowę i że żyć bez niéj nie potrafi. Usiadł naprzeciw niéj i, pieszcząc ją rozkochanemi oczyma, marzył, że potrzebuje tylko rękę wyciągnąć, aby ją posiąść. Impertynencja, którą jéj rano powiedział, wywietrzała mu zupełnie z pamięci. Kobieta opowiadała swoje dzieje, a raczéj dalszy ich ciąg, przerwany epizodem Toli. Ukończywszy smutną opowieść, podniosła oczy do panny Stefanii i pana Erazma i dodała ciszej: — Wy pierwsi odezwaliście się do mnie po ludzku. — A my! — z uśmiechem ujęła się panna Felicya, wskazując Kostusia i siebie. Wdowa spojrzała na młodego Jamonda tak zimno, że poczerwieniał aż po uszy i wysunął się z ganku. Poszedł do Toli po pociechę i znalazł ją zapewne, bo po chwili napełnili śmiechem podwórze. Różycki, wysłuchawszy opowieści do końca, wstał, przeszedł się parę razy po ganku. A stara matka swoją białą, suchą dłoń położyła na pochylonéj głowie kobiety i rzekła: — Młodość przebyta w trudzie — to zadatek na spokojną starość. Jesteś jeszcze bardzo młoda, odżyjesz na nowo; wszystko to jak sen się rozwieje! Kobieta potrząsnęła głową niedowierzająco. Staruszka zauważyła ten ruch. — Nie przecz! W człowieku wszystko się odnawia i odradza, a kto ma dziecko, ten nie może być zimnym i zamarłym. Dziecko cię nauczy śmiać się i śpiewać, marzyć i kochać! Tu pan Erazm żartobliwie się uśmiechnął i, siadając przy wdowie, szepnął wesoło: — A że dzieciak uparty i samowolny, jak pani mówisz, do wychowania trzeba pomocnika. Niedługo czekając, pani Heleno, wyswatam ci tęgiego chłopaka na męża, bo to doprawdy grzech, żeby taka śliczna kobieta marnowała się samotnie! Ja na to nie pozwolę! — Naturalnie! — potwierdziła stanowczo panna Felicya. Wdowa uśmiechnęła się smutnie i, zamiast odpowiedzi, powstała, bo krzyk Toli przechodził granice przyzwoitości. — Na litość boską to dziecko robi się szaloném pod pana opieką! Dosyć Tolu, chodź do domu! Tola usiadła na trawie, poczęła bić nogami w ziemię, a piąstkami odpychać matkę. — Nie chcę, nie chcę, nie chcę! Ja tu zostanę z tatkiem! — krzyczała w niebogłosy. — Z jakim tatkiem? Będziesz stała w kącie za pokutę! — Z tym nowym tatkiem! Tola jego kocha! Paluszkiem wskazywała Kostusia. — No, no, ostatni raz widzisz tego opiekuna! Wzięła ją na ręce. — Dlaczego ostatni? — zaniepokoił się Kostuś. — Przecie mi pani przebaczy i pozwoli chociażby odwiedzić Tolę, która mnie kocha! — To kochanie jest zupełnie zbyteczne. Mam jeden pokój i takiego wrzasku znosić nie myślę. — Będziemy cisi! — rzekł pokornie. — Zresztą nie wyrzucisz mnie pani za drzwi, gdy przyjdę z ciotką; bez starszych nie stawię pani czoła. — Po co to? — mruknęła niechętnie. — Bo musi tak być! — odparł. — Co? — spytała, brwi marszcząc. — Że się z panią ożenię! — rzekł, uśmiechając się w jéj chmurne oczy. Popatrzyła nań, jak na waryata, potém ruszyła ramionami. — Po tém, co mi pan dzisiaj rano powiedziałeś, zamiar bardzo dziwny. Zresztą, szkoda pana zachodu; nie myślę powtórnie wychodzić za mąż! Tolu, co ty robisz? Tola na ręku matki zachowywała się nadspodziewanie cicho, bo była mocno zajęta. W rączkach, umorusanych piaskiem i zielem, trzymała zegarek swojego nowego „taty”, w którym po długich zachodach otworzyła maszyneryę i paluszkami zdejmowała kółko, które się dało uchwycić. Matka odebrała jéj drogą zabawkę. Powstał naturalnie hałaśliwy protest. — Ach, pan jesteś niemożliwy! Co teraz będzie? Zegarek popsuty! Szkaradne dziecko, poczekaj! — Jeśli pani mnie odtrącisz, zrobisz pani jak Tola z zegarkiem. Proszę być dla niéj pobłażliwą. Rozmawiając, oddalali się do furtki. Gdy ją minęli, panna Felicya, obserwująca ich zdala, żywo zwróciła się do pana Erazma. — Jak pan myślisz, będzie co z tego? — zagadnęła. — Jeśli ludzie w to się nie wdadzą, to będzie! — odparł stanowczo. Ruszyła ramionami. — Pójdę dziś do niéj z wizytą i bez zwłoki sprawę zagaję. Podobała mi się, trzeba kończyć! Westchnęła; westchnął i Różycki: — Aha, już panią tam wzywa niepokój, tém lepiej! Ot i rozstaniemy się, tym razem nie na dowidzenia. Daleko, bardzo daleko od siebie będą nasze mogiły!

Comentarios

Cargando comentarios…