Freski Krymskie — VII

Jam z krajem onym sercem się zespolił,Więc kiedy duch mój dziś się rozsokolił,Chociaż daleki — mocą wyobraźniŻywo znów widzę pożegnany eden,I w myśli mojej powstaje niejedenCzar zapomniany i pamięć mię draźniI do głębiny duszy mojej sięga,Aż przed oczyma — wrażeń dawnych księgaStaje spisana złotemi litery;Wtedy otarłszy zapylone karty,Widzę w niej obraz świeży, niezatartyKrainy miłej... Mgliste jakieś szmeryRodzą się w myśli... i dziwo! znów jestemOwiany gaju cichego szelestem,I znów nademną szafirów sklepienie,Z nich słońce hojnie spływa porą dzienną,A nocą morze, góry ziemię sennąKsiężyc przystraja w pół światła w pół cienie.I uderzają mię wonie magnolii,Zapach jaśminu, tchnienie centofolii.Przedemną górska wznosi się gromada,Szczyt jej najwyższy pnie się w górę dumny,

Na górach sosen ruchome kolumny,A nad sosnami biegną chmurek stada,Różnobarwnemi igrając kolory...Strumień zaś górski rwie się naprzód skory.I szumią parków zielone namioty,W nich zwrotnikowe czasem widzę palmy,I morze śpiewa starożytne psalmy,I w cień mię zową tajemnicze groty,I bluszczem gęstym okryte tunele,I wabią morza ożywcze topiele...I stoję znowu pod drzewem orzecha,Którego grube, potężne konarySą jako pniowe innych drzew filary,Zaś je okrywa szumnolistna strzecha.Znów u stóp moich ścielą się winnice,W nich widzę ludu klasycznego lice.Zmuzułmaniły go tatarskie wpływy,Lecz w żyłach jego płynie krew helleńska:Szlachetnie piękną tam jest tak płeć żeńska,Jako i młodzian każdy urodziwy,Lecz nie odsłoni świetnych lic niewiasta,Chowana w górach, zdaleka od miasta:Zwyczajem wschodnim osłania ją czadra —Welon, jak ręcznik długi i szeroki,

Którym zakrywa twarzy swej uroki,By ręka męska wdzięków jej nie skradła.I znowu jestem w brudnej tej mieścinie,Z której ku Polsce i ku UkrainieDzikie rokrocznie leciały lamparty,W którą, jak potok szalejącym wiremZ mężów i niewiast i dziatek jasyremNazad pędziły bisurmańskie czarty.Otom się potknął w tej krainie cudówO ślad nietylko dziś żyjących ludów!Są w kraju onym kimmeryjskie trumny:Czterech płyt z ziemi podnoszą się głazy,Każda ma ciężar, który wiele waży...Piąta na wierzchu! Wznosił je lud tłumny,By królów sławnych przechować tam szczątki,Cenne relikwie, szacowne pamiątki.Lecz dziś w nich drobnej nie odszukasz kości...Tak czasy jedne od drugich się różnią,Co schowa jeden, następne opóźnią,Rzadko dla wiedzy, często dla chciwości...Jaskiniowego widzę nory grodu,Mało znanego schronisko narodu,A być to musiał naród szorstki, twardy,Gdy pozbawiony nauki pomocy —

Skały wyżłabiał ręką dzielnej mocy...Nam niewieściuchom rzuciłby krzyk wzgardy!...W pobliżu jaskiń na wyniosłej skaleDziś opuszczone stoi Czufut-Kale,Jeszcze niedawno pobyt karaima,Lecz w inne strony penaty i laryPoniósł wyznawca jeno świętej karyI tylko stróż tam straż swą wiernie trzyma,I po ruinach tylko wiatr się szastaI jako upiór sterczy szkielet miasta.Znów widzę skał dwu przeciwległe masy,Zbrojne w kamiennych mocnych skał pancerze,Grożące sobie, jako dwaj rycerze —Na śmierć gotowi rozpocząć zapasy.Nim bój nastąpi, głazów zimnych wnętrzeMnich, obietnice czyniąc najgorętszeObrał za dom swój, wykuł klasztor w głębiI ascetyczne dla swej braci cele,W pogardzie mając świata ziemskie cele,Wszelką skrę ludzką wśród granitów ziębi,I trapi ciało umartwienia biczem,Pociesza ducha życiem pokutniczem.

Comentarios

Cargando comentarios…