Ojcowskie słowo (Romanowski, 1904)

Zgasły zorze, wieczorne niebiosaSkry po fali rozsiały wiślanej.Na murawie w perłach szkli się rosa,Szmerem kłosów rozmawiają łany;Ziemia, gwiazdy w słodkiej ciszy toną —Tylko polskie nie wie o niej łono.

Rokosz, rokosz w Koronie, na Litwie!Zebrzydowski, Radziwiłł przewodzą.Senat radzi, król myśli o bitwie,Starcy braci powaśnionych godzą,Ale zgoda z dnia na dzień się wlecze —Strzeż ich, Maryo! Chwytają za miecze!

A Szwed w polskich granicach. — Lecz wiekiI dla wnuków bez przestróg minęły!Nam, Najświętsza, Twej użycz opieki!Nam daj łaskę, gdyż klęski nas zgięłyI nieszczęścia dzień każdy nam trują —Ach, nie wróg nas, lecz waśnie mordują.

Zgodą serca nam natchnij, a wstaniemJak lwy mocni i nieustraszeni!Lecz cyt! Hasło wydano trąb graniem,Obozowych blask strzela płomieni:Król pod miastem, a rokosz na błoniachNoc spędzają: straż czuwa przy koniach.

A w obozie królewskim, od błoni,Koniecpolski usiadł wojewoda.Siwy starzec twarz oparł na dłoni,Pancerz biała okryła mu broda,I zadumał się smutno, że z braćmiWalczyć musi, nim oczy śmierć zaćmi.

A to może już chwila ostatniaRycerskiego zawodu i chwały!I do ręki mu przyschnie krew bratnia,I do grobu ją weźmie dziad białyI nie zmyje jej niczem. — „O Boże!Niechże tu nas Twa łaska wspomoże!wspomoże!“

„Szablo moja,“ — rękojeść tu ściskałDziad, dumając: — „przepada nam sława!Moskwie, hordzie, wszak brzeszczot twój błyskał,

Krwią turecką bywałaś ty krwawa:Jutro, szablo — ha, król mi tak każe,Jutroć we krwi Zebrzydowskich zmażę“.

I potoczył oczyma po błoni,Gdzie stał rokosz zebrany w gromadzie.Myśl za myślą posępna w dal goni,A na twarz się ponury mars kładzie.Wtem do starca przystąpił syn zbrojny,Pan Stanisław, młody, niespokojny.

Dziś raz pierwszy przyodział on zbroję,Wytęsknioną na szkolnej ławicy.Klnie noc długą, jutrzejsze śni boje,Śni o sławie, miecz ściska w prawicy:Piękna postać, a oko mu strzelaTo piorunem, to blaskiem wesela.

Dwoje skrzydeł, sterczących u ramion,Same, zda się, uniosą go w pole...Czyjeż barki dziś godne tych znamion?Kto ma piersi dziś takie sokole?Polsko-matko! O, przemów do dzieci,Niech to ptactwo powstanie i leci!...

Więc, gdy starzec obaczył młodzianaRozpogodził oblicze surowe:„Jeszcze gra mu rycerska nie znana,A tak wrósł mi w odzienie stalowe.Na pociechę Koronie tej rośnie“ —I uśmiechnął się starzec radośnie.

Lecz po chwili zesmutniał — i, synaMierząc ostro, do siebie tak prawi:„Dziś on zawód rycerski poczyna,I na braciach-że rękę zaprawi?Biadaż jego młodości i ręce,Jeślić tak go rycerstwu poświęcę!poświęcę!“

„Synu!“ doń się odezwie żałośnie,„Wolnyś jeszcze i służby nieświadom.Na najezdców niech Wasze mi rośnie;Młodzież Polsce niech służy, nie zwadom!Z braćmi walczyć ja ci nie pozwolę.Wracaj — wracaj do gniazda, sokole!

„Ja, pamiętny mej służby, królowiSam rokoszan nakłonię do prawa.Jeszcze ręka nie krzepnie starcowi,Choć Bóg widzi, jak boli ta sprawa!Lepszy dzień cię wawrzynem osłoni;Nie zaprawisz na braciach ty dłoni.“

Rzekł i ręką ojcowską mu skinął.Ucałował syn rękę ze łzamiI na zbroję wnet burkę nawinął,Dosiadł konia i pomknął polami:A dziad ukląkł i Boga pochwalił,Że od bratniej krwi syna ocalił.

I wymodlił znać łaskę u Boga,Bo syn dojrzał na chwałę Koronie.Gromił Turka, Moskala bił wroga,Za Szwedami rozpuszczał pogonie —A nie przelał krwi bratniej ni razuHetman, pomny rodzica nakazu.

Comentarios

Cargando comentarios…