Wybór poezyj i poematów — całość

Traducido por Emil Zegadłowicz

Że umrzeć mam — przenigdy światom nie uwierzę.Jam wieczna młodość — wieczny sen w girlandy gwiazd i róż spowity;wbijam wzrok w słońce! — W sercu mem przepych i szczytów szczyty:ja sam!

Wtem... drogę mi zagradza cierniowych głogów zasiek.Koronę bólu dźwigam — pomny cierpienia słodyczy!Już tonę bez pamięci w złowrogiej topieli goryczynieubłaganie!

Świszczą dokoła strzały — ból zwija w kłąb centaury,zewsząd mnie jad zatruwa, jak szata Dejaniry.Już gorze we mnie duch! — O, nie ugaszą go przewały, wiryoceanicznych wód!

Tak żegnam się z nadzieją — marzeń mnie zżera zmora,powiodła mnie na stos — dziś w krwawych mrę płomieniach...Czyliż z popiołów wstanę — czyż wzlecę w jutrznianych przestrzeniachjak Feniks?

Pierzchajcie lęki! — Mamidłom próżnym kres!Nie wszystek spłonę — nie! — Przybywaj serc otuchobym mężnie idąc w śmierć — powrócił z wielką skruchądo siebie — sam!

Ponad szczytami księżyc srebrnieje,sennemi liśćmi las szeleścieje —kępa olch starych we mgle sinieje,dźwięcznego rogu odzew smętnieje.

Dźwięk pod srebrzycą płynie miesiąca —ciszej — i dalej — drzew czuby trąca — —a moja dusza wciąż bolejącaku wiecznej śmierci zmierza — tęskniąca.

Czemu nacichasz w srebrnym rozłoguzamilkający, kochany rogu — ? —zagraj raz jeszcze, jeden raz jeszczeniechaj twym dźwiękiem serce upieszczę.

Czemuż chwiejesz się, mój lesie?— tak bez wichru, tak bez wiewukażdy konar, gałęź — gnie się —

Moje drzewa się zginają,moje lata umykają —dni się krócą, noce dłużą —niepokoje pnie motają,wichry liście drżące burząi pieśniarzy wypędzają —

Lato przeszło, zima blisko —otom jest: wichrów igrzysko!Przeczże nie mam się nachwiewać —— ptaki już przestały śpiewać,a jaskółki gromadamiprzelatują nad wierchamii sens życia w dal unoszą —spokój płoszą, szczęście płoszą —mkną i czernią się tak społemponad widnokręgu kołem —mkną jak chwile — w skrzydeł chrzęście —i mijają jak me szczęście — —— oto w doli tak sierocejtrwam pożółkły w chłodnej nocy —cóż zostało mi — ? — tęsknota,która sny w gałęziach mota...

Czegóż ty szukasz w noc miesięczną,gdy srebrną łuską drżą ruczaje,gdy szczebiotaniem, pieśnią dźwięcznąkołyszą się uśpione gaje — ? —Śród liści słychać zwoływania,naszepty ciche i zwierzania —przelotne, zwiewne całowania —— przemyka w lśnieniu cień do cienia.

Stara melodja wciąż powraca,jawi się prawda wieków wielu,wre utajona nurtów praca,fala za falą mknie bez celu —— nową zielenią las się mieni,wiosna się w nowe stroi szaty —— ty tylko błądzisz po przestrzenijako Endymjon śród poświaty — ? —

Samotni twoja zjawa szukapośród ruczajów i kamieni— słuchasz co mówi buk do bukai śnisz w oplocie ziół i cieni —— pośród płonących zorzą dębinzaczarowanej czekasz chwili,w której z omglonych, zimnych głębinjeziorna wróżka się wychyli.

Oto z gałęzi dygotaniadłoni się jakiejś kształt poczyna —wysmukła dziewa się wyłaniai łuk złocisty już napina — —— magicznym szlakiem mknie na łowyi znika pośród pni podcienia —— na bladej ścieżce śródłąkowejgasnących blasków mrą westchnienia...

Do gwiazdy, która rozbłysłaszlak mknie długi prze bezdenie —tysiąc­‑tysięcy lat potrzebaby nas doszły jej promienie.

Może już dawno zapadław chłonące wieczności rozchwieje,a oto oczom naszymdopiero dziś jaśnieje.

Obraz gwiazdy, która zmarłamówi mądrościami dwiema:niewidoczna — wszak istniała —gdy widzimy — już jej niema!

Tak, gdy żary pragnień naszychniepamięci mrok zasnuje —blask zgaszonych namiętnościwciąż nas jeszcze prześladuje.

Ach! — ileż to okrętówco wypłynęły w oddalerozbija się o rafy —przez zawieje, przez fale.

Ach! — ileż to ptaków wędrownychco opuściły kniejeumiera na wyraju —przez fale, przez zawieje.

Gdy cię senna zjawa kusity tej złudzie nie wierz wcale,otumani cię, uwiedzieprzez zawieje, przez fale.

Nigdy spraw tych nie ogarniesz,które stroją ból w nadzieje,— pieśń ulata, wiecznie krążyprzez fale, przez zawieje.

Jutrem życia dzień się zwiększa,dzień wczorajszy życie mniejszy,— wszakże zawsze masz przed sobąjeden tylko dzień — dzisiejszy.

„To“ zastąpić może „tamto“,„tamto“ mija — „to“ się rodzi —— tak, gdy tobie słońce kona,komuś właśnie słońce wschodzi.

Otoć się zdaje: nowe falena tensam brzeg wpadają zgrają,że nowa jesień się wyzłaca —...tesame liście z drzew spadają.

Wiosna się wonnym snem wyzwalaz zimowych lodem spiętych jarzem;i sama śmierć — tak się wydaje —nowego życia jest szafarzem.

Tak z mijających chwil rozbiegujedna się prawda lęże płona:że wieczność sama sobą rośniei całym światem rządzi — ona!

Niechajże rok bieżący mija,niech mrą godziny w mgle, w zasłuchu —ty skarbu swego strzeż przezornie,skarbu co lęże się w twym duchu.

Jutrem życia dzień się zwiększa,dzień wczorajszy życie mniejszy,— wszakże zawsze masz przed sobąjeden tylko dzień — dzisiejszy.

Zwidzenia pełne nagłych olśnień,które błyskanie w mroku kryśli —te jedne trwają wciąż bez zmianyw mrzących otchłaniach wiecznej myśli.

Dzwon wydudnia północną godzinę zdaleka —— sen, celnik życia, zwleka dzisiaj, nazbyt zwleka;śmierć mnie prowadzić chce drogami, które znam, któremi chodzęby śmierć i życie zrównać na wieczystej drodze —lecz zastygły leniwie siły w myśli kołowrotku,a język wagi znieruchomiał — tkwi w pośrodku...

Oto ostatnie me pragnienie —umrzeć nad brzegiem morza,gdy światło szeptem wabi cienie,gdy dzień umyka w przestworza —

Obym miał cichy sen, spokojny,wsłuchany w drzew poszumy —skroś nocy wonią gór upojnejoby gwiazd skrzyły tłumy —

Przepychów nie chcę — takie tanie! —szych pomp niech mnie nie więzi —— miękkie uwijcie mi posłaniez kwiatów i młodych gałęzi.

Niech mnie nie żegna żal niewieścinatręctwem niewołanem —— jesienią niechaj zaszeleścideszcz liści nad kurhanem.

Tam, kędy wieczny ruch źródlanystruży i wodnie gada,kędy przez zaplot jedlinowypoświata błyszczy blada,

gdzie z hal dzwonienia wiatr nawiewarozdrgane we wszechświecie —tam mi lipowe stare drzewazawonią świętem kwieciem —

tutaj ucieczkę przed udrękązyszczesz, pielgrzymie, bez ocknienia —śnieg grób nakryje biało, miękko —grób, serce i wspomnienia.

Gwiazdy przez drzew rozchwiane wiechyz nocnego lśnią posłania —zda się — druhowie ślą uśmiechy,przyjazne powitania.

Świat w nieprzerwanych żądz dzikościtoczy się burzy kołem —— tymczasem w mojej samotnościjuż stałem się popiołem — —

By ukoić ból miłosnyżal zwierzyłem Kamadewie —bogu, który czynił cudawychwalane w Indów śpiewie.

W pysznej zjawił się piękności,na papudze szumnie zjechał —lecz warg cudnych koralamiironicznie się uśmiechał.

Zamiast grotów w swym sajdakuzioła tylko miał trujące,które rosną w żarze słońcana Gangesu świętej łące.

Zmierzył z łuku — w pierś mnie trafiłczarodziejskim kwiatem — w serce —odtąd ciągle we łzach żyjęi w tęskliwej poniewierce.

Tak mnie syn modrego nieba,pocieszyciel zakochanych,strzałą śmierci dotknął srodze —niezliczone zadał rany.

Wszystkie ptaki w borzez gęstwiny, z leszczyny —odlatują w zorzę,w blaski, w rozświetliny —tam, gdzie w śnie dolinylustrzy się jezioropośród sitowiny —

Tą wieczorną porąkołyszą się w falisłońce wraz z miesiącemi ptaki z oddali,lśniących gwiazd tysiące,jaskół gon ochoczyi najdroższej oczy...

Na jeziora modrej ciszykwitną żółte nenufary —białe kręgi fal kołują,pluszczą o burt łodzi starej.

Chodzę tam i sam po brzegumyśli me się niepokoją —— czyli przyjdzie — czy się zjawiz oczeretów by być moją — —

by marzeniem urzeczonaze mną wraz usiadła w łodzi,by bez steru i bez wiosłapłynąć modro po bezwodzi —

by księżycem przesrebrzonew dwie samotnie mkły godziny,by najciszej drżały fale,by najsłodziej grały trzciny — —

Nie nadeszła — ! — więc napróżnodroga srebrzy się w bezmiary —— na jeziora leśnej ciszykwitną żółte nenufary.

Jaskółki na południe dążą,uwiędłe liście w wichrze krążą,winnice zwarzył zamróz srogi —— niemasz od ciebie do mnie drogi!

W tęskniące wołam cię ramiona...i wraz mój ból i smutek kona —...kładę mą głowę na twem łonie.......dusza w zachwycie słodkim tonie...

Pomnę ów czas, gdy nakształt cieniszliśmy do siebie przytuleni —przez rzeki wiodłem cię i głazyach! — tyle razy, tyle razy! —

Wszak są kobiety czarujące,co żądze niecą w nas gorące —lecz choć ludzkości są ozdobąnie mogą się porównać z tobą.

Taką radością poisz duszę,iż ból i troski zrzucić muszę —— z gwiazd żadna czyściej nie świeciłajak ty, o miła, — moja miła!

Coraz się dni jesienne krócą,drzewa ostatnie liście zrzucą,ziemię okrywa kir żałobny —— niemasz dróg do mnie od nadobnej!

Gdy gałąź w okno me uderzy,gdy w drzewach wicher szuści —do ciebie, miła, myśl ma bieżyz ponurej snów czeluści.

Nagle się zlustrza toń jeziora —blask zewsząd niesłychany — ! —— zleczona dusza moja chora,zleczone serca rany!

Gdy czarne chmury na wschód dążąpo księżycowem niebie —myśli me nieustannie krążąmiła, wokoło ciebie...

W tejsamej, małej uliczceksiężyc do okien puka —— lecz ciebie przez ramy i szybynapróżno wzrok mój szuka.

Jeszcze tesame drzewamają się kwieciem stokrotnie —— lecz dawne, przelotne godzinyminęły bezpowrotnie.

Inne myśli tobą rządzą,odmienione oczy twoje ——- dziś samotną idę drogą,którą szliśmy wraz, we dwoje.

Jakże zwiewnym ongi krokiemprzyszłaś ku mnie pocichutku —— czarem twoim zakwitałyrozwonione bzy w ogródku.

Na mej piersi cię tuliłem,świat był jednem cudnem śnieniem —mówiliśmy sobie wszystkoniemą mową serc — milczeniem.

Czasem słowo lub pytaniecałowanie przegrodziło —— coś się tam na świecie działo,lecz cóż nas to obchodziło — ? —

Ach! — czyż mogłem w snach przypuszczać,że to trwanie szczęścia — chwilką,że dziewczyńskie przyrzeczeniato są płoche słowa tylko — ? —

Firankami wiatr powiewa,tensam dzisiaj co i wtedy —ciebie jeno w oknie niema,droga pani, mojej biedy.

Chociaż mijają znojne lata —bez celu, miary — kocham ją —— jednakim czarem mnie oplatato: „nie wiem jak“ i „nie wiem co“.

Oszołomienie to, czy czary,czy oczy jej urzekły tak — ? —— wszak-ci jest zwykłej, ludzkiej miary,lecz jakaś inna — „nie wiem jak“.

Dla mnie wciąż będzie anielicą,czyli jest dobrą czyli złą —jej wzięciem całem, tajemnicąjest właśnie owo: „nie wiem co“.

Tak urzeczony niedorzecznieradośnie depcę życia szlak —— z jej oczu będę czytać wiecznieto: „nie wiem co“ i „nie wiem jak“.

Jakież, droga, pamiątki rozłąkę ukoją — ? —ciebie jedynie pragnę, lecz tyś już nie moją;cóż mi z róży, co w włosach twoich pąsowiała — ? —jedną mam dzisiaj prośbę — byś mnie zapomniała.

Czyż ta pewność, że było szczęście i kochaniemiałaby mieć w pamięci wiekuiste trwanie — ? —W rzece — chociaż tejsamej — wciąż nowe rwą fale,pocóż więc te ustawne, nieodmienne żale —skoro i tak żywotów naszych przeznaczeniembyć zaledwie snem cienia lub raczej snu cieniem.

Pocóż więc szept twej troski nademną ulata — ? —pocóż dawno zmarłemu zmarłe liczyć lata — ? —

Czyli dziś czyli jutro umrę — wszystko jedno —obym się w bezpamięci zanurzył bezedno,obyś ty zapomniała o szczęściu prześnionemi o mnie w śnie głębokim na zawsze zgubionym;niechaj istnienie moje czarny cień nakryjejakobym nigdy nie żył; niech myśli niczyjenie spoczną na mnie — nawet twoje! — Wielkim szałem— o, wybacz, droga, ciebie jedną miłowałem.

Ze zwróconą do muru pozostanę twarzą —niechaj zamarzną ognie co w oczach się żarzą;a gdy wpośrodku iłu sam stanę się iłemktóż odgadnie skąd byłem, kim wogóle byłem — ? —

Czyliż zdoła klasztorne i żałobne pieniewymodlić dla mnie spokój, wieczne odpocznienie — ? —— Jednak pragnę, by — nim się trumny zawrze wieko —ktoś twe imię wyszeptał nad zmarłą powieką.

A potem za płot rzućcie zewłok mój, o mili —spokojniej mi tam będzie niżeli w tej chwili!Tedy na widnokręgu wstanie kruków stadoi zasłoni firmament krakającą zwadą —z krańców ziemi zerwie się burza — w zawieruszezwieje proch mój po polach, w wichry rzuci duszę...

A ty pozostań — kwiatów otulona dechem —ze łzą w ogromnych oczach ,oczach, z dziecięcym uśmiechem;dziewczęciem trwaj — w dziewczyńskiej, wieczystej młodości...— nie wspominaj — gdy będę sam bez świadomości.

Przy kominku, bez ciebie, samotny, dalekirozmyślam o mem życiu bezsczęsnem kaleki — —zda mi się, że lat setkę przeżyłem bezmała,żem-ci siwy jak grudzień, żeś ty zbyta ciała:wspomnienia siępią w duszę niby deszcz jesiennyi budzą dni minionych smutek bezimienny.

Wichr uderza o szyby, deszcz mglisto szeleści —snują się lasem myśli rzewne opowieści — —— i oto z mgieł się, miła, wyłaniasz odnowa......twe zapłakane oczy... dłoń twoja lodowa...zawisasz na mej szyi ożywionym cieniem —wargi twoje coś mówią... i milkną westchnieniem...Tulę cię do mej piersi — bezmiarze tęsknoty!Usta nasze skuwają dwa nędzne żywoty...Ach! — oby to wspomnienie zamilkło w mogile,oby przepadły szczęścia doznanego chwile,oby się noc nad tobą wieczysta zawarła...

Jestem samotnym starcem — tyś dawno umarła!

Czas mi chce ukraść najświętszą godzinę,w której ujrzałem ciebie — w lat pomroczy —— z miłością zawsze wspominam dziewczynę —— twe zimne ręce, twe ogromne oczy —

Wróć ukochana! Wskrześ swój głos uroczy —niech w przystań ócz twych ciepłem życiem wpłynę,niech w ich promieniu byt mój się przetoczy,niech w wichrze pieśni skrzydła me rozwinę.

Zjawiasz się jeno w głębiach mego ducha —bliskość twa szczęściem darzy i spokojemjak zmierzch, co, ze snu gwiazd wstających, słucha.

Zachwyt mój jeno rozśmianiem jest twojem —wzrok mój jaśnieje — noc umyka głucha —tonę w bezmiarze — życie nie jest znojem!

Gdy ziemię sen nakrywa i milczenie —pełen słodyczy śpiew nabożny chłonę —i wołam ciebie — — lecz czyż głosu drżeniewskrzesi twe rysy zimne i zamglone — ? —

Czyliż rozświetlą ogromne zmrocznienietwe cudne oczy, twe błogosławione — ? —niech zmartwychwstaną lat minionych cienie,niech święte wrócą dni z tobą prześnione.

Wejdź w dom cichutko, blisko, jaknajbliżej!niech dobry uśmiech ku mnie się naniży —mówić chcę z tobą westchnieniem, bez słów;

brwi mojej dotknij rzęsami długiemi —w drżeniu zbliżenia trwać będziemy niemi — —— na wieki zmarła, miłości!, wróć znów!

Była królewna, dziewczę­‑cud,— bajka się dawno wygrała —królewski w niej się iścił ród— piękna, wybrana, wspaniała.

Lśniła jak gwiazda pośród chmurkrólewska jedynaczka —i światu była jak ów wzór:Matka Bożego Synaczka.

I oto teraz z pańskich izbprzyśpiesza żwawo kroku,by z wieży — u niebiańskich przyzbprzywitać gwiazdę mroku.

Już patrzy w dal, jak wstaje z mórzna gwiazd zbudzonych przedzie,jak z toni zdradnych — wierny stróż —okręty w przystań wiedzie.

W codzienny patrzy dziewczę skłonna Hesperysa wiernie —aż wreszcie... wreszcie także onpokochał ją bezmiernie.

Na kwiatach dłoni wsparła skrońsnów omotaną rojem —i zatęskniła strasznie dońw maleńkiem sercu swojem.

Jakże przecudnie płonie tam —od reszty gwiazd inaczej —gdy na stojącą w czerni bramsrebrzystem okiem patrzy!

Aż dnia któregoś poszedł w tropjej kroków wgłąb komnaty —rozsnuł na ścianach blasków snopi zmienił je w zaświaty.

Do łoża przymknął się jak sen,jak wiew, jak mgła tak lekki —ozłocił włosów zwiewny leni musnął jej powieki.

W lustrach odbite światła drżąi prześwietlają łono —— lecz najcudniejszą owiał skrąjej głowę w bok zwróconą —

Uśmiech rozchyla płatki warg,lica radością stroi —i pełna jeszcze ziemskich skargniebiańskim snem się poi.

Wzdychając — poprzez senny znójprzemawia pocichutku —„o słodki władco, miły mój,zważ przemoc mego smutku —

i zejdź i spuść promienną skręleciuchno, słodko, skrycie —wypełnij myśl i serce me,prześwietlij moje życie“.

Lucifer przejął szeptów żar —przeognił się w świtanie —— błyskaniem w brzask się skrzący wparł —utonął w oceanie!

W otchłaniach wód się rozprzęgł ład —wichrzeją mórz okraje —z otchłani gdzie Hiperjon padłprzecudny młodzian wstaje.

I niby wonią, niby tchemprzez okno wchodzi ono —gałązkę trzyma w ręku swemsitowiem umajoną.

Jak kneź się niesie młody chwat,z blond włosów ma koronę —lśnią poprzez czerwień zwiewnych szatramiona obnażone.

Jak blady cień przez nocny mroktwarz mgliści i bieleje —idzie jak mara — jeno wzrokżyciem fosforycznieje.

„Przychodzę — usłyszałem hymnrzucony przez przestworze —niebo dalekie ojcem mym,a matką mi jest morze.

Podjąłem mężnie wielki trudw mrok schodzę z świetlistości —z bezmiaru się zrodziłem wóddla twej i mej miłości.

Pójdź ze mną, cudny skarbie mój,i ziemi porzuć łono —jam jest Hiperjon, światła zdrój —o bądźże ty mi żoną.

Mam na dnie mórz krysztalny dwórtam mieszkać będziesz wiecznie —oceanicznych głębin chórotoczy cię bezpiecznie“.

„Tak piękny jesteś jako senniebiańskich sfer osobo —lecz do tajemnych krain dennie pójdę nigdy z tobą.

Obce twe słowa, obcy gesti martwe twoje lśnienie —jam krwi obiegiem ciepła jest,mnie mrozi twe spojrzenie”.

Jeden i drugi, trzeci dzieńprzeminął i trzy noce— w pobrzasku złotych gwiezdnych lśnieńHiperjon w mgle migoce.

Oto wspomnienia rojem znównadobną nawiedzają —z migotu niespokojnych snówtęsknoty zmartwychwstają:

„o zejdź i spuść promienną skręleciuchno, cicho, skrycie —wypełnij myśli i serce me,prześwietlij moje życie“.

Usłyszał głos jak pobrzęk liri z bólu nagle zgliszczał —— otoczył gwiazd bezładny wirto miejsce kędy błyszczał —

W przestworzu kipi ognia warpłomieniem ziemię spala —z chaosu, skwaru, chmur i parrycerz się wraz wyzwala.

Na czarnych lokach gwiezdny wianpłonącą lśni koronąprzez bezgranicza idzie łanprzestrzenią zsłonecznioną.

Długi i czarny na nim strój —jeno ramiona białe —— ponurość stwierdza gniew i znójoblicze sposępniałe.

Tylko wzrok jego, jakby mrącw rozwianej świetlistości —zdradza niedosyt dwojga żądzzgubionych w ciemnistości.

„Przychodzę, usłyszałem hymnrzucony przez przestworze —słońce dalekie ojcem mym,a matką nocne bezdroże.

Pójdź ze mną wielki skarbie mój,twej ziemi porzuć łono —jam jest Hiperjon, światła zdrój —o bądźże ty mi żoną!

O pójdź — bym w włosów twoich lenwplótł wian z litego słońca,bym cię przystroił w gwiezdny tren— nad wszystko błyskająca!“

„Jak demon pięknyś i jak senniebieskich sfer osobo —lecz do tajemnych krain dennie pójdę nigdy z tobą!

Twa miłość jak błyskanie burzprzeraża myśl spłoszoną —twe oczy tną jak ostry nóż —— rozpacze moje płoną!“

„Jakoż się zniżyć, powiedz, mam —w twoim bytować świecie —ja trud nieśmiertelności znamlecz tyś śmiertelna przecie.“

„Jakichż mi trzeba zażyć słów — ? —nawet ich sklecić nie umiem —— lecz mów mi wszystko, jasno mów,a może cię zrozumię.

Jeżeli chcesz bym na twój zewtwą boskość ukochała —weź w siebie ciepłą ludzką krew,śmiertelną istność ciała.“

„Żądasz nieśmiertelności mejw zamian za czar, za siebie —uczynięć dla miłości twej— tak bardzo kocham ciebie.

Więc wejdę na szlak nowych drógi grzechu dźwignę brzemię —przekroczyć chcę wieczności prógi zstąpić na twą ziemię.“

Tak rzekł i od niebiańskich bramzapada w mrok, w otchłanie —w świat kędy nędza, ból i kłam— na szczęsne miłowanie...

Wonczas niejaki Katal żyłprzebiegły choć układny —podczaszym był, z dworzany piłprzy każdej uczcie biesiadnej.

Królowej nosił długi treni dotrzymywał jej kroku —podły był w dzień, lecz pełen weni zuchwałości w mroku.

Wargi miał jako wiśnie dwie —rumianość lic — maliny;— czatował; — wreszcie zakradł siędo pięknej Kataliny.

O, jakże kwitnie w chwale kras!jak dumna cała postać!— ejże, Katalu, dobry czas!dziś musi twoją zostać!

Nadarza się sposobny kąt —więc chwyta ją w ramiona —„— mości Katalu — cóż za błąd,wszakżem nie twoja żona!“ —

„Czemuż, gdy zewsząd wabi majchadzasz jak mniszka w kościele —uśmiechnij się, całusa daj —jednego! — tak niewiele!“

„Ach, nie rozumiem, czego chcesz —umykaj prędko, skrycie —kocham junaka niebnych leżnad śmierć i ponad życie!“

„Ja cię nauczę pieśni krwi,tę życia grę namiętną —jeno mi gniewnie nie marszcz brwi —posłuszną bądź, pojętną!

Gdy — jako ptasznik stawia sieć —ramiona prężeprężę do cię —musisz, nadobna, także chciećtrzymać i mnie w oplocie.

Niech przedsię patrzy tęskny wzrokpowieką pół­‑przymknięty —— gdy cię przechylę lekko wbokty unieś nieco pięty.

Gdy ja ku tobie schylę twarzty swoją wznieś ku górze —oczy się w oczy wpiją — ażw miłosnym spłoną wtórze.

Jeśli chcesz poznać szczęsny rajramion ni ust nie żałuj —na żer mych ust swe wargi daji całuj, całuj, całuj — “

Słucha, lecz słowa płoszy wstyd,— zdumiona i nieśmiałarozterki czuje w myślach zgrzyt:chciałaby i nie chciała.

„Od maleńkości, mówi, znam —zieloną, znam cię, dobą —igraliśmy u zamku bram,zgadzaliśmy się z sobą.

Lecz tam, gdzie się rumieni wschód— od niezliczonych stuleci —nad samotnością wielkich wódcudowna gwiazda świeci.

Powieki kryją blaski ócz,a płacz je znów rozwiera —— gdy morze huczy w wirze tucz —serce mi w piersiach zamiera.

Gwiazda się żarzy, — kocha mnie —rozjaśnić chce mi drogę —lecz coraz wyżej wznosi się —dosięgnąć jej nie mogę.

Wskroś mnie przeszywa zimną skrąjej światło migocące —wiecznie-ci będę kochać ją —w wieczystej z nią rozłące...

Dni moje czcze jak pusty step —bez barwy, bez promienia —i jeno nocą święty chlebspożywam ukojenia.“

„Dziecinny mowy twojej skład...chodź ze mną, porzuć baśnie —zaginie po nas wszelki śladi imię nasze zgaśnie.

Przed nami szczęścia tęczy łukwesela i radości —spełznie w pamięci ojców prógi gwiezdnej czad miłości — “

Hiperjon mknie; — już przemógł ład,w bezkresie skrzydła sili —— bezmiary dróg świetlanych latmijają w jednej chwili.

Ponad nim szumi morze gwiazd —słońc nad nim oceany —w błyskaniu mknie skrzydlatych jazdw wszechświecie zabłąkany.

Chaos zgęszczony mgliście ćmi,koliście go ocienia —i ujrzał jak za pierwszych dnisłońc nowych rozświetlenia.

Światło spienione zalewa gojak nurka morza fale —stęsknionej myśli wartką skrąunosi się w oddale.

Mrok go ogarnął pusty wrazi lodem począł chłodzić —— napróżno trwoni się tu czasby się z niczego zrodzić.

Tu nicość włada! — Jeno szałprzemaga go pragnienia,by wichr kosmiczny mroki zwiałślepego przerażenia.

„Z czarnej wieczności zratuj mnieo, Panie! — Wyzwolenia!niechaj w jasności ujrzę cię,we chwale rozświetlenia!

Zażądaj Panie czego chcesz,zmień przeznaczenie, zbawco! —Tyś źródłem życia i tyś teżwszechwładnej śmierci dawcą.

Odbierz nieśmiertelności czarco żądzy oczom wzbrania —za wszystko jeden daj mi dar:godzinę miłowania.

Z chaosum powstał, Panie, wiesz —w chaosie szukam obrony,z bezczynu mnie dźwignąłeś leż,bezczynum dziś spragniony.“

„Z odmętów, gwiazdo, jest twój ród,porównom cię odważył —lecz jakoż tobie spełnię cudjaki się jeszcze nie zdarzył.

A więc człowiekiem chcesz się staćżyjącym pod śmierci wodzą — ? —— spójrz jak umiera człecza brać —jak nowi na śmierć się rodzą — —

Wiatrem podszyty jest ich czyni każda myśl najświętrzanajświętsza —za ojcem idzie wnuk i syna fala wciąż się spiętrza.

Czasem im zalśni szczęścia świt —lecz mrok go zażyć wzbrania —— nam jeno znaczon wieczny byt —— nie znamy umierania.

Z wnętrzności wczoraj, z wiecznych łon —co zginie dzisiaj wschodzi —jednego słońca nagły zgonznów drugie słońce rodzi.

Pieśń ich żywota brzmiąca miedź,bicie śmiertelnych godzin —wszystko się rodzi, aby mrzeć,umiera dla narodzin.

Ty Hiperjonie jednak trwaj,ku śmierci się nie nagniesz —— powiedz mi prosto: „Panie, daj!“ —— czyli mądrości pragniesz — ? —

czy chcesz, by twego głosu wtór,by twoich sił wołaniezmieniło kształty skalnych gór,i wysp na oceanie — ? —

Oddam ci całej ziemi krąg,rządź na niej wedle woli —niech wzrośnie z pracy, myśli, rąk —poprawa ludzkiej doli.

Dam ci flotyllę wielką — bierz —wojenną wznieć pożogę —zawojuj ziemię wzdłuż i wszerz —— lecz śmierci dać... nie mogę...

Dla kogóż­‑byś ty umrzeć chciał — ? —— w dzierżawy zejdź człowieka,obacz ten błędny proch i miał,a ujrzysz co cię czeka.“

Znów na swem miejscu gwiazda lśnipośród zmierzchowej głuszy —i jak za dawnych, dawnych dniświetlnemi skrami prószy.

Zapada dzień w zgęszczony mrok,noc pełznie czerniejąca —księżyc magiczny wznosi troki rosę z siebie strąca.

Srebrzą się łany; — słychać skrzyp......zamknęły się podwoje...w ogrodzie, w cieniu starych lip— oto tam... siedzą... we dwoje...

„Pozwól bym złożył głowę mą,najdroższa, na twe łono —przejasne oczy twoje lśniąsłodyczą niezmierzoną.

Snem chłodnym, który oto śniszprzeniknij myśli moje —i rozlej świętą ciszę ciszna żądz mych nieukoje.

O, rozsnuj zbawcze, dobre snynad duszy mej cierpieniem —moją miłością pierwszą — ty —i tyś ostatniem tchnieniem.“

Ujrzał Hiperjon w wirze mąkjak płoną zachwyceniem —— jej lic dotyka drżenie rąk —— objęła go ramieniem...

Lipowych kwiatów złota wońrozsiewa wkoło uroki —padają płatki na ich skroń,na utrefione loki.

Wtem ona wznosi jasny wzrok— spostrzega Hiperjona —szepce upojnie w wielki mrok —spragnione wznosi ramiona:

„Zejdź ku mnie, swe promienie zlej,o gwiazdo oszołomień —przeniknij gąszcz prastarych knieji szczęście me opromień“.

Drży gwiazda śród niebiańskich głusz,jak zwykle skrą migoce —— zbłąkaną łódź wywodzi z burzprzez nieprzejrzane noce.

Lecz już nie spada z wiecznych łonz wysoka w mórz bezedno —„ — czym ja przy tobie, czyli on —tobie to wszystko jedno!“ —

„Pragnienia wasze ciasne snać —żyjcie w swej szczęścia złudzie —— świadom mych losów będę trwaćw nieśmiertelności trudzie!“ —

Na deskach zczerniałych, w karczmie — pod stropem niskim —przed którą stanął dzień w zbłoconych szyb pomroczy,obsiadła długi stół ponurem, zwartem koliskiemgromada włóczęgów z wszech dróg z posępnym w źrenicach błyskiem —nędzarze, bezbożny tłum, dziadowski lud roboczy.

Mówicie ( — jeden z nich rzekł — ), że człowiek chadza w jasnościna tym goryczy i łez, znoju i nędzy padole — ? —a przecież niema w nim skry szczerości i rzetelnościi jak ten ilasty glob żyje w bezpromienności —chciwy bezmiernych władz — tyranem uczynił swą wolę.

Czemże jest sprawiedliwość? — toć spójrzcie — oto wielmożedla bogactw swoich obrony stworzyli ochronne prawoi konspirują — dostatni — w złodziejskim ostrożnym zborzeprzeciw tym, których ongi zakuli w poddańcze obroże,którym całego żywota zysk kradną, mordęgę krwawą.

Na ustawicznych hulankach życie swe marne trawią,weselem dni wypełniają, godziny głośnemi śmiechami,w szklenicach ich wino i ambra, — zimą w zieleni się pławią,w skwar letni w cieniu lodowców w Alpach śnieżystych się bawią,noce zmieniają w dni — dni wypełniają snami.

Cnota to dla nich dźwięk pusty, — jednakże ją głoszą,bo na niej budują swą moc, — potrzebne im męstwow państwach, które nad naród — groźne i straszne — wynoszą,potrzebne dla wojen zażartych, których konieczność wam głoszą —— gdy wy w kurzawie krwi mrzecie — im daje potęgę zwycięstwo.

Wszystkie te armje buńczuczne, te dzielne, żelazne floty,owe na głowach królewskich majestatyczne korony,miljardy zebrane w bankach, ten przepych barwny i złotyotaczający bogaczów — toćże to ciężar biedoty,to haracz, który swym potem wypłaca naród okpiony.

Religja? czemże jest ona — ? —, w ich ustach tylko frazesemaby was wszystkich do jarzma twardego zaprząc pospołu;gdybyście zwątpili, że kiedyś za życia waszego kresemznajdziecie dobrą nagrodę znojnego, tępego mozołu —czyżbyście znieśli te męki bitego u pługa wołu — ? —

Nieistniejącem mamidłem pozasłaniali wam oczy,nadzieje wam jakieś wmówili, nagrodę w was jakąś wparli...To kłamstwa! — Śmierć wszelką świadomość zniszczy i stoczy;— temu co tylko tu cierpiał — tam w wiekuistej pomroczyżadne się szczęście nie zdarzy! — Umarli to tylko umarli...

Frazesem przeto i kłamstwem są fundamenty państwa;przyrody cele są inne; — a jakież państw zamierzenie?abyś im ziemię obrobił, mienia przysporzył z poddaństwa,abyś broń chwycił do garści i runął w szale zaprzaństwaw odmęt walk bratobójczych na siebie samego zniszczenie.

Czemuż złowróżbnych miljonów jesteście niewolnikamiwy, których zyskiem utrudzeń wieczyste jest głodowanie — ? —czemuż się stowarzyszacie ze śmiercią i z chorobami —podczas gdy oni przeżarci bogactwem i rozpustami —w wiecznych uciechach — czasu nie mają na własne konanie.

A jest w was mnogość i siła! zapominacie o tem — ? —toć między siebie rozdzielić możecie lasy i pola —więc nie budujecież im gmachów, które dziś pełnią złotem,a w które jutro was zamkną, gdy krzykiem i łoskotemzbudzi was z pohańbienia życia wolnego wola!

A oni rozkoszą się poją — bezpieczni — pod prawa obronąi wysysają zachłannie najsłodsze soki ziemi —w piekielnej, szalonej orgji, gdy chucią pijaną zapłonąw nałożne każą wejść łoże i córkom waszym i żonom,— pastwią się starcy lubieżni nad niemi — pohańbionemi.

Wzamian jakiż plon dla was — ? — nic jeno tęsknota,trud — który tylko dla nich korzystną potrzebą —łzy, czarny okruch chleba, niewola, robota,nędza żon pohańbionych, cór waszych sromota...— nic dla was — dla nich wszystko — wam męka im... niebo.

Ustawy — ? — cóż ich obchodzą — ? — Łatwo ten żyje cnotliwykomu niczego nie trzeba... Dla was są wszystkie ustawy,dla was niewolne prawa i wymiar kary dotkliwej —— a ty gdy rękę wyciągniesz po jeden moment szczęśliwy —szybko, niebaczny, ją cofniesz — — lecz jako łachman krwawy.

Ten straszny, niesłuszny porządek, rozwalcie bracia, raz przecie —co przepaść kopie pomiędzy nędzarzem a między bogatym — —bo skoro niema zapłaty po śmierci — (o tem już wiecie) —walczcie by każdy dział równy posiadał tutaj na — świecie,byśmy w sprawiedliwości żyli jak żyje brat z bratem.

Pokruszcie młotami twardemi goliznę Wenus antycznej,popalcie w muzeach płótna nagości nęcące czarem —:one to są omamieniem, majakiem jakiejś prześlicznejdoskonałości człowieczej, — one przyczyną tragicznejdoli cór waszych; — z nich handel żywym towarem.

Pokruszcie wszystko co zbrodnią się puszy i chwali,zburzcie pałace i tumy, w których się gnieździ złe plemię —niech gniew wasz lawą wytryska, tyranów pomniki niech zwali,ostatnie ślady niewoli niech z ulic i bruków wypali!oby się ci co was gnębią zapadli na wieki pod ziemię.

Pokruszcie wszystko co tchnie bogactwem, obłudą i butą,wyzwólcie życie z niewoli, z tych granitowych obramień,w które was nędzą i brudem jak w dyby hańbiące zakuto!Nie dajcie się mamić snom, któremi myśl waszą zasnuto,że to zło ciągle ma trwać jak wbity w ziemię kamień.

Na pobojowiskach i zgliszczach postawcie obeliskiowe memento mori na zwrotnej karcie historji —dopiero w tym wielkim momencie zluźnią się wasze uciskii już was nie zwiodą cielska, rozśmiane pyski —lecz chodzić będziecie w wieczności i glorji!

Potop! Potop! — wołajcie — na wszystko! — świat na tem jeno skorzysta;zbyt długo czekaliście — wiecie — czem dobroć jest świata —:niczem! — Miejsce hieny zajmuje szantażysta,miejsce dawnej tyranji łotr szczwany, aferzysta —treść pozostała tasama, zmieniła się — szata.

Wówczas dopiero powróci era przebrzmiała złota,która was w wielu powieściach mitologicznych zachwyca;porówny dział radości każda mieć będzie istota,a nawet śmierć zdmuchująca kaganek pełnego żywota —stanie wśród was jasnowłosa, — życzliwa wam anielica.

Tak tedy będzie ci lekka — odejdziesz niezgoryczony —takie jako ty miałeś i syn mieć będzie przebycie —nie będą nad tobą huczeć śmiertelne, śpiżowe dzwony,zaginiesz, losom posłuszny, w wieczności niezmierzonej —— pocóż-bo opłakiwać kogoś kto spełnił swe życie?!

Ustaną wszelkie choroby i nędza ustanie niegodnazrodzona z krzywdzących bogactw — miną troski co ludzkość kłopocą;każdemu będzie znaczona rozrostu siła pogodna —— póki się puhar nie strzaska — pić będziesz z niego do dna —dopiero wtedy zgon przyjdzie, gdy żyć już nie będzie poco.

W karocy pozłocistej nad brzegiem Sekwanyjedzie Cezar z ciężarem bladym zamyślenia —— poszum fal ociężałych, turkot niewstrzymanywozów... jedzie — nie słucha, myślami owiany —— własny naród pokory żąda odeń i milczenia.

Wzrok jego, który tajnie w duszy ludzkiej czytasprzeczkę wiedzie o uśmiech z wargami drżącemi —a ręka, losy świata dzierżąca, — już witagromadę obszarpańców, co wzdłuż ulic zbitastoi. — Wszak wielkość jego związana jest z niemi...

Wszakże dzieli świadomość z tą podwładnych zgrają —( — samotny, nielubiany — ), że zło ma przewagę,że kłamstwo i bezprawie świat w ryzach trzymają,że się ludzkości dzieje wiecznie powtarzają —— o czem niejedną przecież słyszeliśmy sagę.

I on, głowa satrapów i ciemiężycielischyla czoło przed wami, obrońcy!, w ukłonie;bo gdyby was zabrakło, gdybyście zginęli —wy — niemi, coście władzę nad sobą dźwignęli —on, Cezar, w prochby runął — sam Cezar na tronie!

Waszym cieniom niewiernym, kpiącym z uczciwości,waszym uśmiechom chłodnym wyzbytym współczucia,waszym rozumom drwiącym ze sprawiedliwości —— tak tylko waszym cieniom, potęgom nicościzawdzięczacie te carskie jarzma i okucia!

Paryż płonie! — Burza się w nim przewala i gorze!zamki jak czarne pochodnie — ognia żywego łup — —dymy jak wybuch wulkanu, łuny jak sadzą zasnute zorze —płyną ryki i szczęki jak rzeka w rozgrzane morze — —Stulecia umarły! — Paryż stuleci grób!

Bruk ulic krwią pożogi nieustannie broczy,barykady wysokie sypie ludzki rój —z pieśnią rewolucyjną kroczy lud roboczy,kwitną frygyjskie czapki, błyszczą stalą oczy —dzwony ochrypłe huczą: na alarm! na bój!

Biały, zimny, aż martwy — jak głuche marmury —lasem czerwonych ogni idzie niewiast krąg —z bronią w ręku, miast włosów rozwiane wichuryna głowach, piersiach, plecach — — a w oczach ponurykrzyk grozy, nienawiści, rozpaczy i mąk.

O walczcie, wy okryte wężami warkoczy,każde dziecko zdeptane zbliża jutra dni —niech się czerwony sztandar nad wami roztoczy,niech was rozgrzeszy jutra głos proroczy —ci, co was sprzedawali winni — lecz nie wy!

Bruzdami się wygrzywia w łagodnem świetle morze,łuszczą się fale ciche w kształt kryształowych płyt— a tam nad halnem zboczem — przez wyrąb w starym borzespogląda duży księżyc — płynie przez nieb przestworzei srebrzy ciche morze i szumny leśny szczyt — —

Na zleniwionych falach — okręty się kołyszą —drewniane ich szkielety w widmowy płyną szlak —jak skrzydła zmordowane u masztów żagle wiszą —noc w nie znieruchomiała samotną dyszy ciszą —w górze księżyca kula lśni jak proroczy znak.

Na skalnym, mokrym brzegu — ponad zwierciadłem morzau przechylonej wierzby mchem brodatego pniasamotny Cezar czuwa — wsłuchany w pieśń przestworza,co w plusku lśniących fal, z bezbrzeżnych wód podłożana drżących strunach wiatru symfonje nocne gra.

I ujrzał, że w powietrzu pod nocą tą zgwieżdżonąidzie przez szczyty borów, przez fal zmierzwionych wiron starzec siwobrody — z brwią gęstą, nasrożoną,chrzęszczący fantastycznie wyschniętych traw koroną:Król Lir.

Zdumiony patrzał Cezar na śródobłoczne zjawienie— drżały w przestrzeniach gwiazdy w nieogarnionej bezliczy — —i nagle pojął ten symbol, zrozumiał obrazu znaczenie — —Ach! więc to przepych jest życia?! — — — zamglone ludów cienieszeptały głosem wymownym o wszechczłowieczej goryczy.

Każdego człowieka na ziemi życie doświadcza nanowo,stary Demiurg się silił by było inaczej — daremnie!W każdym umyśle człowieczym tajnia przemawia tą mową:„ — skąd idziesz i dokąd — “. Tak oto jawi się słowopełne tajemnych zamierzeń idące przez otchłań i ciemnie.

A cała treść wszechświata, jego moc i pragnieniew sercu każdego człowieka żyje ukryta i — włada —jakoby wieczysty hazard, jakoby owo kwitnieniedrzewa co w każdym kwiecie zaklina swoje istnienie— a jednak ileż to kwiatów nim się zeziarni — opada?! — —

Tak też i owoc człowieczy — na drodze swoich uznojeń —wyrasta w możnego cesarza lub staje się niewolnikiemi najuboższe swe życie otula całunem urojeńi szuka dla swojej nędzy codziennie jakichś ukojeńchociaż dla wszystkich porówno nicość jedynym pewnikiem.

Odwiecznie te same dążenia i tylko forma się zmienia —odwiecznie jeden jest człowiek w całej globowej rodzinie.Twarda zagadka życia stukształtnie się spromienia,wszystkich jednako łudzi, przed nikim nie zrzuca odzienia —— nieprzeliczone pragnienia w najlichszej skupia drobinie.

Cokolwiekbyś począł — wszystko po tobie jak było zostanie —— wszak wiesz, że cały sen życia ze śmiercią w bezkresy ulata;cokolwiekbyś pragnął poprawić — — odczujesz tylko znękanie,znużenie wieczną gonitwą... aż cię przynęci poznanie:że snem wieczystej nicości jest życie całego świata.

Kiedy, znużony, lampę gaszę już późnym wieczoremi tylko zegar mierzy czas zwyczajnym torem —rozsuwam pomalutku zasłonę, by w komnatęprzywołać księżycową dalekich sfer poświatę;natenczas zmarłych wspomnień ból z północnych mroczyjak udręczony bitwą huf posępnie ku mnie kroczy.

Księżycu, władco świata — ciche twe przędziwoucisza żałość ducha, a myśl czyni żywą —oświecasz tysiąc pustyń, czarownym promieniemrozjaśniasz źródła leśnym okrywane cieniem;ileż mórz, samotności ileż uroczystychmajestatycznie koi twój poblask srebrzysty;wzrok twój cudowny mieni w dziwów uroczyskamiasta, zamki, pałace, dwory i grodziska;ileż domostw oplatasz srebrzycą kądzieli,ileż czół aureolisz wzniosłych myślicieli?!

— Tu dojrzysz króla, który nowe kreśli plany,tam biedaka co w jutro patrzy zatroskany —— choć żywot ich kształtuje różne przeznaczenie —jednakie dla nich twoje i śmierci promienie;jednakich namiętności są niewolnikamiczyli możnymi są, czyli też biedakami.

— Ten przed lustrem się mizdrzy i loki zaplata,ów chce zgłębić mądrości wszechwieków i świata —z kart zmurszałych wydobyć dawną pragnie glorję —a wykarbować imię swe w nową historję —inni wpisują cyfry w bilansowe księgi,w zwożonem zewsząd złocie szukają potęgi...

W wytartym robdeszanie przy bladej lampie siedziuczony — nad liczbami zmęczoną głowę biedzi,drży z zimna — coraz mocniej zaciska pasem szatę,szalem okrywa szyję, do uszu wpycha watę;zgarbione, chude nic — mizerak wyłysiały —ma przecież w małym palcu wszechświata ogrom cały,na mózgu ma wyryty zgon świata i poczęcie —chce przezwyciężyć noc i zedrzeć z niej pieczęcie,jak Atlas co strop nieba wydzwignął przed wiekami,chce świata tajemnicę wyrazić równaniami...

Księżyc poświatą srebrną oświetla domu ścianę,duch wieków w mrok się cofa po owo: nienazwane,pragnie aż do początku dotrzeć do przedistnienia,gdy jeszcze nie było życia ni woli w tych bezchceniach,gdzie nic się nie skrywało, skryte w otchłaniach prabytu —sam Bóg spoczywał w sobie wyczekujący świtu;czyż chaos tylko, bezdenność przepaszczą się dokoła — ?nie było, nie było istoty, która to pojąć zdoła.

Jeszcze w otchłaniach mroki, nieistniejące zdarzenianiewidocznieją w nocy i niema oczu do dojrzenia,cień wszelkich rzeczy jeszcze bezkształtem nocy się snujei ponad wszystkiem spokój bezbrzeżny, wieczysty panuje.Lecz spójrz! — maleńki punkcik umyka głusz więcierzom,punkt ten chce ojcem zostać, chaos chce być macierzą —ten punkt, ten atom czasu rusza się, świetli, mieni,staje się samowładcą w wieczności i przestrzeni.

Odtąd się wywstężyły bezmierne mgławic plamy,powstały słońca, gwiazdy i wszystko to co znamy —odtąd wokoło globu prakształty się zaroiły,które bezładne wiry poczęły i powiły.

My, dzieci, które się siłami puszą swemi,sypiemy kopce mrowisk na maleńkiej ziemi:idziemy, odchodzimy: władcy, wojska, ludy,puszymy się czynami, wychwalamy trudy,niepomni, że na chwiejnym i niepewnym łęgujesteśmy jako jętki co mkną w świetlanym kręgu,że jeno okamgnienie trwamy w świetlistości,że przed nami, za nami — wieczyste ciemności...Podobnie jak w promieniu wirujące pyły,które równo z promieniem lecz niedłużej skrzyły —i my zrządzeniem losów w świetle chwilę trwamy,zwiewną życia rozkoszą siebie upajamy —a potem śmierć i bezdeń, pranicości sfera,bo wszelki byt to złuda, kłamstwo i chimera.

Lecz badaczowi musi przyszłość się otworzyć,w jego duchu — tajń jutra już dziś musi ożyć —i oto widzi słońce słusznie życiem zwane —w bezsile i żałości jak krwawiącą ranę.Widzi krąg gwiazd wędrownych z czarów wyzwolony,krąg samotny i martwy w oddali zamglonej;patrzy na czarne nieba kirowe rozpięcie —ni jednej gwiazdy niema już na firmamencie;czas zmarły zapadł w wieczność, nic się nie przydarza,ostatnia iskra życia w popiół się przetwarza,szarością się zsypuje — głos zamiera wszelki —i znów nad wszystkiem spokój wieczysty i wielki.

Jeśli od pierwszych ludzi, którzy kiedyś weszli w życiewzniesiemy się do wyższych, stojących na władz szczycie —ujrzymy tych i tamtych pogrążonych w bytu dziwyi nie wiemy czy ten mały, czy ten wielki bardziej nieszczęśliwy;

jedno we wszystkiem włada, jednością wszystko się wygrywa —komu się uda, ten wyższy w bycie schód zdobywa;lękliwi, niepoznani grążą się w ciemności —jak na powierzchni wód powietrzne bańki mrą w nicości —los się nie troska wcale o chcenia nasze i roboty,przewala się nad nami jak burza, wichr i grzmoty.

Choć czciciele, poeci wielbią myśliciela —— powiedz z ręką na sercu — korzyści stąd wiela — ? —nieśmiertelność, odpowiesz, byt niechaj się wspinawokoło drzewa myśli jak pnąca roślina — —„Kiedyś — marzy — w przyszłości moje wielkie imiępodawane z ust do ust przez wieki zasłynie;dla wszystkich, dla wieczności trudzę się ogromnie —najdalsze pokolenia mówić będą o mnie!“ —Czyliś, człecze, w pamięci gniazdo temu uwiłczegoś zaznał, coś słyszał, coś w swem życiu mówił — ? —— Zaledwie drzazgi myśli raniące ostały,taśma zblakłych obrazów, strzęp jakiś spłowiały.Jeśli więc sam swych dzieci nie znasz, nie znasz siebie —mająż inni pamiętać? — przyszłość ma znać ciebie — ? —Może tam kiedyś jakiś szperacz, mól, czy kramarzodważy twoje książki, zbada twój kałamarz,opisem twojej składni skrzętnie się potrudzii — przetrze okulary, które pył twych ksiąg zabrudzi —machnie na ciebie ręką — raz jeszcze przygnie się:skreśli pięć słów o tobie gdzieś na marginesie — —

Możesz zbudować swój świat i zburzyć dłońmi zachłannemi —— rezultat tego jaki — ? — zaledwie kilka łopat ziemi.Dłoń co dzierżyła berło, kiedyś się w pył rozsypie w trumnie —i w czterech deskach zwietrzeje duch, który się nosił dumnie —;

twój pogrzeb, jak ironji ostrze, będzie srebrzyście­‑błyskotliwy —lecz szczerej łzy nikt nie uroni, żal będzie sztuczny nie prawdziwy —jedynie żądny wywyższenia, głupiec w kwiecistych słów oracjipożegna ciebie patetycznie — dla własnej satysfakcji;ot cały dank, który ci świat złoży do stóp gorliwie —lecz czyliż przyszłość twórczość twą rozsądzi bardziej sprawiedliwie — ?Cóż ci z oklasków niesłyszanych, które ci dadzą potomni?zapewne — przyszłość życie twe pochwali, wyogromni —zwłaszcza jeśli ustrzegłeś się przed wielkiem i dalekiemi byłeś tem czem każdy z nas — zwyczajnym tylko człowiekiem;tedy się puszyć będą w głos i chwalić ciebie będąi w pierwszych rzędach na twą cześć na akademjach zasiędą,— wielką ogłoszą cię osobą (że chwalić będą cię na feście —to było zgóry ułożone w krzykliwym manifeście);lecz już się nato zgodzić musisz, że przed tą całą zgrająwszystko pomniejszą i wyszydzą czego zrozumieć nie zdołają —znajdą plam mnogo w twym żywocie — to-tamto było źle i mętnie —przeliczne błędy, brudy, złości na twój rachunek wpiszą skrzętnie;to cię im zbliży wyśmieniciej niż światło, które zapalałeś — —— kara i wina, ten dylemat, przez który tak się nacierpiałeś,twa jaźń przyziemna, obłąkana i omroczona doczesnością,szarpiąca się w oplocie żądz i obolała powszedniością,ta cała nędza i tortura, to wszystko przez co tak cierpiałeś —to ich pociąga znacznie więcej niż to, co kiedyśtam pisałeś.

Czarownym drżeniem księżyc oświetla stare drzewai cichą, powitalną pieśń z bezmiarów nocy śpiewa —tysiące cierpień budzi się z otchłani zapomnienia,które umarły; — czasem je senne zwołują rozmarzenia —

a czasem właśnie księżyc je do izby srebrnie nawołuje;— wtedy-to po zgaszeniu świecy — zwidów korowód w krąg się snuje —Księżycu! oświecasz setki pustyń cudownym promieniem,rozjaśniasz źródła leśnym okrywane cieniem;ileż mórz, samotności ileż uroczystychmajestatycznie koi twój pobrzask srebrzysty!Lecz nas wszystkich stroskanych życia twardym, wyznaczonym znojemtylko ty i Bóg śmierci prawdziwym obdarza pokojem.

Pytasz mnie o przyczyny, czemu dziś milczy moje pióro,czemu przekleństwo więzi skrzydła me władzą ponurą,czemu drzemią me siły wklęte w liści uschniętych zawieje,czemu w pogardzie gorzkiej mam daktyle, jamby i trocheje — ? —O, gdybyś mękę życia mego znał, serca pęknięcie —zrozumiałbyś, wybaczył pióra zamilknięcie;— pocóż mi walkę wszczynać? — muru nie przebiję głową,pocóż prastarą, piękną mowę przetwarzać na nowo — ? —W lutni mej śpią tajemne i otchłanne dźwięki —mamże je jako lichy towar wieść na ludzkie rynki — ? —mam nowe formy tworzyć, przymilne obrazkii pisać tak, by zyskać u tłumu oklaski — ? —

Odpowiesz mi, że przecież muszę myśleć o przyszłości,zwracać uwagę na poezje moje społeczności,nazwisko u władz kraju bez przerwy lansowaći ustosunkowanym damom wiersze dedykować;wstręt duszy powinienem rozsądkiem zadusić — ? —mój drogi, niejednego ten system zdołał u nas skusić,poszczęściło się pięknie już wielu poetom; idąc tędy i owędywierszami na intratne wpięli się urzędy,— co tylko nagryzmolą możnym dedykują,po kawiarniach warcholą, w salonach grasują;że zaś ścieżki żywota obfitują w ciernie —względy niewiast zdobywać potrafią misternie,uwieść je poezjami — by, gdy mąż zostanieministrem, — mógł przychylnie o wsparcie załatwić podanie.

Dlaczego dla rozgłosu nie piszę, dla uznania — ? —cóż począć! — słowa moje na puszczy to wołania;

gdy chciwość i zmysłowość dzisiejszy dzień pustoszą —sława jest omamieniem, którą partacze głoszą,by bóstwa swe, wrzodzianki malutkiej współczesności,postawić obok wielkich duchów w tumie wiekuistości.

Mamże pieśń swą rymami wielkiej miłości głosić,która w współżycie winna braterskość ludów wnosić — ?operetkowy chór mamż zwiększyć Manelajaby rymu podzwanianiem rozmarzała się zgraja — ?Jak cały świat tak i niewiasty są dobrem często przeszkoleniem,bądźże kochankiem ich a rychło spotkasz się z cierpieniem;w tej akademji pięknej Wenus studjuje uczniów wielu —młodzi, najmłodsi — wszyscy wraz do jednakiego dążą celu —zaledwie wąs się sypnie mięki — już uczniak idzie tam, gdzie ona włada —lecz ta świątynia pyszna dziś — już jutro w gruzy się rozpada.

Pamiętasz ty studenckie lata, owe marzenia, sny, nadzieje — ?i starych, dobrych profesorów co wertowali wieków dzieje,szukali wiedzy w grubych tomach, które skrywała szafa czarna —i, trzeba prawdę rzec, w tych księgach mądrości znachodzili ziarna;słyszę ich pomruk dobrotliwy, szmer jakby rzeki: horum­‑harum,tak nawpół śpiąco nas wwodzili w ten nervus rerum gerendarum,mówili o egipskich królach, pokazywali nam planety,z nieutajoną nabożnością wświetlali nauk w nas podniety.

Tak, jeszcze widzę astronoma, który — przed iluż to już laty — ?z niewiarogodną wprost łatwością z mgieł wielkie wywoływał światyi pewną ręką nam rozgarniał całej wieczonściwieczności gęste chmury —jedną epokę wiązał z drugą jak perły nanizane w sznury,— aż poczuliśmy, że nam w głowie młyńskie obraca koło rzeka,i czuliśmy, jak Galileusz, że ziemia nam z pod nóg ucieka...

Zgubieni w strasznej gmatwaninie — tak tego było wiele —nie rozróżnialiśmy dokładnie, co mumje, co nauczyciele,bo patrząc w sufit poprzez który ogromny pająk ważnie kroczy —słyszymy słowa: Egipt, Ramzes, — lecz w myślach mamy modre oczy;najpłomienniejsze wpisujemy poezje, gdzie się da w zeszycie,jakto Klotyldę alobalbo Zosię kochamy strasznie, ponad życie...Tak naprzemiany krotochwilnie w myślach obierał sobie leże,to promień słońca, to król Krety, lub zgoła jakieś inne zwierzę —jeno stalówek wartkich skrzyp naświerszczał owe zbożne chwile —dusza marzyła zieleń pól, rozkołysanych zbóż idyllę —...opada głowa na brzeg ławy, sen piękny omgłą oczy kryje...dopiero dzwonek przypomina, że przecież Ramzes już nie żyje!Tak, wierzyliśmy wtedy w świat, któryśmy sami sobie budowali;w rzeczywistości tkwiąc realnej, myśmy w szaleństwie jeno trwali,lecz dzisiaj wiemy nazbyt dobrze jak ścieżka życia jest zdradziecka,gdy tak wchodzimy w złą powszedniość z bezradną naiwnością dziecka;klęska cię czeka, gdy z marzeniem chcesz przejść ziemskiemi wądołami —zgubionyś, jeśli grzać się pragniesz w zamrozie serc ideałami...

Przeto nie pytaj o przyczyny, czemu dziś milczy moje pióro,czemu przekleństwo więzi skrzydła złą władzą i ponurą,czemu me siły drzemią wklęte w liści uschniętych zawieje,czemu w pogardzie gorzkiej mam daktyle, jamby i trocheje —— gdybym dziś wiersze pisać chciał i poezjami się zabawić,napewnoby współczesność mnie zaczęła gromkim głosem sławić,lecz chociaż nie dotyka mnie nienawiść społecznego chlewu,to jednak rozpętałaby ich chwalba we mnie pożar gniewu!

Zamczysko opuszczone w jeziornych fal rozświecicieniście w nurtach śni od wielu już stuleci —smukłe, milczące wieże czernią się w ponadborzu,kołyszą się jak mroczne sny na niezgonionem wód przestworzu;— przez wytłuczone okna widać ogłuchłe komnaty,firanki zdarte wiszą w pustelni sal szroniatej —księżyc omlecznia pola, krajobraz się bezmiernitu srebrny, groźny tam — w atramentowej czerni;u bram olbrzymie dęby na dumnej stoją straży,pamiętne szczęsnych dni, kwiecistych wirydarzy;w nadbrzeżnych oczeretach łabędzie śnią bieliste,(w ciszy — jak mowa wspomnień — śklą kręgi okoliste)oto majestatycznie podnoszą skrzydła białei prują toń przymgloną jak lustro wypłowiałe,trzciny się nachwiewają w zadumie pól spłoszonej,w ściernisku zagrał świerszcz z bezwładu obudzony —powietrze się rozwieśnia i wonnie w czerwiec zmienia —— przed kratą narożnika — tam — rycerz śle westchnienia,a okno całe w kwiatach! — w nadobnych myśli wtórzepłoną w oplocie liści czerwone, wonne róże —— czar nocy serce okuł — — więc rycerz lutnię stroiby miłość swą wyśpiewnić i piękno pani swojej:

„o ukaż się jak ongi w jedwabnej sukni złotejutkanej z gwiazd promieni przybranej w skry­‑klejnoty,o niechaj jeszcze raz przed czarem wzrok zasłonię,gdy w złocie włosów twych skwitają białe dłonie;o przyjdź najdroższa ku mnie — wiązankę rzuć uschniętą,wiązankę polnych kwiatów do piersi w dzień przypiętą —

— na struny kwiaty rzuć by cichą pieśń wyłkały —— o, spójrz jak cudna noc! — jakoby śnieg spadł biały — !O pozwól wejść, o piękna, do cnej komnaty twojej —niech łoża twego woń szaleństwem mnie upoi;Amor, wieczyście baczny, wstydliwość uszanujei fijołkową lampę przeźroczą mgłą zasnuje”.

Zadrżały pnące róże, zmąciły srebrną ciszę,zieleń u krat okiennych leciuchno się kołysze;— zpoza okratowania — przez zielne róż gęstwiskozjawia się doskonałe anielskich snów zjawisko —czerwoną rzuca różę — na wargach palec kładzie —przechyla się — z rycerzem w szepczącej trwa naradzie...

Najpierw ją wiodą kroki w głąb domu przyciszone,a potem ją unoszą sandały uskrzydloneku niemu; — oto stoją podobni jasnym zwidom,oboje piękni, młodzi — o siebie wsparci idą!Przy zacienionym brzegu — do wąskiej schodzą łodzi,wiatr z lotnym żaglem igra, płonące lica chłodzi.Wraz z wielkiem szczęściem mała łódź w świat nowy ich poniosła,w srebrzycy bezszelestnych wód pluskają zwinne wiosła...

Bezbrzeże fal chwyciła w sieć wysoko lśniąca pełnia,cała się przestrzeń tli i śkli i niepojęcie zwełnia —perlą się bezdna, grzywy skrzą, migotem bliż jaśnieje,wieczności nieprzebrany sen w skrach fal fosforycznieje;pogłębia się obecność barw, zawodzia się zbliżają,fale jeziorne, siny brzeg coraz się powiększają —już olbrzymieje czarny bór wynagla się i zbliża,olbrzymi księżyc wzmaga krąg — ku ziemi się naniża,

cieniste lipy wonny kwiat w źródlanej topią wodziei drżą w ten bezszelestny czas, na przedjutrznianym chłodzie;— na złotowłosą srebrny czar cichutko się zsypuje,— miłowanego drżeniem rąk lękliwie obejmuje —głowę skłoniła mu na pierś — a usta jej szeptają:„— jakże twe słowa, miły mój, przedziwnie mnie wzruszają,w jasyr mnie wziąłeś — czucia twe nieznane dla mnie zdroje,ogrom zwycięski tęsknot twych — oto jest szczęście moje.Głosu twojego słodka moc! — Zdobyła mnie twej mowy siła,jakoby dawnych czasów baśń urokiem cudnym mnie spowiła;twój chłodny wzrok, twe sny, nadziejeoto co we mnie szczęściem dnieje!Pozostań przy mnie, niech twój wzrok odemnie się już nie odwracawierne patrzenie w oczy twe oto dozgodna moja praca —póki ócz moich blaski tlą. — Cudny szum idzie nad falami,z gwiazdami gada serce wód ponad naszemi miłościami —— ciemnice borów, lasy, góry, błękitniejące w mgle kryniceszepcą ze sobą mową świtu i nasze głoszą tajemnice —— słońca, planety tam błyszczące w wiecznych przestrzeniach nieb bezmiernie —ziemia i woda — wszystko wkoło kocha nas czule, kocha wiernie;— puść wiosła z rąk! łódź nasza niechaj sama płynie,niechaj nas niesie kędy chce po nienazwanej mórz głębinie,choćby i przystań miała być w czeluściach mroku i w niebycie —spojeni z sobą bądźmy tak po wieki już, na śmierć i życie!“

O wyobraźni, wyobraźni! — Gdy tobą jestem nawiedzonylot mnie unosi ponad ziemią w świat wielki, wolny, niezmierzony.Cóż to widziałeś, przyjacielu, o czem mówiłem dziś tak śmiało — ? —w czternastym wieku tylko tak wszystko się ładnie­‑składnie działo.

Lecz dzisiaj wyobraźnia twa niechże, pamiętaj!, nie swawoli —nie możesz dziś do dziewy swej umizgać się dowoli,nie możesz żądnie objąć jej, usta z ustami spoić,ni patrzeć w ciepłe oczy jej i szczęściem troski koić.Bo jakże — ? — zważ! zaledwie się stęsknione dłonie dotykają,już wchodzą ciotki i wujenki, już drzwi się zewsząd otwierają —już w ziemię patrz, opuszczaj wzrok, boś winowajcą przecie,bo dla miłości niema dziś zacisza w całym świecie.Stoisz a wkoło mumji krąg, zwany, wszak wiesz, rodziną,która nie znała wczoraj cię, poznała przed godziną —i powieściowo srożysz wąs i papierosa palisz —narzekasz na współczesność — ach, — wyborną kuchnię chwalisz...

Nuży mnie, nudzi życie — tak bezużyteczne,praca, gorycz i nędza, uganianie wieczne.Czyż rzekę łez trza wylać, czyliż ma być błędemto co dla ptaków leśnych jest żądzy popędem — ?

Nie my działamy — inny ktoś pragnienia snujei naszą wargą mówi, sercem naszem czuje;byt nasz płynie przed siebie jak za falą fala —on jeden, on Demiurg stąd się nie oddala;o obcości w kochaniu nic zgoła nie wiecie —chcecie cudów! — a głupstwo chwyta was w swe siecie.

Wszakże prawo natury kusi was namowąna kołyskę pokoleń, na nienawiść nową;wasz śmiech rodzi płacz dzieci, wieczne narzekanie,jeszcze was wnuków czeka słuszne przeklinanie;kukłą jest tylko człowiek — i cnoty i grzechysą skrzeczeniem papugi — i znikąd pociechy,

— ręka Wielkiego Mistrza poza kulisamiw ruch wprawia tępe lalki — z tajnemi sznurkamiporaz tysięczny głucha sparza cię konieczność;jak dziś — będziecie skakać i działać — po wieczność!

A ty — ? — Gdy cichy księżyc srebrzy dębów czubyczyż będziesz w naiwności znów tęsknić do swej lubej — ?czyż będziesz na ulicy stać w śnieżycy i we wichrze —przed odsłonionem oknem snuć marzenia swe najcichsze — ?czyż cierpieć będziesz, że tam ktoś w głupawej galanterjipaplaniem wciąż pobudza ją do śmiesznej koketerji — ?Usłyszeć chcesz ostrogów brzęk — ? — jakże się puszą i kozaczą! —a teraz, zakochany, spójrz! — jak to miłośnie na się patrzą!ona coś szepce — a on jej naznacza schadzkę, uśmiechnięty —przemarzły — chceszże jeszcze stać — na dudka wystrychnięty — ?Kochasz! — a wielka miłość twa nieukojona trwa — bezcenna;ona kaprysem się kieruje i jako kwiecień tak jest zmienna!ona ci kradnie zdrowy sens — krzywi się na cię, gardzi...a ty podziwiasz cięgiem ją i kochasz coraz bardziej —jak zimny posąg, który nas napełnia podziwieniem!O głupcze! — jakżeś śmieszny jest z tem nudnem rozmarzeniem!

Jam także o dziewczynie śnił, która me troski podzieli,przy boku moim będzie stać i życie przeanieli,która rozumieć będzie mnie jak nigdy nikt na świecie —zdumieje ludzi piękna baśń o przecudownej kobiecie!Minęło, prysnął pusty czar, pieśń stara się kołaczeo ciszy wiecznej, w której już na wieki mrą rozpacze.

Pęknięte struny; moja gra nieskładnem drży pieśnieniemjak poszum zły podziemnych rzek nakrytych turni cieniem.Jedynie czasem czysty ton wichr niesie nad oparemi pogrzebowa wstaje pieśń — ów carmen saeculare;pozatem dziki, głuchy dźwięk zawodzi i boleśni —niestrojny akord ciągle brzmi i huczy w mojej pieśni.Burza rozwala chory mózg — ogniście spąsowiała —strzelista o wieczności pieśń — i ona paść musiała...Kędyż te czyste jasne dni, z których natchnienia moje trysły — ?strzaskana lira, — zmilknął śpiew, — mistrz, mistrz postradał zmysły!!

Gdy jeszcze śmierci nie było, niczego co nieśmiertelne,gdy nie istniało światło, życia ognisko naczelne,gdy nic nie zwało się: zawsze, ni dziś, ni jutro ni wczora —bo dla wszystkiego w jedności jednaka trwała pora —gdy ziemia, niebo, przestrzenie, świat cały w zespoleniuw równorzędności istniały — istniały w swem nieistnieniu —wówczas to byłeś Ty jeden, — przeto ma warga woła:kim jest ten Bóg, przed którym schylamy nasze czoła — ? —

Był-ci on Bogiem jedynym — nie było przed nim bogów —w on czas, gdy złote ziskrzenia z nocnych wstawały rozłogów,On ducha we wszystkich tchnął bogów, szczęśliwość w ziemię wpromienia,On jeden ludzkość prowadzi do źródlanego zbawienia.Wgórę unoście serca — świat wypełnijcie śpiewaniem,On-ci jest śmieriąśmiercią śmierci! On życia zmartwychpowstaniem!

On mi dał żądne źrenice, bym światło ujrzał dniące,szczęsnym urokiem współczucia napełnił serce bijące —Jegom usłyszał imię wśród wielkich wichrów szumienia —w tym głosie na falach pieśni pojąłem słodycz wieszczenia —— i jeno o jeden jedyny w tem wszystkiem żebrzę przyczynek:aby mi odejść pozwolił w wieczysty odpoczynek.

I oby przeklął każdego, kto się nademną lituje,a błogosławił tego, co plecom brzemienia dosuje.O niechaj przekleństw wysłucha — niech błogosławi szydercęi niechaj skrzepi to ramię, co nóż wbić pragnie w me serce —i niechaj podniesion będzie pośród współbraci mrowia— ten, co z pod głowy mi wyrwie kamień mojego wezgłowia.

O niechaj przejdę przez życie jako ścignane zwierzę,aż męka oczom moim ostatnią łzę zabierze,aż ujrzę, że w każdym człowieku wróg mój zacięty powstaje,aż rzucę w otchłań pytanie — : czyliżto ja — ? — nie poznaję!bo oto z bólu i cierpień tak stwardłem, skamieniałem,iż mogę urągać matce, którą tak bardzo kochałem...Tedy gdy straszna nienawiść — miłością zda się nadnieje —przepomnę, być może, cierpień; — nareszcie do śmierci dojrzeję!

Natenczas, gdy umrę — ja obcy, ja zbrodniarz wyrodny —wyrzućcie kędyś na drogę mój zewłok podły, niegodny.A tego, Ojcze mój, okryj w gronostaj i wielkie cenności,co psy poszczuje, by ze mnie wyżarły wraże wnętrzności,a temu co kamień podniesie i w moje rzuci oblicze —wiekuistego żywota, za Twą poręką życzę!

Tak oto jedynie, Ojcze, dziękować mogę przecie —za szczęście, iż zezwoliłeś żyć mi na Twoim świecie!Nie ugnę kolan, ni czoła nie schylę proszący o Twe dary,raczej Cię skłaniam do przekleństw, do nienawiści bez miary —bym czuł, że Twoje tchnienie łamie mi ducha jak trzcinę —aż-ci wygasnę na wieki — przepadnę bez śladu — i zginę!

Comentarios

Cargando comentarios…