Chadży Abrek (Lermontow, przekł. Grudziński)
Traducido por Stanisław Grudziński
CHADŻY - ABREK.Powieść kaukazkaz Lermontowa
Dżemacki auł w pośród górSwobody, bogactw to ognisko!Orężna ręka — jego mur,Meczetem dlań — pobojowisko.Swobodne syny jego jużZ wojennych nieraz wyszli burz,Ich sława głośna wśród Kaukazu.I nieśmiertelni z czynów swych,A serca wroga ani razuNie ominęła kula ich!
Południa słońce na lazurze,Obłoki pary płyną w górzeI gdzieś wysoko, w pośród chmur,Zawisnął orzeł, król tych gór.Wąwozy senny owiał duch,W aule tylko widać ruch.
Gwar jakiś słychać, a w dolinie,Gdzie szumny, górski potok płynieTłum wojowników się gromadzi.Lecz o czémże tak gwarnie radziI cóż wyniknie z walnéj rady?Dla czego wszyscy spieszy tak?Czy na grabieże i napadyKrwiożerczy znów wyleci ptak?Czyli czekając ruskich gości,Chcą powitania zrobić kroki— Prócz oburzenia i litościNie zdradza nic zebranych wzrok.
Okryty szaty im obcemiLezgińczyk siedzi między niemi,A wiek mu długi bieli włos,Z ust słowa płyną mu potokiemI patrzy w koło lśniącym wzrokiem,A serce rani starca głos...
Słuchają wszyscy, twarz ta bladaOkropne dzieje zapowiada.
„Sierota, własnéj nie mam strzechy,Lecz i jam kiedyś szczęście miał.Bóg mi w starości dla pociechyTrzech synów i trzy córki dał.
Lecz straszna burza się zerwała.Gałęzie dębu połamałaI oto stoję w pośród was,Jak pień samotny!... srogi czas!Siwizna ma — to jego dar!Ten włos mój bielszy od lawiny,Lecz i pod śniegiem, wśród doliny,Potoku nieraz szumi war.Hej, to! rycerze cni Dżemata!Pokażcie męztwo, dzielność swą!Kto z was zna księcia Bej-Bułata?Kto mi powróci córkę mą?
Dwie córki zwiędły mi w niewoli...W nierównym boju synów dwóchNa obcéj ziemi... — to mnie boli!A, gdy w ojczyźnie powstał ruch,Najmłodszy w serce piką pchniętyW mych oczach skonał uśmiechnięty.Może on widział, jak przy zgonieStanęła tuż u jego głowyDziewica raju i tęczowyZłożyła wieniec mu na skronie.
I zagrzebałem się na puszczy,Strzegąc ostatniéj córki swéj,Zdala od gwarnéj ludzkiej tłuszczy...Wszystko, com kochał, było w niéj!Więc wziąłem z sobą tyko jąI wierną, starą strzelbę swą...W podziemnym lochu zamieszkałem,Bom własnéj chaty nie miał już!I godził mnie z tém życiem całémI z nędzą mą mój anioł stróż.
Lecz... znów wybiła zła godzinaI opuściła mnie ptaszyna...Posępna noc zaległa w koło,Spałem... gałązką zielonąLeila moje epickie czołoI skroń chłodziła rozpaloną.Wtém... budzę się... szept jakiś głuchyI lekki jęk... i tętent konia...I widzę... przebóg! — jak dwa duchy,Tak polecieli już przez błonia,l on ją porwał w swe objęcia!...Nie! to nad wasze już pojęcia!...Przekleństwo im posłałem w ślad —Lecz gdzież już koniec ciężkich zdrad?Strzeliłem... Boże! w straszny czas,Chybiłem w życiu pierwszy raz!...Z pragnieniem zemsty w piersi skrytém,Nie mogąc pomścić hańby swej,Błądzę od strasznéj chwili téj,Jakby zgnieciony wąż kopytem!Hej, tu! rycerze cni Dżamata!Pokażcie męztwo, dzielność swą!Kto z was zna księcia Bej-Bułata,Kto mi powróci córkę mą?!”
— „Ja!” wyrzekł rycerz czarnooki,A w dłoni błysnął nóż szeroki —I wzniósł ponure swoje czoło,Aż tłum rozstąpił się w około.„Ja księcia znam, jam gotów już!”Dwie noce czekać ci wypada.Chadży odważny wśród walk, burz,Daremnie konia nie dosiada.Lecz... jeślibym nie przybył w czas,Oczekiwaniem nie trudź okal opuszczając, starcze, nas,Chciéj za mną westchnąć do Proroka.
Już dnieje... wciąż czystsze błękity,Wiatr nocny tuman zwolna zwiał,I granitowe wstają szczyty,Zwieńczone lodem szczyty skał.I w rozpadlinie obudzonyRóżowy obłok ocknął się,Jak żagiel wzdyma się wzruszonyI gdzieś w błękitnéj ginie mgle...
Wciąż jaśniéj. — Drogą nad urwiskaPowoli stąpa bystry koń,Zwilżona rosą trawa śliska.Lecz rumak czuje pana dłoń.Ze skał wysokich lśniących jeszczeDziki winograd zwiesza liść,Gdy tam koniowi trzeba iść,Spadają rosy chłodne deszcze.
Niedbale jeździec cugle rzuciłI starą ojców pieśń zanucił,A jéj wtórzyły w jeden chórRozgłośne echa dalszych gór.
Lecz oto zwrot — i ślak przerytySkrzypiącéj arby wielkiém kołem,Kędy wspaniałe skał granityWszystkie się w wieniec łączą społem.Tam jeździec już, jak pod stopamiSpokojny auł dostrzedz mógłI widzieć pył za tabunamiI myśliwego słyszeć róg,A gdzie się granit z ziemią splataZobaczyć saklę Bej-Bułata.
I orli wzrok rumaka panDo białych sakli przybił ścian.
A w cieniu tam, u sakli proga,Młoda Lezginka zadumanaZ tęsknotą patrzy, gdzie się drogaCiągnie wśród skały przekopana.
Na kogo czekasz, gwiazdo Wschodu?Dla czego serce skrycie drży?Czy wrócić luby ma z pochodu?Czy téż do brata tęsknisz ty?
Znużona główka na ramionaSchyliła się — i pierś wzburzona,Zemdlała ręka — i powoliChce cudne ramie wyjść z niewoliI wzrok omdlenia kryje mgła,A biała twarz spłonęła twaPłomieniem wrzącéj wschodniej krwi,Na ustach pocałunek drży...I z dziwną żądzą upojeniaRamiona kogoś objąć chcąI piersi twe już ze wzruszeniaOdrzucić pragną szatę swą.
O! przybądź już, oczekiwany!Lecz... cóż to... jakiś słychać ton?...To tętent konia... to kochany...To on! szepnęły usta... on!...
Jak łudzi ras nadzieja chyża!Jak łatwo oko zwodzi nas...Jaz oto jeździec doń się zbliża,Lecz obca twarz, nieznana postać,— Ona go widzi pierwszy raz.Może podróżny, chce tu zostaćNa odpoczynek... koń spoconyZ dalekiéj widać przybył strony...
Zejdź gościu z konia! — cóż to... czemuTak dziko patrzy?... cichy jękNieznacznie z ust się wyrwał jemu,Jakby pękniętéj struny dźwięk...
„Dla czegóż wahasz się u proga?Odpocznie koń twój, spoczniesz sam.Gość nieczekany — to dar Boga —Ja ci kumysu, miodu dam.
Tyś znać ubogi — ja bogataZechciej w dom wstąpić Bej-Bułata,A kiedy w świat pojedziesz znów,Ty za nas gościu pacierz zmów.”
C h a d ż y - A b r e k.
Niech Allach zawsze błogosławiTych, co dla gościa tak łaskawi,Lecz dość już łask Leilo, dość!Pokłon ci ojca przywiózł gość.
L e i l a.
Jakto? mój ojciec ukochany?Więc o mnie nle zapomniał jeszcze?Gdzież om?
C h a d ż y - A b r e k.
Gdzie wiatry i tumany.Białą mu głowę, myją deszcze,Jeśli starcowi w ciężkim trudzieOdmówią dachu swego ludzie.
L e i l a.
Lecz powiedz, czy spokojny bywa?Czy nie narzeka?
C h a d ż y - A b r e k.
Ha! być możeW niedoli! — no, a tyś szczęśliwa?
L e i l a.
O! jam szczęśliwa!
C h a d ż y - A b r e k (cicho).
Tém ci gorzéj.
L e i l a.
Co powiedziałeś? —
C h a d ż y - A b r e k.
Ja? — Nic zgoła!
I z jakąś czarną chmurą czołaSiadł obcy gość, ale się wzbraniaDotknąć strawy, nie chce jeść...I nic mu myśli nie rozgania,A jakaś straszna myśli treść...Więc chcąc rozjaśnić chmurne czołoLeila wdzięcznie i wesołoMały bębenek w ręce wzięłaI nucąc, tańczyć z nim zaczęła.
Jak gwiazdy świecą się jéj oczy,Na wpół dziecinny szał uroczyJéj wzdętą, białą pierś porusza...Jak dziecka jéj niewinna dusza!Jak motylek o zachodzieKręci się w promieniach słońca,Tak Leila w swéj gospodzieTańczy lekka, wiotka, lśniąca.Bęben swój w górę podjęłaBiałemi śwemi rączkami,Sama się lekko wygięła,Nęci cudnemi oczami,I zdają się cudne ustaSzeptać gościowi smutnemu:Żal, cierpienie — to rzecz pusta,Pozwól spocząć sercu swemu!
C h a d ż y - A b r e k.
Dość Leilo! choć na chwilęPorzuć pustą radość swą.Mów, czy myśl ci o mogileNie trwożyła główką twą?
L e i l a.
Nie! i na cóż mnie mogiła?Ja znalazłam raj na ziemi!
C h a d ż y - A b r e k.
Leci, czyś nigdy nie tęskniłaZa stronami rodzinnemi,Jasném niebem Dagestanu?
L e i l a.
Nie! jam tu już tak przywykłaDo gór tutejszych tumanu —I tęsknota dawno znikła!Wszędzie piękne twory Boże!Dla serc kraju być nie może —Ono więzów się nie boi,Jak ptak wolne, buja, roiI znajduje szczęście tam.Gdzie kochają, wierzą nam!
C h a d ż y - A b r e k.
Gdzie kochają... Czy wiesz, dziecię,Że jest inne szczęście w świecie,Temu, co wszystko pochował,W co chciał wierzyć, co miłował?Większa rozkosz wierzaj mi,Chociaż pragnie, żąda krwi!...W niéj nadzieja dla tych świeci,Od których szczęście odleci.W niéj to rozkosz zbrodni gości,Ogień mojéj namiętności!W niéj me piekło i raj mój —To przyjaciel wierny, brat,I takiego szczęścia zdrójWiększym skarbem, niźli świat!
L e i l a.
Zbladłeś!
C h a d ż y - A b r e k.
Milcz! lat kilka temuNie byłem sam, miałem brataI sądzone było jemuZginać z ręki Bej-Bułata...
Zamordowano go, jak dzika!Nie widział nawet przeciwnika!Lecz krzywdę swą i zemstę swąOn umierając na mnie zlał —I raz... ten kindżał ręką mąW zabójcy serce wpić się miał,Alem pomyślał — kara mała!Cóż śmierć! — męka jednéj chwili!Niech się zemsta ma wysili.
Bo czyżby śmierć mnie spłacić miałaLat tyle zgryzot, krwawych łez?O! nie tu mojéj zemsty kres!On coś w świecie kochać musi —Znajdę przedmiot téj miłościI żar mojéj namiętnościZamordować je mnie zmusi.I nadszedł czas, do czynu czas —Ja ciebie wyrwę z objęć świata!Już słyszę głos mojego brata,Więc będę zimny, jakby głaz!Gdym ujrzał cię nieznane dreszczeWstrząsnęły mną, lecz pora jeszcze!Uczucie to już odleciało...Allachu! spełnię zemstę śmiało!
Jak w górach śnieg bezwładna, bladaLeila do nóg mu upada.I z piersi wyszedł modłów jęk,Jakby łabędziéj pieśni dźwięk.
„Ach, tyś okrutny! słowa te,Jakby trucizna, trują mnie!Czyliż cię błagam nadaremnie?!Lecz... może ty żartujesz ze mnie?Odpowiedz, mówi. Czyliż na łzyJak kamień obojetnyś ty?Litości!... czyliż tak nie płacząW rodzinnéj twojej stronie tam?Co twe spojrzenia dzikie znaczą?...Czyliż mam umrzeć!!... powiedz sam!
O! daruj życie, młodość, raj!Daj mi nadzieje, żyć mi daj!!O! jeśliś ty kochanym był,Mów, jakżeś ty o szczęściu śnił?
Chadży w milczeniu stał złowrogiém,Jak potępiony duch przed Bogiem.
Czyliż nie czujesz serca bicia?Czy ci przestało w łonie bić? —O! Boże! pozwól!... chwilkę życia!...Choć chwilkę jedną... pozwól żyć!...
Błysło żelazo, spadła głowa —W około cisza już grobowa.Skrwawioną ręką podjął z ziemiChadży Leili piękną głowęI ostrze szabli swéj staloweOtarł włosami jéj bujnemi.Potem ją w burkę skrył, troskliwie,Piorunem skoczył z nią na siodło.A koń, jakby go co ubodło,Parsknął i chrapnął przeraźliwie,Najeżył grzywę i za chwileWraz z jeźdzcem swoim zniknął w pyle.
Zorza wciąż bledsza... noc ponuraRozciąga już całuny swoje.Z kaukazkich gór się czołga chmura,Jak olbrzymiego węża zwoje.Fantastycznemi postaciamiZapełnia szczyty skał śniegowel trąca krzewy tam cierniowe,Rzucając rosy nań perłami.Złowrogo strumień szumi, pryska,Z pod trawy mętną wodę toczyl przez zasłonę mgły wciąż błyska,Jak nieboszczyka martwe oczy...
Spiesz się wędrowcze, ściągnij wodze!Szeroką burką okryj się!Niech koń unosi cię po drodze,Po nad przepaście wichrem mknie!Za tobą jeszcze w ślad nie goniZły górski duch, lub dziki zwierz,Lecz niech modlitwa ciebie broni,Jeśli się modlić umiesz, chcesz.
„Hej! daléj koniu! trwożném okiemDlaczego rzucasz tak w około?— To kamień zmyty tym potokiem,To błyszczy węża lśniące czoło.Jam ci zawdzieczył nieraz życie!Kiedy staniemy dziś u celu,Ja twe wędzidło, przyjaciela,Ozdobię srebrem ci sowicie —l puszczę cię w zielone pole,Mój szybkonogi ty sokole!
Lecz... czemuż dziś się odmieniłeś?Tak prędko pianą się okryłeś?Za chwilę księżyc z po za chmuryOświeci dobrze znane góryI wkrótce światło znane zbliskaUderzy w oczy od ogniskaI tę dolinę ujrzym my,Gdzie nasz spokojny auł śpi.”
Doliny jeszcze noc okrywa.Dżemacki auł w śnie spoczywaI tylko biedny starzec samWśród nocnéj ciszy czuwa tam.On jeden nie chciał złożyć głowy —I tam przy drodze, na kamieniu,Wpatrzony w przestrzeń siedzi w cieniuJak gdyby jaki głaz grobowy.
Lecz oto tam, ze skał urwiskaPowoli schodzi koń zmoczony,A jeździec burką otulonyDo piersi swojéj coś przyciska.I starzec zadrżał: „w zwojach burki —To pewnie dar od mojéj córki!”
Już jeździec blisko... z konia skoczył —I coś mu z drżących rąk wypada...Po miekkiéj trawie dar się stoczył...— To córki starca głowa blada!
I on z wyrazem uniesieniaJéj pocałunek długi dał,Jakby ostatni ból cierpienia,Ostatni jęk w nią przelać chciał!I życie całe w jeden tonI w jeden uścisk przelał on.
Dość długo świat i los niedoliWbijały w serce cierpień nóż...Jak nić słabnąca wciąż powoliW téj jednéj chwili pękło już.l twarz, co starość poorałaBladością śmierci zbladła cała.
Tak szybko zgasła iskra życia,Że choć ustały serca bicia,Lecz myśli ślad, dla któréj żyłPo śmierci jeszcze w rysach tkwił.
Chadży w milczenie stał głębokiémI obojętném patrzał okiem,Aż dosiadł konia znów ponury,l pędem wichru leciał w góry.
***I minął rok — i w rozpadlinieDwa zgniłe trupy znalezionoI tam, zkąd potok wrzący płynieNa szczycie góry pogrzebiono.Przekleństwo piętnowało twarzeI obaj byli krwią zbryzgani,Uściskiem dzikim powiązaniDwaj przyjaciele, czy zbrodniarze!Być może, było to złudzeniem,Ale podróżnym się zdawało,Że oko zemstą wciąż pałało,A usta drgały potępieniem.Ich odzież była dość bogata —Ponure czoła baszłyk krył.Poznano w jednym Bej-Bułata,Lecz nie wie nikt, kto drugi był.
Comentarios
Cargando comentarios…