Część druga — całość
Traducido por Michał Koroway-Metelicki
Szatan (powieść wschodnia) Lermontowa
„Skan zawiera grafikę.O, przebacz, ojcze, swej Tamarze,Zaniechaj gniewu raz twojego,Ja sercu milczeć nie rozkażę,Nie płaczę z żalu daremnego...Napróżno do nas tłumną rzesząPiękni młodzieńce przybywają...Czyż w Gruzji dziewic już nie maja?Nie będę żoną. Niech nie śpieszą!...O, nie bądź, ojcze, tak surowy!Tyś sam już spostrzegł: każdy nowyDzień niesie sercu nowe blizny,Jam jest ofiarą złej trucizny!Niepokonaną marą targaMnie duch zły — ciężka moja skarga!W klasztorne powiedź córkę progi,Tam nie dostąpi mię pokusa
Tam się pozbędę serca trwogi,Tam mię obroni moc Chrystusa.Nie zaznam w świecie już wesela...Niech więc świętego gmachu cisza,Niechaj zawczasu smutna celaPrzyjmie mię, jak grobowa nisza“.
I za rodziny tęsknej zgodąPoszła w klasztorny gmach dziewica;Jej kibić cudną, jej pierś młodąOkryła gruba włosiennica.Ale i mniszki proste stroje,Jak i złotogłów przedtem drogi,Nie zażegnały grzesznej trwogi:W jej sercu wrzały niepokoje.I przed ołtarzem, wśród powodziŚwiateł i śpiewów uroczystych,Często w pośrodku modlitw czystychJej uszu znany głos dochodzi.Wznosił się obraz znanej twarzyU kapiteli kolumnady,
Dźwięk go nie zdradzał, ani ślady;W mgle woniejącej trybularzyŚwiecił jak gwiazda cichą nocą,Wabił i wołał... Ale po co?...
Pomiędzy dwoma pagórkamiŚciany skrywały się klasztoru,Zamknięte były szeregamiTopoli drzew i drzew jaworu.Gdy mrokiem gęstym noc spadała,W oknach za kratą mniszki drgałaLampa wśród ciemnych fal przestworu.Migdałów drzewa cień rzucały,I stróże grobów — krzyże stałyW milczeniu niemem i ponurem;Chór ptasi śpiewał z drugim chórem;A po kamieniach w szumnej grozieŹródeł chłodzących dźwięczne faleLeciały — skacząc, i przy skaleŁącząc przyjaźnie prąd w wąwozie,Pędziły dalej w inne strony,Wśród krzów, ozdobnych w kwiatów szrony.
Na północ gór widniały ściany.Gdy jutrzni wschodzi brzask różany;Gdy — napełniając głąb doliny —Obłoczki sine się unoszą,I z licem na wschód — muezinyLudowi chwilę modlitw głoszą;Gdy już się dzwonu głos rozlegaI drżąc w spokojnej rannej porze —W dolinie falą się rozbiega,Echem odbija się w klasztorze;Gdy cudnie marząc o kochanku,Gruzinka, schodząc z gór krużganku,Idzie, by przynieść wody w dzbanku:W chwilę pięknego tak porankuGór łańcuch wznosił pod błękityJasno-liliowe, śnieżne szczyty.A w czas zachodu blask różowySpływał na Kaukaz. Wtedy góryU stóp swych mając, na ich głowySpoglądał Kazbek z ponad chmury,Ozdobny w turban, w złotogłowy.
Ale Tamarę myśl przestępnaDręczy; jej dusza niedostępnaZachwytom czystym. Piękność świataPrzed nią się zjawia w smutku kirze;Nie bawi jej w rozpaczy wirze.Ni ranku brzask, ni nocy szata.Bywało, ledwo z nocą razemNa ziemię świeżość zstąpi rzeźwa,Już ona padnie przed obrazemW szaleństwie uczuć swych nietrzeźwapłacze; wkoło cisza głucha,Jej pierś jękami wciąż wybucha...I drżąc — podróżnik pilnie słuchaI myśli: „to duch górski jęczy,Przykuty mocno do pieczary!“I wnet kopytem rumak dźwięczy,Bo jeźdźca gonią strachów mary...
Często — w tęsknocie smętnej blada —Tamara koło okna siada —
W myśleniu niemem pogrążonaI patrzy w dal osamotniona;Tak cały dzień czekając — wzdycha...„On przyjdzie!“ mówi jej ktoś z cicha.Niedarmo miała sny radosne,W których się zjawiał duch powiewny;Niedarmo oczy miał żałosneI głos tak cudny, taki rzewny!Już dawno dusza jej w rozterce,Choć nie wie sama: skąd?... dlaczego?Do świętych modli się, a serce...Serce jej modli się do niego.Zmęczona walką tą bez końca —Już się pochyla na swe łoże,Lecz wnet się zrywa — cała drżąca —I uspokoić się nie może:Goreją plecy, pierś się wznosi,Tchu braknie, oczy zamierają,Ciało uścisków szuka, prosi,Na ustach pocałunki tają...........................
Pagórki Gruzji i dolinyJuż mgłami okrył płaszcz wieczorny;Pod klasztor przybył w odwiedzinySzatan potrzebie swej pokorny,Lecz długo, długo duch niesfornyŚwiątyni ciszy i pokutyNaruszyć nie śmiał; w te minutyJuż gotów był — jak się zdawało —Porzucić zamiar swój okrutny;Koło klasztoru brodzi smutny,A serce żądzą w nim pałało;Od kroków jego drżą drzew liście.Wzniósł oczy; widzi w jej pokojuLampę płonącą promieniście;A ona czeka w niepokoju.I wśród milczenia powszechnegoSłychać czyngara brzęczącegoDźwięk... tony pieśni się rozległy,Za nimi inne biegły, biegły,Jak łzy spokojnie i miarowo;Były to takie dźwięki pieśni,
Jak gdyby dla tej ziemskiej cieśniStworzyć je mieli niecieleśni.Może to anioł, — chcąc na nowoOdrodzić w druhu przyjaźń starą,Przeszłości dzieląc się z nim marą,Napełnił cele pieśni gwarą,Żeby osłodzić mu cierpienie?...Jej miłość smętną, jej wzburzenieRaz pierwszy pojął duch pomroku...Chce lecieć: skrzydło się nie rusza!Do głębi trwoży się mu dusza...I cudo! błysła kropla w oku,W oku, co łzą się nie zaprósza...Po dziś dzień widać koło celiKamień na wylot przepalony,Piorunem łzy tej wydrążony...Łzy takiej ludzie nie przeleli!
Już wchodzi; kochać świat gotowaDusza — dla dobra w nim otwarta;I myśli: oto! chwila nowa,Przyszłość w niej cała jest zawarta!
I uczuł w sercu duch zuchwałyNiemiły dreszcz oczekiwania,Strach niepewności oniemiały,Jakoby w pierwszy raz spotkania:Złe wróżby duszę mu zalały...I wszedł do celi już nakoniec;Przed nim — cherubin, raju goniec,Obrońca jej i jej pociecha,Koło niej stoi z czołem jasnemI nie po ziemsku się uśmiechaI ją osłania skrzydłem własnem...I promień światła anielskiegoOślepił nagle wzrok nieczysty,Zamiast witania uprzejmego —Zawołał anioł uroczysty:
„Duchu występny, w grzechu mocny...Kto wołał ciebie w mrok północnyI kto cię przysłał tu na zwiady?Tu złe przenigdy nie gościło,Świątynię sercu memu miłąOpuść i wychodź — rad, nie rady,
I niech zaginą twoje ślady!“Szatan uśmiechnął się zjadliwieI błysnął okiem nienawiści,Znów zapalała w nim złośliwieSkra dawna zemsty i zawiści.„Moją jest!“ rzekł do niebios gońca,„Nad piekieł stoi już brzegami,Przybyłeś późny jej obrońca,Nie jest ci danym sąd nad nami.Na pierś jej grzeszną moje ręcePokładły pieczęć nieśmiertelną!Świątyni twojej niema więcej;Tu ja mam władzę niepodzielna!“I anioł oczu smętnych wzrokiemNa nią raz jeszcze spojrzał szczerze,I zwolna skrzydłem swem szerokiemWionął i stopił się w eterze...............
Mowa twa pełna okropności!Kto jesteś: piekieł duch, czy nieba?Czego chcesz?
Tyś jest cud piękności!
Lecz ktoś ty? kto?... mów! czego trzeba?
Jam ten, któregoś ty słuchałaW cichości mroków, w nocnej dobie,Myśl moja w duszy twej szeptała;Mój smutek przez mgłę tyś widziała,Mój obraz blady miałaś w sobie;Jam ten, czyj wzrok nadzieję gubi,Ledwo nadzieja ta zaświta;Jam ów jest, który tem się chlubi,że każdy go przekleństwy wita.Podemną gwiazd mkną korowody;Jam biczem krwawym ludzkiej ziemiJam król wszechwiedzy, król swobody,Jam niebios wrogiem, złem przyrody,I widzisz — jam pod stopy twemi!I jam ci przyniósł rozrzewnienie,I łzy, i modlitw ciche jęki,I pierwsze ziemskie me cierpienie,I pierwsze duszy mojej męki...
Chciej pojąć gorzkich słów zwierzenie!Niebiosom może mię powrócićMiłości twojej żywe słowoI natchnąć pierś ma siłą nową,Szatańską dumą precz odrzucić,W pokorę zmienić aniołową.Niewolnik, w ciebie tylko wierzę!Do ciebie pierwsze ślę pacierze,Do ciebie pierwszy głos błagalny!Dla ciebie duch mój niezniszczalnyŚmiertelną szatę przyjmie szczerze!Gdym ciebie ujrzał, mimowoliUczułem w sobie skrę zazdrości;Opuścić ciebie?... nie! tej roliNie spełnię w żarze namiętności!I oto! przyszła dziś godzina:W bezkrwistem sercu buchnął płomień,Syknęła zmarła w niem gadzina,Zapałał stosem iskry promień!Bez ciebie czas czem nieskończony?Czem dóbr mych obszar niezmierzony?Świątynią pusta, zgasłym zniczem,Zamarłym dźwiękiem... zgoła niczem!
Opuść mię, duchu fałszywości!Zamilcz, nie wierze mowie wroga!Ja pragnę modlić się do Boga,A ty mię wikłasz w sieć chytrości...Będę ofiarą twojej zdradyTyś myśl słabnącą opanował;Twe słowa — to ogniste jady...Po coś mnie biedną umiłował?
Po co — o, piękna? Nie wiem tego,Ale z przestępnej mojej głowy,Czując prąd życia świetniejszego,Zerwałem wieniec mój cierniowyI w proch rozbiłem gmach przeszłości;Me piekło, raj mój w tobie gości!O! kocha cię nieskazitelną,Miłością dusza moja wolna,Istotą całą nieśmiertelną...Dusza twa kochać tak nie zdolna!Znam cię przez wieków długie lata,Widziałem cię, jak widzę ninie,Przez eterycznych sfer pustyniePłynącą na początku świata.
Już dawno — trwożąc serce biedne —Imię twe słodkie mnie dźwięczało;W dni szczęścia, w raju ciebie jednejDuchowi memu brakowało.Ty nie zrozumiesz: duch swobody,Znosiłem gorzkie umęczeniePrzez szereg wieków, nieskończenie,Nie oczekując w złem nagrody,Nie mając w dobrem krzty osłody,Czując i rozkosz i cierpienie;Musiałem sam się sobą nudzić,Tą walką wieczną wciąż się trudzić,A niosąc wieków potępienie,Żałować ciągle i nie pragnąć,Znać wszystko, wszystko czuć i widzieć,Wbrew woli wszystko nienawidziećI do niczego się nie nagiąć!...
Zaledwo losy się spełniły,I wyrok Boski zabrzmiał z góry,Wnet mię na wieki opuściłyRamiona świata i natury...W mgle siniejącej przestrzeń stała;Ujrzałem w on czas, jak wspaniałaDawno mi znanych gwiazd gromada
W wieńcach weselnych wśród wszechświata.Płynęła... lecz dawnego brataNie chciała świetna znać plejada!Wygnańców, losy me dzielących,W rozpaczy, ja nawoływałem,Lecz słów ich, oczu złością skrzącychNiestety! sam nie poznawałem.I rozwinąłem skrzydła w strachu,Leciałem w przestrzeń bez otuchy...W nieskończoności płynąc gmachu,Mnie omijały bratnie duchy,I raj i, świat był niemy, głuchy.Tak — ster straciwszy, łódka płyniePodczas szumiących fal wzburzenia,Niepewna swego przeznaczenia,Czy ocaleje, czy zaginie.Tak — gdy brzask ranny muska góry,Samotny odłam grzmotnej chmury,W lazurów wznosząc się otchłani,Niepewien zgoła swej przystani,Bez celu i bez śladu goni,Bóg wie, do jakich sfer ustroni!
Ludźmi nie długo kierowałem,Zakułem łatwo ich w obroże,
Wszystko — co piękne — zniesławiałem,Szlachetne wiodłem na bezdroże.Nie długo! płomień czystej wiaryJam w nich zagasił... Mojej pracyCzyż warci byli ci prostacy,Lub obłudnicy, godni kary?I skryłem się w wąwozów nory,Brodziłem, jako meteoryW głębokiej nocy gęstym mroku...I pędził jeździec z strachem w oku,Ognikiem blizkim uwiedziony,I w bezdnię z koniem zawalonyNapróżno wołał — i ślad krwawyBrzegi przepaści przyjmowały...Ale złośliwe te zabawyNie długo mi się podobały.W walce z potężnym huraganem,O! jakże często, wznosząc kurze,Z czołem — piorunem przepasanem —Leciałem szumnie w czarnej chmurze,Chcąc w żywiołowych burz szermierceNatrętne myśli swe zagłuszyćI szemrające stłumić serceI samą pamięć zawieruszyć!Czemże są ludzkie utrapienia
I nieszczęść ludzkich opowieściOd pokolenia w pokoleniaPrzed chwilką jedną mej boleściNieuznanego udręczenia?Czem ludzie? Życie ich co znaczy?Ten śmierć już widział, ten zobaczy!Sąd choć potępi, to przebaczy;Jest miłosierdzie, są nadzieje!A mnie zrozumieć nikt nie raczy,I smutku pełne są me dzieje!Smutek ten zawsze, każdą chwilę,To jako waż się pieści mile,To pali, to znów skrą omamieńŚwieci, to cięży — jako kamień —I jest jak pomnik na mogile,W której zamarło pragnień tyle!
Po cóż mam wiedzieć o żałobie,Nawiedzającej cię smutkami?Zgrzeszyłeś...
Czy przeciwko tobie?
Nas słyszeć mogą...
My tu sami.
A Bóg?
Na niebie!... Bóg spójrzeniaNie rzuci na tę ziemię ciemną.
A piekło? Meki potępienia?
Więc cóż? Tam będziesz razem ze mną!
Ktokolwiek — o! przygodny druhu,Jesteś: słuchając męczennika,Ja czuję rozkosz tajną w duchu,Choć zamęt myśli me przenika.Lecz jeśli mowa twa fałszywa,Jeśli masz zamiar samoluba...Miej litość!... O ja nieszczęśliwa!Na co ci duszy mojej zguba?Czyż niebo dla mnie jest łaskawsze,Żeś spostrzegł mię w szeregu innych,
Żeś wybrał oczy moje łzawsze?...Równie mnie piękną znajdziesz zawszeWśród dziewic czystych i niewinnych!...Nie! daj mi słowo przyrzeczenia...Powiedz! wszak widzisz me cierpieniaI widzisz smętne me oblicze!Strach we mnie pieścisz mimowoli...Lecz ty nie zechcesz mej niedoli,Tyś pojął moje sny dziewicze!Klnij mi się, że pożądań złegoRaz się zarzekasz najgoręcej!Czyliż już nienaruszonegoSłowa przysięgi niema więcej?...
Klnę się na pierwszych ni tworzenie,Klnę się na koniec świata tego,Klnę się na wiecznych prawd promienieI hańbę czynu zbrodniczego;Kinę się na gorzkie grzechów męki,Na krótkie zwycięstw mych marzenia,Na powitalne uściśnienia,Na pożegnalne twojej ręki;Kinę się na duchów szereg mnogi,Na losy braci mi podwładne,
Aniołów męstwo bezprzykładne,Gdy ku mnie błyska miecz ich wrogi;Klnę się na czeluść czarną piekła,Świątynię ziemi i na ciebie,Na łzę, co pierwsza ci pociekła,Na oko twe utkwione w niebie;Na ust niewinnych twoich tchnienie,Na falę włosów jedwabistych;Klnę się na szczęście, na cierpienie,Na ognie uczuć płomienistych:Jużem się zarzekł nienawiści,Jużem się zarzekł zemsty, pychy,Od fałszu duch mój się oczyści,Rozbiję trucizn mych kielichy;Ja pragnę z niebem się pogodzić,Ja chcę się modlić, chce odrodzić,Chcę w dobro wierzyć, chcę miłować.Złe czyny chcę odpokutować.I zetrę ślady niebios kary,Szpecące dumne moje czoło,I niech bezemnie świat ten staryKu kresom toczy swoje koło!Wierzaj mi! jeden ja jedynieCiebiem zrozumiał i ocenił,Jam w tobie uznał swą świątynię,
W niewolę władzę mą zamienił.Miłości pragnę twej — jak daru,Za chwilkę wieczność dam ci całą;W miłości, w gniewie, wierz — Tamaro,Dusze mam wielką i wspaniałą!Daj mi twój rozkaz! Rzeknij słowo:W nadziemskie cię uniosę sfery!Tam będziesz druhem mym, królową,Posłuszne będą ci etery!I bez współczucia, bez żałościBędziesz na ziemskie patrzeć sprawy,Gdzie nie masz istnej szczęśliwości,Wiecznego piękna, wiecznej sławy;Gdzie kary boskie, ludzkie zbrodnie,Poziomych uczuć gdzie pełzanie,Gdzie nienawidzieć, kochać godnie —Serca lękliwe nie są w stanie.Czyliż ty nie wiesz, czem miłościKaprysy zmienne są u ludzi?To falowanie krwi młodości,Ale dni biegną — krew się studzi.Kto z nich się oprzeć kiedy zdołaRozstania chwilom, serca nudzie,Nowości ponętnego czoła,Swawoli marzeń? próżny trudzie!
O, nie, nie tobie z licem jasnem,Wiedz! przeznaczyły tak już losy,W milczeniu zwiędnąć w kole ciasnem,Zazdrości grubej znosić ciosy,Wśród lekkomyślnych dusz i chłodnych,Przyjaciół zdradnych, wrogów silnych,Strachów, nadziei, prac bezpłodnych,Zawodów ciężkich, nieomylnych!I wierzaj mi, klasztoru wiekoNie schroni cię od namiętności,Wśród modlitw równieś ty dalekoOd bóstwa, niebios i ludzkości!O, piękna! wiedzieć tyś powinna,Twa przyszłość dzisiaj się pogłębia,Czeka cię dzisiaj droga inna,Zachwytów nowych czeka głębia!Pozostaw dawne twe żądanieI świat ten nędzny losom jego,Albowiem wwiodę cię w otchłaniePoznania świata nieziemskiego.I tłumy duchów mych podniebnychPod stopy przyprowadzę twoje;Orszak czarownych mych służebnychBędzie twe, piękna, strzedz podwojeDla ciebie z gwiazdy — tam! na wschodzie
Koronę zerwę promienistaI rosę wezmę z róż w ogrodzie,I rosą ją obryzgam czystą.Z zachodzącego słońca niciRóżowych utkam pas bogatyNa ozdobienie twej kibici,I wonne dam ci aromaty!Dziwnymi dźwięki słuch zbogacę,Obcymi dla śmiertelnych synów;Wspaniałe wzniosę ci pałaceZ turkusów cudnych i bursztynów.I spuszczę się w bezdenne morze,I lot rozwinę nad obłoki,I dam ci wszystko, co świat może,Lecz kochaj mię!...
— I zbliżył kroki,I zlekka usty płomiennemiDotknął dziewicy drżącej wargi,I odparł słowy kuszącemiJej mowy ciche, rzewne skargi.I moc potężna w jego oku,
Paliła biedną. W nocy mrokuBłyszczał, jak kindżał nieodparty,Był w żądzy jednej cały zwarty,I splamił życia czyste karty,I pocałował ją duch kary,Napełnił serce jej trucizną...Dotknięta straszną ducha bliznąKrzyknęła — czując ból bez miary...Skupiły się w tym krzyku żaryMiłości, modły, wyrzut, męki,I brak nadziei, i brak wiaryI pożegnalne życia jęki...............
Była już północ. O tej porzeZ deską żelazną, koło ściany,Pełniąc w noc służbę przy klasztorze,Zwolna stróż chodził zadumany,Stawiając kroki swoje miernie;I koło celi mniszki staryWstrzymał się nagle, bo niezmiernieZmąciły duch mu nocne mary.
Wkoło mrok nocy gęsty, chłodny!...On słyszał — tak mu się zdawało —Ust dwojga pocałunek zgodny,Krzyk, jęk chwilowy... echo brzmiało,I niepoczciwe drgnęło serce,Zwątpieniem zwykłem u człowieka...Lecz błysło mgnienie, po rozterceZacichło wszystko; li z dalekaWiatr to przybywa, to ucieka,I liście szemrzą ciche żale,I z brzegiem ciemnym szepcą fale,Które toczyła górska rzeka.Ażeby ducha złego czaryMęczące serce precz zażegnać —Modlitwę świętą zmawia stary,Niepokój z duszy chce odegnać;I pierś wzburzoną, pełną strachuZbroi w znak krzyża, miast pancerza,I wkoło klasztornego gmachuW milczeniu kroki znów odmierza.............
Jak Peri spiąca — cicha, miłaLeżała w trumnie bez tchu łona;Bielszą i czystszą, niż osłona,Bladością pięknych lic świeciła.Powieki szczelnie już zakrzepły...Lecz któżby nie powiedział, Boże,Iż wzrok cudowny zbudzić możePromienne jasnym brzaskiem zorze,Lub pocałunek druha ciepły?Ale napróżno promień złotyPo nich ożywcze ślizgał groty,I usta krewnych w niemym smutkuJe całowały już bez skutku,Bo gdzie śmierć pieczęć położyła,Tam jej nie zerwie żadna siła!
I nigdy jeszcze tak czarowny,I taki barwny, tak bogatyNie był jej przystrój: śliczne kwiaty,Jak żąda obrzęd nieodzowny,
Pysznie odświętne zdobią szatyI leją miłe aromaty,Lecz zaciśnięte martwą dłonią,Już się od śmierci nie obronią.I żadnych śladów twarz jej białaO smutnym końcu nie zdradzała,Że zgasła w walce i boleści.I była pełną tej piękności,Co na posągach tylko gości —Kutych z marmuru, tej, co treściMyślowej, uczuć pozbawiona —Jest w morzach śmierci pogrążona.Uśmiech, co w chwili jej konaniaNa ustach mignął, tak i został,W nim była mowa narzekania;Nie każdy ją odczytać sprostał,Był w nim lodowy wyraz wzgardyDuszy, co zwiędnąć jest gotowa,Ostatniej myśli smutek twardy,Bezdźwięczne pożegnania słowa;Daremny odblask chwil minionych,Uśmiech ten — wiele był zimniejszyOd oczu śmiercią powleczonych,Beznadziejnością swą martwiejszy,Tak — w czas zachodu uroczysty,
Kiedy już zapadł wóz ognisty,W otchłaniach złota roztopiony,To śnieg Kaukazu w oka mgnieniu —W odcień purpury ozdobiony —Błyszczy we mroków oddaleniu;Lecz blask promienia tego marny:W pustyni światła nie roznieci,Niczyjej drogi nie oświeciI sam zapadnie w pomrok czarny...
Krewnych, sąsiadów nieszczęśliwyOrszak wyrusza w drogę smutnie.Hudał, targając włos sędziwy,W milczeniu rażąc pierś okrutnie,Po raz ostatni już dosiadaBiałogrzywego swego konia.I pochód ruszył. Do ustroniaTrzy doby dążyć mu wypada.Tam — gdzie praojców leżą kości,Czeka przybytek spokojności...Był przodek jeden u Hudała,Grabił, rabował wciąż dopóty,
Dopóki go nie przełamałaChoroba: nastał czas pokuty;Pragnąc odkupić życia grzechy,On przyrzekł wznieść cerkiewne mury,Gdzie granit wznosi się ponury,Gdzie zamieć huczy, gdzie uciechySęp szuka, lecąc po nad chmury;Między śniegami więc KazbekuWkrótce świątynia szczyt wznosiła —I oto! mija już czas wieku;Grzesznika śmierć uspokoiła.Tak zamieniono w cmentarzyskoSkałę, co z chmurą tylko żyła,Jakoby śmierci przystań byłaCieplejszą, gdy od niebios blizko;Jakoby dalej śpiąc od ludzi,Spokojniej było w grobu cieśni...Napróżno! zmarłym nic się nie śniI nic do życia nie przebudzi!
Tam — gdzie eterów płyną fale,Jeden z aniołów skrzydłozłoty
Wysoko wznosił swe polotyI — duszy grzesznej kojąc żale —W niebieskich sfer ją niósł namioty;I słodką mową pocieszeniaJej wątpliwości rozwiązywał,I ślady winy i cierpieniaStrumieniem własnych łez omywał.Zdaleka dźwięki śpiewne rajuJuż ku nim biegły, kiedy nagleSzatan z bezdennych piekieł krajuWzbił w górę ku nim skrzydeł żagle...I groźny był, jak wicher szumny,A świetny, jako błyskawica,I w zuchwałości pychy dumnejPrzemówił: „moja niewolnica!“
Ku piersi ciśnie się aniołaZ modlitwą świętą, strachem drżącaTamary dusza — nie wiedząca,Czy Bóg, czy szatan ją powoła.Lecz szatan przed nią!... Któż go možeW tej chwili poznać? wielki Boże!Jak nienawistnem patrzał okiem!Jakiej straszliwej złości wzrokiem,Złości, co nie zna nigdy końca,
I tchnęła śmierci zimnym mrokiemTwarz nieruchoma i grożąca!
„Szczeźnij, ponury duchu złości!“Zabrzmiały słowa aniołowe,„Tryumfy twoje są jałowe,Wyroki dzisiaj przyszły nowe,Wyroki Boskiej łaskawości!Minęło próby doświadczenie:Ziemskie zrzuciła już odzienie,Spadły z niej grzechów ludzkich pęta,I będzie do nas w niebo wzięta.Dusza jej była z dusz tych jedna,Dla których życie — chwilką marną,Chwilką nieznośną i męczarną,Które dopiero Bóg pojedna.Z eterów lepszych materyałuStwórca dał fibry im subtelne,Nie dla ziemskiego ideału,Lecz czyste i nieskazitelne!Za cenę straszną odkupiłaZwątpień i mąk swych ciężkie drogi:Ona kochała i walczyła! —I raj otworzył przed nią progi!“
I anioł oczu srogich grotyNa kusiciela z mocą rzucił,Z radością, podniósł skrzydeł lotyI wesół w niebo z nią powrócił.I przeklął szatan pokonanySwych bezrozumnych pragnień mary,I znów, w swej dumie niezłamany,Został w wszechświecie nieuznany —Sam, bez miłosci i bez wiary!...
U schyłku kamienistej góry,Po nad doliną kajszaurską —Do dziś zamkowe stoją muryI okolicę zdobią górską.Kraj dotąd pełen strasznych gadek;Gdy o nich prawią dzieciom starzy,To dziatki bledną na swej twarzy...Jak widmo — dziejów dziwnych świadek —Pomnik w pośrodku drzew czernieje.Na dole nizko auł leży.I ziemia kwitnie, zielenieje,I głosów chór niezgodny bieży,
Gubiąc się... Idą karawanyI dzwonią, wlokąc się z daleka,I jako rumak rozhukany —Przez mgły spadając — leci rzeka.I krasą cudną, wiecznie młodą,Świeżością, słońcem i pogodąPrzyroda cieszy się — jak dziecię,Którego brzemię trosk nie gniecie.
Lecz zamek stoi dziś w żałobie,Spełniwszy służby swej koleje,Jak starzec biedny, kiedy w grobiePochował z dziećmi swe nadzieje,I oczekują tam miesiącaUkryci nowi w nim mieszkańce:Wtedy tam radość kipi wrząca,Brzęczą i biegną na wsze krańce.Tam pająk, dziś pustelnik nowy,Wyprzędza sieci swych osnowy;Jaszczurka igra tam rodzinna,Wesoło bawiąc się na dachu;Ostrożnie sunie się gadzinaZ szczeliny zamkowego gmachuI dalej pełznie na krużganek,W potrójny zwija się wnet wianek,
Potem wyciągnie się jak długaBłyszcząc, jak w dłoni bohateraBułat, gdy ranny już umiera,Zbyteczny, ale wierny sługa...— Tam dzisiaj dziko! Żadne śladyNie pozostały! czas zagładyDokonał. Przeszłość przeleciała,Jakoby nigdy i nie była,I Hudałowa przeszła chwała,I córa jego przeszła miła...I kości ich oddane ziemi;Ale w chmur łonie jeszcze ninieWidnieje cerkiew na wyżynie,Broniona skrzydły anielskiemi.I z nią zawarły swe przymierzeCzarne przy wrotach jej granity;Każdy z nich warstwą lodu kryty,Który im służy za pancerze,I każdy wiernie miejsca strzeże.I lawin sennych tam gromady,Spadając z gór, jak wodospady —Raptownie mrozem pochwycone,Wiszą dokoła nachmurzone.I zamieć wieczna, jak stróż chodziI pył z sędziwych ścian zdmuchuje
I albo trele swe wywodzi,Albo szyldwachów nawołuje.W dalekie kraje, w obce stronyO tej świątyni odgłos płynie,Lecz ku niej śpieszą li jedynieObłoków wschodnich legiony,I nad rodziną płyt mogilnychNikt nie wylewa łez bezsilnych.Skała Kazbeku posępnegoSwe czaty pełni przy nich stale...Spokoju grobom należnegoTu nie naruszą ludzkie żale.
Comentarios
Cargando comentarios…